Rozdział II
— Serpentigena! —powiedział cicho Tom Riddle do węża na drzwiach. — Upewnij się, że zapamiętasz to hasło, Elias — dodał, kiedy drzwi do pokoju wspólnego Ślizgonów się otworzyły.
Harry pokiwał głową w milczeniu. Serpentigena? Urodzony z węża? Nie powinno być trudne do zapamiętania, mój Czarny Panie.
Pokój wspólny Ślizgonów z tych czasów nie różnił się wcale od tego, który Harry pamiętał ze swojej przelotnej wizyty na drugim roku. W przepastnym pokoju tak samo dało się wyczuć wyrafinowany dekadentyzm w powietrzu. Ciemnozielone kanapy były miękkie i wystawne, a barokowe krzesła przystrojono skręcającymi się rzeźbami wężów i aksamitami w kolorze mchu. Jak na gust Harry'ego było tam za dużo czaszek: prawdziwe czaszki wystawione na półkach i niskich stołkach oraz te srebrne na misternie utkanych gobelinach, otulone wyszywanymi wężami. Z ozdobnych, srebrnych lamp z malachitowymi zdobieniami na pokój padało lekkie, zielonkawe światło. Szklane butle, wypełnione płynem o nienaturalnie szmaragdowym odcieniu, migotały pomiędzy starożytnymi księgami, które wypełniały półki. Absynt? Nie, to prędzej jakaś podła trucizna… W kącie pokoju wspólnego dwaj młodzi czarodzieje grali po cichu czymś, co wyglądało przerażająco podobnie do ludzkich kości.
Wszyscy obecni w pokoju zamilkli, kiedy Harry wszedł z Tomem Riddle'em. Riddle może być tylko rok starszy od niektórych z tych uczniów, ale w ich oczach jest już kimś więcej niż nauczycielem. Jak oni na niego patrzą, przyszli Śmierciożercy, jak gdyby już dostrzegali, jakim Czarnym Panem się stanie…
— Oto — powiedział Tom Riddle czystym głosem w tej nagłej ciszy — nowy uczeń siódmego roku, o którym wam mówiono, Elias Black. Z zadowoleniem informuję was, że został przydzielony do Domu Slytherina i proszę was, żebyście zrobili co w waszej mocy, aby czuł się tutaj mile widziany. Pan Black jest nowy w Hogwarcie, ale, jak się wydaje, nie w temacie czarnej magii.
Nagle Harry został otoczony uczniami ubranymi w czarne szaty, którzy ściskali jego dłoń i witali go. Nie mógł nadążyć za nazwiskami i twarzami, ale niektóre były mu znane: Abraxas Malfoy o płowych włosach i szarych oczach zupełnie jak Draco. Muskularny Tyberiusz McLaggen z kwadratową szczęką. Zarozumiała Druella Rosier o kruczych włosach, tak bardzo podobna do swojej jeszcze nienarodzonej córki Bellatrix, że Harry mimowolnie się skrzywił.
Dziewczyna z błyszczącymi szafirowymi oczami przedstawiła się jako Araminta Meliflua. Harry przez chwilę myślał, że wygląda ona za słodko jak na Ślizgonkę; wtedy przypomniał sobie z szokiem, dlaczego jej imię było mu tak znajome: Syriusz wspomniał kiedyś jej kampanię nawołującą do zalegalizowania polowań na mugoli.
Wśród Ślizgonów było kilku Blacków: cichy Alfard Black był na roku Harry'ego, podczas gdy brat Alfarda Cygnus i ich kuzyn Orion byli rok młodsi. Alfard Black. Musisz być tym ulubionym wujkiem Syriusza… Za wiele, wiele lat twoje imię zostanie usunięte z rodzinnego drzewa. Jak dziwnie jest widzieć tych wszystkich uczniów, którzy przecież już nie żyją. Są żywi tylko w tym wspomnieniu. Harry szybko poczuł sympatię do Oriona, ojca Syriusza, którego dzikie, czarne loki i złośliwe oczy przypominały jego nienarodzonego syna. Cygnus, jeden z grających w kośćmi, był najprzystojniejszy z trójki Blacków, ale w jego oczach było coś twardego, co od razu zwróciło uwagę Harry'ego. Widzę w tych pięknych i okrutnych rysach twoje przyszłe córki, Bellatriks i Narcyzę, ale nie mam pojęcia, w jaki sposób ty i Druella wyprodukowaliście słodką Andromedę?
W kącie siedziała jeszcze samotnie blada dziewczyna. Nie wstała, aby powitać go jak inni, ale jej ciemne, nieodgadnione oczy spoczęły na jego twarzy. Wydawała mu się dziwnie znajoma, ale Harry'emu zajęło dłuższą chwilę zrozumienie, kim była - Eileen Prince, przyszła matka Snape'a. Kiedyś urodzi mordercę…
— Kolejny Black? — Ciemne oczy Cygnusa zmierzyły uważnym spojrzeniem Harry'ego. — W jaki konkretnie sposób jesteś spokrewniony z resztą nas, Elias? I dlaczego nie jesteś nazwany po jakiejś konstelacji, jak inni Blackowie?
Nie znam odpowiedzi na twoje pytania jak ty sam, dawno nieżywy Cygnusie Blacku. Nie wiem, kto mnie nazwał. Nawet nie wiem, czyje to wspomnienie, ani w jaki sposób się w nim znalazłem.
Harry tylko wzruszył ramionami.
— Moi rodzice dawno nie żyją — powiedział w końcu. — Nigdy nie miałem szansy, aby zapytać ich o moje imię. Ale to nieprawda, że wszyscy Blackowie są nazwani po konstelacjach. Finneas Nigellus Black, na przykład, nie był.
Cichy pomruk przebiegł przez pokój. Cygnus krótko kiwnął głową, a cień uśmiechu przez chwilę gościł na jego twarzy.
— Prawda, Eliasie — odpowiedział cicho. — Finneas Nigellus Black był rzeczywiście wielkim czarodziejem, prawdziwym Blackiem i człowiekiem z wieloma sekretami. Może twój zmarły ojciec był jednym z nich. Powiedziano nam, żeby nie zadawać ci zbyt wielu pytań. Dobrze więc, nie będę pytał. Wystarczy mi to, że jesteś Blackiem i Ślizgonem.
— Oczywiście, że jest Ślizgonem — przemówił Abraxas Malfoy. Podobieństwo do jego nienarodzonego wnuka, Draco, było uderzające, ale Abraxas włosy w kolorze białego złota miał dłuższe, jak aureola światła dookoła twarzy, a jego rysy były bardziej łagodne niż u Draco. — Twoje oczy są tak samo zielone jak oczy węża na drzwiach.
Tom Riddle się zaśmiał.
— Też to zauważyłeś, panie Malfoy. Zastanawiałem się, dlaczego wydawał mi się tak intrygująco znajomy…
Harry spojrzał na młodego mężczyznę obok siebie. Twarz przyszłego Czarnego Pana była blada w migoczącym zielonym świetle. Jaki on jest przerażająco piękny, tak jak te zielone eliksiry w butelkach na półce.
Ale śmiech Toma Riddle'a był jak dźgnięcie nożem w serce Harry'ego. Nagły, biały płomień nienawiści wzrósł w jego ciele. Mam oczy mojej mamy, Tomie Riddle, a wydaję ci się znajomy, ponieważ pewnego dnia spojrzysz w jej oczy i ją zamordujesz. Zastanawiam się, czy wspomnienia mogą umrzeć? Jeśli tak, upewnię się, że nie będziesz żył wystarczająco długo, by móc na nią zwrócić swoje spojrzenie... Harry odwrócił się od Riddle'a, ale każdy nerw w jego ciele był świadomy obecności śmiertelnego wroga. Chłopak wyczuł z dziwną satysfakcją nagły szok, który przeszedł przez umysł Riddle'a. Może to teraz poczuć. Może wyczuć, co czuję w stosunku do niego. Ale jest zmieszany; nie rozumie, dlaczego go tak nienawidzę.
— Pokażę ci dormitorium, Elias. — Harry był zbyt zajęty przyszłym Voldemortem, aby sprzeciwić się dotykowi Malfoya. Abraxas złapał jego ramię i zaczął kierować go przez czarny, marmurowy łuk do dormitoriów. Harry obejrzał się przez ramię. Kilkoro uczniów uśmiechnęło się do niego, a Araminta pokiwała mu lekko dłonią. Ale Tom Riddle stał sztywno przy drzwiach, z twarzą białą jak śnieg. Jego srebrne spojrzenie spotkało się z Harrym na sekundę i obraz Toma Riddle'a, małego chłopca w ponurym sierocińcu wpadł niechciany do głowy Harry'ego. Samotny. On jest samotny.
— Dobranoc, Elias. — Głos Toma Riddle'a był dziwny i daleki.
— Dobranoc, profesorze Riddle. — Głos Harry'ego też brzmiał dziwnie, jakby należał do kogoś innego.
Ślizgońskie męskie dormitorium było w większości takie, jak Harry sobie wyobrażał: cztery bajecznie czarne łóżka z baldachimem i srebrną pościelą były ustawione w rzędzie, a na tapecie wiły się ciemnozielone węże. Za dużo węży.
Nie było okien, nie było światła słonecznego, tylko błyszczące zielone lampy i zdobione srebrem lustra na ścianie. Harry zauważył swoją własną bladą twarz w jednym ze srebrnych owali. Z ulgą dostrzegł znajomą bliznę; przez chwilę w połowie oczekiwał zobaczyć twarz nieznanego Eliasa.
Duży kufer czekał przy jego łóżku. Skąd się wziął? Czy rzeczy w nim były jego, czy należały do Eliasa Blacka, kimkolwiek mógłby on być? Syn nieznanego owocu miłości Finneasa Nigellusa Blacka, na to wynika… Zastanawiam się, kto jest moim tajemniczym „opiekunem", kto napisał do dyrektora w moim imieniu? Czy to on przesłał tu mój kufer? Czy to jego wspomnienie? Czy to on był tym, który zaczarował to wspomnienie, żeby stało się dziwnie prawdziwe?
Harry z pewnym zadowoleniem znalazł przyzwoicie wyglądającą miotłę pod szatami w kufrze. Zabytkowa Srebrna Strzała? Najwyraźniej jego bezimienny opiekun znał się na miotłach.
— Grasz w quidditcha? — Szare oczy Abraxasa Malfoya rozbłysły. — Jesteś w ogóle dobry?
Harry uśmiechnął się.
— Niezły. Ale myślę, że wszystkie miejsca w drużynie Slytherinu są zajęte.
— Były. Ale ten idiota MacFarlan dał się wyrzucić.
— Wyrzucili go? — Ale nie Hamish MacFarlan, przyszły kapitan Srok z Montrose? — Za co?
Abraxas rzucił się na łóżko z głębokim westchnięciem.
— Och, to był tylko mały numer. Spetryfikował profesora Kettleburna, dla hecy, żebyśmy mogli opuścić jedną z tych nudnych lekcji opieki nad magicznymi stworzeniami. MacFarlan chciał zostawić go spetryfikowanego w lesie dopóki nie skończy się lekcja, a potem wrócić i go ocucić. Skąd mógł wiedzieć, że akurat tego dnia Kettleburn chciał nam pokazać smoka?
— Smoka? — To z pewnością nie brzmiało dobrze. — Co się stało?
— Och, smok uwolnił się i znalazł profesora Kettleburna leżącego gdzieś w lesie i oczywiście poczęstował się jego ręką. Oczywiście szkoda mi Kettleburna, ale to był wypadek. Cóż, dyrektor strasznie się wkurzył i wyrzucił najlepszego szukającego, jakiego mieliśmy od lat.
— Hmm… Potrzebujesz szukającego, tak? — Harry poczuł, jak jego serce zabiło odrobinę szybciej.
— Naprawdę? — Abraxas podniósł swoją złotą głowę z nadzieją. — Grasz jako szukający? Jestem kapitanem feralnej drużyny Slytherinu, ale nie spodziewałem się znaleźć przyzwoitego szukającego, aby zastąpił MacFarlana, przez całe swoje życie. Prawie zrezygnowałem na rzecz Alfarda, ale on jest naprawdę kiepski. Czasami myślę, że on właściwie chce, żeby wygrał Gryffindor. Cygnus i Orion są dobrzy, to oczywiste, ale potrzebuję ich jako pałkarzy. Nawet brałem pod uwagę wypróbowanie Araminty. Nie jest zbyt doświadczona, ale przynajmniej nie spadnie z miotły jak Alfard. I mogłaby rozproszyć Lupina tymi swoimi oczami.
— Lupina? — Harry poczuł w sobie coś ciepłego po usłyszeniu znajomego nazwiska. Może to ojciec Remusa?
— John Lupin. Szukający Gryffindoru. Jest dobry, cholernie dobry! Ale jego słabym punktem są szafirowe oczy Araminty, wszyscy to widzą. Oczywiście nie może po prostu zaprosić jej na randkę; wie, że Ślizgoni zabiliby go, gdyby tylko spróbował. Czai się w cieniu, spogląda na nią w sekrecie, jakby chciał ją zjeść… — Abraxas skrzywił się na samą myśl. — Lupin i Bella Slytherinu… Co za przerażająca myśl.
Harry nie mógł się nie zgodzić. Remus jest półkrwi, prawda? Kimkolwiek była jego matka, na pewno nie była to Araminta. Próbował przypomnieć sobie, kim była babcia Draco, ale nie pamiętał. Czy mogła nią być Araminta?
— Czy ty... Hmm… Interesujesz się Aramintą? — zapytał delikatnie.
— Co? — Abraxas Malfoy przez chwilę wyglądał na lekko wytrąconego z równowagi, po czym szeroko się uśmiechnął. — Och, nie. Ja…Nie ma we mnie zbyt dużo z kobieciarza. Jestem całkowicie odporny na magię bezsprzecznie uroczych oczu Araminty. Szafirowy to i tak nie mój kolor. Barwa Slytherinu to przecież szmaragdowy… — Jego głos urwał się i chłopak wstał szybko z łóżka. Na jego policzkach widniał teraz delikatny róż. — Możemy zorganizować mały mecz rano, żeby sprawdzić, czy się nadajesz.
Harry zgodził się ochoczo. Mimo wszystko, rozważał, kiedy skończył wypakowywać kufer, Abraxas Malfoy jest miłą odmianą w stosunku do swojego nienarodzonego potomstwa. Szkoda, że to on umrze na smoczą ospę… Gdyby to tylko był Draco. Albo Lucjusz…
Harry'emu udało się samemu wymknąć na błonia na kilka minut przed obiadem. Słońce zachodziło za znajomym horyzontem, a cienie zaczęły zmieniać kolor na coraz głębszy. Wciągnął ostre, jesienne powietrze w płuca i starał się uwolnić umysł od hipnotyzującej, zabarwionej na zielono atmosfery ślizgońskich lochów.
Harry Potter, przydzielony tym razem do Slytherinu. Harry Potter, nowy uczeń Czarnego Pana… Czyje jest to wspomnienie? I w jaki sposób ktoś może pamiętać te dziwne rzeczy, które nigdy się nie wydarzyły? Wydaje się, że jestem w stanie zmieniać to wspomnienie wolą; mogę mówić do innych i wpływać na nich. Czy zmieniam przeszłość, robiąc to? Czy zmieniam tylko czyjeś wspomnienie tego, co się wydarzyło?
Może jestem uwięziony we wspomnieniu wariata? Może to jest zakręcona przeszłość kogoś, kto spędził swoje dni zamknięty na oddziale Św. Mungo, nie mogąc rozróżnić rzeczywistości od dziwacznych urojeń?
Kiedy to wspomnienie się skończy? Czy znajdę kiedykolwiek wyjście, czy jestem w pułapce, już na zawsze w tym czasie? Czy jestem tutaj z jakiegoś powodu?
Obraz bladej twarzy Toma Riddle'a wypłynął na powierzchnię jego świadomości. Voldemort. Może jestem tutaj, żeby zabić Voldemorta. Może ktoś opracował sposób, abym mógł wrócić do przeszłości i powstrzymać go, nim będzie za późno…
Sięgnął do kieszeni. Jego palce owinęły się wokół znajomej różdżki z ostrokrzewu, różdżki z przyszłości. Czy magia z prawdziwego świata będzie w stanie wpłynąć na to wspomnienie?
Wyciągnął różdżkę i machnął nią z nadzieją.
— Expecto patronum!
Lśniący srebrny jeleń pojawił się przed nim i Harry z ulgą patrzył, jak błyszczący rogacz biegnie przez ciemniejące błonia Hogwartu. Jeśli moja różdżka może to zrobić w tym wspomnieniu, powinienem być w stanie rzucać inne zaklęcia.
Jego spojrzenie zatrzymało się na małym pająku na trawie. Siedział tam w bezruchu, ledwie widoczny w zapadającym zmierzchu. Harry skierował na niego swoją różdżkę.
— Ava… — Ręka chłopaka zaczęła się trząść. Bez przesady! Mogę do zrobić! To tylko pająk. I tak prawie nic nie czuje. Jeśli nie potrafię zabić pająka, w jaki sposób zniszczę Voldemorta?
Wziął głęboki oddech i spróbował ponownie:
— Avada kedavra… — Słowa brzmiały dziwnie w jego ustach.
Pająk pozostał przez chwilę w tej samej pozycji, a potem czmychnął w krzaki z niesamowitą prędkością.
— Byłoby łatwiej po prostu go rozdeptać — powiedział nagle ktoś za jego plecami.
Harry odwrócił się i stanął twarzą w twarz z uśmiechającym się Albusem Dumbledore'em. Dumbledore wyglądał teraz o wiele młodziej niż w czasach, kiedy ostatni raz mieli okazję się spotkać. Jego włosy i broda nadal były kasztanowe, nie białe, ale niebieskie oczy błyszczały za okularami–połówkami niemal tak samo jak zawsze.
— Dobrze pana widzieć, profesorze! — Harry uśmiechnął się do mężczyzny, na którego pogrzebie był kilka dni wcześniej.
— Ciebie też dobrze widzieć, Elias — powiedział uprzejmie przyszły dyrektor. — Mam nadzieję, że rozgościłeś się w Hogwarcie. Podejrzewam, że... nie lubisz pająków?
— Nie jestem Elias — powiedział chłopak bez namysłu. — Jestem Harry. Harry Potter.
Dumbledore mrugnął.
— Niech tak będzie. Harry Potter? Dyrektor powiedział, że masz na imię Elias. Jak dziwnie. — Potrząsnął powoli głową. — Wiesz, jest w tobie coś dziwnie znajomego.
Harry spojrzał na miłą, znajomą twarz i słowa same zaczęły wypływać z jego ust:
— Oczywiście, że tak jest, panie dyrektorze. Znamy się bardzo dobrze, pan i ja, w przyszłości. Zostanie pan dyrektorem Hogwartu, a ja będę pana uczniem, co prawda dopiero za wiele lat. Moi rodzicie zostaną zabici przez Toma Riddle'a, który zostanie przerażającym czarnoksiężnikiem i nazwie się Voldemort. To przez niego mam tę bliznę – zostawił mi ją, kiedy zabójcza klątwa nie zadziałała i odbiła się ode mnie. On i jego zwolennicy będą wszczynać terror i wielu ludzi straci życie. Pan zostanie zabity przez Severusa Snape'a, syna Eileen Prince, tuż po tym, jak wnukowi Abraxasa Malfoya się to nie powiedzie. Ale istnieje przepowiednia o Tomie Riddle'u i o mnie, która mówi, że jeden z nas zabije w końcu drugiego. Muszę go powstrzymać, ale nie wiem, jak. Popełni kilka morderstw i po każdym stworzy horkruksa, w którym ulokuje cząstkę swojej rozbitej duszy. Może być zabity tylko po tym, jak zniszczy się jego horkruksy, ale nie wiem, gdzie one są. Poszedłem do gabinetu dyrektora po pańskiej śmierci i znalazłem wspomnienie, wspomnienie o tych czasach i chyba jestem w nim uwięziony. Nie wiem, jak to możliwe, że się tu znalazłem, ale myślałem, że może pan ma z tym co wspólnego.
Wydawało się, że Albus Dumbledore stał bez słowa przez całą wieczność. Potem powiedział beztrosko:
— Cóż za nadzwyczajna historia, Harry. Oczywiście bardzo wygodnie byłoby nazwać cię szaleńcem, ale powiedziałeś parę rzeczy, które mogą się spełnić. Boję się o Toma Riddle'a. Myślę… Tak, myślę, że on jest zdolny stać się tym, kim mówisz, że zostanie. — Dyrektor zamknął oczy. — Opowiedz mi coś, Harry, coś małego i nieistotnego, czego dowiedziałeś się o mnie w przyszłości, coś, co pomoże mi zdecydować, czy mówisz prawdę.
Chłopak zastanawiał się przez chwilę.
— Lubi pan malinową konfiturę i wierzy, że miłość to najsilniejsza magia. Uważa pan, że to nasze wybory decydują o tym, kim jesteśmy i lubi mugolskie wzory do dziergania. Odrzuci pan propozycję zostania Ministrem Magii i będzie uczyć w Hogwarcie do śmieci. Powiedział mi pan, że w Zwierciadle Ain Eingarp, które pokazuje najgłębsze pragnienia naszego serca, zobaczył pan parę ciepłych skarpet, ale to kłamstwo. I powiedział mi pan kiedyś, że muzyka to magia większa od wszystkiego, co robimy w Hogwarcie.
Dumbledore zaśmiał się.
— Tak, to brzmi jak ja, mój chłopcze. Nie zostawiasz mi wyboru, muszę uwierzyć w twoją dziwną opowieść, Harry. Zastanawiam się nad imieniem „Elias"… Kiedy sam byłem chłopcem, ubóstwiałem niesamowite baśnie Eliasa Lönnrota. To dopiero była magia! Obiecałem sobie, że gdybym miał syna, nazwałbym go „Elias"…
— Ale nigdy nie miał pan syna… — powiedział cicho Harry.
— Nie, nigdy nie miałem. Nie jestem… skłonny do ożenku, tak bym to ujął. Ale możliwe, że rzeczywiście to ja w jakiś sposób cię nazwałem, mój młody przyjacielu z przyszłości… Nie przypominam sobie jednak robienia tego.
— Może pańskie przyszłe „ja" manipulowało jakoś tym wspomnieniem?
— Możliwe… To brzmi jak coś, co bym zrobił, czyż nie? — Dumbledore stał przez chwilę w milczeniu. — Robi się późno, Harry. Już czas na obiad. Mamy razem, że tak ujmę, sporą sprawę do rozwiązania. Prawdopodobnie nie powinienem pytać za dużo o przyszłość… Powiedz mi tylko: czy Zjednoczeni z Puddlemere kiedykolwiek pokonają Armaty z Chudley?
Harry nie mógł powstrzymać śmiechu.
— Często i gruntownie.
Dumbledore uśmiechnął się radośnie.
Ach, więc wierzę, że dla przyszłości nadal jest nadzieja.
AN: Mam przed sobą dość szalony tydzień, więc nowy rozdział wyjątkowo w poniedziałek, a nie w czwartek :)
