Rozdział V

Sny — powiedział nieobecnym tonem profesor Inigo Imago — są najbardziej archaiczną formą magii. W snach starożytna wiedza naszych serc przemawia o ukrytej prawdzie, której nasze umysły nie potrafią dostrzec. — Nauczyciel skierował swoje wielkie oczy, będące podobno zwierciadłem ludzkiej duszy, na uczniów zgromadzonych w klasie wróżbiarstwa, jakby dostrzegał tajemniczą prawdę, ukrytą gdzieś poza ścianami pokoju. — Ale czasami zadaję sobie pytanie: co jest snem, a co rzeczywistością? Czy nasze nocne sny nie są tak samo żywe jak sen, który nazywamy „rzeczywistością"? Kto ma mówić, co jest prawdziwe, a co jest snem? Czy możliwe, że cała rzeczywistość jest mimo wszystko jeszcze jednym snem?

Inigo Imago westchnął lekko. Okrył się szczelniej granatową szatą, po czym wyszeptał dziwnie nieobecnym głosem:

— W dalekiej krainie żył pewnego razu czarodziej, który śnił o tym, że był feniksem. Wznosił się na niebieskim niebie, a jego serce wypełniała radość. Ale wtedy obudził się i przypomniał sobie, że jest tylko człowiekiem. Jednak będąc mądrym człowiekiem, wkrótce zaczął się zastanawiać: czy był człowiekiem, któremu śniło się bycie feniksem, czy może był feniksem, który teraz śni o byciu człowiekiem?

— Na brodę Merlina, potrzebuję kawy! — wymamrotał Abraxas. — Te jego wywody są zawsze strasznie usypiające.

— Teraz proszę odwróćcie się do swojego partnera i omówcie ostatnie sny. Starajcie się patrzeć poza ich pozory, starajcie się odczytać je swoim sercem i dowiedzcie się, co ten sen naprawdę znaczył!

Zaszurały krzesła, uczniowie się przegrupowali i klasę wypełnił szum szeptów.

— Perfekcja… — Harry słyszał dochodzący zza pleców głos Johna Lupina. — Myślę, że to reprezentuje twój sen, Araminto. Tłum z widłami goniący na ulicy zdeformowanych mugoli reprezentuje twoją własną, wewnętrzną drogę do absolutnej perfekcji.

Nie, jestem całkiem pewny, że po prostu reprezentuje jej pragnienie do gonienia z widłami Mugoli… Harry zwrócił swoją uwagę na Abraxasa.

— Więc… Hmm… Miałeś ostatnio jakieś ciekawe sny?

— Ja? — Abraxas wyszczerzył zęby w uśmiechu. — Prawdopodobnie nie tak ciekawe jak twoje, sądząc po małym czyszczącym zaklęciu, które mamrotałeś dzisiejszego ranka, jeśli dobrze słyszałem.

Harry poczuł, że się rumieni.

— Och, na Merlina! Nie wiedziałem, ze ktoś jeszcze nie śpi. Każdy ma takie sny raz na jakiś czas.

— Tak myślę. — Szare oczy Abraxasa zamigotały. — Czy chciałbyś podzielić się detalami tego wyśmienitego snu, który zmusił cię do… hmm… użycia tego konkretnego zaklęcia?

— Nie, nie podzielę się. Zresztą i tak go nie pamiętam.

— Szkoda. Pomógłbym ci go zinterpretować.

— Nie, dzięki.

To i tak wszystko twoja wina, Abraxasie Malfoyu! To ty powiedziałeś mi, że moje łóżko w dormitorium Slytherinu kiedyś należało do Toma Riddle'a. Więc kiedy oświadczył mi, że jest zaręczony, to naturalne, że podświadomość podsunęła mi obrazy tego, co on i jego narzeczona robili w moim łóżku w zeszłym roku, na tych miękkich, srebrnych, satynowych poduszkach. Poza tym to przecież zupełnie naturalne. Mam szesnaście lat; szesnastolatki mają dziwne erotyczne sny praktycznie bez przerwy. A może jestem teraz siedemnastoletni, wewnątrz dziwnego snu w tym wspomnieniu? To oczywiste, że działa na mnie myśl, iż ktoś kochał się w moim łóżku. Każdemu coś takiego przywołałoby dziwne sny, prawda? A ten nawet nie był on o nich. Ona była tylko ciemną figurą; nie mogę sobie nawet wyobrazić, jak wyglądała za młodu. A wyobrażałem sobie jego twarz, bo… Och, boże, chciałbym zamiast tego wrócić do snów o krzykach dementorów, jak za starych dobrych czasów.

Harry potrząsnął głową, próbując odgonić natrętne myśli.

— Miałem raz sen o mężczyźnie, którego zaatakował wąż na końcu długiego, ciemnego korytarza. Może pomówimy o tym?

Abraxas westchnął.

— Och, w porządku. Ale nadal uważam, że ten drugi byłby bardziej interesujący. — Przewracał strony podręcznika do wróżbiarstwa. — Hmm. Mężczyzna, którego zaatakował wąż? Intrygujący symbol — ciekawe, o czym był ten sen…

Właściwie to był to sen o mężczyźnie, którego zaatakował wąż.


Wieczorek u Slughorna okazał się tym, czego Harry się obawiał. Dziesiątki ludzi rozmawiających i wymieniających nieszczere komplementy przy stolikach z błyszczącymi, kryształowymi miskami ponczu, srebrnymi tackami obładowanymi delikatnymi i absurdalnie malutkimi kanapkami, skomplikowanymi kompozycjami kwiatowymi, wydzielającymi słodki, hipnotyzujący zapach. Tysiące zaczarowanych świec rzucało ciepłe, migoczące światło na gości i piękne twarze stawały się w nim twarzami zapierającymi dech w piersi, a te zwykłe stawały się bardziej pociągające.

Sam Slughorn, ubrany w kasztanowo–fioletowe szaty, przemieszczał się od jednej grupki ludzi do drugiej, tutaj poklepując po plecach, tam dotykając ramienia. Jak kolekcjoner zajmujący się swoimi cennymi dziełami.

— Tutaj jesteś, Eliasie! — Slughorn doskoczył do Harry'ego, wciskając mu w rękę kryształową czarę wypełnioną jakimś błyszczącym płynem w kolorze księżyca. — Podejdź, mój chłopcze, jest parę osób, które nie mogą się doczekać, żeby cię poznać. — Zaciągnął Harry'ego do małej grupy osób przy oknie. — Oto tajemniczy Elias Black, nareszcie zaszczycił nas swoją obecnością, ten młody mężczyzna bez przeszłości. Nie wiemy nic o tym, skąd pochodzi, albo kim byli jego rodzice, a… — ściszył głos do szeptu — ... profesor Dippet ostrzegł nas, że nie wolno nam pytać. Dlaczego nie wolno nam pytać? Ach, przyjaciele, nawet to jest tajemnicą! Ale istnieją pewne przesłanki, coś więcej niż zwykłe wskazówki, że młody Elias to ktoś, z kim trzeba się liczyć. Czy nie mówiłeś mi, Tom, że oparł się klątwie Imperius? I że również jest wężousty?

— To wszystko prawda, Horacy. — Tom Riddle wyglądał elegancko w ciemnych szatach wyjściowych. Horacy? Sześć miesięcy temu musiałeś mówić do niego „profesorze Slughorn", a teraz jego imię tak łatwo przechodzi przez twoje usta. Bez wysiłku poruszasz się i śmiejesz wśród tych ludzi, jakbyś naprawdę lubił tę błyszczącą szaradę.

— Fascynujące… — Oswald Knot zerkał chciwie na Harry'ego. W jego spojrzeniu było coś znajomego. — Słyszałem, że jesteś również wspaniałym graczem quidditcha? Może moglibyśmy iść obejrzeć razem jakieś mecze w wakacje. Mój ojciec ma bardzo dobre znajomości; może załatwić nam najlepsze miejsca na jakiekolwiek rozgrywki.

— Może — mruknął Harry. Gapił się w swojego drinka, wyobrażając sobie jak tłuczek rozbija się na głowie napuszonego chłopaka.

— A niech to! — Tom Riddle nagle wylał zawartość swojego kieliszka na szaty Slughorna, trzęsąc się przy tym ze śmiechu. — Przepraszam, Horacy… Nie wiem, jak to się stało. Pozwól mi cię wysuszyć.

— Och, nieważne, Tom. To nic, czego małe suszące zaklęcie nie mogłoby naprawić. Eliasie, poznałeś już Sabino Sanguiniego? Pochodzi z jednej z najstarszych czarodziejskich rodzin w Europie.

— Jestem oczarowany — powiedział uroczyście Sanguini i lekko się skłonił.

— A to jest Eldred Worple, którego ojciec jest bliskim przyjacielem samego ministra.

Tom Riddle pochylił się do Harry'ego i wyszeptał:

— Cokolwiek robisz, nie zmuszaj mnie do ponownego wylania drinka. Mogę czytać w twoich myślach, pamiętaj.

Harry zaśmiał się.

— Postaram się… Och, tam jest Dumbledore. Chcę się przywitać. Chcę… Chcę usłyszeć więcej o jego wielkim pojedynku z Grindelwaldem.

— Oczywiście, że chcesz, mój chłopcze. — Slughorn rozjaśnił się na samą myśl o znamienitym gościu. — Jestem bardzo szczęśliwy, mogąc wliczyć do grona przyjaciół mężczyznę, który jest najprawdopodobniej największym czarodziejem naszych czasów — stwierdził, po czym ściszył głos. — Plotka głosi, że rozważa się Dumbledore'a na wysokie stanowisko w ministerstwie, na bardzo wysokie stanowisko.

Harry, pragnący uciec, zanim Tom Riddle dokopie się do czegoś głębszego w jego umyśle, pospieszył na drugą stronę pokoju, gdzie stał Dumbledore, otoczony małym tłumkiem, łowiąc różdżką jadalne wilce ze swojego drinka. Wyraźnie się rozpromienił, kiedy zobaczył Harry'ego.

— Ach, tu jesteś, panie Black. Wybaczcie nam, panie i panowie, musimy omówić ważną sprawę. Poufną sprawę…

Mamroczący tłum z respektem rozstąpił się, kiedy Dumbledore poprowadził Harry'ego przez szklane drzwi na mały taras, wychodzący na ciemne błonia Hogwartu.

Nauczyciel zamknął ostrożnie drzwi, pochylił się, opierając o balustradę i mocno wciągając chłodne, wieczorne powietrze.

Harry spojrzał na niego z ciekawością.

— Poufną sprawę, profesorze?

Dumbledore westchnął ciężko.

— Tak, Harry. Poufną sprawę. Powiem ci teraz, w najgłębszej tajemnicy, że nie znoszę przyjęć. Nie zrozum mnie źle; lubię istoty ludzkie. Bardzo je lubię, osobno. Ale kiedy gromadzą się w hordy, jak teraz, wydaje mi się, że tracą swoje człowieczeństwo i zmieniają się w tego wielogłowego, dzikiego potwora, który nazywa się tłum.

Harry zaśmiał się.

— Rozumiem, że nie obchodzi pana świeżo zdobyta sława.

Sława!— Dumbledore skrzywił się na dźwięk tego słowa. — To, że ktokolwiek mógłby jej pragnąć, przechodzi moje wyobrażenia. Nagle ludzie, których nigdy się nie znało, pragną twojej obecności, a jednak nie obchodzi ich, kim naprawdę jesteś. Jeśli twoje imię pojawia się w nagłówkach, chcą powiedzieć swoim przyjaciołom, że znają cię osobiście. Obrzucają cię niechcianymi prezentami, a jednak żaden z nich nie zna cię na tyle, żeby dać jakiś rozsądny, przydatny prezent, jak… jak…

— Para ciepłych skarpet? — zasugerował delikatnie Harry.

Dumbledore zamrugał.

— Tak, dokładnie. Skąd…? Hmm… Naprawdę musimy się dobrze znać, Harry.

Chłopak uśmiechnął się w odpowiedzi.

— Tak jest, profesorze. I mnie też nie obchodzi sława.

Przez parę minut stali bez słowa, patrząc w ciemność.

Potem Harry przerwał ciszę:

— Profesorze? Mogę pana o coś zapytać?

— Tak, oczywiście. O cokolwiek zechcesz, Harry.

— Pan… — Wydawało się, że słowa utknęły w jego piersi. — Pan i Grindelwald…

— Ach — Dumbledore znowu umilkł.

— Niektórzy ludzie mówią, że byliście… kochankami. — Harry słyszał bicie własnego serca w nieruchomym, nocnym powietrzu.

— Tak mówią?

— Tak mówią. — Harry czekał, w połowie licząc na to, że Dumbledore go wyśmieje. Ale czarodziej tego nie zrobił.

— Czy to cię szokuje, Harry? — Głos przyszłego dyrektora był delikatny.

— Nie wiem… Może nie…

— Powinno. Mnie szokuje. — Przez dłuższy czas Dumbledore stał bez ruchu, patrząc w noc. Potem powiedział miękko: — Serce nie potrzebuje powodów, Harry. Obawiam się, że to jest tak proste. Wiem, kim on jest, czym on jest, a jednak nie mogę przestać go kochać, tak samo, jak nie mogę przestać oddychać.

— Och. — Harry nie wiedział, co powiedzieć.

- To tyle, jeśli chodzi o moje zwycięstwo nad Czarnym Panem naszych czasów, Harry. Mogłem pokonać go w pojedynku, ale on nadal ma władzę nade mną, duszą i sercem. „Dumbledore, największy czarodziej naszych czasów", doprawdy!

Chłopak poklepał nauczyciela pocieszająco po plecach.

— Cóż, przynajmniej pojawi się pan na karcie z Czekoladowych Żab.

— Ja… co? — Na twarz Dumbledore'a pojawiła się nieskrywana radość. — Mówisz poważnie, Harry? No, to jest rodzaj sławy, który mnie obchodzi… Czy stanę się rzadką kartą?

— Hmm… nie. Jest pan dość pospolitą.

Dumbledore pokiwał poważnie głową.

— Rozumiem. Więc nadal mam o co się starać.

— Tutaj jesteś, Albusie! — Slughorn nagle zmaterializował się tuż za nimi. — Nie możesz monopolizować Eliasa. Jest tylu ludzi, którzy nie mieli okazji go poznać. Chodź, naprawdę musisz spróbować sufletu z malwy.

I Slughorn skierował ich delikatnie z powrotem na przyjęcie.


Po godzinie niekończących się prezentacji i rozmówek bardziej niezrozumiałych i bez sensu niż starożytne runy, Harry odkrył, że utknął w kącie z Horacym Slughornem. Dziwny drink, który cały czas pojawiał się w jego szklance, zaczął już na niego działać i nie mógł wymyślić sposobu na ucieczkę.

— W końcu! Czekałem na możliwość porozmawiania z tobą na osobności, mój chłopcze. Próbowałeś już muszelek z duszonych pykostrąków? Och, naprawdę muszę nalegać, żebyś spróbował. A twoja szklanka jest w połowie pusta. Pozwól mi…

Harry posłusznie przełknął delikatną, małą, białą piankę pokrytą błyszczącymi, różowymi nasionkami.

Slughorn nachylił się i obniżył głos do szeptu:

— Cieszy mnie to, że powoli stajesz się przyjacielem Toma, Eliasie. Powiedział mi, że daje ci prywatne lekcje, chociaż jest bardzo tajemniczy co do ich natury. Troszkę zakazanej czarnej magii, jak przypuszczam? Och, nie martw się, drogi chłopcze; nie będę pytać. To naturalne dla inteligentnego, młodego czarodzieja, że jest ciekawy czarnej magii. Sam Tom przekonał mnie do nauczenia go paru rzeczy, na które, mówiąc dosadnie, nie powinienem się zgodzić. Wasza dwójka ma ze sobą tak wiele wspólnego - obaj jesteście sierotami, obaj tak ogromnie utalentowani i, to dość oczywiste, obaj dość przystojni… — Slughorn, brzmiąc na lekko wstawionego, pokiwał poważnie głową. — Złamiecie serca czarownic z najznakomitszych rodzin, nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

— Hmm… — Harry, nie mając niczego lepszego do zajęcia rąk, sięgnął po kolejną białą muszelkę. — Cóż, Tom jest już zaręczony, prawda? Z Walburgą Black?

Ku jego zaskoczeniu, Slughorn zrobił niezadowoloną minę.

— Tak. Tak, jest zaręczony z Walburgą. Myślę, że zbyt pochopnie.

— Naprawdę? — Harry popatrzył z nadzieją na mistrza eliksirów. Proszę, powiedz mi, że uważasz, iż Walburga jest bratnią duszą swojego kuzyna Oriona.

— Tom naprawdę jest o wiele za młody, żeby się żenić. Przecież ma tylko osiemnaście lat! Myślę, że to naturalne, iż chłopiec, który dorastał jako niechciana sierota, jak najprędzej chce osiągnąć pozycję szanowanego człowieka w magicznym społeczeństwie. A teraz, kiedy zdobył pożądaną posadę nauczyciela obrony przed czarną magią w Hogwarcie, nie jestem zaskoczony, że Tom marzy o ustatkowaniu się jako respektowany człowiek z rodziną — ale to naprawdę jest o wiele za szybko. Walburga to urocza młoda dama, oczywiście, ze starożytnej i szlachetnej, czystokrwistej rodziny, ale nie mogę przestać myśleć o tym, że jej osobowość jest trochę zbyt — jakby to ująć? — zbyt gwałtowna jak na kogoś o tak drażliwym temperamencie, jaki ma Tom.

Harry z dreszczem przypomniał sobie przyszły portret Walburgi Black i przytaknął.

Slughorn spojrzał na chłopaka w zamyśleniu.

— Wiesz, Eliasie, tak myślałem: jeśli ty i Tom tak dobrze się dogadujecie, może mógłbyś porozmawiać z nim na ten temat? Mam na myśli nie spieszenie się i czerpanie przyjemności z beztroskiego życia kawalera przed zrezygnowaniem z niego na rzecz życia rodzinnego. Niestety, on tylko się śmieje, kiedy ja o tym wspominam; mówi, że taki stary kawaler jak ja nie powinien dawać mu rad odnośnie małżeństwa.

Harry uśmiechnął się.

— Myślę, że mogę spróbować, proszę pana.

— Wspaniale! Och, tam jest panna McGonagall z Ministerstwa; jest moją byłą uczennicą. Pozwól, że cię przedstawię, Eliasie.

Profesor McGonagall? Jak młodo wygląda! Właściwie to nawet jej ładnie z długimi kruczymi włosami. Uch, czy ja to przed chwilą pomyślałem? Och, zaraz, poznaję to srogie spojrzenie, którym patrzy na Abraxasa Malfoya; teraz znowu wygląda bardziej jak ona.

— Miło mi pana poznać, panie Black. — Głos McGonagall był taki sam. Zmarszczyła lekko brwi. — Zaraz, czy myśmy się już spotkali? Wydaje mi się pan znajomy.

Harry lekko się zarumienił.

— Nie, nie sądzę, żebyśmy się spotkali.

Jej poważny wzrok był utkwiony w jego twarzy.

— Dziwne… To prawie tak, jakbym widziała pana twarz we śnie.

— Ach, czy zaczęłaś śnić o przyszłości, Minerwo? Nigdy bym o tym nie pomyślał po twoim skandalicznym popisie na moich zajęciach dwa lata temu, ale wciąż możesz mieć jakiś ukryty talent. — Ingo Imago, nauczyciel wróżbiarstwa, przyłączył się do nich.

Minerwa McGonagall posłała mu przyjazny uśmiech.

— Witam, profesorze. Wróżbiarstwo nigdy nie było moim przedmiotem, prawda? Zbyt mroczne i niejednoznaczne jak na mój gust. Ale przynajmniej je zaliczyłam, nie jak biedna Sybilla.

Harry uśmiechnął się do siebie. Jak bardzo byłaby pani zaskoczona, jeśli zapytałbym, czy mówiła pani o Sybilli Trelawney, osobie, której jeszcze nie poznałem. I jak zdumiona, gdybym pani powiedział, że ona będzie kiedyś nauczycielką wróżbiarstwa w Hogwarcie. Mogłaby pani pomyśleć, że posiadam zdolność przepowiadania przyszłości. I robię to, ale nie przepowiadam jej; pamiętam ją. A może to to samo? Odkaszlnął cicho i powiedział lekko:

— Przepraszam, profesorze Imago, zastanawiam się, czy mógłbym zadać panu pytanie?

Nauczyciel przytaknął.

— Pytanie? Tak, coś mi mówiło, że będziesz miał pytanie. Dalej, mój drogi chłopcze.

— Jeśli ma się wizję, przebłysk przyszłości, albo we śnie, albo… w inny sposób, czy przyszłość będzie dokładnie taka, jaką się ją widziało? Czy istnieje możliwość zmiany przyszłych wydarzeń, które się już widziało?

Profesor Imago patrzył na Harry'ego dziwnie nieobecnym wzrokiem, jakby jego spojrzenie tak przywykło do dalekich wizji, że nie mógł już dłużej widzieć rzeczywistego świata wyraźnie.

— Ach, jesteś jasnowidzem, mój drogi chłopcze? Czy to możliwe, że posiadasz rzadki dar patrzenia w przyszłość i widzenia tego, co dopiero nastąpi? — Westchnął. — Czym jest przyszłość? Obawiam się, że niczym innym niż snem. A jednak jest prawdziwa, w dziwny sposób, jak każdy nasz sen. Może nasze wspomnienia o przeszłości również są tylko zwykłymi snami? Myślimy o przyszłości jako o nieokreślonej, a o przeszłości jako o niezmiennej, jak o serii wydarzeń wyrytych w kamieniu. Ale czy naprawdę tak jest? Może przeszłość i przyszłość są równie nierealnymi, zwyczajnymi snami i fantazjami pamiętanymi z przeszłości… — jego głos odpłynął.

— Dziękuję, profesorze. To było bardzo… pomocne… — Harry czuł, jak jego umysł wiruje. Może potrzebował trochę więcej tego błyszczącego drinka.

Zobaczył Abraxasa przy misie z ponczem na drugim końcu pokoju i szybko przeprosił towarzystwo. Przynajmniej on wygląda wystarczająco prawdziwie, chociaż nieco chwiejnie. Trochę za dużo wilcowego ponczu, Abraxasie?

Ślizgon powitał go radośnie.

— W końcu udało ci się uciec od Slughorna, co? Czy był w stanie pokazać wszystkim swoim znajomym i wielbicielom najnowszy artefakt, cudownego Tajemniczego Chłopca z Blizną?

W odpowiedzi Harry pokazał Malfoyowi okropny grymas.

— Lepiej daj mi trochę tego ponczu. Wyglądasz, jakbyś już miał go dosyć.

— Dosyć? Nie bądź śmieszny, Eliasie. Kiedy zaczynam flirtować z Knotem, wtedy mam dosyć. A tak w ogóle to widziałem, że miałeś małą rozmowę ze Slughornem w kącie. O co chodziło? Ostrzegał cię przede mną? Wiesz, mogę mieć okropnie zły wpływ na ludzi.

Harry zaśmiał się.

— Och, nikt nie musi im tego mówić; sam to odkryłem. I nie, nie mówiliśmy o tobie, głupku. Po prostu rozmawialiśmy o zaręczynach Toma Riddle'a. Wydaje się, że Slughorn tego nie pochwala; myśli, że Tom jest za młody, że zbytnio się spieszy.

Abraxas zachichotał.

— Och, stary Slughorn nie pochwala tego ani trochę, wszyscy to widzą. Szczerze powiedziawszy, on nie cierpi wizji Toma i uroczej Walburgi na ślubnym kobiercu. Ale nie tylko dlatego, że Tom jest za młody…

— Co? Jest inny powód?

Abraxas owinął rękę wokół ramion Harry'ego i westchnął dramatycznie:

— Och, mój słodki, niewinny Eliasie, nie widzisz tego, co jest przed twoimi oczami? Slughorn nie chce, żeby przystojny Tom Riddle się żenił, ponieważ chce Toma dla siebie. Nie chce, żeby Tom poślubił Walpurgę, bo desperacko pragnie Toma w swoim łóżku.

Harry zamrugał ze zdziwieniem, jakby nie do końca rozumiał.

Co?

Nagle za ich plecami rozległ się drżący wdech. Harry odwrócił się i zobaczył stojącego tam Slughorna, bladego jak śmierć.

Abraxas zarumienił się, jego szare oczy rozszerzyły się z szoku.

— Och, na brodę Merlina…

Slughorn stał nieruchomo przez chwilę, która wydawała się długa jak nieskończoność, aż w końcu odnalazł swój głos:

— Wynocha, panie Malfoy! Wynocha sprzed moich oczu w tej chwili. Jak śmiesz…? Nie chcę cię więcej oglądać na oczy, ty zepsuty, mały… — Trząsł się z gniewu.

— Abraxas jest pijany, proszę pana — powiedział delikatnie Harry. — Za dużo wilcowego ponczu; nie wie, co mówi. Chodź, zabiorę cię do dormitorium.

— Dziękuję, Eliasie. — Cały gniew wydawał się opuścić Slughorna, tak jak i jego napuszona zarozumiałość. Wyglądał staro i źle, a Harry poczuł ukłucie żalu. Biedny Slughorn. Zastanawiam się, czy prawdą jest to, co powiedział Abraxas…?

— Za dużo wilcowego ponczu, powiadasz? Tak. Tak, to tłumaczy… — We wzroku Slughorna wbitym w Harry'ego była cicha prośba, coś niemal desperackiego. — Tak, to było tylko to, prawda?

— Tak, profesorze. Chodź, Abrasaxie. Donieśmy cię do łóżka, zanim zemdlejesz.

— Jesteś dobrym chłopcem, Eliasie — powiedział cicho Slughorn.

Harry ciągnął Abraxasa w stronę drzwi i starał się ignorować ciekawskie spojrzenia innych gości.

— Potrzebujesz pomocy? — Pospieszył Tom Riddle. — Merlinie, co się z nim stało? Za dużo ponczu?

— Niestety.

— Och, na Merlina, jestem idiotą — wyjęczał Abraxas w ramię Harry'ego, kiedy manewrowali nim ostrożnie w kierunku dormitorium Ślizgonów.

— Był trochę… nietaktowny, to wszystko — wymamrotał Harry w odpowiedzi na pytające spojrzenie Toma. — Obawiam się, że obraził profesora Slughorna, ale jestem pewny, że do jutra zostanie mu to zapomniane. — Ale w głębi serca Harry nie był taki pewny, czy Slughorn kiedykolwiek wybaczy Abraxasowi Malfoyowi.

Było już bardzo późno i inni Ślizgoni mocno spali. Harry i Tom skierowali Abraxasa do łóżka i narzucili na niego srebrną pościel. Abraxas westchnął i wymamrotał śpiąco:

— Może powinieneś mnie najpierw rozebrać, Eliasie?

— W twoich snach, Malfoy.

Abraxas uśmiechnął się anielsko i zamknął oczy.

— Och, w porządku. Jeśli nalegasz… — Chwilę potem już spał.

Tom zaśmiał się cicho i potrząsnął głową.

— Ile dokładnie ponczu wypił?

— Nie mam pojęcia. Dużo.

Tom rozejrzał się po dormitorium z lekkim uśmiechem.

— Jakie znajome jest to miejsce! To był mój dom przez siedem lat… To moje łóżko, dokładnie tutaj. — Położył rękę na srebrnej poduszce Harry'ego. — Och. — Lekki rumieniec pojawił się na jego policzkach. — To teraz twoje łóżko, prawda? Wszystkie inne są zajęte, więc to musi być twoje...

Harry przytaknął w milczeniu. Sen. Nie wolno mi myśleć o śnie z zeszłej nocy. Nie, nie obraz jego twarzy, zarumienionej z pożądania… Muszę myśleć o czymś innym. Dementorzy. Włosy Snape'a. Amoniakowy zapach wybielaczy ciotki Petunii. Cokolwiek…

Starał się nie patrzeć na Toma, ale i tak widział piękną twarz młodzieńca, który wcale nie wyglądał jak Voldemort. Spojrzenie Toma przez chwilę spotkało się z jego i obaj szybko spojrzeli gdzie indziej. Harry czuł, jak jego policzki robią się ciepłe.

— W takim razie dobranoc, panie Black. — Głos Toma stał się nagle dziwnie poważny.

— Dobranoc, profesorze Riddle.

Kiedy Tom wyszedł, Harry zapadł się w swoje łóżko. Oparł swoją płonącą twarz o chłodną, delikatną satynę poduszki, gdzie jeszcze przed chwilą spoczywała dłoń Toma.


TN: Moje ulubione słowo w tym rozdziale - pykostrąki.