Dziękuję serdecznie za komentarze! Nie macie pojęcia, ile dla mnie znaczą!
3.
Droga do zamku zajęła im długie, milczące minuty. Teraz, czując ciało Harry'ego w swoich ramionach, nie wyobrażał sobie, co mógłby powiedzieć, aby ponownie go nie spłoszyć. Zwłaszcza, że mimo przytaknięcia ze strony młodzieńca, Potter nie wydawał się chętny, by rozpocząć rozmowę. Z drugiej strony, Severus naprawdę mu się nie dziwił. Sam nie był w stanie sobie wyobrazić, jak ten się czuł. Te kilka zaklęć leczniczych usunęło jedynie najbardziej widoczne ślady z jego twarzy, jednak dopiero eliksiry będą mogły pomóc mu uporać się z bólem, który niewątpliwie musiał czuć.
Potter milczał, wspierając się na nim i oczywistym było, że każdy krok sprawiał mu trudność. Nie sprawiło to jednak, żeby w którymś momencie poprosił o zmianę tempa czy odpoczynek. Nie, wydawał się wręcz skupiony jedynie na swoim celu, dostaniu do Hogwartu, jakby szedł z klapkami na oczach, ograniczającymi mu pole widzenia.
Severus zastanawiał się, ile razy już działo się coś takiego. Ile razy Harry wracał, kryjąc się w cieniu, do szkoły, gdzie mógłby w swoich komnatach zająć się opatrywaniem zrobionych mu przez jego partnera ran.
Severus nieco zmienił pozycję, pogłębiając uścisk, w którym trzymał niemal słaniającego się na nogach młodego mężczyznę. Odkąd pamiętał, a szczególnie w tej chwili, nie potrafił myśleć o nim inaczej niż o chłopcu. Nie był pewien, czy chodziło o różnicę wieku, szczerze w to wątpił. To wszystko raczej sprowadzało się do ich wspólnych doświadczeń. Nigdy nie potrafił zapomnieć widoku Pottera w jego najgorszych momentach, kiedy był tak osłonięty i wystawiony na atak, jak Snape nigdy by nie chciał. Może chodziło o tę wręcz naiwną, dziecięcą wiarę w ludzi, która nie zanikła w chłopaku mimo wszystkiego, co przeszedł podczas wojny.
I Snape nie był pewien, czy to jego przekleństwo czy błogosławieństwo, bo nie wyobrażał sobie, by bez niej chłopak był w stanie dokonać tego, co mu się udało, pokonując Czarnego Pana. Jeżeli jednak to ta bezgraniczna ufność doprowadziła go do tego miejsca, miał ochotę przeklinać głupotę chłopaka.
― Dasz radę wejść po schodach? ― zapytał, kiedy znaleźli się przed pogrążonym w półmroku gmachem szkoły. Harry spiął się już kilkanaście stóp wcześniej, najwyraźniej obawiając się tego, że ktoś mógłby ich zobaczyć. Severus nie sądził, by mieli się o tej godzinie na kogoś natknąć, ale jeżeli wprawiało to Pottera w aż taki dyskomfort, nie miał nic przeciwko, by chłopak sam pokonał resztę drogi.
― Ja… ― zaczął, odsuwając się od mężczyzny z zaciśniętymi wargami. Snape niechętnie go puścił, ale kilka kroków Potter przeszedł bez jego pomocy. Nie miał powodu, by dłużej dotykać chłopaka. ― Myślę że dam radę. ― Odwrócił lekko twarz, nie patrząc na Snape'a. ― Jeżeli mógłbyś iść nieco bliżej... ― Zawahał się.
Snape podszedł do niego, napinając mięśnie, by w porę zareagować, gdyby jednak stopnie okazały się trudniejszym przeciwnikiem. Harry odchrząknął.
― Jeszcze ci nie podziękowałem… ― zaczął, ale Snape natychmiast uciszył go syknięciem.
― Nie masz za co dziękować, tak samo jak przepraszać, co już ustaliliśmy ― powiedział szorstko, jednak widząc, że Harry się garbi, dodał: ― Nie myśl jednak, że to koniec. Idziemy do lochów. Tam porozmawiamy.
Mogło mu się wydawać, ale miał wrażenie, że Potter spojrzał na niego przez krótką chwilę z uśmiechem.
Jak tylko zniknęli za zakrętem, gdzie był pewien, że nikt ich nie zobaczy, znowu wziął Pottera pod ramię, warcząc, gdy ten chciał zaoponować.
― Nie wiem jak ty, ale ja nie mam całej nocy na dotarcie do moich kwater, Potter.
Celowo użył nazwiska dzieciaka; jakimś dziwnym trafem, wydawało się ono działać na niego jak płachta na byka, dzięki czemu brał się w garść, a tego Snape potrzebował, przynajmniej, dopóki nie znajdą się w jego komnatach. Później… Później wszystko będzie inaczej.
― Dawno tu nie byłem ― wyszeptał dzieciak, dotykając drżącą dłonią kamiennej ściany tuż przy drzwiach. Snape nie skomentował tej uwagi, mrucząc hasło, po czym przyłożył koniec różdżki w
zagłębienie w drewnie.
Drzwi otworzyły się bezgłośnie i nagle Severus stał się boleśnie wręcz świadomy kroku, który poczynił. Spojrzał na Pottera i szybko odkrył, że chłopak przygląda mu się uważnie.
― Jesteś pewien? ― zapytał i Snape poczuł, jak napina mięśnie lewej ręki, zaciskając pięść. Przez chwilę pomyślał o tych zmarnowanych, pełnych niczego latach, po czym przyjrzał się blademu siniakowi na żuchwie Pottera. To właściwie nie było pytanie. Bo nie było żadnego wyboru.
Puścił Harry'ego i zrobił krok na przód, wchodząc do pomieszczeń, gdzie od razu uderzyło go panujące w nim zimno. Rzucił zaklęcie na drewno w kominku, które zaczęło płonąć. Stał odwrócony tyłem do chłopaka, dając mu możliwość na wycofanie się. Przez chwilę nie słyszał żadnych kroków, szybko decydując, że najwyraźniej źle odczytał wcześniejsze słowa.
Już miał cofnąć się i po prostu zamknąć drzwi, gdy dobiegły go zdecydowane kroki i po chwili ciche kliknięcie, świadczące o tym, że chłopak jednak wszedł do środka.
Zapadła głucha cisza, co jakiś czas przerywana krokiem Pottera, gdy ten się zbliżał, dopóki nie usiadł na fotelu. Dawniej zawsze siadał na kanapie, fotel należał do niego. Czasami, gdy z chłopakiem było bardzo źle, dosiadał się do niego. Czasami Potter łapał się go, jakby był jego ostatnią deską ratunku.
― Pójdę po jakieś eliksiry ― odchrząknął Snape i przeszedł do przeciwległej ściany, na której rozciągała drewniana konstrukcja z mnóstwem niewielkich drzwiczek. Mężczyzna otworzył jedne z nich i przez chwilę w pomieszczeniu rozbrzmiewał tylko stukot butelek uderzających o siebie. ― Długo to trwa?
Harry w pierwszej chwili udawał, że to pytanie nie padło. Dopiero kiedy poczuł na sobie wyczekujące spojrzenie, otworzył usta, jednak nie wydobył się spomiędzy nich żaden dźwięk. Zamknął je szybko, krzywiąc się ze złości.
― Nie potrzebuję daty co do minuty, Potter ― mruknął, jednak bez swojej zwyczajowej zjadliwości. Chłopak był pewien, że zaczerwieniłby się, gdyby nie fakt, że póki co był roztrzęsiony do tego stopnia, że nie zwracał tak aż na to uwagi.
― Długo ― odpowiedział w końcu. Ich spojrzenia się skrzyżowały i Potter po chwili odwrócił wzrok. Ciężko było dzielić się tym z kimkolwiek. Wspomnienia były zbyt świeże, zbyt bolesne. Dopiero co czuł dłoń Clausa na sobie; nie potrafił o tym mówić. I nie wiedział, co miałoby się wydarzyć, by kiedykolwiek miał zacząć. O takich rzeczach nie powinno się mówić głośno.
Jeszcze przez kilka minut Snape chodził po komnacie, wyciągając różne pojemniczki z rozmaitych skrytek, aż w końcu ustawił wszystko na stoliku i stanął nad Potterem, wskazując mu kanapę.
― Nie wiem, ile przestrzeni będę potrzebował, więc wolałbym, byś się tam położył. Obu nam będzie wygodniej.
Harry w widoczny sposób się zawahał i Severus zacisnął wargi. Sam doskonale pamiętał każdy z pojedynczych razów, gdy go opatrywał, a chłopak leżał na kanapie, czasami gryząc materiał z bólu, by stłumić krzyki.
― W porządku ― powiedział w końcu i podniósł się, co sprawiło mu niemały trud. Snape i tak się dziwił, że trzymał się wciąż na nogach, mając w pamięci jego ostatnią głodówkę. Jednak, nawet jeśli mięśnie drżały pod nim z wysiłku, sam przeszedł do kanapy i wpierw ostrożnie na nią usiadł, by w końcu skopać buty i rozciągnąć nogi na całej długości kanapy, plecami opierając się o jej bok. Snape przewrócił oczami, ale nie skomentował tego.
― Potrzebuję, byś się rozebrał ― mruknął, sięgając po maść rozgrzewającą. Gdyby nie to, że nie był pewien, jakich urazów Potter mógł nabawić się w czasie trwania tej znajomości, zacząłby od eliksiru przeciwbólowego; chciał jednak mieć pewność, że nie przeoczy żadnego stłuczenia, co nie byłoby trudne, gdyby cały ból odszedł. Tak, uciskając kolejne miejsca, czy każąc Potterowi zgiąć kończynę, prościej mógł się dowiedzieć, jakie miejsca potrzebowały, by się nimi zająć.
Harry zaczerwienił się lekko, patrząc na mężczyznę z ukosa, jednak sięgnął do swojej koszuli i rozpiął kilka pierwszych guzików, po czym zdjął ją przez głowę. Chwilę później, razem ze spodniami, wylądowała na podłodze.
Powtarzał sobie, że to nic takiego. Niejednokrotnie znajdował się już w takiej sytuacji. Teraz po prostu byli sobie bardziej obcy niż kiedykolwiek. Co, paradoksalnie, powinno być dla niego prostsze. A nie było.
― Rozluźnij się ― zaczął, nabierając trochę maści na palce, po czym odwrócił się, patrząc na swojego pacjenta. Jego wzrok przesunął się po śladach w różnym stopniu gojenia, siniakach, stłuczonym boku, śladach zbyt mocno zaciśniętych palców na biodrze i ramieniu Pottera. Krwiak na wysokości jego obojczyków.
― Nie spodziewałeś się tego, prawda? ― powiedział cicho, nie patrząc mu w oczy. Wzrok Severusa momentalnie znalazł się na jego twarzy, kiedy podszedł i stanął nad młodzieńcem. Wyciągnął dłoń i lekko położył ją na jego ramieniu. Czuł pod palcami, jak jego mięśnie się napinają i nim zdążył się powstrzymać, powiedział:
― Spokojnie, Harry. ― Chłopakowi chwilę zajęło rozluźnienie się i wówczas Snape uznał, że może sobie pozwolić na więcej, badając granicę, której nie będzie mógł przekroczyć. ― Nigdy bym cię nie skrzywdził.
Potter ostro skinął głową, po czym odwrócił twarz w stronę oparcia kanapy.
― Nie musisz być delikatny. Po prostu nie chcę tego dłużej widzieć.
Ale był.
Harry siedział przykryty niedbale kocem, jako że nie pilnowana przez nikogo temperatura w pomieszczeniu dość gwałtownie wzrosła od szalejących w kominku płomieni, podczas długiego procesu nakładania kolejnych maści i picia eliksirów. Miał dość i co jakiś czas rzucał Snape'owi niepewne spojrzenie, nie będąc pewnym, co właściwie będzie dalej.
Sięgnął po parujący kubek, który stał na stole obok i wziął łyk mocnej, gorzkiej kawy. Nie poprosił o mleko, taka wydawała mu się być idealna w zaistniałych okolicznościach.
Mężczyzna siedział naprzeciwko niego na fotelu, zupełnie jak kiedyś. Harry zadrżał na wspomnienie ostatniego razu, kiedy znalazł się na tej kanapie; było to po bitwie o Hogwart, wówczas pozwolili sobie na zapomnienie, na nieostrożność, siedząc długie godziny ramię w ramię, aż w końcu Harry przekroczył tę granicę, a jego duma została roztrzaskana na kilkaset małych kawałeczków, kiedy Snape go odtrącił. Przełknął.
― Dlaczego? ― zapytał w końcu, zmęczony ciszą.
To nie był czas, gdy była ona kojąca w obecności mężczyzny. Nieustannie czuć było w powietrzu napięcie, a nie było nic gorszego niż nierozwiązane sprawy. Które były między nimi już od dawna.
― Dlaczego teraz, Severusie? ― Mimowolnie opatulił się mocniej kocem, jakby chciał się ukryć przed wzrokiem mężczyzny i możliwą odpowiedzią, gdyby miała stać się zbyt trudna do zaakceptowania.
Severus nie odpowiedział w pierwszej chwili. Początkowo nie dawał żadnego znaku, że usłyszał pytanie, jednak obserwujący go spod rzęs Harry był pewien, że mężczyzna chłonie każde jego słowo.
Uważnie dobierał słowa, nie chcąc w żaden sposób pogorszyć jeszcze stanu Pottera.
― Coś się z tobą działo. Było to tak doskonale widoczne, że…
― Nieprawda ― odparł cicho Harry, a kiedy spojrzał mężczyźnie w oczy, na jego ustach igrał niewielki uśmieszek. ― Dla nikogo innego nie było oczywiste. Obserwowałeś mnie, Severusie? ― zapytał, przekrzywiając głowę.
― Niebezpiecznie byłoby pozostawić cię samego sobie ― odparł wymijająco, jednak był pewien, że w tym momencie chłopak już mu nie odpuści. Pozostawało pytanie, jak bardzo jest mu już wszystko jedno i na ile sobie pozwoli.
― Tak, tak myślę. Zobacz, do czego mnie to doprowadziło. ― Zamilkł na chwilę. ― Próba życia, mam na myśli. ― Potarł czoło i zmrużył wpierw jedną, potem drugą powiekę, po czym spojrzał w przeciwną stronę. ― Myślałem, że to moje szczęście, wiesz? ― Zaśmiał się gorzko. ― Miało być tak, jak zawsze to sobie wyobrażałem. Ktoś bliski, w kim miałbym oparcie. Przyjaciel, przy którym najgorszy koszmar przeradzałby się w nic nie znaczące wspomnienie, ale… ― Przerwał, próbując znaleźć odpowiednie myśli.
― Sam stał się koszmarem ― powiedział cicho Snape. Harry z zaskoczeniem podniósł głowę, na nowo odnajdując wzrok mężczyzny, jakby samemu nie będąc pewnym, co już jest gorsze. Unikanie jego spojrzenia, czy poddanie się mu.
― Chyba tak. Byłoby lepiej, gdybym miał eliksiry, by po każdym razie pozbierać się do kupy ― przyznał otwarcie, po czym nachmurzył się, przypominając sobie słowa, którymi powitał go przedostatnim razem. ― Lubił to. Lubił widzieć ślady tego, co mi zrobił.
― Mogłeś pójść do Pomfrey ― mruknął. Nie powiedział mogłeś przyjść do mnie. Nie śmiałby, nie po tym, jak sam odsunął od siebie chłopaka.
― To byłoby żenujące. ― Harry zaczął kreślić koła na kocu. ― Nawet gdyby nie pytała, wiedziałaby. Kupowałem więc czasami trochę zapasów, ale to też nie było dobrym wyjściem. ― Zamilkł.
Nie wiedział, co jeszcze mógłby powiedzieć. Próba dowiedzenia się czegokolwiek o tym, co siedziało w głowie mężczyzny, wydawała się niemożliwa. On sam był zmęczony i nawet obiecane wyjaśnienie sobie pewnych spraw nie najlepiej im szło. Powinien po prostu wrócić do siebie. Dość na dziś.
― Będę mógł tu jeszcze przyjść? ― zapytał cicho, walcząc ze sobą, by w jego głosie zabrzmiało jak najmniej emocji. Wiedział jednak, że w jego przypadku to wyraz jego twarzy jest największą słabością, po której Snape będzie łatwo mógł odkryć to, co działo się w jego głowie.
Mężczyzna nie odpowiedział, zamiast tego podniósł się z fotela, nie patrząc na Harry'ego, i zwrócił się twarzą do kominka. Kiedy w końcu się odezwał, w jego głosie pobrzmiewało zmęczenie.
― Myślę, że już dość ― powtórzył swoje wcześniejsze słowa, jednak nie odwrócił wzroku. Harry rozumiał.
Szybko wciągnął na siebie spodnie i koszulę, po czym złożył koc i położył go na środku kanapy. Zrobił kilka kroków w stronę drzwi i zawahał się. Następnie podszedł do stojącego do niego tyłem Severusa. Nie wiedział, co właściwie chce powiedzieć czy zrobić, ale mężczyzna ułatwił mu to, w końcu na niego patrząc. Ze zmarszczonymi brwiami, wyciągnął rękę.
Dłoń Severusa była chłodna, kiedy jego długie palce zacisnęły się wokół jego na zbyt długą chwilę niż to było konieczne. Nie odrywali od siebie wzroku i to ich spojrzenia zdawały się dokończyć za nich tę niezręczną rozmowę.
― Do zobaczenia. I dziękuję ― powiedział Harry, czując, jak uścisk na jego dłoni słabnie. To wszystko mogło trwać ułamki sekund, ale dla niego i tak wystarczyło, by przywołać wspomnienia, z których uwalniał się pod wpływem Clausa. Teraz żałował, że kiedykolwiek to zrobił. Może to nigdy nie było całkowicie stracone.
Gdy wychodził, powoli zamykał za sobą drzwi, czekając, czy mężczyzna czegoś nie odpowie. Usłyszał jednak tylko dźwięk tłuczonej porcelany.
Minęły cztery dni, nim w końcu zdecydował się na nowo uczestniczyć w posiłkach. W takich chwilach, dziękował sobie w duchu, że hogwardzkie skrzaty nigdy nie zapomniały mu pokonania Voldemorta i zawsze miały dla niego przynajmniej jajecznicę i parującą filiżankę kawy z rana i porcję obiadu.
Nie jadał kolacji, które nagle stały się dla niego czymś zbędnym. Zamiast tego, sprawdzał do późna w nocy pozadawane uczniom eseje, ciesząc się tym, że przynajmniej to zmuszało go do skupienia swojej uwagi na czymś innym niż Clausie i analizowaniu tej krótkiej wizyty u Snape'a. Gdyby nie to, myślał, że mógłby oszaleć.
Zwłaszcza, że zgodnie ze słowami mężczyzny, nie dostał w ciągu tego czasu sowy od Clausa i mógł tylko mieć nadzieję, że to naprawdę był już koniec.
Przez cztery dni unikał Severusa Snape'a lepiej, niż robił to kiedykolwiek wcześniej, błąkając się nocami po szkole. Nie był pewien, czy był gotowy na rozliczenie się z przeszłością; nie wiedział, czy po tym czasie naprawdę mężczyzna traktował go chociaż w połowie tak jak przed wojną. Czy może błędnie zinterpretował jego słowa. Zwłaszcza, że wciąż żaden z nich nie powiedział ani słowa na temat wykrzyczanych przez Clausa słów Nie przeleciał cię? Kłamliwa szmata!. Nie potrafił jednak o tym zapomnieć i to głównie to sprawiło, że nie był w stanie wcześniej spojrzeć mężczyźnie w oczy. Tamtego wieczoru było wiele rzeczy, o których myślał i pod wpływem adrenaliny, jakoś to do nich nie należało. Przez te kilka ostatnich dni, był jednak tego boleśnie świadomy.
Westchnął, wychodząc za zakrętu i zmarszczył brwi na widok zbliżającego się mężczyzny. Sam nie był pewien, czy mógł mówić o pechu natknięcia się na niego jeszcze przed Wielką Salą, czy uznać to za szczęście, że w razie czego, niezręczną część będą mieli już za sobą.
― Potter! ― Dobiegł go wściekły syk i Harry zatrzymał się do niego plecami. Nie wiedzieć kiedy, zacisnął pięści. Nie miał zamiaru poprawiać go na swoje imię. To był jego wybór, najwyraźniej potrafił używać go tylko wtedy, gdy Potter był żałosny. Teraz jednak, czując, że mężczyzna był już naprawdę blisko, odwrócił się do niego powoli z idealnie neutralnym wyrazem twarzy. Miał tylko nadzieję, że w jego oczach również nie dało się dostrzec jego walącego serca.
― Dzień dobry ― przywitał się, przestępujac z nogi na nogę. Snape patrzył na niego z czymś dziwnym na twarzy, nim w końcu Harry nie wytrzymał: ― Wkrótce zaczynam zajęcia z szóstorocznymi, chciałbym zdążyć zjeść.
― I ja cię przed tym powstrzymuję? ― Mężczyzna uniósł brew, a Harry, czując, że na jego twarz zakrada się zdradliwy rumieniec, szybko się odwrócił.
― Idzie pan, profesorze? ― zapytał, nie decydując się na mniej formalną formę. Skoro on mógł być Potterem, nie widział w tym nic niewłaściwego.
Severus obserwował go cale śniadanie, aż Minerwa musiała szturchnąć go w bok, sugerując po cichu, że mógłby się chociaż napić kawy. Przez nią tylko wzrok kilku siedzących w pobliżu nauczycieli, momentalnie się na niego zwrócił, jednak tym, który mu najbardziej przeszkadzał, był ten należący do Harry'ego cholernego Pottera, któremu wydawało się, że może się z nim bawić w kotka i myszkę.
Był poirytowany. Dzieciak przestał uczęszczać na posiłki, przez co to na Severusie skupiła się uwaga McGonagall, która wcale nie dyskretnie próbowała podpytać go, czy z chłopakiem wszystko w porządku. Zupełnie, jakby nie mogła zapytać samego zainteresowanego, mijając go na korytarzu. Jeżeli mijała, czego Snape nie miał okazji robić w ostatnich dniach. Potter jakby rozpływał się w powietrzu po swoich zajęciach.
A Snape nie był na tyle zdesperowany, by znowu zawędrować przed jego drzwi. Jasne nakreślili sytuację przy ostatnim spotkaniu.
On wykonał pierwszy krok, teraz czekał na ruch Pottera.
― Sałata się panu przejadła?
Zmrużył oczy, powoli odwracając się do patrzącego na niego z błąkającym się na ustach uśmieszkiem Pottera.
― Popsuto mi apetyt już z rana ― warknął, ku niewątpliwej uciesze Minerwy.
― Och. ― Potter wydawał się świetnie bawić, gdy nachylał się do niego tak, że mógł poczuć jego ciepły oddech na swoim uchu. ― Nie sądzi pan, profesorze, że dzieci mogą na tym ucierpieć?
― Będę pamiętał, by poinformować ich, czyja to zasługa ― odparł, przekrzywiając głowę, jakby w niemym wyzwaniu. Patrzył, jak mężczyzna przygryza wargę, zupełnie, jakby sam ze sobą walczył, jednak zamiast coś powiedzieć, dopił resztę kawy, po czym się podniósł. Severus wyprostował się, rzucając nieprzyjemne spojrzenie stojącej przed nim misce z jakimś dziwnym kremem, gdy nagle poczuł blisko cudzą obecność. ― Pozwoli pan wynagrodzić sobie ten brak apetytu dzisiaj wieczorem?
Skinął ostro głową i, dopiero gdy był pewien, że Potter nie może go już zobaczyć, pozwolił sobie na pełen samozadowolenia grymas. Podniósł się i właśnie miał życzyć Minerwie miłego dnia, gdy ta złapała go za nadgarstek, zmuszając, by się nad nią pochylił.
― Pan Potter ma się jutro stawić na śniadaniu.
Spojrzał na nią ze zmarszczonymi brwiami, chcąc rzucić jakąś kąśliwą uwagę, ale zdążyła już go puścić i zająć się rozmową z siedzącym obok niej Filiusem.
Czasami zastanawiał się, czy kobieta nie była przypadkiem bardziej przebiegła niż Albus
