Dziękuję za komentarze!
2.
Jęknął, czując, jak skręca go żołądek, mimo to nie miał już siły, by kolejny raz zwrócić żółć. Właściwie całą noc i większość niedzieli spędził nad muszlą, nie mając pojęcia, co zrobić. Było mu zimno i jego ciało co rusz przechodziły dreszcze, jednak nie pokwapił się, by rzucić na siebie czar ogrzewający. Obawiał się, że w tym stanie nie będzie zdolny do utrzymania zaklęcia. Był odrętwiały i wymęczony. Kiedy podniósł się na jakiś czas z posadzki, myśląc, że już jest lepiej, zobaczył swoje odbicie i przeraził się; nie przypuszczał, że wyglądał tak okropnie. Chociaż tak naprawdę, gdy dłużej patrzył w swoje odbicie, uznał, że czego tak właściwie się spodziewał. Jego oczy były przekrwione, a cera wydawała się szara. Jednak to chyba właśnie cienie pod oczami i nagła matowość jego oczu przyciągały najbardziej uwagę.
Nie był właściwie pewien, co spowodowało taką reakcję organizmu, nigdy wcześniej nie działo się nic podobnego; miał jednak jakieś niejasne wrażenie, że za wszystkim stała jego magia. Czuł to, czuł jak wraz z kolejnymi torsjami, opuszcza go jakaś gorycz, coś obcego, z czym nie potrafił sobie poradzić.
Odetchnął głęboko, a kolejna fala mdłości nie nadeszła. Odczekał jeszcze chwilę i podniósł się z posadzki. Nawet zmiana pozycji nie sprowadziła go z powrotem do parteru, co wziął za dobry znak i pchnął drzwi od łazienki, by wejść do dość przestronnej komnaty. Dopiero teraz zorientował się, że był już niemal wieczór, a co za tym szło, opuścił kolejny posiłek, na którym powinien był się pojawić chociaż po to, by nie wzbudzać podejrzeń. Nie miał jednak aktualnie sił na podobną grę. Zamiast tego zdjął z siebie przepocone ubranie i wsunął się pod kołdrę, owijając nią niczym kokonem. Przyciągnął do siebie jeszcze poduszkę, którą wziął w ramiona w imitacji drugiego ciała; od jakiegoś czasu nie potrafił podziać rąk przy zasypianiu, zawsze miał wrażenie, że mu wadzą, bez różnicy, gdzie by ich nie położył. Jedynie w ten sposób sobie jakoś z tym radził, nie zajmując problemem swoich myśli. Zasnął szybciej niż mógłby tego oczekiwać.
xXx
Severus chodził wściekle po swoich komnatach. Od wczorajszego zniknięcia, Potter nie pojawił się ani na posiłkach, ani nie był widziany na korytarzach. Snape zdobył się nawet na to, by zapytać o niego obrazy, od których dowiedział się, że ten nie opuścił swoich komnat.
Nie był pewien, skąd wzięło się przeczucie, że coś działo się z Potterem, jednak nie potrafił zignorować tego, co widział. Zbyt wiele czasu minęło i zbyt wiele o nim wiedział. Zbyt dobrze go znał, by dać się zwieść tym śmiesznym przedstawieniom, które odstawiał dla nich od początku roku. Teraz jednak już nawet odpuścił posiłki i Severus nie był pewien, ani co o tym sądzić, ani co powinien zrobić. Przecież nie pójdzie do niego, zapytać, co się dzieje. Nie potrafił.
Ruszył w stronę drzwi, jednak zawahał się. Zaczynało go to męczyć, nie był człowiekiem niezdecydowanym i nie wiedział, co to wszystko miało znaczyć. Dlaczego wszystko co dotyczyło Pottera, zawsze musiało być takie trudne. Zazgrzytał zębami, gdy drzwi zamknęły się za nim z cichym kliknięciem. Robiąc krok naprzód, wmawiał sobie, że nie było już odwrotu. Postanowił przełamać tę cholerną barierę, którą postawił między nimi, jasno dając chłopakowi do zrozumienia, że nie było niczego, co mógłby mu dać. Nie był pewien, ale podejrzewał, że popełnił w tej kwestii błąd.
Nie wiedzieć kiedy, znalazł się na czwartym piętrze i stanął przed drzwiami, które, jak dobrze wiedział, prowadziły do prywatnych komnat Pottera. Pamiętał, że pierwszym razem, gdy natknął się tu na niego, podczas swojego przypadkowego patrolu, zaskoczyło go, że jego pokoi nie strzegły żadne wymyślne obrazy, a prowadziły do nich jedynie proste, dębowe drzwi. Teraz stał przed nimi, nie będąc pewnym, czy dobrze robi. Zrobił krok na przód, wyciągając dłoń, jednak nim jego palce dotknęły gładkiego drewna, zawahał się. Potter mógł mieć obłożone drzwi jakimiś zaklęciami, a nie chciał, by chłopak wiedział o jego obecności. Tak, kogo chciał w ogóle oszukać, nie było żadnych szans, by odważył się, tak po prostu tam zapukać. Dać znać, że wcale nie było to dla niego takie obojętne. Nie był jeszcze gotowy by przyznać przed Harrym Potterem, że odkąd wrócił, było tak, jak gdy pojawił się na siódmym roku i ich spojrzenia odnalazły się w tłumie uczniów. Severus wiedział, że był żałosny, żyjąc przeszłością, czymś, czego nigdy nawet nie było. Może po prostu chronienie dupska Pottera przed kłopotami stało się jego ulubionym zajęciem; nie był pewien. Odwrócił się na pięcie i czym prędzej odszedł.
xXx
Kiedy wywlókł się rankiem ze swoich komnat, czuł się jakby miał paść po kilku przemierzonych krokach. Było mu słabo i kręciło się w głowie, ale miał nadzieję, że jakieś lekkie śniadanie naprawi ten stan. Z jednej strony cieszył się, że mieszkał stosunkowo blisko Wielkiej Sali, jednak w miarę drogi i mijających go, rozchichotanych uczniów, zaczął zastanawiać się, czy, gdyby miał całą drogę z wieży Gryffindoru na przemyślenie kwestii swojej obecności na śniadaniu, nie zawróciłby gdzieś w połowie. Właściwie, schodząc z ostatnich schodów, uznał, że nie powinien jeszcze nic jeść i śmiało mógłby udać się już do swojej sali, by przygotować się do pierwszych zajęć z czwartym rokiem, od których zaczynał. Podczas przerwy weekendowej nie miał do tego głowy i, gdy się nad tym dłużej zastanowił, nie był nawet pewien, co dzisiaj mieli omawiać.
Już chciał skierować swoje kroki ponownie na schody, gdy jego wzrok napotkał zmierzającą w jego stronę postać Snape'a.
Zatrzymał się.
Mężczyzna wydawał się nie zwracać na niego większej uwagi, ale przypatrując się Snape'owi od tak długiego czasu, jak on to robił, bez problemu dostrzegł moment, w którym nauczyciel go zauważył. Harry spiął się i zrobił krok do przodu, wówczas Mistrz Eliksirów spojrzał na niego.
― Zaszczyci nas pan w końcu swoją obecnością, panie Potter?
Panie Potter. Nie wiedzieć czemu, właśnie dzisiaj zaczęło mu to przeszkadzać. Może dlatego, że od momentu, kiedy się obudził nad ranem, analizował swoje życie począwszy od chwili, gdy nabrało szaleńczego tempa po szóstym roku, kiedy to klątwa wykończyła Dumbledore'a. To był czas, kiedy tak naprawdę zrozumiał swoje przeznaczenie. Doskonale pamiętał minę Snape'a, gdy ten przyszedł po niego wieczorem, żądając opuszczenia wieży Gryffindoru i ze szczegółami przedstawił mu istotę wszystkiego, co czekało Harry'ego.
To był również moment, gdy przestał być Potterem, a w oczach Snape'a dostrzegł coś ponad nienawiść. Najwyraźniej te czasy należały do przeszłości. Nie miał jednak odwagi, by spróbować to jakoś naprostować, chociaż pragnął tego, ilekroć patrzył na mężczyznę.
― Tak myślę ― odparł, jednak nie zdecydował się na kolejny krok. Snape uniósł brew, wskazując głową Wielką Salę.
― Idziemy?
Przytaknął, przepuszczając mężczyznę przed sobą. Przez chwilę obaj milczeli, każdy bijąc się ze swoimi myślami i poczuciem godności, aż w końcu Snape odezwał się po raz kolejny, popychając drzwi od Wielkiej Sali.
― W świetle prawa jesteśmy sobie równi, nie musisz ciągnąć się za mną.
Harry w pierwszej chwili zamrugał i zmarszczył brwi, jednak w następnej podbiegł, by dotrzymać kroku swojemu dawnemu profesorowi.
― Przepraszam, nie podejrzewałem… ― zaczął, kiedy przekroczyli próg i kilka zaciekawionych spojrzeń zostało posłanych w ich kierunku. Harry obserwował reakcję Snape'a, ale mężczyzna nie wydawał się mieć nic przeciwko. Kiedy przechodzili środkiem sali, czuł skupione na sobie spojrzenia i ciche szepty.
― Nie przepraszaj, tylko się zachowuj ― powiedział mężczyzna, kiedy weszli na schody prowadzące do stołu prezydialnego. Harry pochwycił rozbawione spojrzenie McGonagall i pochyliwszy głowę, czym prędzej zajął swoje miejsce. Jakby na złość, Snape usiadł wyjątkowo blisko niego i zaraz sięgnął po pieczywo, niby przypadkiem upuszczając kromkę chleba na jego talerz.
Harry spojrzał na niego zaskoczony, chciał zaoponować i ruszyć z całą tyradą, ale zrezygnował, gdy mężczyzna pochylił się w jego stronę i powiedział:
― Z masłem, jeśli nie chcesz tego odchorować. ― Po czym, jak gdyby nigdy nic, wrócił do własnego talerza. Harry siedział przez jakiś czas zdębiały, nie bardzo wiedząc, jak zinterpretować zachowanie mężczyzny.
Posłusznie jednak sięgnął po maselniczkę i posmarował kromkę chleba grubą warstwą. Siedział przez chwilę, patrząc tępo na leżącą na jego talerzu kanapkę, niż w końcu uniósł ją do ust. Nie pamiętał już, kiedy ostatnio musiał żywić się w ten sposób. Mimo wszystko nawet to wydawało się lepsze, niż każda kolejna minuta spędzona w łazience. Kiedy był już w połowie kromki, zaschło mu w ustach. Spojrzał na dwa stojące przed nim dzbanki, jeden z mocną, aromatyczną kawą, a drugi herbatą i wybór wydawał mu się oczywisty, dopóki jego zaciskająca się na rączce dłoń nie została odtrącona.
― Co… ― wyjęczał, patrząc na Snape'a.
― Herbatę, panie Potter ― odparł, nalewając sobie kawy. Harry zmełł w ustach przekleństwo. Mimo to posłusznie wypełnił kubek intensywnie pachnącą, jakąś ziołową herbatą. Gdy upił łyk, upewnił się, że nie smakowała tak koszmarnie, jak podejrzewał.
Nie odezwali się do siebie już do końca posiłku, chociaż Harry nie potrafił się powstrzymać przed kilkoma spojrzeniami, które posłał mężczyźnie. Dziwnym trafem, kilka razy ich wzrok się skrzyżował.
Kiedy Harry chciał już wychodzić, przed jego talerzem wylądowała szara płomykówka i wyciągnęła nóżkę. Zamarł, uzmysłowiwszy sobie, do kogo należał ten ptak. Starając się zignorować ciekawskie spojrzenie Snape'a, odczepił list od nogi ptaka i wcisnął list do kieszeni. Nagle kolejna porcja herbaty wydała mu się najlepszym pomysłem.
xXx
Harry złapał się na tym, że patrzy od kilku minut w jeden punkt dopiero wówczas, gdy w sali zapadła nienaturalna cisza. Zamrugał i spojrzał na swoich uczniów, którzy w większości skończyli już pisać i teraz spoglądali na niego ze zmarszczonymi brwiami. Odchrząknął i sięgnął po różdżkę, by przywołać ich pergaminy do siebie.
― Kto skończył, może już iść. Tylko proszę, bądźcie cicho, żeby mi pani dyrektor głowy nie urwała ― powiedział, widząc, że pisze zaledwie czterech uczniów. Rozległo się kilka chichotów i już po chwili radosne szepty rozbrzmiały w klasie. ― Powtarzam, cicho. ― Pogroził im palcem, po czym wrócił do leżącego przed nim listu. Claus chciał spotkać się z nim w Hogsmeade i to jeszcze dzisiaj. Nie był pewien, czy Minerwa nie będzie miała nic przeciwko; co prawda był nauczycielem i chociaż twierdził inaczej, miał świadomość, iż nikt nie zmusza go do tkwienia w zamku od rana do nocy, jednak nie był pewien, czy sam tego chce. Ostatnie spotkanie odchorowywał przez weekend, a nie mógł sobie pozwolić na załamanie. Codziennie miał po kilka godzin zajęć, nie mógł być niezdolny do pracy.
Jednak, gdy kolejny raz przebiegł wzrokiem treść listu, nie potrafił zignorować błagalnego tonu, w którym została zapisana wiadomość. Claus przepraszał go i prosił, by dał mu jeszcze jedną szansę. Harry właściwie był zaskoczony, bo on sam nie pozwolił sobie na myślenie, by mógł to wszystko skończyć. Nieważne, jak bardzo zabolały go ostatnie słowa mężczyzny, wierzył, że mogą odbudować to, co mieli kiedyś. Po prostu obaj musieli popracować nad tym związkiem, jeżeli chcieliby, by dobrze działał.
Westchnął.
Mimo wszystko podjął już decyzję; będzie musiał porozmawiać z Minerwą.
xXx
Podczas obiadu Harry wpadł w jeszcze gorszy humor, niż miał od początku dnia. Snape był nieobecny, a mimo wszystko, mężczyzna odsuwał jego myśli od osoby Clausa. Zawsze tak było. Podczas posiłków, czy kiedyś, jeszcze gdy profesor szkolił go za czasów wojny, czas, który był przeznaczony na ich treningi, ograniczał się wyłącznie do nich. Harry nie potrafił myśleć o czymkolwiek innym, jeśli nie był to temat ich rozmów. Teraz jednak, kiedy przyszło mu siedzieć właściwie samemu, przesuwał tylko groszek po swoim talerzu. Stracił nawet ochotę, by porozmawiać z dyrektorką.
Westchnął po raz kolejny tego wieczoru, gdy nagle rozległ się trzask i najwyraźniej poirytowany Mistrz Eliksirów wpadł do Wielkiej Sali. W miarę, jak się zbliżał, Harry widział, że jego twarz była wykrzywiona w złości. Kiedy do nich dotarł, nie usiadł jednak na swoim miejscu, zupełnie ignorując Harry'ego. Zamiast tego podszedł do dyrektorki i wyszeptał jej coś na ucho. Harry zrozumiał tylko idioci i ranny, nie miał jednak szansy dalej zastanawiać się nad tym, co mogło się wydarzyć, bo Snape odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę wyjścia. Harry spojrzał w bok i zdziwiony odkrył, że McGonagall też już zdążyła się poderwać i teraz, przeprasząjąc, wydostała się zza stołu, śpiesząc za Snape'em.
Harry oparł się o krzesło i spojrzał w zaczarowane niebo.
xXx
― Jesteś pewien, Severusie?
― Masz mnie za idiotę? Widziałem to latami.
― Cóż, w takim razie powinieneś z nim porozmawiać. Nikt nigdy nie miał na niego takiego wpły…
Rozmowa ucichła i Harry przestraszony cofnął się, słysząc zbliżające się w jego kierunku kroki. Drzwi uchyliły się i pojawiła się w nich pomarszczona twarz Minerwy.
Zmusił się do uśmiechu.
― Pani dyrektor, przepraszam, że przeszkadzam, ale czy mógłbym dzisiaj opuścić zamek na kilka godzin? Po wieczornych lekcjach z siódmorocznymi. To dość ważne ― wyrzucił z siebie, nim jeszcze zdążył się rozmyślić. Kobieta nie wydawała się zaskoczona jego pytaniem, jednak spojrzała za siebie. Harry stanął na palcach, by upewnić się, że dobrze słyszał.
Na ustawionym naprzeciwko biurka fotelu siedział Snape i patrzył prosto na niego.
McGonagall ponownie na niego spojrzała, nieco zmniejszając szparę w drzwiach.
― Oczywiście nie mam nic przeciwko. To pański czas wolny, panie Potter. Niech mi pan jednak obieca, że nie będzie pakował się w kłopoty.
Wypowiedziane pozornie lekkim tonem słowa niosły za sobą drugie dno. Harry zmarszczył brwi, patrząc na kobietę uważnie, ale w końcu uśmiechnął się szeroko, skłoniwszy głowę.
― Ależ oczywiście, pani dyrektor. Wierzę, że te czasy mam już za sobą ― zaśmiał się. ― Dziękuję w takim razie i przepraszam, że przeszkodziłem. Miłego dnia! ― powiedział i odwrócił się, nie czekając na odpowiedź. Mógł przysiąc, że schodząc po schodach, usłyszał ciche westchnięcie, nim rozległ się trzask zamykanych drzwi.
xXx
Minerwa zamknęła za sobą drzwi i przez chwilę stała, nim odwróciła się do będącego w pomieszczeniu mężczyzny z rezygnacją na twarzy.
― Co ten głupi chłopak znowu wyprawia, Severusie? ― zapytała, zbliżając się do swojego biurka. Nie usiadła jednak, zamiast tego wyjrzała przez okno.
― Nie mam pojęcia ― skłamał. ― Tak czy inaczej, coś jest nie tak. Człowiek z dnia na dzień nie mizernieje do takiego stopnia ― dodał mocnym głosem. Kobieta zaśmiała się niewesoło.
― Widziałam to latami, Severusie ― powtórzyła jego wcześniejsze słowa. ― Za każdym razem, gdy wracałeś ze spotkań z tym potworem. Z tym wyjątkiem, że ty faszerowałeś się eliksirami, Potter wydaje się niczego nie przyjmować, stąd tak niewyraźnie dzisiaj wyglądał.
― Wczoraj nie było go na żadnym z posiłków. Jednak to nie są żadne dowody ― mruknął, zakładając ręce na ramiona. ― Problem w tym, że gdy zasugerowałem mu delikatny posiłek, nie oponował, a postąpił dokładnie tak, jak mu poradziłem. Co jest temu bachorowi, że jest taki ostrożny?
Minerwa zganiła go spojrzeniem.
― Kto wie? ― powiedziała, po czym potrząsnęła głową. ― Ty wiesz, Severusie. Bachor? Pamiętam, jak dobre relacje mieliście. Co się zmieniło? Pamiętasz, co poradziłam ci w zeszłym roku, gdy go od siebie odepchnąłeś?
― Nie oszukuj się, stary głupcze ― przedrzeźniał ją, unosząc brwi. ― Jak widzisz, pamiętam. Dlatego poszedłem za twoją radą i uciąłem jakieś bzdurne niedopowiedzenia, które nie przyniosłyby nikomu z nas nic dobrego.
― Skrzywdziłeś go. Harry nie jest zbyt otwarty, a doskonale pamiętam jak rozczarowany się wydawał, gdy sprowadziłeś go do parteru, mówiąc do niego po nazwisku. Tak się nie robi ― zakończyła ostro.
Snape podniósł się wzburzony ze swojego fotela, zaciskając dłonie na blacie.
― Doprawdy?! Wybacz mi, ale to nie ja odszedłem na tyle lat. Nie miał prawa niczego oczekiwać, a skoro był tak głupi, że myślał, iż rozłożę przed nim szeroko ramiona, bo znudziło mu się bycie aurorem, to…
Kobieta parsknęła, podchodząc tak blisko, że Snape mógł dostrzec złote drobiny w jej zielonych tęczówkach.
― Nic się nie zmieniłeś. Zaczynam się jednak zastanawiać, który z was żyje w większym kłamstwie!
Snape prychnął i ruszył do wyjścia. Nie chciał tego dłużej słuchać. Miał prace do sprawdzenia.
― Tak, uciekaj, Severusie. Historia pokazała, że to umiesz robić najlepiej.
Mimo, że słowa wydawały się obraźliwe, Snape tylko zadrżał z żalu, trzaskając drzwiami. Wiedział, że miała rację, a co gorsza, nie był pewien, czy wciąż miał dość siły na ucieczkę.
xXx
Harry wcisnął ręce w kieszenie, schodząc w dół stromej ścieżki w kierunku najbliższych świateł Hogsmeade. Claus miał czekać na niego tam gdzie zwykle, co nie napawało go szczególnym optymizmem. W miarę upływu drogi, starał ułożyć sobie to wszystko po raz kolejny w głowie, wciąż jednak z dość mizernym skutkiem.
Jedno było pewne, nie mógł pozwolić, by relacje z kimkolwiek do takiego stopnia wpływały na jego pracę. Miał jednak nadzieję, że mężczyzna opamięta się i przystanie na propozycję Harry'ego.
Tyle razy przeprowadził już tę rozmowę w głowie, że ze wszystkich scenariuszów, jedynie te pozytywne, wydawały mu się logiczne i możliwe.
Nagle dobiegł go jakiś trzask i obejrzał się za siebie. Kilkakrotnie miał wrażenie, że ktoś jest w pobliżu, dlatego też trzymał różdżkę blisko siebie, jednak ilekroć się odwracał, nikogo nie widział.
Mimo, że droga nie była długa, poczuł nagłą ulgę, kiedy wkroczył w krąg światła wylewający się przez okiennice tak dobrze znanego mu motelu. Spojrzał w górę i zadrżał, widząc czekającego na niego Clausa. Wyszarpnął dłoń z kieszeni i pomachał mu lekko, na co mężczyzna, o ile wzrok go nie mylił, uśmiechnął się i już po chwili zniknął w głębi pokoju.
Harry otrzepał szatę, po czym otworzył drzwi i wszedł do środka. Staruszki, która obsługiwała to miejsce, jak zwykle nie było, jak gdyby wiedziała, że nie przyszedł kolejny klient. Bez zbędnych czynności, skierował się na drewniane schody.
xXx
― Przyszedłeś. ― Usłyszał ulgę w głosie mężczyzny i już po chwili ramiona obejmowały go ze wszystkich stron. Zaśmiał się, kiwając energicznie głową, kiedy jego własne dłonie oplotły ciepłe ciało Clausa. ― Harry ― zaczął Claus miękko, wzdychając z ustami przy jego uchu. ― Tak bardzo cię przepraszam. Proszę, wybacz mi ― dodał i Harry miał ochotę powiedzieć mu, że oczywiście to zrobi. Kiedy jednak uchylił usta, żaden dźwięk nie wydobył się spomiędzy nich. Zamrugał.
Błądzące po jego ciele dłonie zatrzymały się i po chwili poczuł, jak mężczyzna się odsuwa. Bał się unieść wzrok, stojąc ze zwieszonymi rękami.
― Harry?
Zacisnął dłonie w pięści, po czym odważył się spojrzeć na stojącego przed nim mężczyznę.
Nie taki miał zamiar, jednak ta miękkość w głosie Clausa nagle uświadomiła mu, że to, co było między nimi, odeszło bezpowrotnie. Był pewien, że nigdy nie udałoby mu się wymazać zwad, które zaszły. Nie był pewien, czy był w stanie mu zaufać. I, im dłużej patrzył na wściekłość pojawiającą się najpierw w oczach mężczyzny, by wkrótce wykrzywić jego przystojne rysy twarzy, nie chciał się tego dowiedzieć. Nie chciał dłużej tego ciągnąć.
― Przepraszam, Claus. Jesteś…
― Pieprzenie! ― syknął mężczyzna, dopadając go. Popchnął Harry'ego na drzwi, tak, że jego głowa uderzyła w chropowate drewno. Przygryzł sobie język. ― Od początku to planowałeś. Już znalazłeś sobie innego frajera? Powiedz mi, Harry ― powiedział słodko, przyciskając go całym swoim ciałem do drzwi. Harry starał się odwrócić głowę, by uchronić się przed jego oddechem. Dłonie jednak były nieustępliwe i Claus złapał Pottera za brodę, przytrzymując twarz w miejscu. Pochylił się i wodził wargami po policzku Harry'ego, co tylko wywołało w nim dreszcz obrzydzenia. Język mężczyzny przesunął się wzdłuż linii szczęki. ― W końcu udało ci się go uwieść? ― zachichotał. ― Nie myśl, że zapomniałem, jak mi o nim opowiadałeś. Powiedz mi, Harry, czy to przez niego? Co takiego zrobił, że tak cię zmienił? ― Przesunął językiem po zaciśniętych ustach Pottera. Nagle puścił jego brodę i złapał go za przód koszuli, po czym przyciągnął nieco do siebie i pchnął na drzwi. ― Odpowiadaj!
Harry sapnął, a przed oczami pojawiły mu się drobne gwiazdki. Próbował sięgnąć po magię w sobie, ale jak zwykle, gdy dochodziło do cielesnej konfrontacji, ta nie odpowiadała. Był bezbronny.
― To nie ma z nim nic wspólnego. To moja decyzja ― wyszeptał, zaciskając powieki. Kolejne szarpnięcie i uderzenie w klatkę piersiową. Nie zareagował. Nie było to nic, czego nie doświadczyłby w ostatnim czasie. Kolejne uderzenia spadały na jego ciało, kilka nie ominęło twarzy, ale nie przejmował się tym. Wiedział, że Claus i tak go na koniec uleczy.
― Ty szmato! Mogłem się tego spodziewać ― powtarzał raz po raz.
Harry nie czuł niczego. Osunął się po drzwiach na podłogę, nie próbując nawet osłaniać brzucha czy głowy. Uderzenia, które na niego spadały były celne, za każdym razem sprawiając mu ból. On jednak powoli wycofywał się w swój umysł, szukając ukojenia. Nagle atak ustał i poczuł przesuwające się po swoim ciele dłonie. Otworzył oczy i dostrzegł przerażone spojrzenie Clausa.
― Harry, przepraszam, przepraszam, kochany, nie wiem, co we mnie wstąpiło…
― Nie dotykaj mnie ― powiedział twardo, próbując podźwignąć się na nogi. Kolana uginały się pod nim, ale zdobył się jeszcze na spojrzenie na mężczyznę. Zacisnął wargi, biorąc głęboki wdech. Mimo wszystko, to było trudniejsze, niż przypuszczał. ― To koniec, Claus. Naprawdę koniec ― powiedział i nie zatrzymywany, przekręcił gałkę w drzwiach. Pchnął je i wyszedł na korytarz, kuśtykając do schodów.
Znajdzie siłę, by przywołać magię, nim dotrze do szkoły. Uda mu się.
Pogrążony w rozszalałych myślach, nie zwrócił uwagi na to, że mężczyzna ruszył za nim. Kiedy zrobił pierwszy krok, by zejść na dół, poczuł nagle to samo zaklęcie, co ostatnim razem, uderzające w jego plecy. Potknął się i zaskoczony upadł na schody. Nie potrafiąc się zatrzymać, w szoku, sturlał się aż do półpiętra, gdzie padł na niego czyjś cień. Zacisnął powieki, bał się sprawdzić, kto widział go w tak upokarzającej chwili. Skulił się, gdy poczuł czyjeś dłonie na sobie, z dziwną delikatnością przesuwające się po jego ciele.
― Otwórz oczy.
Severus. Nie mógł w to uwierzyć; co on tu robił?
Nagle poczuł się jak wtedy, gdy klęczał na błoniach po pokonaniu Voldemorta. Wokół niego panowała cisza, gdy wszyscy stali jak wmurowani, nie wierząc, że to naprawdę koniec. Był wyczerpany, miał wrażenie, że zaraz zemdleje i pierwszym, który wyrwał się z tego stanu zawieszenia, był Severus. Pomógł mu wstać i wyprowadził z tłumu. Zabrał do siebie. Uspokoił.
Instynktownie wyciągnął ręce, czując się jak tamtego dnia. Wciągnął głęboko powietrze i wiedział, że drży, gdy dłonie profesora przesuwały się po jego plecach, zataczając uspokajające kręgi.
― Dasz radę iść?
Skinął ostro głową. Tak, chciał stąd zniknąć. Nie chciał ryzykować, że coś się jeszcze wydarzy.
― Akurat! ― Drgnął, słysząc wrzask Clausa. ― Nie przeleciał cię? Kłamliwa szmata! ― krzyknął jeszcze mężczyzna, kierując się w ich stronę. Harry nie potrafił nawet się odezwać. Szarpnął się, wymykając się dłoniom Snape'a, rzucił w dół schodów, nie myśląc o tym, że nogi mu się plączą i jedynie cudem udaje mu się dostać na sam dół. Nie oglądał się za siebie, nawet, gdy usłyszał krótki krzyk, a po nim nagłą ciszę.
Wybiegł na zewnątrz i dopiero tam potknął się i upadł. Dłonie zapiekły go, ale po chwili już poderwał się na równe nogi. Ocierając niechciane łzy, ruszył w kierunku zamku. Próbował przywołać do siebie magię, ściskał różdżkę w dłoni, ale nie mógł jej poczuć. Znowu była gdzieś głęboko w nim, skryta w obawie przed odebraniem jej. Jak kiedyś, gdy wuj groził mu, że pozbędą się jej z jego zepsutego ciała.
― Potter!
Przyspieszył.
Oprócz swojego ciężkiego oddechu, słyszał dudnienie kroków biegnącego za nim mężczyzny.
― Potter, nie wydurniaj się!
Nie. Nie mógł zostać, nie był po prostu gotów na kolejne upokorzenia. Był dorosłym mężczyzną, nie był dłużej chłopcem, któremu można było wybaczyć łzy. Snape i tak już nim gardził wystarczająco. Potknął się i upadł z głuchym jękiem. Nim jednak udało mu się poderwać, poczuł silne palce zaciskające się na jego ramieniu.
― Po… Harry.
Westchnięcie.
Zaskoczony spojrzał przez ramię i jedynie dzięki nikłemu światłu bijącemu od jednej z przydrożnych latarni, był w stanie zobaczyć twarz Snape'a. Nie widział jednak zbyt dokładnie, by móc stwierdzić, jakie emocje malowały się na twarzy mężczyzny.
― Więcej nie podniesie na ciebie ręki.
To brzmiało zbyt pięknie, by mogło być prawdą. Ta cicha obietnica, to przesłanie. Miał wrażenie, że słowa mężczyzny mówią mu, że teraz to on się nim zaopiekuje. Nie mógł jednak ufać swoim domysłom, bo to nie mogła być prawda. Severus skreślił go jak tylko wrócił do szkoły i Harry wiedział, że to w pełni jego wina. Dlatego nigdy nie oponował i przyjął to jako swoją karę za odejście. Teraz jednak był tutaj i czuł się jak te kilka lat temu. I Severus był wszystkim o czym potrafił myśleć. Gdy mężczyzna przyciągnął go bliżej do siebie, pomagając wstać, Harry był pewien, że jest w stanie usłyszeć bicie jego serca. A może to było jego własne, kołatające mu w piersi, niczym wyrywający się ptak. Bał się spojrzeć na mężczyznę z tej odległości. Bał się obrzydzenia w jego spojrzeniu.
― Niech mnie pan puści ― wyszeptał. Nie miał na to już dłużej siły. Obawiał się tego, co mogłoby się stać. Bał się ponownego odepchnięcia, wiedział więc, że nie może pozwolić mężczyźnie się zbliżyć. Dowiedział się już, jak żałosny Harry był. Czego chciał jeszcze.
― Harry ― brzmiało to jak prośba. W końcu odważył się spojrzeć na mężczyznę. ― Pozwól sobie pomóc.
Potter patrzył na niego uważnie, aż w końcu skinął głową.
― Nikt nie może mnie takim zobaczyć. Nikt więcej, proszę.
Severus nie odpowiedział, zamiast tego skierował różdżkę na jego twarz i zaczął szeptać skomplikowane inkantacje. Kiedy skończył, objął Harry'ego jednym ramieniem, by zapewnić mu podporę po czym powiedział, nie patrząc na niego:
― Myślę, że już dość.
Harry nie potrafił się z nim nie zgodzić.
