Przed wami ostatni rozdział. Dziękuję wszystkim, którzy śledzili tę historię i zachęcam do obserwowania mojego profilu – w najbliższej przyszłości bez wątpienia pojawią się na nim kolejne opowiadania z Torchwood :-)
Rozdział 13
Listopad 2007 roku
Ianto musiał przyznać, że to było ciężkich kilka dni i, jak widać, nie tylko dla niego. Starał się pocieszyć Tosh najlepiej jak potrafił, lecz nie miał złudzeń; wyszło mu to dość marnie. Był dobry w wielu rzeczach, ale wspieranie ludzi w ciężkich chwilach nie było jedną z nich. Tosh jednak zdawała się nie przejmować jego niezręcznością i podziękowała z uśmiechem za kilka minut rozmowy, choć w oczach wciąż miała łzy.
Jakaś jego część myślała, że znów powinien nienawidzić Jacka – w końcu, czy sytuacja tak bardzo różniła się od przypadku Lisy? – ale jakoś nie mógł się na to zdobyć. Po prostu nie miał siły, by znów poddać się tak silnemu uczuciu.
Tosh opuściła Centrum, a kilka minut później zrobili to również Owen i Gwen. On sam zabrał się za sprzątanie, choć powoli zaczęła dokuczać mu senność i, wbrew sobie, zaczął się zastanawiać nad powrotem do domu. Perspektywa kolejnego koszmaru z Lisą w roli głównej nie była zbyt zachęcająca, ale przecież od czasu do czasu musiał spać!
Podszedł do biurka Tosh i uśmiechnął się do siebie lekko. Podczas gdy biurka pozostałych zawsze były zaśmiecone i wymagały sprzątnięcia, biurko Tosh zawsze lśniło czystością o ile kobieta akurat nad czymś nie pracowała. Mała rzecz, lecz z jakiegoś powodu sprawiała mu przyjemność.
Drzwi otworzyły się z głośnym wyciem alarmu, co oczywiście po raz niezliczony wytrąciło go z równowagi i sprawiło, że taca z pustymi kubkami skończyła na ziemi. Schylił się z rezygnacją i zaczął zbierać odłamki. Cała sytuacja stała się jeszcze bardziej znajoma, kiedy Jack ukucnął tuż obok, a jego charakterystyczny zapach uderzył w Ianto. Spojrzał niepewnie na Kapitana, ale ten nie dał po sobie poznać, że jest świadomy jego uwagi. Zamiast tego on również zajął się sprzątaniem porcelanowych odłamków.
— Niedługo będę musiał zacząć potrącać ci pieniądze z wypłaty za te wszystkie potłuczone kubki — rzucił żartobliwie Jack.
Ianto uśmiechnął się krzywo i obaj zgodnie ruszyli w kierunku śmietnika.
— To wszystko przez ten alarm — odparł, patrząc niechętnie na wielkie drzwi do Centrum, po czym pozbył się resztek kubków z rąk.
— Rozmawiałem z Tosh — powiedział nagle Jack.
Ianto spojrzał na niego z zaciekawieniem. Nie był pewien, ale odniósł wrażenie, że Jack tej nocy po raz pierwszy był szczerze zły na kobietę. Cóż, nie będzie zawiedziony, jeśli okaże się, że nie miał racji. Zajął miejsce na kanapie, a Jack poszedł w jego ślady.
— Jak ona się czuje? — zapytał, nie do końca pewien, czego się spodziewać.
— Jest dość przygnębiona, ale to nic zbyt dziwnego, biorąc pod uwagę sytuację. Ma też wyrzuty sumienia z powodu tego wisiorka.
Poruszył się niespokojnie. Nie był pewien, co takiego usłyszała w jego głowie Tosh i właściwie sam nie był pewien, czy chce to wiedzieć. Znając jego szczęście, natknęła się na niego w jednej z tych gorszych godzin, kiedy marzył tylko, by jakimś cudem zniknąć – rozpłynąć się w powietrzu, jakby nawet śmierć była dla niego zbyt dobra.
— Naprawdę ją lubiła — mruknął, chcąc odciągnąć myśli od tego tematu. — Wydawała się... No cóż, wydawała się szczęśliwa, kiedy o tym pomyślę.
Jack skinął powoli głową. Wyglądał, jakby intensywnie o czymś myślał i tylko częściowo słuchał swojego najmłodszego pracownika. W końcu, z nietypową dla siebie niepewnością, położył dłoń na jego kolanie i złapał spojrzenie tych uderzająco niebieskich oczu.
— Jak się czujesz, Ianto?
— Sir? — odparł zaskoczony, nie bardzo wiedząc, co powinien powiedzieć.
Przez chwilę wpatrywali się w siebie w milczeniu i na moment dla Ianto nie liczyło się nic poza tym mężczyzną na przeciwko; ani piski Myfanwy, ani dźwięk wody, ani wspomnienia o bitwie, ani nawet Lisa. Tak łatwo było zapomnieć o każdym powodzie, dla którego powinien trzymać się z daleka od Jacka. Zdał sobie sprawę, że ich twarze zaczęły się niebezpiecznie do siebie zbliżać. Przez krótką chwilę nie chciał nic z tym robić – jedynie pozwolić, by usta Jacka dotknęły jego własnych i zatracić się w tym uczuciu. Zmysły jednak szybko mu wróciły, podobnie jak setki powodów, dla których byłoby to bardzo złym pomysłem.
Jak oparzony podskoczył na nogi, nagle z pełną mocą zdając sobie sprawę, co prawie zrobili. Speszony wybąkał szybkie przeprosiny i, z trudem powstrzymując się od biegu, opuścił Centrum. Przed wyjściem nie był w stanie zmusić się, by spojrzeć Jackowi w oczy, lecz gdyby to zrobił, oprócz zaskoczenia dostrzegłby w nich również delikatny ślad rozczarowania; podobny do tego, który można było zobaczyć w jego własnych oczach.
Leżał w pełni rozbudzony, lecz tym razem, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, to nie wspomnienia ani koszmary utrzymywały go na jawie. W jego głowie kotłowało się zbyt wiele myśli, które skutecznie odpędzały sen. Z irytacją przewrócił się na drugi bok, naciągając mocniej kołdrę. Oczywiście nic to nie dało i kilka minut później wciąż był w pełni świadomy.
Poddał się z westchnięciem i, potykając się po drodze, ruszył do kuchni. Dopiero tam zapalił światło, które podrażniło jego oczy. Ze zmrużonymi oczami nastawił wodę na herbatę. Podejrzewał , że kawa nie jest aktualnie tym, czego potrzebuje jego wycieńczone ciało.
Usiadł przy stole i po raz setny wrócił myślami do tamtej chwili w Centrum. Nie miał pojęcia, co, do diabła, sobie myślał! To znaczy, cóż, musiał przyznać, że Jack był wręcz boleśnie przystojny, ale, na Boga, przecież on nawet nie był gejem! Fakt, flirtował z Kapitanem, ale to wszystko było jedynie częścią osobowości starszego mężczyzny, która po prostu nigdy mu nie przeszkadzała. Ukrył twarz w dłoniach. Podświadomie zastanawiał się, co by się stało, gdyby tego nie przerwał. Czy posunęliby się dalej? Czy żałowałby tego? Co prawda, udało mu się do pewnego stopnia pogodzić z tym, co stało się w noc śmierci Lisy, lecz Jack wciąż był człowiekiem, który pociągnął wtedy jako pierwszy za spust. I, na Boga, Lisa! Uderzyła w niego niewysłowiona fala wstydu na myśl o tym, że w ogóle rozważał pocałowanie kogoś innego, choć przecież minęły już tygodnie od jej śmierci i nie było najmniejszej szansy, że jeszcze kiedykolwiek ją zobaczy.
Miał ochotę uderzyć w coś głową. Kiedy jego życie stało się tak skomplikowane?
Woda zagotowała się i czajnik wydał głośny pisk, który wyrwał go z zamyślenia. Kilkanaście minut później wrócił do łóżka, z nadzieją, że uda mu się złapać jeszcze trochę snu. Podejrzewał jednak smętnie, że nawet jeśli zaśnie, to prędzej czy później tradycyjnie obudzą go koszmary.
O dziwo tym, co wyrwało go ze stanu nieświadomości wcale nie był atak paniki, a najzwyczajniej w świecie telefon. Zerknął szybko na zegarek i zauważył, że budzik miał zadzwonić za niecałe półgodziny. Oznaczało to, że udało mu się przespać całe sześć godzin. Nie był to idealny wynik, ale z jakiegoś powodu czuł się wyspany i do pewnego stopnia zadowolony. Nastroju nie popsuło mu nawet imię Jacka na wyświetlaczu, które musiało oznaczać sytuację awaryjną.
— Sir? — spytał zachrypniętym głosem, odebrawszy telefon.
— Obudziłem cię — stwierdził Kapitan i chyba nie czuł się z tą myślą najlepiej. — Wybacz, chciałem cię złapać, zanim wyjdziesz z domu, a zazwyczaj pojawiasz się tu wcześniej niż reszta.
Ianto w odpowiedzi jedynie mruknął coś, czego sam do końca nie zrozumiał i usłyszał bezczelny chichot po drugiej stronie.
— Mogę zapytać, czemu zawdzięczam tę przyjemność? — zapytał w końcu, kiedy jego wciąż zaspany mózg zaczął łączyć fakty.
— Właśnie rozmawiałem z Archiem — odparł. — Torchwood House ma zostać wyburzony.
Zamrugał zaskoczony, kiedy dotarło do niego, co takiego powiedział Kapitan.
— Słucham? — zapytał, nagle w pełni rozbudzony. — Przecież znajdują się tam największe archiwa Torchwood! Nie mogą tego zrobić! — zaprotestował z oburzeniem.
— Podobno cały budynek popadł w ruinę. Trzymanie tam artefaktów nie jest już bezpieczne. Archie i jego zespół zabrali, co mogli, ale ich archiwa nie są tak duże jak nasze.
Westchnął z rezygnacją i powoli wygrzebał się spod kołdry.
— Zgaduję, że to oznacza wycieczkę do Szkocji — rzucił niechętnie.
— Bingo! — odparł Jack, którego z jakiegoś powodu nie odrzucała myśl ponownej wyprawy za miasto. Cóż, to nie z niego ostatnim razem prawie zrobiono krwawą miazgę. — Spakuj jakieś ciuchy, to prawie dziesięć godzin w jedną stronę, więc pewnie przenocujemy w jakimś hotelu. Zakładam, że spakowanie wszystkiego też trochę zajmie?
— Nie wiem, ile zabrało Torchwood Dwa, ale, jak już mówiłem, to największe archiwa, większe nawet od Torchwood Jeden, więc tak, trochę to zajmie — przyznał.
— Mogę poprosić Tosh, żeby pojechała z nami... — powiedział z wahaniem Jack, jakby z góry przeczuwając odpowiedź.
— To nie będzie konieczne — odparł szybko, krzywiąc się na samą myśl o tym pomyśle. Uwielbiał Toshiko, ale kobieta nie miała bladego pojęcia o archiwizacji, podobnie zresztą jak cała reszta zespołu. Wszystko pójdzie znacznie sprawniej, kiedy sam się tym zajmie. O ile tylko Jack nie będzie chciał mu pomóc, co było raczej wątpliwe.
— Świetnie, w takim razie podjadę po ciebie za jakąś godzinę. Wieczorem jesteśmy umówieni z Archiem na miejscu.
Pożegnali się i Ianto odłożył telefon na stół w kuchni. Z opóźnieniem zaczęło do niego docierać, na co właściwie się zgodził (choć właściwie nie miał wielkiego wyboru) i znów naszła go ochota uderzenia w coś głową. Dziesięć godzin w aucie z Jackiem, kiedy dzień wcześniej... To będzie cud, jeśli nie umrze z zażenowania na sam widok Kapitana.
Wiele jednak można było powiedzieć na temat Ianto, lecz nie sposób było odmówić mu profesjonalizmu. Dlatego niecałą godzinę później siedział ubrany w swój zwyczajowy garnitur przy kubku kawy i, z pewnym trudem, udało mu się powstrzymać wzdrygnięcie na głośny dźwięk dzwonka do drzwi.
O dziwo, początkowe zakłopotanie Ianto szybko poszło w niepamięć. Z ulgą uświadomił sobie, że wczorajszy wieczór nic między nimi nie zmienił, a Jack niczego od niego nie oczekuje. Dziesięć godzin, których tak się obawiał, mijało w miłej atmosferze. Okazało się, że mają podobny gust muzyczny i całkiem sporo czasu spędzili na dyskusji o najlepszych zespołach XX wieku lub po prostu na słuchaniu ich.
Oczywiście Jack należał do rodzaju ludzi, którzy mieli dużo do powiedzenia, więc kiedy temat się wyczerpał, mężczyzna zaczął opowiadać jedne z tych historii, w które Ianto kompletnie nie wierzył.
— Więc chcesz mi powiedzieć — zaczął sceptycznie — że burmistrz Cardiff była kosmitą...
— Slitheenem — wtrącił pomocnie Kapitan z uśmiechem, nie odrywając wzroku od drogi.
— W porządku, slitheenem, i nikt nic nie zauważył?
— Ja zauważyłem — odparł arogancko i puścił mu oko.
— Nie wierzę w ani jedno słowo — powiedział sucho, wywracając oczami.
Jack roześmiał się głośno i kiedy Ianto oparł głowę o szybę, nie mógł powstrzymać uśmiechu, który cisnął mu się na usta.
Ianto nigdy nie spotkał osobiście Archiego, jednak, podobnie jak o Jacku, o nim również krążyły plotki w Torchwood Jeden. Niektórzy twierdzili, że mężczyzna jest nieśmiertelny (nazywano go nawet dinozaurem), lecz to samo mówiono też o Kapitanie Harknessie i Ianto nauczył się nie wierzyć w większość rzeczy, które opowiadały przyjaciółki Lisy. W innym przypadku pewnie nigdy nie byłby w stanie spojrzeć dyrektor Hartman w oczy, po tym jak któraś z nich puściła plotkę, że kobieta w tajemnicy wyszła za Hoixa i razem z nim rządzi Torchwood.
Oczywiście nic z tego, co mówiono o liderze Torchwood Dwa nie okazało się prawdą oprócz tego, że był on naprawdę stary. Kiedy Jack zajął się rozmową z mężczyzną, Ianto mimowolnie zastanawiał się, czy Torchwood nie posiada żadnego systemu emerytalnego i to dlatego Archie wciąż jest na służbie. I, co ważniejsze, jakim cudem mężczyźnie udało się dożyć tak sędziwego wieku bez zostania zjedzonym przez jakiegoś paskudnego kosmitę, który postanowił, że zrobienie z Glasgow miazgi będzie dobrym pomysłem. Co prawda Cardiff leżące nad Szczeliną było dużo bardziej niebezpieczne, lecz Szkocja również nie pozostawała nietknięta kosmicznymi atakami.
— Wszystko załatwione — powiedział w końcu Jack, najwyraźniej pożegnawszy się z mężczyzną, który wsiadł do auta i odjechał. — Chcesz zacząć dziś czy wolisz pojechać do miasta i znaleźć jakiś hotel? Toshiko twierdzi, że Szczelina ma być spokojna w najbliższych dniach, więc nie musimy się spieszyć.
Ianto wzruszył ramionami.
— Nie potrzebuję dużo snu, możemy zacząć dzisiaj. Pewnie i tak tego nie skończymy, ale warto spróbować.
— Ty tu jesteś szefem — rzucił uroczyście Jack, stając na baczność i salutując.
Na szczęście Jack zdawał się być świadom swojego braku zrozumienia systemu katalogowania artefaktów i nie próbował oferować swojej pomocy, za co Ianto był w duchu wdzięczny. Zamiast tego Kapitan usiadł gdzieś z boku i w milczeniu przyglądał się jego pracy.
— Wiedziałeś, że to tutaj królowa Wiktoria spotkała Doktora? — zapytał nagle, zaskakując tym młodszego mężczyznę, którego umysł był już całkowicie pochłonięty pracą.
— Pani Hartman byłaby bardzo niezadowolona, gdybym tego nie widział — odparł po chwili, jednocześnie rejestrując grymas na twarzy Jacka na wspomnienie tego nazwiska. — Wierzyła, że znajomość historii instytutu jest podstawą pracy dla niego.
Jack pokiwał głową.
— Byłem tu na początku XX wieku, jeszcze zanim zmieniono Torchwood House w archiwa. Wszystko wygląda tu teraz kompletnie inaczej.
Ianto nie miał najmniejszego zamiaru pytać, jakim cudem Jack mógł być w tym miejscu ponad sto lat temu. Wiedział, że i tak nie dostanie odpowiedzi, a zresztą nie była to nawet najdziwniejsza rzecz, jaką usłyszał od Kapitana. W takich momentach Ianto był niemal skłonny uwierzyć w zwariowaną teorię Marie z piętra Lisy, która uważała, że Kapitan Harkness był kiedyś towarzyszem Doktora, a ten tak go lubił, że podarował mu nieśmiertelność. Kapitan z kolei miał w zamian podjąć się prowadzenia Torchwood Trzy i trzymania go z dala od Władcy Czasu. Ianto w życiu nie słyszał głupszej rzeczy, lecz niechętnie przyznawał, że niektóre z opowieści Jacka dawał się wyjaśnić jedynie za pomocą podróży w czasie. Może więc faktycznie Kapitan był kiedyś jednym ze słynnych towarzyszy?
Odłożył do pudełka małą piłę laserową i wprawnym ruchem podpisał karton kilkoma skrótami, które nie mówiły nic nikomu oprócz niego. W tym samym momencie odezwał się telefon Jacka.
— To Gwen — powiedział i wyruszył na poszukiwanie zasięgu.
Ianto kontynuował pracę przez następnych kilka minut, aż w końcu natknął się na coś, co wyrwała go ze znajomego rytmu. Czytał o tym w Torchwood Jeden; pamiętał dobrze, jak zaintrygował go ten temat. Oczywiście do tej pory już dawno zdążył zapomnieć, że takie urządzenie w ogóle istnieje, lecz teraz jak fala tsunami uderzyła w niego świadomość, że trzyma w dłoniach transporter między-wymiarowy. Wiedział, że użycie go do podróży jest niemożliwe – pliki jasno mówiły, że przeprowadzone badania wykazały wyjątkową niestabilność energii drzemiącej w artefakcie, która mogłaby doprowadzić do zniszczenia całego układu słonecznego. Nie bez powodu transporter znajdował się w Torchwood House.
Był aż nazbyt świadomy, że nie wolno mu skorzystać z urządzenia, lecz miało ono jeszcze jedną opcję, z pozoru niegroźną. Zamknął oczy i przypomniał sobie wszystko, co przeczytał ponad dwa lata temu w archiwach Torchwood Jeden, po czym wziął ze stołu nożyczki, których używał do obcinania taśmy i przejechał końcówką jednego z ostrz po wnętrzu dłoni. Upuścił kilka kropli krwi na urządzenie i, cały czas trzymając je w dłoni, nacisnął błękitny przycisk, który znajdował się kusząco blisko czerwonego. Jednocześnie cały czas skupiał myśli na konkretnym wydarzeniu i, mimo bólu jaki to sprawiało, nie pozwolił sobie na utratę koncentracji.
Miał tylko nadzieję, że Gwen będzie tak samo rozmowna jak zawsze – wolał nie wyobrażać sobie reakcji Jacka, który znalazłby go w tym momencie. Z drugiej strony jakoś nie był w tej chwili w stanie przejmować się konsekwencjami swoich działań. Zachowywał się jak na autopilocie i czuł, że musi, po prostu musi to zrobić.
Wszystko wokół zawirowała i rozmyło się w oślepiającej fali kolorów. Przez moment czuł się jak na zbyt szybkiej karuzeli, lecz tak szybko, jak się to zaczęło, wszystko ustało.
Rozgląda się dookoła i zauważa, że znajduje się na dworze. Poznaje to miejsce. Jeden z wielu londyńskich parków, ten sam, w którym pocałował ją po raz pierwszy. Przez dłuższą chwilę szuka jej spojrzeniem, aż w końcu dostrzega ją na jednej z ławek.
Ma na sobie brązowy płaszcz, na który zbierała od jakiegoś czasu. W dłoni trzyma książkę. Odruchowo podnosi dłoń, by założył włosy na ucho, lecz w ostatniej chwili, jakby z zaskoczeniem, przypomina sobie o zmianie fryzury. Obcięła włosy kilka miesięcy temu, a wciąż do tego nie przywykła – to było dla niej takie typowe.
Obserwuje jak podchodzi do niej mężczyzna w garniturze i witają się szybkim pocałunkiem, który, jak zwykle, wprawia go w lekkie zakłopotanie. Wciąż nie lubi publicznego okazywania uczuć, lecz ona kwituje to uśmiechem i łapie go za rękę. Ianto dostrzega na ich dłoniach obrączki i wie, że nie zniesie tego ani chwili dłużej.
Dokładnie w tym samym momencie czuje jak ktoś wyciąga transporter z jego dłoni i nagle wszystko znika. Nie ma już Lisy, drugiego Ianto, parku, Londynu. Jest tylko Szkocja, ponure archiwum i Jack, który patrzy na niego smutno.
— Nie wolno ci, Ianto — stwierdził prawie delikatnie mężczyzna.
Pokiwał z irytacją głową, ale nie był w stanie wydusić z siebie choć słowa. Minęła dłuższa chwila, nim w końcu mu się to udało.
— Jaki byłby sens w codziennym ratowaniu świata, skoro postanowiłbym teraz go zniszczyć? — zapytał z gorzkim uśmiechem.
— Kolejny powód, żebyś tego nie robił — powiedział Jack, patrząc mu uważnie w oczy.
— Sir? — zapytał ze zmęczeniem.
Nie wie, co ma na myśli jego szef i w tej chwili nie do końca chce się bawić z zgadywanki.
Usta Jacka są jeszcze bardziej niespodziewane niż wszystko, co zobaczył przed momentem, lecz z jakiegoś powodu Ianto nie odpycha od siebie mężczyzny. Zamiast tego przyciąga go mocniej do siebie, kompletnie nie pamiętając, że jeszcze wczoraj uważał to za bardzo zły pomysł. Oddaje pocałunek całym sobą i z zaskoczeniem uświadamia sobie, że nie czuje żadnych wyrzutów sumienia. Cóż, przynajmniej jeszcze nie. Zaciska dłoń na grubym materiale znajomego płaszcza i pozwala, by wspomnienie tego pocałunku wyparło to, czego był świadkiem. Nie chciał pamiętać, tego, co zobaczył – chciał zapomnieć o tamtym idealnym świecie, w którym bitwa nigdy nie miała miejsca, w którym Lisa wciąż była cała i zdrowa. O świecie, którego on nigdy nie będzie częścią.
— Nie wolno ci — powtarza lekko zdyszany Jack, kiedy w końcu się od siebie odrywają.
Patrzy w oczy Jacka i zdaje sobie sprawę, że trzyma mocno dłoń mężczyzny, lecz zamiast ją puścić, chwyta się jej jeszcze mocniej. I pozwala, by Kapitan znów go pocałował. A może to on całuje jego? Sam już nie wie i właściwie uświadamia sobie, że wcale nie chce wiedzieć. Dopóki Jack jest blisko niego, jest w stanie o tym nie myśleć – ani o tym, ani o konsekwencjach tego wszystkiego. Ostatecznie ma jeszcze całe życie przed sobą – mnóstwo czasu, który w razie potrzeby będzie mógł poświęcić na poczucie winy.
