betowała: Tyone :*
Rozdział 3
Czekałem na ciebie.
Gdy wychodził ze Skrzydła Szpitalnego, czekali na niego wszyscy uczniowie piątego roku. Ze zmartwieniem wypisanym na twarzach obserwowali, gdy o własnych siłach przemierzał korytarz, starając się wyglądać jak najpewniej. Godzina spędzona u pani Pomfrey nie należała do najlepszych, ale pielęgniarka wyleczyła skaleczenia, na szczęście nie pytając o ich pochodzenie. Zastanawiał się nawet, czy pewnego dnia nie będą do siebie mówić po imieniu.
- Harry! – pisnęła Hermiona, wynurzając się z szeregu. Zarzuciła mu ręce na szyję, płacząc w jego rękaw. Ron podtrzymywał ją lekko z pocieszającym uśmiechem.
- Naprawdę nic mi nie jest – burknął zażenowany.
- Dlaczego nie powiedziałeś nam o tych koszmarach? Jak długo je masz? Kiedy się zaczęły? Czy wracają co noc? Boli cię blizna? – zarzucała go pytaniami, ignorując całą resztę zebranych, którzy poklepali go tylko po ramieniu lub po prostu przytulili, rzucając Harry'emu jedno z tych spojrzeń, których szczerze nienawidził.
- Może nie tutaj – mruknął, czerwieniąc się, jednocześnie próbując lustrować korytarz kątem oka, jednak Gryfonom udało się skutecznie zasłonić mu widok.
Dziewczyna pociągnęła go za sobą w jedną z wnęk, dając znak reszcie, by wrócili do dormitorium. We trójkę wcisnęli się w niewielki krużganek, sprawdzając, czy nikt za nimi nie idzie. Dopiero wtedy Potter wypuścił głośno powietrze z płuc.
- Co ze Ślizgonami? – spytał od razu.
- A co ma być? – warknął Ron. – Malfoy zobaczył, jak jego ojciec zabija jakieś dziecko, zapewne właśnie donosi o wszystkim Sam-Wiesz-Komu – wyszeptał z przestrachem.
Hermiona pokręciła głową.
- Nie sądzę. Snape zapowiedział, że zabije, jeśli cokolwiek wyjdzie poza salę. Malfoy potwierdził, że to nie była czcza pogróżka – westchnęła. – Harry, na pewno dobrze się już czujesz? Jesteś bardzo blady. Czy pani Pomfrey… – Nie bardzo wiedziała, o co chciała zapytać.
- Nic mi nie jest. Koszmary mam od dłuższego czasu. Ten eliksir tylko je pogorszył. Snape sam mówił, że… - urwał, próbując przypomnieć sobie słowo.
- Intensyfikuje – podpowiedziała usłużnie.
- Dokładnie. Przepraszam, że zachowałem się jak histeryk, ale trochę spanikowałem – westchnął. Usiadł na kamiennym parapecie, chowając twarz w dłoniach. Najbardziej w tym momencie bał się tego, że odkryją, iż kłamie.
- Jak często je masz? – spytała cicho Gryfonka, siadając obok. Ron zajął miejsce po drugiej stronie.
- Kumplu, nigdy nie mówiłeś… - zawiesił głos.
- To nie jest prosta sprawa, ale powoli mijają. Tylko ten cholerny Snape! – warknął.
Rudzielec przybrał zacięty wyraz twarzy.
- Nie wolno mu testować eliksirów na uczniach – poparł przyjaciela. – Powinieneś iść do Dumbledore'a. Niech go wywali – dodał, a Harry zauważył w jego oczach nadzieję.
- Wiesz, to chyba nie jest dobry pomysł. Gdyby dyrektor tego jednak nie zrobił, następnym razem musielibyśmy wypić eliksir Neville'a.
Nawet Hermiona skrzywiła się na samą myśl o tym. Kilka minut później wracali do dormitorium, przygotowując się do odparcia dociekliwych pytań Gryfonów, którzy byli zamieszani w coś, co już w myślach nazywali „sprawą". Hermiona nie odzywała się od parunastu minut, więc Harry z niecierpliwością czekał na to, co powie. Jeśli zaczynała myśleć o czymś intensywnie, wiedział, że nie spoczęłaby do czasu otrzymania odpowiedzi na wszystkie nurtujące ją pytania.
- Harry? To z Malfoyem, to co to było? – spytała cicho. Wiedział doskonale o co jej chodzi. Wszystko, co widzieli było czymś, co przeżył albo mógł przeczytać w Proroku Codziennym. Kolejne ataki, a nawet zdjęcia z nich udostępniano szerszemu gronu osób. Jednak konkretna osoba i tak wyraźny obraz nie mógł być przypadkiem.
- Nie pierwszy raz to widziałem – skłamał, zdając sobie sprawę, że nie odczuwa dłużej potrzeby odwracania wzroku. – Zawsze wyobrażałem sobie Lucjusza Malfoya jako mordercę małych dziewczynek. – To było nawet bliskie prawdzie.
Skinęła głową, nie wypowiadając ani słowa.
- Naprawdę dobrze się czuję. Zazwyczaj się nie budzę podczas tych koszmarów. Nawet nie krzyczę. Zapytaj Rona – dodał, a rudzielec przytaknął skwapliwie. Zaklęcie wyciszające było jednym z tych, które opanował do perfekcji.
ooo
Śledził Gryfona odkąd ten opuścił jego komnaty. Jak można było przypuszczać, odrobinę niepewnym krokiem udał się do Skrzydła Szpitalnego. Nie miał najwyraźniej ochoty tłumaczyć później kolegom, co robił w prywatnych pokojach znienawidzonego Mistrza Eliksirów.
Wyszedł stamtąd wprost w rozpostarte, kochające ramiona swoich gryfońskich przyjaciół, którzy od samego poklepywania po plecach mogli odbić mu płuca. Choć to i tak najmniejsze zagrożenie przy tej Brown, która omal nie udusiła go samym uściskiem. W tym samym czasie Granger poskładała fakty do kupy i, ku jego przerażeniu, zaczęła na głos wykrzykiwać wszystkie pytania, których jemu nie udało się zadać. Potter przegonił resztę, nie zauważając go, ale nawet, gdy rozmawiali ukryci we wnęce, udało mu się uniknąć odpowiedzi.
Ślizgon był pod wrażeniem tego, jak Złoty Chłopiec zmanipulował Wesleya, jednocześnie rzucając Granger półkłamstwa, na których nie mogła oprzeć żadnej przydatnej hipotezy. Wił się jak wąż, ale zdołał zwalić całą winę na eliksir i wybujałą wyobraźnię. Choć Gryfonka nie wydawała się być przekonana, dopóki rudzielec znów nie poparł przyjaciela. Śpią w tej samej sypialni, więc byłoby trudno ukryć tygodniowe koszmary. Chyba, że rzuca się świetnie zaklęcia wyciszające, które tłumią nawet jęki torturowanych.
Z Wieży Gryffindoru udał się z powrotem do swoich komnat, czekając na kolejny dzień. Miał nadzieję, że jego oparte na kilkuletnich obserwacjach założenia okażą się mocnym fundamentem i choć dziś zweryfikował pogląd na temat cholernego Wybrańca, nie przestał być on Gryfonem z krwi i kości.
Lew jest padlinożercą, nie wszyscy o tym wiedzą, ale Severus Snape na pewno tego nie zapomni. Jest dużym, dumnym stworzeniem. Hipokrytą, który swym rykiem może zastraszyć pół dżungli, ale gdy przyjdzie co do czego okazuje się, że wewnątrz tkwi wciąż mały kotek. Wmawia innym tchórzostwo, ale sam nie jest lepszy. Może nawet przoduje w tej dyscyplinie.
Tak więc Severus Snape poczeka. Dwa dni. Może trzy. Zarzucił sieci.
Teraz musi się tylko zorientować, co po dzisiejszym przedstawieniu dzieje się w Slytherinie. Draco Malfoy ma zbyt wielką władzę w jego Domu, by go ignorować. Dzieciak może być zarówno przydatnym narzędziem, jak i niepotrzebną przeszkodą. A doskonale zdawał sobie sprawę, że młody dziedzic dodał dwa do dwóch i odkrył, iż Śmierciożercy to nie dżentelmeni, który przebierają się w czarne szaty, siadają w kole i piją Ognistą, rozprawiając o strategiach opanowania świata.
Jeśli nie rozegra tego dobrze, może już dziś nie żyć. Jeśli nie rozegra tego właściwie… może stracić sprzymierzeńca i ta wojna będzie przegrana, nim jeszcze na dobre się rozpocznie. Ale tym razem nie zamierza w to wszystko mieszać Dumbledore'a. Zachłanność tego starca i jego cholerny idealizm mogą doprowadzić do niepotrzebnej śmierci, a jej jak ognia Severus Snape chciał uniknąć.
Ścisnął mocniej różdżkę, sprawdzając chwyt i wszedł do Pokoju Wspólnego Slytherinu. Draco Malfoy siedział samotnie na kanapie przed kominkiem. Jego twarz w promieniach ognia wydawała się być bardziej ludzka, ale było to złudne wrażenie. Blondyn nie pozwoliłby sobie na to publicznie.
Nie ruszył się ani o milimetr, gdy Mistrz Eliksirów stanął z boku, również patrząc w ogień. Musieli odczekać kilka zwyczajowych minut w milczeniu, kontemplując to, co zamierzali sobie powiedzieć. Stare zwyczaje były dobre. Nawet najlepsze. Nadawały ton dyskusjom, które na zawsze zmieniały losy świata.
Milczenie przeciągało się i mężczyzna zaczął się zastanawiać, czy to nie on powinien pierwszy zacząć, zredukowany do roli interesanta, którym przecież był. Zabawa polegała na tym, by nie okazać tego Malfoyowi. Nie dać mu tej przewagi. Nawet teraz patrzył na niego z góry, nakreślając ich pozycje. W końcu syn prawej ręki Voldemorta oderwał wzrok od ognia, lustrując swojego ojca chrzestnego.
- Czekałem na ciebie – szepnął pobladłymi ustami.
