betowała: Tyone
sugestie: sandwich :*
Rozdział 2
Taktyka
Podszedł powoli do nieruchomego ciała, lustrując resztę klasy. Malfoy wyglądał, jakby miał ochotę zwymiotować, ale szlachecka duma powstrzymywała go od tego z całych sił. Gryfoni pobladli, nie ruszając się nawet z miejsc, ale nie zamierzał teraz prawić im kazań. Podniósł bez trudu bezwładnego Pottera, uważając, by czasem mu czegoś nie złamać. Był zadziwiająco lekki jak na szesnastolatka.
- Jeśli cokolwiek wyjdzie z tej sali, zabiję – warknął, z przyjemnością widząc, że Longbottom mdleje. – Uprzątnijcie to ścierwo i na Transmutację. Potter będzie w Skrzydle Szpitalnym – dodał, doskonale zdając sobie sprawę, że kłamie.
Nie sprawdzając nawet, czy ktokolwiek zastosował się do jego instrukcji, skierował się do swoich prywatnych komnat. Miał bardzo wiele do przemyślenia tego dnia. Połączenie pomiędzy Wybrańcem a Czarnym Panem było dużo silniejsze niż przypuszczał. Pierwsza część koszmarów była co prawda tylko wspomnieniami, ale podejrzanie przeplatały się one z tym, co obecnie może robić Lucjusz Malfoy. Czarny Pan wezwał ich kilka godzin temu, ale on jako szpieg został odsunięty od zadania, by nie wzbudzać podejrzeń Dumbledore'a.
Kopnął czarne, dębowe drzwi, ignorując wściekły syk. Pottera, po dłuższej chwili rozmyślań, ułożył w swoim łóżku. Jego komnaty nie były przystosowane do przetrzymywania chorych. Chłopak od kilku minut nie odzyskiwał świadomości i po raz pierwszy Severus Snape zastanawiał się, czy nie dać mu paru minut wytchnienia, nim obudzi go na dobre. Był zbyt blady, a sine ślady wokół oczu dowodziły tylko tego, jak mało spał w ubiegłym tygodniu. Odkąd mógł mieć te koszmary?
Rozważał przez chwilę, czy nie zawiadomić Zakonu, ale szybko odrzucił tę myśl. Nie dość, że musiałby się tłumaczyć z tego, że Potter pił ten cholerny eliksir, to jeszcze Black najpewniej zabiłby go, zanim wyjaśniłby wszystko do końca.
Chłopak spanikował na samą nazwę Eliksiru Bezsennego Snu, więc jest mu on znany. Jak wszystkim hospitalizowanym u tej niedorobionej podpuchy pielęgniarki, której dostarcza i wyjaśnia działanie każdej mikstury. Stracone wieczory bezsensownych rozmów. Równie dobrze mógłby wywiesić listę z dokładnym działaniem i dawkowaniem eliksirów, zostawić je w szafie i każdy bez trudu wyleczyłby się sam.
Cichy jęk przeciął powietrze, sprowadzając go na ziemię. Cholerny Potter. Ruszał się niespokojnie, zakopując w ciemnozielonej pościeli. Skrzywiona bólem twarz pobladła, gdy zaczęły się pierwsze drgawki. Kolejny cruciatus. Pokonując wstręt, przysunął się bliżej i trącił chłopaka łokciem. Natychmiast został przyszpilony wzrokiem wyrwanego z koszmaru Wybrańca.
- Wypij – warknął, podając mu przygotowany wcześniej eliksir, nim ten zdążył krzyknąć.
- Co to? – spytał zachrypniętym głosem. Poprzednie krzyki nadwyrężyły mu struny głosowe.
- Łagodzi skutki cruciatusów i wzmacnia organizm – wyjaśnił niechętnie, podtykając mu butelkę do ust.
Potter przełknął gorzki płyn, zbyt osłabiony, aby stawiać czynny opór. A może zbyt rozkojarzony, by wiedzieć, kto właśnie się nad nim pochyla. Zamglone oczy nabrały wyrazistej barwy już po minucie i przytomniej spojrzały na świat wokół. Spiął się cały, szykując się do natychmiastowej ucieczki, niczym uwięziony w klatce tygrys, gdy czarna szata Mistrza Eliksirów przesłoniła mu pokój.
- Gdzie jestem? – spytał, cofając się do wezgłowia łóżka.
- W moich komnatach – odparł krótko. – Jak długo masz te sny, Potter? – warknął, mrużąc oczy.
- Gdzie moja różdżka? – chłopak zaczął panikować, szukając jej w szatach.
Snape podszedł do jedynych drzwi w pomieszczeniu, dając Potterowi więcej przestrzeni, ale jednocześnie odgradzając mu jedyną drogę ucieczki.
- Ja ją mam – wytłumaczył mu pozornie spokojnie. – Jak długo masz te cholerne koszmary, przeklęty bachorze! – warknął nagle, podrywając tym Wybrańca do góry.
Złoty Chłopiec wślizgnął się w małą przestrzeń pomiędzy łóżkiem a ścianą, odgradzając się posłaniem od mężczyzny. Rozglądał się przez chwilę, szukając wyjścia, czy jakiegokolwiek przedmiotu, który mógłby mu w tym pomóc, ale urządzona surowo komnata nie oferowała nawet małej lampki nocnej, którą mógłby rzucić.
- Nie wypuszczę cię, dopóki nie odpowiesz na te pytania - poinformował go chłodno „porywacz". – Zanim cokolwiek sobie pomyślisz… Twoim gryfońscy przyjaciele są na Transmutacji i wyjdą dopiero za dwie godziny. A nawet wtedy pójdą najpierw do Skrzydła Szpitalnego. Po cóż miałbym cię przetrzymywać w swoich komnatach? – spytał lekkim tonem.
- Właśnie, po co? – Potter zmrużył oczy.
Mistrz Eliksirów oparł się o framugę, patrząc prosto w oczy ucznia. Normalne strategie, które stosował od lat nigdy nie działały na tego cholernego dzieciaka. Nie dało się go zastraszyć. Nie mógł mu też grozić, bo Złoty Chłopiec ze swoją szaleńczą gryfońską odwagą szedł zawsze na stracenie nie mrugnąwszy nawet okiem. Czy gdyby wyłożył mu całą prawdę dotarłoby do tego małego móżdżka, w jak kiepskiej jest sytuacji?
- Jesteś połączony z Czarnym Panem, Potter. Możesz oszaleć. W najlepszym razie – wyjaśnił chłodno, zmieniając taktykę. – Żeby zachować zdrowe zmysły potrzeba ci minimum pięć godzin spokojnego snu na dobę. Sądząc po tym, jak wyglądasz i reagujesz… teraz są to najwyżej dwie. Cruciatus niszczy twój system nerwowy. Powiedz – wyszeptał. – Co noc, co dwie? – Potter odwrócił wzrok. – Zapomnij o tym, żeby być wciąż szukającym za pół roku. Może będziesz w stanie opanować drżenie w wieku dwudziestu lat, gdy magia w pełni wspomoże twój organizm – znów ten cichy, niepokojący głos. – A może nie – zakończył z lekkim kpiącym uśmiechem. – Ale to ciebie nie dotyczy. Nie daję ci więcej niż dwa tygodnie, panie Potter. – Uśmiechnął się krzywo.
Ignorując zdumione spojrzenie, sięgnął do kieszeni szaty, rzucając mu różdżkę.
- Jest pan wolny, panie Potter – mruknął, przesuwając się wzdłuż przeciwległej ściany, dając mu miejsce na swobodne przejście. – Nie zapomnij odwiedzić Skrzydła Szpitalnego. Twoi przyjaciele zapewne tam będą – powiedział lodowatym tonem na odchodne. – I proszę pamiętać, że miał pan wybór – dodał sucho, gdy drzwi prawie zamknęły się za Harrym.
ooo
Harry prześlizgnął się, nie odwracając się do niego plecami nawet na minutę. W prawej dłoni ściskał mocno różdżkę, celując nią w uśmiechającego się szyderczo mężczyznę. Był kompletnie skołowany. Zbyt wiele w zbyt krótkim czasie. Luki w pamięci irytowały go tym bardziej, im mocniej chciał zrozumieć co się stało. Lekcja, eliksir, koszmary. Stapiały się w jedno, wirując wokół siebie. Na domiar tego, prawa dłoń zadrżała delikatnie jak zawsze, gdy budził się po zbyt długim śnie.
Spojrzał ostatni raz na Mistrza Eliksirów, opuszczając jego komnatę bez słowa. Dopiero w Skrzydle Szpitalnym schował różdżkę i przestał się oglądać za siebie. Ręce piekły go od drobnych ran, które sam sobie zadał, a które zdążyły się już delikatnie zasklepić.
ooo
Kiedy Severus Snape wyszedł z sali, Hermiona była tą, która zareagowała najszybciej. Przeciskając się pomiędzy ławkami dotarła do drzwi, ale drogę zagrodził jej Draco Malfoy.
- Odsuń się – warknęła, czując za plecami Rona. Wyciągnęli różdżki, ale Ślizgon pozostał niewzruszony.
- Granger, jakkolwiek z wielką chęcią pozwoliłbym ci popełnić to samobójstwo, jednak szanuję czas mojego Opiekuna Domu. I wiedz o tym, że zawsze spełnia swoje obietnice – mruknął. Kpiący ton, który utrzymywał, brzmiał nienaturalnie. – Byłoby doskonale, gdybyście się zajęli Longbottomem – westchnął. – Biedaczek mógł doznać wstrząśnienia mózgu – zauważył, udając przy tym zmartwionego. Powoli wchodził w swoją rolę.
Gryfonka spojrzała na niego po raz ostatni i skinąwszy głową, wróciła do Nevilla.
- Granger, druga półka po lewej to sole trzeźwiące – warknął za nią Malfoy. – Wymyśl, co powiedzieć McGonagall, gdy zapyta o Pottera – doradził jeszcze zanim wraz z grupą Ślizgonów opuścili klasę eliksirów.
ooo
Słońce przestało mu służyć bardzo szybko. Nawet w czasach swojej śmiertelności miał delikatną skórę. Czerwone plamy piekły delikatnie, dając uczucie okropnego dyskomfortu. Nie było nic gorszego od tego swędzącego uczucia, więc – chcąc, nie chcąc - naciągnął kaptur bardziej na swoją jasnowłosą głowę i ruszył głębiej w las. Jesień we Włoszech była piękna, ale wciąż niebezpieczna dla jego skóry. Przybył zbyt szybko, nie zorientowawszy się wcześniej na temat warunków pogodowych i wiedział, że to odcierpi.
Nie pozostało mu nic innego, jak udać się do swojego młodego przyjaciela, od którego nie miał ostatnio żadnych listów. Słyszał, że wojna w Wielkiej Brytanii jest w punkcie zwrotnym i pewnie nie będzie tam pożądanym gościem, ale nie zamierzał się tym przejmować. Widywali się tak rzadko.
Zapiął ostatnie guziki ciemnej peleryny, wzdychając ze smutkiem, gdy ciepłe powietrze przestało pieścić jego odsłonięte do tej pory ciało. Szorstki materiał otarł go w kilku miejscach, gdy poprawił szeroki pas, przytrzymujący spodnie. Miał nadzieję, że uda mu się odwiedzić kilka sklepów nim dotrze do Królestwa, inaczej nie zostanie mu to zapomniane do końca życia. Severus od zawsze zwracał uwagę na jego ubiór i nie było cienia szansy, że nie skomentuje tych szmat, które obecnie miał na sobie. A jedyne, co miał na swoje usprawiedliwienie, to zbyt słoneczne dni we włoskich Alpach.
