Dziękuję za wszystkie komentarze, które pojawiły się pod tym tekstem. Przyznam, że dość niespodziewanie okazało się, iż czwarty rozdział zakończył to opowiadanie. Jednak jakoś tak mam z tekstami, że bywa czasami tak, iż pojawia się jakieś słowo, zdanie, coś, co zmienia moje plany i nadaje zupełnie nowy kierunek. Tutaj był nim koniec i mam nadzieję, że nikt nie będzie miał mi tego za złe. A teraz zapraszam!

xXx

4.

Drzwi zatrzasnęły się za ostatnim z uczniów i Harry oparł głowę o popękaną ścianę. Dzień dłużył mu się, odkąd przełamał się sprowokowany przy śniadaniu, kiedy dotarło do niego, że Snape cały czas czeka na jego ruch. Był wdzięczny mężczyźnie za przestrzeń, którą ten mu ofiarował, jednak, jeśli miał być szczery, spędzane w ścianach własnych komnat wieczory, jedynie przywoływały demony przeszłości, a nie dawały wytchnienie i czas na pogodzenie się z tym, do czego sam dopuścił.

Nie sądził, aby wiedział już, czego tak naprawdę chce, a raczej, by był w stanie zaakceptować to, że tamten rozdział jest już zamknięty, że być może jest bliższy dostaniu tego, o czym zawsze marzył, niż kiedykolwiek wcześniej.

Westchnął.

Czym było to palące uczucie gdzieś wewnątrz niego, powiększające się niczym kula ognia, trawiące go, odbierające mu dech? Czy kiedyś ono zniknie, czy sam by tego chciał? Mógł zastąpić jeden płomień drugim, gdyby tylko się na to zdobył, gdyby tylko powiedział tak.

Uderzył głową kilkakrotnie lekko w ścianę, a zęby szczęknęły jedne o drugie.

Spojrzał na leżące przed nim pergaminy, które zostawili uczniowie. Kiedy zaczynał lekcje z dzieciakami, miał wrażenie, że nie będzie w stanie wykrzesać z siebie za grosz energii. Nie podniósł się nawet od biurka, tylko rozesłał każdemu pergamin z poleceniem napisania referatu. Wówczas przymknął powieki, słysząc skrobanie pióra. To był moment, w którym poczuł, jakby się wynurzał. Kiedy otworzył oczy, wstał i zaśmiał się. Głośno, orzeźwiająco. I rozpoczął prawdziwą lekcję, każąc wszystkim na jej koniec pooddawać niezapisane pergaminy.

Nie pamiętał, kiedy ostatnim razem obie strony bawiły się tak dobrze, ale był zadowolony. Zrozumiał wówczas, jak wielkim ciężarem był dla niego Claus. Jak ciągnął go w dół, chociaż nawet nie było go obok.

― To by było na tyle, co? ― westchnął, wrzucając pergaminy do szuflady. Wizyta Snape'a tego wieczoru może okazać się przełomowa dla każdego z nich. Miał już dosyć tego krążenia wokół siebie. Wciąż mógłby powiedzieć, co czuł, kiedy wszedł do Wielkiej Sali po raz pierwszy, a jego wzrok skrzyżował się ze spojrzeniem mężczyzny.

Jednak jeśli chodziło o jego powrót po latach, o próbę nawiązania kontaktu, wspomnienia pozostawały jedynie zamazanym bezkształtem, do którego jednak wiedział, że nie chce wracać.

Ostatnim razem powiedział Snape'owi, że nie potrafi żyć. Że bez względu na to, co się dzieje, kto trzyma więżące go pęta, upada, a za każdym razem jest mu się coraz trudniej podnieść. Tym razem czuł, że to on trzyma w dłoniach krótką smycz, którą, jeśli tylko się odważy, może odrzucić.

I chciał to zrobić, naprawdę chciał.

Wstał, chowając dłonie do kieszeni w szacie, po czym skierował się ku wyjściu.

Musiał posprzątać i przygotować się na wieczór.

Mógł zrobić ten krok.

Nie zawsze musi być tak samo.

Po raz kolejny przestawił fotel, z rozpaczą spoglądając na zegarek. Snape powinien był przyjść cztery minuty temu i musiał przyznać, że zaczynał się irytować. Czy mężczyzna naprawdę miał zamiar teraz go wystawić?

Usiadł.

Być może przesadził. Być może, o ile w ogóle przyjdzie, Snape tylko spojrzy na nakryty stół i rzuci coś zgryźliwego, nim zawróci na pięcie i czym prędzej wyjdzie.

Być może trzeba było zamówić zwykłą whisky, szampan zdawał się zbyt pretensjonalny. Zwłaszcza, że nawet nie uda się nim upić, w razie konieczności, gdyby coś poszło źle.

Usłyszał łomotanie.

Czuł, jak z każdym krokiem jest coraz mniej pewny, jego ruchy spowalniają, ciało wydaje się nie współpracować.

Sięgnął do gałki i przekręcił, stając oko w oko ze skrzywionym Snape'em.

― Och?

― Spodziewałem się, że nie przyjdziesz.

Potter zmarszczył brwi. Spojrzał jeszcze dla pewności na zegarek i stół.

― Obaiam się, że tym razem, swojego spóźnienia, nadmieniam, nie jesteś w stanie na mnie zrzucić.

― Co? ― Snape zmarszczył brwi i wówczas przepchnął się do środka, zatrzymując się nagle. Harry już miał zapytać, o co właściwie chodzi i czy zawsze tak się zachowuje, kiedy przychodzi do kogoś z wizytą, gdy mężczyzna ukrył twarz w dłoniach i się roześmiał.

― Czekałeś na mnie, tak? ― Harry słyszał w jego głosie dziwną nutę. Jakąś taką lekkość, być może.. ulgę?

― Owszem. Przecież poinformowałem cię, o której się spotykamy.

― Nie powiedziałeś jednak, gdzie, a nie wiem, czy zauważyłeś, ale w przeszłości również nie widywaliśmy się w twoim dormitorium, a w moich komnatach. Uznałem, iż to się nie zmieniło.

― Ty… aaa! ― Sam się zaśmiał i nagle duszące go napięcie opadło. ― To, wejdziesz? ― Uśmiechnął się lekko, przypominając sobie, jaką siłę czuł dzisiaj na zajęciach z czwartorocznymi Krukonami.

― O ile nie masz zamiaru podstawić mi tu krzesła, to owszem, chętnie przejdę dalej ― odparł w końcu i, nie czekając aż Harry go poprowadzi, wszedł do czegoś, co było połączeniem gabinetu i salonu. W tej chwili niewielki stół zajmował środek pomieszczenia, a przystawione do niego dwa krzesła stały pod kątem, co wydawało się Harry'emu najbezpieczniejszym wyjściem. Nie chciał siedzieć naprzeciwko mężczyzny, czując na sobie cały czas jego wzrok. Uznał, że lepiej będzie, jeśli usadzi ich nie za blisko siebie, ale jednak w jednej płaszczyźnie.

― Mam nadzieję, że jesteś głodny ― zaczął, nagle czując się dziwnie. Czy Snape nie uzna tego za przesadę?

― Nie znam czegoś takiego jak głód, panie Potter. Właściwie, bardziej jem, bo muszę, a nie dlatego, iż czerpię z tego tytułu jakąkolwiek przyjemność.

Harry wpatrywał się w niego z szeroko otwartymi oczami, po czym przeniósł zaniepokojone spojrzenie na przygotowany przez skrzaty posiłek. Nie czerpać przyjemności z jedzenia?

― Serio? Ja... przyznam, że mnie wmurowało. To dlatego jesz tę zieleninę? Bo i tak nie ma dla ciebie znaczenia, czy na końcu widelca masz pyszną szynkę, czy jakieś korzonki?

Snape przez chwile wyglądał, jakby chciał go zamordować, a przynajmniej tak mu się wydawało, patrząc na minę mężczyzny, ale w którymś momencie dotarło do niego, iż Snape powstrzymuje śmiech. Wciąż nie dowierzając, zajął swoje miejsce, czując się nagle dziwnie w perspektywie tego, ile wolnego miejsca do wykorzystania pozostało.

Przez chwilę nawet zawahał się, czy się trochę nie odsunąć i być może zrobił to zbyt ostentacyjnie, bo po chwili poczuł uścisk na nadgarstku. Snape pokręcił głową.

― Jedz ― odezwał się, na co Harry zmarszczył brwi, przypominając sobie mgliście, że przecież to wszystko zaczęło się od jedzenia.

Sięgnął jednak po jedno z udek kurczaka w dyni, które stało w przed nim w porcelanowej misie. Nie jadł nic od rana, nie chcąc psuć sobie apetytu, dlatego teraz nie oponował, kiedy się jeszcze go do tego zachęcało.

Snape w tym czasie nałożył sobie zapiekankę i przez chwilę patrzył na ciągnący się od widelca ser.

― Smacznego ― powiedział Harry, nalewając im po lampce białego wina.

Nie stuknęli się.

Jedli w ciszy, która była równie kojąca, co za dawnych czasów. Przyłapał się nawet na tym, że w którymś momencie odpłynął myślami do przygotowań przed wojną.

Zamrugał, czując na sobie ciężar cudzego spojrzenia, po czym zorientował się, że Snape najwyraźniej od jakiegoś czasu go obserwuje.

― Coś nie tak?

Normalnie przewróciłby oczami, gdyby nie fakt, że przez ten czas - kiedy właściwie nie odzywali się ani słowem, spokojnie sącząc wino, a przynajmniej w jego przypadku, bo Potter swoją lampkę i kolejną opróżnił jeszcze przed dokładką - atmosfera, która między nimi powstała, sprawiła, że miał wrażenie, iż byłoby to coś niewłaściwego.

Przyglądał się Potterowi, wiedząc, że nie dowie się z jego słów tak wiele jak z gestów. Lekkiego nachylenia ciała w jego kierunku, rzucanych spod rzęs spojrzeń i otwartej postawy. A jednak jakiegoś dziwnego wahania, jakby młodzieniec nie wiedział, czy to co robi, nie jest przypadkiem niewłaściwe. Jakby obawiał się, iż Snape może go osądzić.

― Nie czerpię przyjemności z jedzenia ― zaczął chrapliwym głosem, po czym odchrząknął. ― Ale jest coś w obserwowaniu, jak robi to ktoś inny.

To nie była kwestia światła i obaj o tym wiedzieli, gdy Potter odwrócił wzrok. Jego policzki lekko się zaróżowiły i mężczyzna nie mógł się powstrzymać przed przysunięciem krzesła. Nie byli dziećmi, nawet nie nastolatkami, a miał wrażenie, że właśnie tak się zachowywali. Wydawało mu się nawet, że w każdym innym przypadku by go to zaczęło irytować. Te ciągłe uniki, te związane ręce z powodu braku świadomości zasięgu granic. Mimo wszystko, nawet mimo strachu Potter nie mógł ukryć reakcji swojego ciała.

Dlatego też, nie będąc pewnym, czy myślał, iż to może coś zmienić, czy po prostu w końcu sięgając po to, czego w głębi duszy pragnął już od dawna, odchrząknął. Jak przewidywał, Potter ponownie na niego spojrzał, co ten wykorzystał i złapał go palcami jednej dłoni za brodę, po czym przytrzymał w miejscu i nachylił się.

Oczy Pottera były ogromne, błyszczące i zielone, ale i tak zatrzymał się na chwilę, tuż przy jego ustach.

― Możesz uciec ― wyszeptał.

Ale on tylko pokręcił głową, samemu skracając odległość między nimi.

To było… inne.

W pierwszej chwili, jakby obaj byli zaskoczeniu tym, że granica została przekroczona, że po tych wszystkich latach w końcu ich usta odnalazły siebie. I chociaż to był pierwszy raz, chociaż ich wargi smakowały wiele innych, Severus miał wrażenie, że te jedne, jedyne, zostały stworzone właśnie dla niego.

Przesunął dłoń na potylicę Harry'ego, wplatając mu palce we włosy, po czym jeszcze bardziej zbliżył ich do siebie, zmieniając kąt pocałunku. Chcąc więcej i więcej z każdą chwilą, chcąc, by to nigdy się nie skończyło, by…

Nagle usta zniknęły, a on przyłapał się na tym, że siedzi nieco pochylony z na wpół przymkniętymi powiekami. Wycofał się.

Harry na niego nie patrzył. Pocierał wargę jakby w zamyśleniu, patrząc na pusty talerz. Jego policzki były zarumienione, jeszcze czerwieńsze niż wcześniej, włosy roztrzepane w miejscu, w którym jeszcze przed chwilą były palce Severusa.

― Coś nie tak?

― Nie, ja tylko…

Nagle wstał i skierował się do przeciwległej ściany, gdzie znajdował się nieduży barek. Snape zmarszczył brwi, kiedy Potter, wracając, pstryknął palcami, zmieniając nakrycie stołu. Teraz stał tam tylko szampan i lampki, jednak młodzieniec kierował się w jego stronę z dwoma szklankami i butelką ognistej.

― Chciałbym… Myślę że…

Snape pochylił się do przodu, przechwytując od niego alkohol. Harry skinął głową, stawiając przed nim szkło, po czym wrócił na swoje poprzednie miejsce.

Kiedy mężczyzna podał mu jego porcję, zanurzył w niej usta, jedynie je wilżąc, po czym oparł się, przymykając powieki.

― Nie wiedziałem jak… Jak mógłbym od niego odejść. To nie tak, że to lubiłem, że mi to odpowiadało, ale Claus potrafił oczarować człowieka. ― Snape uważnie obserwował lekki uśmiech, który pojawił się na wargach chłopaka. Zacisnął dłonie w pięści. ― Na swojej drodze spotykamy różnych ludzi. Niektórzy są toksyczni, inni zupełnie nieszkodliwi, przeciętni. Jeszcze inni wyjątkowi. Wciąż nie wiem, jaki on był, ale… Kiedy się po raz pierwszy spotkaliśmy, miałem dość. Pewnie był to lekki stan przeddepresyjny, sam nie jestem pewien. Niczego mi się nie chciało, ciężko było zmusić się do wyjścia z domu. Starałem się zniechęcać do siebie ludzi, odsunąć, by przypadkiem, niezamierzenie oczywiście ― gwałtownie gestykulował, jakby sama myśl o tym nie mogła przejść mu przez gardło ― ich nie skrzywdzić. To była chwila. Kiedy do mnie podszedł, w następnej już się przed nim otwierałem. Czasami trafia się na takie osoby, przed którymi ma się wrażenie, że można odsłonić duszę.

Zamilkł, ale Snape go nie ponaglał. Spostrzegł za to, że dłoń Pottera zwisa niebezpiecznie blisko jego krzesła. Spuścił własną.

― Nie żałuję tego. Wiesz, myślałem o tym trochę, ale nie zmieniłbym tego, wiedząc, co na siebie sprowadzam. Każda z osób, która miała wpływ na kształtowanie mojej obecności, która ciągle go ma, jest dla mnie wartościowa. Traktuję tak również moich wrogów, ludzi odpowiedzialnych za mój bliski upadek.

W którymś momencie ich palce otarły się o siebie. Pod stołem, po kryjomu.

― Myślę, że Claus pokazał mi jeszcze dobitniej niż ktokolwiek inny wcześniej, jak każdy skupiony jest wyłącznie na sobie. Że być może ja też powinienem w końcu odpuścić, przestać patrzeć wyłącznie na innych i w końcu zrobić coś dla siebie. Pokazał mi jeszcze dobitniej, iż są ludzie, którzy, bez względu na środki, chcą dopiąć swego. Nie wahając się, po drodze niszczyć i łamać za każdym razem tych, których mogliby uważać za bliskich.

Snape nie potrafił nic na to odpowiedzieć. Zastanawiał się tylko, jaki był on sam.

Nagle Harry zaczął się śmiać, patrząc prosto na niego.

― Ale wiesz, nieważne ile takich osób spotkam na swojej drodze, wciąż będę naiwnie wierzył w ludzi. Nie potrafiłbym być kimś takim.

Wciąż milczał.

Potter opróżnił swoją szklankę. Snape poczuł, że dłoń chłopaka w jego własnej drży. Po chwili nie był już pewien, do kogo to drżenie należy.

― To nie ma żadnego znaczenia. Dla mnie ― powiedział stanowczo, świadomy, że Potter na coś czeka. Być może na potępienie.

― Dzięki. ― Harry zamrugał szybko kilkakrotnie i Snape zrozumiał, że to już koniec. Że być może więcej nie wrócą do tego tematu, nawet, jeśli ta historia nigdy nie będzie kompletna.

― Czy gdyby powrót był inny…?

― Myślę, że nigdy się tego nie dowiemy. I nie wiem, czy chcę.

Dłoń Pottera była ciepła w jego własnej. W końcu zdecydował się spojrzeć w dół, na ich splecione razem palce. Powrócił do oczu młodzieńca, jego bladych, zapadłych policzków i tych niewiarygodnie żywych oczu. Pomyślał, że nawet gdyby całe ciało Pottera było jedynie zgliszczami, te oczy wciąż nie utraciłyby swojej iskry. Nie umarłyby.

I chociaż myślał, że to wszystko będzie trwało dłużej, że pęknięcia, których doświadczył Harry, będą odsuwały go od spokoju i poddania się, zrozumiał, że to już koniec. Że dłoń w jego własnej pasuje tam i, nawet jeśli minęło zbyt dużo czasu, nawet jeśli to wszystko powinno wyglądać inaczej, to nie zmieniłby w tej historii ani słowa.

Ścisnął mocniej palce jego dłoni, sięgając po swoją szklankę.

Koniec ma wiele wspólnego z początkiem, teraz Snape to wie. Patrząc na pochylającego się nad stosem pergaminów Harry'ego, nie potrafi przypomnieć sobie momentu, kiedy jeden z nich przeszedł w drugi. Ale to już nieważne. Ma nadzieję, że czarne chmury odeszły na dobre. I nie ma już nic, co stłumiłoby jasny płomień.