18. Brzydki

Edward

Podrzuciłem Belle do jej apartamentu następnego ranka, po tym jak odebrała wypis ze szpitala. Obawiała się powrotu do domu, ponieważ ta informacja wyciekła do mediów. Bez wątpienia jej brat zadzwoni.

Nasze relacje kipiały od napięcia, mimo iż przekonywałem ją, że nigdzie nie idę. Jednakże, ona od razu rozpoznała kłamstwo. Odkąd tylko obudziła się w moich ramionach i spojrzała w moje oczy. Byłem świadomy, że jest zmartwiona, a nawet bardziej, odkąd wróciliśmy ze szpitala.

Jestem pieprzonym fiutem.

Lekarz powiedział, że musi wziąć kilka dni wolnego na pełną regenerację i odpoczynek. Byliśmy na miejscu w południe. Zaoferowałem się, że zrobię lunch.

- Kanapki będą dobre - wyszeptała, podchodząc do telefonu. - Zadzwonię do Jordana. Będę w mojej sypialni.

Wyszła, a ja starałem się utrzymać na nogach. Nie zasnąłem przez całą noc, kiedy Bella spała w moich ramionach. Próbowałem pozbyć się z mojej pamięci widoku jej bladej skóry, rurek i tego, jak wyglądała w klubie, walcząc o oddech. Skupiałem się na tym: to był jedyny sposób, żeby mieć argument na swoje odejście.

Tanya była chorą suką, która próbowała zrobić coś Belli. Jak mogłem nie dostrzec jej szalonej natury? Kiedy wróciłem do klubu, po tym jak byłem z nią kilka nocy wcześniej, całkowicie mnie ignorowała. Zarazem dziękowałem w duchu, że nie próbowała do mnie zagadywać. Właściwie, to była czysta przyjemność.

Większość kobiet, z którymi opuszczałem klub dokładnie wiedziała kim jestem i czego chcę. Bella udowodniła coś mojej rodzinie i mnie. Jestem w stanie kogoś pokochać. Jestem w stanie dbać o kogoś.

Musiałem stać się kimś, kim byłem kiedyś. Albo przynajmniej udawać, że stałem się nim. To najwyższa pora by zrobić krok w tył i zadbać o jej bezpieczeństwo, a potem o moje zdrowie psychiczne. Nie przeżyję, jeśli zrobię to w tak okrutny sposób.

Usłyszałem jej kroki, kiedy weszła do kuchni, gdy kończyłem przygotowanie lunchu. Jej spojrzenie powiedziało mi, że rozmowa nie przebiegła najlepiej.

- W porządku - wyszeptała, patrząc mi prosto w oczy przez chwilę.

- Na pewno?

Jej głowa wystrzeliła w górę, a złość błysnęła w jej oczach. Usta miała zaciśnięte w cienką linię. Ale emocje zniknęły w mgnieniu oka. Zastąpione klęską i smutkiem, szybko zaczęła się bronić:

- Odpuść, Edwardzie.

- Nie - odpowiedziałem poważnie.

- Nie mogę znieść przedłużania tego co nieuniknione. - Czy ona tak łatwo czyta w moich myślach?

- Nie odchodzę.

Zimny, pozbawiony humoru śmiech przeszył pokój.

- Kiedy zrozumiesz, że wiem kiedy kłamiesz?

- Nie chcę odchodzić - wyszeptałem, uniknąłem spojrzenia jej w oczy, zamykając swoje. Nie mogę się nie rozkleić, kiedy widzę w jej oczach taki chłód.

- Na razie - odparła. - Kiedy nadejdzie najlepszy moment, żeby odejść? Huh? Kiedy poczuję się lepiej? A może kiedy ty poczujesz się lepiej? A może kiedy wypieprzysz mnie po raz ostatni? - Poczułem, że stoi przede mną, a jej palce przesuwają się po guzikach mojej koszuli. - Jeśli to na to czekasz, weź co chcesz i odejdź.

Byłem rozdarty. Jedna część mnie chciała ją poczuć, dotknąć i trzymać w objęciach. A druga chciała uciec. Uciec przed bólem, który nastąpi. Jestem samolubnym draniem.

Zerwałem z siebie koszulę, a jej ciepłe dłonie przebiegły przez moją klatkę. Jęknąłem, kiedy jej język zawirował wokół moich wyeksponowanych sutków. Odepchnąłem się od lady i złapałem ją za ramiona, uspokajając jej ruchy. Spojrzała na mnie, a jej oczy wypełniły się łzami, kiedy moje usta obniżyły się do jej.

Jęknęła miękko, gdy jej dłonie zaczęły się bawić moimi włosami na karku. Lizałem jej dolną wargę koniuszkiem języka. Lekko rozchyliła usta, wpuszczając mnie do środka. Przyciągnąłem ją do mojego ciała, wyczuwając, że chce podskoczyć. Złapałem ją za tyłek, a jej nogi owinęły się wokół mojej talii.

Nie odrywając ust położyłem ją delikatnie na łóżku i odsunąłem się, by ją rozebrać. Chciałem spróbować każdy cal jej kremowej skóry. Pocałowałem każdy z pomalowanych na czerwono palców u prawej stóp. A dźwięk jej śmiechu nadal ranił moje zbolałe serce.

Możemy udawać tak do końca weekendu.

Moje ręce poruszały się w górę jej ud i wolno zdejmowały jej ubrania, kiedy ja całowałem każdy cal odsłoniętej skóry. Kontynuując moje poczynania, zacząłem od jej kostek. Jej ciało było zarumienione na cudowny odcień różu, kiedy zdała sobie sprawę co zamierzam zrobić. Całowałem każdą bliznę i pieg na jej ciele. Zachichotała, kiedy polizałem tył jej kolana. Rąbek jej białych bawełnianych majteczek zajął moją uwagę na dłuższą chwilę. Pożądanie owładnęło mną i moje ubrania po chwili leżały obok łóżka.

Po raz kolejny zbliżyłem się do jej ciała. Całowałem jej pępek i złożyłem dziesiątki całusów na jej tułowiu. Było więcej jęków, miękkich szeptów i chichotów. Chciałem zapisać te dźwięki w mojej pamięci.

Nigdy nie chciałbym zapomnieć ani chwili spędzonego z nią czasu. Jej śmiech jest dźwiękiem, który mam nadzieję, wyjdzie jeszcze z jej ust, kiedy odejdę. Podsunąłem jej T-shirt wyżej i całowałem jej żebra. Mogłem zauważyć jak jej sutki twardnieją, przez co chciałem je zobaczyć.

Ściągnąłem jej top w sekundę, pragnąc zobaczyć moje dłonie na jej piersiach. Nasze spojrzenia spotkały się jedynie na chwilę, ponieważ odwróciła wzrok. Chciałem ją zmusić do spojrzenia mi w oczy, ale wiedziałem, że nie mogę. Ból w jej oczach był łatwy do odczytania, co było moją zgubą.

Z każdym pocałunkiem, chciałem jej pokazać jak bardzo ją kocham. Każdym liźnięciem języka chciałem jej pokazać jak bardzo jej potrzebuję. Z każdym nierównym oddechem chciałem jej przekazać, że odejście jest najlepszym wyjściem. Całowałem miękko jej usta, delektując się tym uczuciem. Pomimo czułości w jej pocałunku, jej dłonie trzymały kurczowo moje ręce. Chciałem krzyczeć. Chciałem jej powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, ale przecież oboje udajemy.

Jej dłonie przebiegły wzdłuż moich ramion i w dół moich pleców, prosto w moje bokserki. Złapała mnie za tyłek i przyciągnęła bliżej. Jęknąłem, kiedy poczułem jej śliskie ciepło przyciśnięte do mojej erekcji. Zsunęła moje bokserki, a ja porzuciłem całowanie jej ust dla szyi, którą szybko zamieniłem na sutki.

- Proszę - wydyszała, a jej plecy wygięły się w łuk. Jęknąłem i spełniłem jej błaganie, wślizgując się w nią.

Żadne z nas się nie śpieszyło, ponieważ oboje chcieliśmy to jak najbardziej wydłużyć. Nasze śliskie od potu ciała zaczęły drżeć. Bella doszła, cicho wykrzykując moje imię. Ja nadal się w nią wbijałem, przedłużając jej orgazm. Doszła ponownie, tym razem zabierając mnie ze sobą, a mój punkt kulminacyjny był wręcz bolesny.

Po tym powoli wysunąłem się z niej i chciałem ją przytulić do mojej klatki piersiowej, więc położyłem się na plecach. Nie pozwoliła mi, zamiast tego odwróciła się do mnie plecami, a jej ramiona drżały. Załkałem i przyciągnąłem ją do mojego torsu, przypasowując się do niej. Oboje w milczeniu płakaliśmy, aż nie zasnęliśmy.

W niedzielny ranek obudził mnie zapach bekonu, wanilii i cynamonu. Chwiejnym krokiem wszedłem do kuchni. Bella siedziała przy śniadaniu i uśmiechnęła się, kiedy wszedłem.

- Przepraszam, mam nadzieję, że cię nie obudziłam. - Uśmiechnęła się szczerze.

Przebiegłem palcami przez włosy i pokręciłem głową. Odpowiedziałem jej uśmiechem i usiadłem obok niej. Położyła przede mną talerz i w ciszy delektowaliśmy się jedzeniem oraz gazetą. Nadal udawaliśmy.

Spędziliśmy resztę poranka zwinięci na kanapie, oglądając powtórkę "Przyjaciół". Chciała się śmiać. Chciałem, żeby się śmiała. Taką ją chciałem zapamiętać. Tak chciałem zapamiętać nas.

Bella uśmiechnęła sie do mnie i pokręciła głową.

- To jest coś, do czego Emmett jest zdolny. - Zaśmiałem się i kiwnąłem głową, zgadzając się z nią, kiedy Joey wszedł do mieszkania ubrany we wszystkie ubrania Chandlera. Bella zaśmiała się i rzuciła kawałkiem popcornu w moją twarz. Zaśmiałem się i zrewanżowałem się tym samym.

Wygłupialiśmy się tak kilka minut, zanim wysypała całą miskę przekąski na moją głowę i uciekła do sypialni, śmiejąc się. Strząsnąłem popcorn i pobiegłem za nią. Nie było jej w łóżku, ani na fotelu. Nie było jej tu.

- Bella? - spytałem. Przysięgam, że wbiegła do tego pomieszczenia. Po czym usłyszałem chichot z szafy. Rzuciłem się do jej drzwi, w środku było pełno ciuchów, ale Bella stała ubrana tylko w moją starą koszulkę piłkarską. Zaśmiała się i spróbowała mnie wyminąć. Złapałem ją w talii i nie marnowałem czasu, przerzucając ją przez ramię i zabierając do łóżka.

Udawaliśmy tak do końca dnia.

Było parę minut po północy, kiedy dotarło do mnie, że muszę wyjść albo zaryzykować zostanie. Leżałem na klatce Belli i pokusa była nie do zniesienia. Ostrożnie wstałem, tak żeby jej nie obudzić. Pocałowałem ją w czoło i wyszeptałem:

- Kocham cię na zawsze.

Ubrałem się i zrobiłem kilka kroków w stronę drzwi, zanim usłyszałem jej poruszenie.

- Gdzie się wybierasz? - wyszeptała. Odwróciłem się, by na nią spojrzeć i od razu chciałem to cofnąć.

Prześcieradło było owinięte wokół jej talii i nóg, a górna część ciała była wyeksponowana. Pragnąłem do niej wrócić, ale nie mogłem tego zrobić. Nie chciałbym.

- Umm, nie mam czystych ubrań, więc muszę wrócić do siebie.

- Oh, okej - powiedziała. - Zobaczymy się rano?

- Oczywiście, kochanie. - Przebiegłem ręką przez włosy. - Zobaczymy się u mnie i pojedziemy razem do pracy. Jak zawsze.

- Okej. W takim razie do zobaczenia - wyszeptała, obracając się plecami do drzwi.

- Do zobaczenia wkrótce, kochanie. - Odwróciłem się i zacząłem zamykać drzwi, słysząc jej szloch. Ucichł dopiero, gdy wyszedłem z jej mieszkania.

Wewnętrznie jęknąłem i zacząłem biec. Zatrzymałem się dopiero w moim domu, przed swoim łóżkiem. Nienawidzę mojego łóżka i siebie za to co robię. Ale teraz muszę to skończyć. Do mojego grafiku dodałem wykonanie telefonu. Wyciągnąłem komórkę, wiedząc, że śpi. Znalazłem jej numer i nacisnąłem zieloną słuchawkę.

- Cześć, to ja.

- Hej, przystojniaku - powiedział głos po drugiej stronie linii.

- Czy mogłabyś przyjść około szóstej rano?

- I przerwać mój upiększający sen?

- Proszę, potrzebuję przysługi.

- Hmm… przyjdę.

Bella

Pieprzyć go.

Wielbił moje ciało przez półtorej dnia i zapewniał, że wszystko będzie dobrze. Mimo to, odszedł. Odwróciłam się plecami do drzwi i nie mogłam powstrzymać szlochu. Kocham go, a on mnie, ale to nie wystarczy. Może to nawet lepiej, że odszedł. To powinno być łatwiejsze dla naszej dwójki. W ten sposób odchodzi nie dlatego, że mnie nienawidzi, tylko dlatego, że mnie kocha. I tak znienawidziłby mnie i odszedłby, gdyby dowiedział się prawdy. To będzie dla niego łatwiejsze, ale jeśli zechce wrócić do starego stylu życia, to mnie złamie. Jeśli wyciągnął to gówno z Isabelli Marie Swan w postaci kawałka drewna to mogłabym je mu podarować jako kawałek moich myśli.

Ruszyłam w stronę jego mieszkania około szóstej trzydzieści. Usłyszałam dwa głosy dochodzące z jego apartamentu. Jeden był jego, a drugi kobiety. Pieprzyć go. Zapukałam do drzwi, a głosy natychmiast ustały. Edward podszedł do drzwi i otworzył je, cóż wyglądał tak jak wtedy, kiedy wychodził z mojego mieszkania. Jego koszula była rozpięta, włosy zmierzwione, a guzik w spodniach niedopięty. Dupek. Spojrzałam w głąb mieszkania i dojrzałam piękną rudą laskę opierającą się o blat w kuchni. Uśmiechnęłam się wewnętrznie. Więc to był jego plan.

Edward

- Bella, umm… - Przebiegłem palcami przez włosy, nie wiedząc co mam zrobić. - Um, to nie jest to co myślisz.

Bella przepchnęła się obok mnie i ruszyła w stronę kuchni. Okej. Oczekiwałem, że będzie krzyczeć, spoliczkuje mnie albo odejdzie. Nie spodziewałem się, że skonfrontuje się z dziewczyną ubraną w moją koszulę i spodenki.

Oczy Maggie otwarły się szeroko, kiedy Bella podeszła do niej i wyciągnęła dłoń.

Co jest do diabła?

- Cześć, jestem Bella Swan. Miło cię nareszcie poznać. - Uśmiechnęła się z nadal wyciągniętą dłonią.

- Um... - Maggie nie wie co powiedzieć. Patrzy na mnie, a ja wzruszam ramionami. Bella odwróciła się, dzięki czemu mogłem zobaczyć uśmieszek na jej twarzy.

- Maggie O'Hare, właścicielka i kucharz w The Grill - powiedziała, biorąc wyciągniętą dłoń. - I przyrodnia siostra Edwarda Masena Seniora, czyli przybrana ciotka Edwarda.

Kurwa. Odwróciła się i spojrzała na mnie, unosząc brew. Podeszła do mnie i pogłaskała mnie po twarzy dłonią.

- Naprawdę myślałeś, że podjęłam się pracy u ciebie bez zapoznania się z firmą i jej pracownikami? Jeśli to jest gra, w którą grasz. Dobra. Wchodzę w to. - Pchnęła mnie na bok. - Maggie - powiedziała przez ramię. - Zadzwoń do mnie to zjemy lunch z Alice i Rosalie. - Po czym wyszła, cicho zamykając moje drzwi.

- Lubię ją. - Maggie zaczęła się śmiać. - Ona nie bierze rzeczy jakimi są i nie wierzy w twoje kłamstwa, kochaniutki.

~oOo~

Nerwowo wszedłem do biura Belli, przez które niestety trzeba było przejść do mojego. Siedziała przy biurku, ale wyglądała jak nie moja Bella. Była ubrana w czarny garnitur, włosy miała spięte w ciasnego koka i miała okulary. Spojrzała na mnie, a to co zobaczyłem kazało mi paść na kolana i płaszczyć się przed nią. Jej oczy były bez życia. Nic się za nimi nie kryło.

- Bella - wyszeptałem.

- Sir - powiedziała szorstkim głosem. - Twoja kawa już stoi na biurku. Pierwsze spotkanie odbędzie się za dwadzieścia minut. Wszystkie dokumenty i notatki są na komputerze i biurku.

- Bella.

- Tak, sir?

- Mów mi po imieniu.

- Nie, sir. - Odwróciła wzrok i wróciła do komputera. Westchnąłem i wszedłem do mojego biura, zamykając za sobą drzwi.

Stara się, żeby to było łatwiejsze. To dlaczego to tak bardzo boli? Dwadzieścia minut później Bella wprowadziła dwóch nowych klientów i położyła dyktafon przede mną.

- Nie zostajesz, żeby robić notatki? - spytałem, zanim wyszła.

- Nie, sir. Mam spotkanie z Carlislem za kilka minut - odpowiedziała i zamknęła drzwi za sobą.

Po długim poranku nareszcie mogłem powiedzieć, że się skończył. Kilka minut przed lunchem moje drzwi się otwarły i wpadły Alice z Rose.

- Co jest do diabła z tobą nie tak? - powiedziała Alice przez zaciśnięte zęby.

- Nic - odpowiedziałem, przeglądając dokumenty.

- Nie pogrywaj z nami - powiedziała poważnie Rosalie, zabierając papiery z moich rąk i wrzucając je do szuflady biurka, którą później zamknęła.

- Tak będzie najlepiej - odpowiedziałem, unikając ich spojrzeń.

- Jest najlepszą rzeczą jaka ci się w życiu przytrafiła - błagała Alice.

- Dokładnie Alice - rzuciłem. - I zobacz co się stało z 'najlepszą rzeczą' przeze mnie.

- Niech cię cholera, Edwardzie - powiedziała Rosalie i wybiegła z mojego gabinetu z Alice depczącą jej po piętach.

Westchnąłem i uderzyłem pięścią w biurko, próbując wyładować złość i ból. Położyłem głowę na zimnym drewnie i poczułem jak kilka łez wypływa ze mnie. Mogę to zrobić. Muszę to zrobić. Kilka minut później przerwało mi ciche pukanie do drzwi.

- Wejść.

Bella otworzyła drzwi i zrobiła tylko kilka kroków w głąb mojego biura.

- Idę na lunch. Czy potrzebujesz czegoś, zanim wyjdę?

Pokręciłem głową, ale kiedy odwróciła się w stronę wyjścia, zapytałem:

- Co było na spotkaniu z moim ojcem? - spytałem zaciekawiony, jeśli chodziło o jej projekt to powinienem być tam z nią, a nie pytać się o to.

- Dał mi kilka informacji na temat nowych posad, które mogą mnie zaciekawić - wyszeptała, po czym zamknęła za sobą drzwi.

O cholera. Wstałem gwałtownie i ruszyłem w kierunku gabinetu Carlisle'a. Przeszedłem obok Margaret i wszedłem prosto do środka. Jego fotel był skierowany w stronę okna, gdy uderzyłem pięścią w jego biurko.

- Dlaczego do cholery się wtrącasz? - warknąłem.

Jego fotel się odwrócił i spojrzał na mnie. Wstał i położył dłonie na biurku, patrząc mi prosto w oczy.

- Nie przychodź do mnie, jeśli masz zamiar okazywać mi brak szacunku, Edwardzie. - Carlisle powiedział poważnie, ale neutralnym tonem.

- Dlaczego do diabła próbujesz zabrać Bellę z dala ode mnie? - Skrzyżowałem ramiona na piersi.

- Brałem ją pod uwagę odkąd zaczęła tu pracować - powiedział spokojnie. Zauważyłem, że starał się nie irytować.

- Nie. Chcę przynajmniej ją widywać.

- Nie będę tylko stał i patrzył jak biedna dziewczyna ucieka z firmy, bo nie może znieść twojej obecności - rzucił i obszedł biurko, zaskakując mnie i popychając na krzesło. Spojrzałem na niego.

- To nie tak - skłamałem.

Zaśmiał się bez humoru, a jego twarz zrobiła się czerwona.

- Ta dziewczyna, która była dziś u mnie, to nie Bella która zaczęła tu pracować jakiś czas temu. To całkowicie inna osoba. Co jej do cholery zrobiłeś?

- Nic… wszystko... kurwa. - Przebiegłem palcami przez włosy i odwróciłem wzrok od jego ciemnego spojrzenia.

- Zawsze cię wspierałem, mimo iż widziałem jak traktujesz kobiety. Nienawidzę tego. To jest przypomnienie dla mnie i twojej ciotki Esme, że zawiedliśmy przy twoim wychowaniu. Ale to jest kurwa chore. - Carlisle nie przeklina. Nigdy.

- Dobrze wiedziałeś co ta dziewczyna przeszła, a mimo to skrzywdziłeś ją. Pomimo swoich uczuć - wysyczał przez zęby. Jego ręce wisiały wzdłuż ciała, a dłonie miał zaciśnięte w pięści.

- Nie miałem innego wyboru, Carlisle. Nie mogę pozwolić, żeby coś takiego się powtórzyło - tłumaczyłem, żeby zrozumiał moje postępowanie.

- Wiesz, że ma koszmary? - Zbladłem i pokręciłem głową. Myślałem, że to sporadyczne przypadki, tym bardziej, że to potwierdziła.

- Zadzwoniła do Esme o trzeciej w nocy, płacząc, że jej brat został zastrzelony. Była zdezorientowana. Przeżywa w snach wypadek brata i samobójstwo przyjaciółki.

- Nigdy nie miała koszmarów, kiedy razem spędzaliśmy noc.

- Dokładnie. Nie rozumiesz, Edwardzie, one ustały, ponieważ z tobą czuje się bezpiecznie.

- To nie ma znaczenia, poradzi sobie z tym - powiedziałem, próbując przekonać siebie i jego.

- Jeśli twój plan polega na trzymaniu jej w pobliżu dla swojej samolubności, nie dajesz mi innego wyjścia niż zaoferowanie jej innego stanowiska kierownika działu dobroczynności.

Krzyknąłem:

- Nie! Nie zabieraj jej ode mnie. Jedyny wolny gabinet jest na drugim końcu piętra. Nigdy jej nie zobaczę.

- Nie dajesz mi wyboru. Myślisz, że to dla niej łatwe być w pobliżu ciebie? - Pokręciłem głową. To nie było łatwe dla żadnego z nas. - Napraw to albo wkrótce wyniesie się z twojego biura. - Carlisle usiadł w swoim fotelu i nie spojrzał na mnie. Jego umysł był złożony. Stracę ją. Zasługuję na to.

Obiad spędziłem w moim gabinecie, nie będąc w stanie cokolwiek przełknąć. Usłyszałem, jak Bella wróciła z Jamesem kilka minut przed końcem jej przerwy. Lekko uchyliłem drzwi i obserwowałem jak odprowadza ją do biurka. Podała mu wizytówkę, wcześniej pisząc coś na odwrocie. Uśmiechnęła się do niego, przez co wyglądał na lekko zawstydzonego, gdy ją brał. Uśmiechnęła się do niego uspokajająco i położyła dłoń na jego ramieniu. Uśmiechnął się w odpowiedzi. Wyszedł krótko po tym. Już się do niej zbliżył. Jeśli ktokolwiek może zmienić Jamesa, to będzie to Bella. Cóż, jeśli ona mogła zacząć się umawiać, to ja też mogę.

Spędziłem resztę dnia ukrywając się w moim gabinecie i unikając Belli. Nadal byłem zły na to, że tak szybko się pozbierała i ruszyła naprzód, ale zrobiłem to samo rano z Maggie.

- Wychodzę - powiedziała chwilę po szóstej. Kiwnąłem, nie podnosząc głowy znad dokumentów.

- Bella? - Jakiś głos zabrzmiał za nią. Odwróciła się i wyszła z mojego biura bez słowa. Podszedłem do drzwi pod pretekstem wyjścia do domu, ale tak naprawdę chciałem pójść za nią. W jej biurze była jej rodzinka i Jacob.

Jordan spojrzał mi prosto w oczy i gapił się. Podjechał do mnie, nie spuszczając wzroku ze mnie.

- Wiedziałem, że nie jesteś wystarczająco dla niej dobry. Właściwie miałem nadzieję, że tylko tego dowiedziesz.

- Nie.

- Nie zasługujesz na nią - wypluł.

- Jordan - skarciła go Bella.

- Nie, on ma rację. Nie zasługuję na ciebie - powiedziałem, wychodząc z naszego biura. - To był punkt, który próbowałem ominąć. - Odwróciłem się w stronę windy, nie czekając na jej reakcję. Usłyszałem i poczułem kogoś za sobą.

- Wiesz, że nienawiść do samego siebie jest żałosna, Cullen? Ty i ja wiemy, że pasujecie z Bellą do siebie - stwierdził Jacob, łapiąc mnie za ramię i odwracając twarzą do siebie. Wyrwałem rękę z jego uścisku.

- Wiem dlaczego chcesz, żebyśmy z Bellą byli razem. To nie zadziała. To koniec.

- Cholera, uwierzę ci jeśli przestaniesz kłamać.

Jęknąłem.

- Nic nie wiesz o tym gównie.

- Wiem, że cierpisz i ona też. Ale ona będzie to ukrywać, przed wszystkimi i potem… to się powtórzy.

- O czym do diabła mówisz?

- Po tym jak Brianna zmarła, Bella żyła w katatonii przez kilka miesięcy. Zamieniła się w pieprzone zombie. Jak tylko wracała do domu to kładła się do łóżka. Zapamiętaj moje słowa, jeśli to się powtórzy, to wrócę - powiedział przez zaciśnięte zęby i ruszył w kierunku rodziny.

Unikałem siłowni, ponieważ było duże prawdopodobieństwo spotkania jej tam. Bella kontynuowała zabawę w ubieranie się i mówienie jak na początku tego tygodnia. Brakuje mi dotyku jej ust na swoich.

Nareszcie nastał piątek i nie będę musiał jej widzieć przez dwa kolejne dni. Chciałem pójść do klubu i poudawać starego mnie, ale nie miałem do tego serca. Po telefonie Alice stwierdziłem, że parkiet stracił swój urok po upadku Belli. Alice przypomniała mi jakim to jestem dupkiem i rozłączyła się.

Spędziłem weekend w mieszkaniu, odtwarzając w pamięci każdą chwilę spędzoną z Bellą. Pierwszy weekend nad wodospadami, wyglądała tak pięknie gdy słońce i wiatr przenikały jej włosy. Marzenie, w którym Bella i ja spacerowaliśmy z naszą córeczką i nienarodzonym dzieckiem, przerodziło się w koszmar. To się nigdy nie wydarzy, krzyczałem na siebie zasypiając.

Nie miałem pojęcia jaki ból będę przeżywać, kiedy odejdę. To było gorsze niż nędzne wspomnienia dnia, w którym umarli moi rodzice.

Kolejny tydzień minął na obserwowaniu ciemniejących i powiększających się cieni pod oczami Belli. Musiała nie spać, skoro tak wyglądała, a apetyt jej nie dopisywał. Przez to mój mur obronny, postawiony wokół mnie, zaczął się walić. Zabijał mnie widok jej w takim stanie.

Był piątek i chciałem ją zobaczyć przed wyjściem. Jednakże miała spotkanie z Carlislem i powiedziała, że wychodzi. Pozwoliłem jej odejść i zwróciłem uwagę na wuja. Jego spojrzenie było utkwione w Belli, jego troska o nią była wypisana na jego twarzy.

- Oficjalnie w przyszłym tygodniu obejmuje posadę, którą jej zaproponowałem - powiedział poważnie i trzasnął drzwiami, nie czekając na moją odpowiedź. Kurwa. Ta informacja była niespodziewana i po dwóch tygodniach skinięć i 'sir-ów' nie miałem wyjścia.

Nadszedł czas zapłacenia za wizytę nieuchwytnej pannie Swan. Miałem nadzieję, że poza biurem zachowuje się bardziej jak ona, a nie jak osoba, którą się stała odkąd opuściłem jej mieszkanie dwa tygodnie temu. Pukając do jej drzwi, zamarłem słysząc dwa głosy.

- W porządku skarbie, poczekam w samochodzie - powiedział jakiś mężczyzna za drzwiami. Cokolwiek mówiono, nie mogłem rozszyfrować kto to. Zamarłem, kiedy drzwi się otworzyły i wyszedł James. Zobaczył mnie, ale nie wyglądał jakby napawał się satysfakcją, kiedy mnie mijał. Byłem wkurzony, ponieważ powiedziałem mu, że ma się trzymać z dala od niej.

- James - warknąłem, gotów skopać mu tyłek za położenie łap na niej.

- Wybierz co widzisz, czy co chcesz zobaczyć. - Głos Belli dobiegł z mieszkania. Odwróciłem się twarzą do niej, jak tylko James odszedł.

- A to co widzę, to James wychodzący z twojego mieszkania o dziewiątej wieczorem, a ty wychodzisz z nim.

Uniosła brew.

- Nie twój biznes, Ed… - Urwała. Użyłem mojej starej taktyki, pomimo tego jak obłudna była.

- Jest, jeśli spotykasz się ze współpracownikiem - warknąłem, a mój tors falował od nagromadzonej złości.

Bella zaśmiała się.

- Niezła próba.

Ktoś w głębi apartamentu przeczyścił gardło, zwracając tym naszą uwagę.

- Dziękuję za wszystko, doktor Swan.

- Nie ma problemu, Victorio. Spotkajmy się z Jamesem w przyszłym tygodniu o tej samej porze. - Bella uśmiechnęła się, otwierając szerzej drzwi, za którymi stała długonoga laska z kręconymi, rudymi włosami.

- Nie mogę się doczekać kolejnego spotkania. - Victoria uśmiechnęła się i wyszła na korytarz.

Stałem tam zmieszany jak cholera, kiedy Bella odwróciła się ode mnie. Zostawiła otwarte drzwi. Ruszyłem za nią, traktując otwarte drzwi jako zaproszenie. Zamknąłem je i ruszyłem w stronę jej kuchni. Jej telefon zadzwonił, a ona spojrzała na mnie, odbierając go.

- Rezydencja doktor Swan - przywitała się. - Daniel, tak. Przykro mi, ale Big Bubba jest chory, więc musimy odwołać nasze poniedziałkowe spotkanie. Nie, nie możemy go odbyć bez nadzoru. - Stałem w pogotowiu. Nie ma mowy, że przeprowadzi sesję bez osoby trzeciej. - Nadrobimy to we wtorek, dobrze? - Słuchała, cały czas patrząc się na mnie. - W porządku, dzwoń jeśli coś się będzie działo. Będę w domu. Dobranoc.

Rozłączyła się, a nasze spojrzenia się spotkały, najwyraźniej czekała na mnie.

- James przyszedł do ciebie na terapię? - To zabrzmiało jak pytanie. Odpowiedziała kiwnięciem głową. - Myślałem, że się z nim umawiasz.

- Jeśli nawet, to nie powinno cię obchodzić, prawda?

- A jednak.

- Czego chcesz? Chcesz się ze mną widywać, ale nie chcesz spotykać. To cholernie niesprawiedliwe, że złościsz się na myśl, że się z kimś umawiam, Ed… - Znowu przerwała i pokręciła głową.

Złapałem ją za ramiona.

- Proszę, powiedz to. Wypowiedz moje imię.

Spojrzała na mnie z gniewem i pożądaniem w oczach. Boże, przegapiłem tlący się płomień pod tą maską. Pokręciła głową. Wyrzuciłem dłonie w powietrze we frustracji.

- Dlaczego nie?

- To nie profesjonalne. - Wzruszyła ramionami, idąc do kuchni. Jęknąłem.

- Nie obchodzi mnie to.

- Dlaczego? Tęskniłeś za tym? - spytała, unosząc brew. Jęknąłem i chwyciłem się rękami za głowę we frustracji.

- Kurwa, tak!

- Dobrze - powiedziała lodowatym tonem.

- Nie jesteś moją Bellą.

- Twoja Bella jest nadal w szpitalu. Zostawiłeś ją tam.

Ouch. Odwróciła się ode mnie, podeszła do lodówki i wyciągnęła butelkę wody. Zauważyłem, że jej zawartość była skromna.

- Bello, rozmawiaj ze mną. Nienawidzę tego. Nie chciałem, żeby to się wydarzyło. - Wskazałem na nią.

Spojrzała na swoje luźne spodnie i niedopasowaną bluzkę.

- Straciłam trochę na wadzę, wielka sprawa.

- To jest wielka sprawa. Nie mogę stać i obserwować jak sobie to robisz.

- A co cię to do diabła obchodzi? - powiedziała spokojnie, a jej maska wróciła na miejsce.

- Ahhh! Martwię sie o ciebie do cholery. Zawsze mi na tobie zależało!

- Proszę wyjdź, Edwardzie. - Sapnąłem na dźwięk mojego imienia, to był pierwszy raz od prawie dwóch tygodni, gdy wypowiedziała moje imię. - Edward - powiedziała ponownie, podchodząc do mnie, szydząc ze mnie. Zrobiłem kilka kroków w tył. - Edward - wyszeptała bez tchu. Jęknąłem i zamknąłem oczy, nie mogąc znieść jej spojrzenia. - Co się dzieje, Edwardzie? Przypomniałeś sobie o czymś, kiedy powiedziałam twoje imię?

- Tak - przyznałem. Za plecami poczułem drzwi wejściowe. Podeszła na paluszkach, przycisnęła policzek do mojego i wyszeptała:

- Edward.

Jęknąłem, wziąłem jej twarz w dłonie i ostro przywarłem ustami do jej, idealnie. Jej odpowiedzią było westchnięcie, nie z zaskoczenia, ale z pożądania i pragnienia. Złapała za moje ramiona, gdy mój język połączył się z jej. Jej jęk był miękki, ale jej palce były naglące i nieustępliwe w moich włosach.

Boże, brakowało mi tego. Odsunęła się, by zaczerpnąć powietrza, więc mogłem zacząć całować jej szyję.

- Tęskniłem za tobą - wyszeptałem, kolejny całus. - Pragnę cię. - Pocałunek. - Przykro mi. - Całus. - Byłem głupkiem. - Kolejny całus. Mój chwyt na jej ciele się wzmocnił. - Proszę, przebacz mi - wyszeptałem prosto w jej szyję.

Jęknęła.

- Przebaczam ci. - Jej dłonie wysunęły się z moich włosów i opadły na moją klatkę, odpychając mnie. - Ale to niczego nie zmienia.

- Co? - spytałem, dysząc po naszym pocałunku.

- Skrzywdziłeś mnie - powiedziała miękko. - Nie jestem gotowa na nas.

- Ale czekaj.

Bella pokręciła głową.

- Jestem pieprzoną hipokrytką mówiąc to, ale nie wiem czy możemy wrócić do tego co mieliśmy. Jeśli wybiorę powrót do ciebie.

Skrzywdziłem ją tak bardzo.

- Ale...

Powstrzymała mnie, kładąc palec na moich ustach. Pocałowałem go bez zawahania.

- Przestanę być Nową-Bellą jeśli dasz mi trochę czasu - zasugerowała. Kiwnąłem. - Nie naciskaj na mnie. - Ponownie kiwnąłem głową. Zrobię dla niej wszystko. - Nie licz na szybkie uzdrowienie. - Zamknąłem oczy i pokiwałem głową. - Lepiej już idź - powiedziała, zabierając palec z moich ust. Wziąłem jej dłoń w swoją i pocałowałem każdy palec, środek dłoni i kłykcie, zanim ją puściłem.

- Koch… - zacząłem, ale powstrzymała mnie kiwnięciem głowy. Nie była gotowa na te słowa.

- Proszę, Edwardzie. Obecnie nie wiem czego chcę. Zobaczymy się w biurze, w poniedziałek.

Kiwnąłem i otworzyłem drzwi, pocierając dłonią kark.

- Dobranoc, kochanie.

Bella skinęła głową i zamknęła drzwi. Oparłem się o nie, wysłuchując odgłosu kroków. Nic nie usłyszałem. Zobaczyłem jej cień pod drzwiami, stała i łkała, po czym osunęła się po nich na podłogę. Westchnąłem, robiąc to samo i przyciskając policzek i ucho do drzwi.

- Kocham cię, Bello.

- Wiem.

- Proszę, pozwól mi wrócić.

- Nie.

- Kocham cię.

- Wiem o tym.

- Jak to wiesz?

- Nadal to widać w twoich oczach - odpowiedziała, delikatnie pociągając nosem. - To mnie utrzymywało przez ostatnie dwa tygodnie.

- To było piekło - powiedziałem miękko.

- Dokładnie.

- Przepraszam.

- Wiem. Proszę, nie pogarszaj tego.

- Prześpij się, Bello.

- Zrobię to, kiedy pójdziesz.

- Już opuściłem twoje mieszkanie - przypomniałem jej.

Zaśmiała się, delikatnie i słodko.

- Wyjdź z budynku - naświetliła.

- Zrobię to, jeśli odejdziesz od drzwi. - Usłyszałem westchnienie i przesunięcie.

- Okej, wstaję i odchodzę. - Wstałem z mojego miejsca i położyłem obie dłonie na drzwiach.

- Widzę, że nadal tam jesteś. - Prychnęła głośno, przez co chciałem się zaśmiać.

- Dobra - powiedziała. - Dobranoc, Edwardzie.

- Jeszcze raz. - Jej chichot pieścił moje uszy.

- Edward - wyszeptała przez drzwi.

- Nigdy mi się nie znudzi słuchanie jak wypowiadasz moje imię.

- To było kiepskie. - Zachichotała.

- Co mogę powiedzieć? Wydobyłaś ze mnie ten tandetny romantyzm, kochanie.

- Możesz już iść - powiedziała śpiewająco.

- A ty nadal stoisz za drzwiami - skwitowałem.

- Zadzwonię po ochronę.

- Nie, nie zrobisz tego.

- Chcesz się przekonać? - Parsknęła śmiechem. Cholera, zadzwoni po nich.

- Dobra. Kocham cię, moja Bello.

Nie było odpowiedzi i cienia pod drzwiami. Westchnąłem, ruszając w stronę windy. W ten weekend spałem troszkę lepiej.

W poniedziałkowy ranek Seattle było okryte grubą warstwą ciemnych chmur, z których się cały czas obficie lało. Zmartwiony tym, zadzwoniłem do Belli, żeby zobaczyć czy nie podwieźć jej w tą paskudną pogodę. Była to również okazja do rozmowy po drodze.

- Bello, kochanie, czy będzie w porządku jeśli podwiozę cię do biura?

- Dzień dobry, Edwardzie - powiedziała sarkastycznie.

- Przepraszam - wymamrotałem, wychodząc z mieszkania.

- W porządku - powiedziała. - Właśnie dotarłam do mojego samochodu.

- Jesteś pewna?

- Tak. Nie zapomnij odnieść dokumentów Knight'a. Mam kilka rzeczy, które muszę do nich dopiąć.

- Zawsze oddana pracy, prawda? - powiedziałem.

- Tak - zachichotała. Usłyszałem jak wyłącza alarm w samochodzie. - Daniel, co ty tutaj robisz? - Jej głos zabrzmiał z oddali. - Daniel, uspokój się.

- Bella! - krzyknąłem w telefon. Kurwa. Coś stłumiło głosy po drugiej stronie, więc nie wiedziałem co się do końca dzieje. Strach mnie obezwładnił, gdy przypomniałem sobie noc w klubie. Nadal słuchałem tego, co się dzieje po drugiej stronie, kiedy ruszyłem w stronę windy.

- Panno Swan. - Inny głos zabrzmiał w słuchawce, rozpoznałem go, ale to nie był Daniel.

- Derek i Adam, cofnijcie się. - To była Bella. Nadal jest wszystko w porządku. - Daniel, odłóż broń - powiedziała spokojnie. O Boże, nie. Drzwi nareszcie się otwarły, a ja wpadłem do windy.

- Skrzywdziłem ją, doktor Swan - załkał Daniel.

- Kogo?

- Moją żonę.

- Jestem pewna, że wszystko z nią będzie dobrze, Danielu.

- Nie będzie. Ja… próbowałem ją skrzywdzić.

- Wiem, ale naprawimy to razem. Dobrze, Danielu?

- Przykro mi.

- Wiem. Proszę, odłóż broń.

- Dlaczego płaczesz?

- Broń mnie przeraża, a ty nią we mnie celujesz.

O Boże, proszę, nie! Proszę, pośpiesz się windo.

- Nigdy cię nie skrzywdzę.

- Wiem, że tego nie zrobisz, Danielu. Proszę, odłóż broń. Policja zaraz tu będzie. Mogą cię skrzywdzić, jeśli zobaczą, że w kogoś celujesz.

- Krzywdzę wszystkich, których kocham.

- Nie, zadzwonimy do twojej żony i naprawimy to - odpowiedziała Bella.

- Ona nie chce mieć ze mną nic wspólnego. Nienawidzi mnie za próbowanie skrzywdzenia jej.

- W porządku - zawołała nagle Bella. - Proszę, przerażasz mnie. - Drzwi się otwarły i pobiegłem najszybciej jak mogłem do budynku Belli. Gdy dotarłem do budynku, oficer Davis właśnie przyjechał.

- Mogę ich usłyszeć - powiedziałem do niego.

- Naprawdę jest uzbrojony?

- Tak, mówiła, że w nią celuje.

Daniel, proszę - błagała Bella. Po tym usłyszeliśmy jej krzyk i strzał. Nie! Dwóch uzbrojonych policjantów, Davis i ja wbiegliśmy schodami do podziemnego parkingu. Derek, portier był blady i wyglądał jakby miał zwymiotować. Bella była na betonowej podłodze pokrytej krwią, płakała nad Danielem.

- Nie… - jęknęła, a jej szloch przeszył pomieszczenie. - Nie! - Pobiegłem do niej, złapałem i przycisnąłem jej twarz do mojej klatki, żeby nie musiała na niego patrzyć. - Daniel! - krzyknęła, drżąc w moich ramionach.

- Dziecinko, jesteś ranna? - spytałem, starając się samemu sprawdzić. Odwróciłem się od ciała Daniela i spróbowałem ją odsunąć jak najdalej. Zamiast tego odepchnęła mnie, położyła głowę na jego klatce i zaszlochała.

- Przepraszam. Znowu nawaliłam. - Całe jej ciało drżało od brania głębokich oddechów. Reszta obserwowała to w ciszy, jedynym dźwiękiem był jej płacz. To był najbardziej łamiący serce odgłos jaki w życiu słyszałem.

Ktoś poklepał mnie po ramieniu i pochylił się w moją stronę.

- Weź ją na górę i pomóż się ogarnąć. Zostaw jej wierzchnie okrycie i twoje przy drzwiach, to podskoczę tam i je zabiorę - powiedział oficer Davis. Kiwnąłem.

Kiedy przytuliłem Belle, nie odepchnęła mnie. Pomogłem jej wstać i poprowadziłem nas w stronę wind. Straciła przytomność, zanim zdążyłem nacisnąć guzik. Delikatnie potrząsnąłem nią, by ją ocucić.

- Edward? - spytała, a jej czerwone od płaczu oczy wpatrywały się we mnie. Straciłem to.

- Jestem tu, kochanie - wyszeptałem, całując ją w czoło.

Kiwnęła i oparła głowę na moim ramieniu. Zaprowadziłem ją do jej mieszkania, gdy ona cicho łkała. Gdy dotarliśmy do łazienki i posadziłem ją na blacie, krzyknęła na widok zakrwawionej bluzki.

- Ściągnij to ze mnie! - płakała i krzyczała, nerwowo szarpiąc materiał.

- Shh… już to robię. Proszę, tylko mi tu nie mdlej. - Próbowałem ją pocieszyć. Bez rozpinania, ściągnąłem jej przez głowę bluzkę, a ze spódnicą poszło o wiele łatwiej. Kiedy krzyki ustały, zapanowała w niej dziwna cisza. Jej spojrzenie było odległe, zgubione gdzieś gdzie nie miałem dostępu. Jej wzrok spadł na jej kolana, gdzie leżały jej zakrwawione dłonie i krzyknęła ponownie. Wziąłem ją w ramiona, nucąc kołysankę, starając się jej zapewnić komfort, którego potrzebuje. Delikatnie położyłem jej ubrania na podłodze i szybko pozbyłem się moich.

- Dlaczego takie rzeczy zawsze przytrafiają się mi? - spytała, patrząc na mnie szerokim i niewinnym spojrzeniem.

- Nie wiem, kochanie.

- Nawaliłam.

- On już dawno przepadł.

- Nadal, zawiodłam - powiedziała bardziej stanowczo.

- Zrobiłaś co mogłaś.

- Edwardzie, pomóż mi wziąć prysznic - jęknęła, owijając ramiona i nogi wokół mnie. - Nie zniosę tego. Mam zamiar to stracić. Ledwo się trzymam.

- Zrobię to. - Zaprowadziłem nas pod prysznic i włączyłem natrysk.

- Za każdym razem, kiedy zamknę oczy, to widzę krew - powiedziała, obserwując rozcieńczoną z wodą krew spływającą do odpływu.

- Tak nie będzie - zapewniłem ją. - Nie zawsze.

- To będzie jak stary koszmar, tylko że gorszy. Kolejna śmierć na moich rękach.

Pokręciłem głową i wziąłem jej twarz w dłonie.

- Pomogę ci przez to przejść.

To prawie była przyjemność, przyjemność za danie mi możliwość, by jej pomóc. Jej oczy złagodniały i kiwnęła głową. Z policzkiem przyciśniętym do mojej klatki cicho łkała.


Witam wszystkich, przeczytałam od kogoś komentarz zostawiony pod rozdziałem 17 - to jeszcze nie koniec, w sumie jest 39 rozdziałów + 2 epilogii więc jeszcze sporo przed nami. Mam nadzieje, że dotrwacie ze mną do końca :D Miłego czytania i zachęcam do kliknięcia Follow - Story - dzięki temu dostaniecie na maila informacje o nowych rozdziałach tego tłumaczenia :D

Edit1: Jeśli nie przepadasz za formatem na to zapraszam na mojego chomika: AlexxRossie, gdzie można pobrać plik z rozdziałami w pdf :D