betowała cudna Tyone :*

Rozdział 5
Demony wyłaniają się z mroku…

W demonach, które kroczą cieniem, budzą cię, kradnąc twój ostatni oddech i oddając go starożytnym bóstwom, jest coś poetycznego. Coś, co na pewno chciałbyś mieć kiedyś na swojej półce wraz z autografem autora. Może nawet z dedykacją. Stałoby sobie to wszystko pomiędzy innymi podobnymi, na ciemnym drewnie niewielkiego regału i przypominało ci, że nie jesteś sam.
Harry nie miał półki. Tomiku, autografu, dedykacji. Nie miał cholernego pojęcia, co to jest „metafora" i nawet nie chciał tego wiedzieć, gdy czwartą noc z rzędu bał się zamknąć oczy. Pogryzione wargi zamaskował jednym z zaklęć, które znalazł w ogólnodostępnej części biblioteki. Nawet podkrążone oczy zdawały się dużo bardziej żywe, gdy szczypta magii nadała im bardziej trzeźwy wyraz. Ale nie potrafił zająć myśli na wystarczająco długo, by zasnąć. Chrapanie Neville'a przestało być tak kojące. Przypominało mu dźwięk paznokcia Voldemorta, ocierającego się o jego twarz.
Ron wiercił się tuż obok. Podrygiwał jak potraktowane cruciatusem ciało. Łóżko skrzypiało niczym łańcuchy na kostkach tamtej staruszki sprzed dwóch dni. Wiatr za oknem wył… Nie… Nie chciał tego słuchać już dłużej.
Kiedy zapadał zmrok, wszystkie cienie zlewały się w jedno. Ciągnęły w jego stronę, jakby był naznaczony przez któregoś z dementorów, prześladujących go dwa lata temu. Wypalone piętno, które próbuje zmyć każdego poranka. Niezrozumiałe krzyki. Szepty zmarłych, które nawiedzają go nawet za dnia. Słowa, nieznane. Zapomniane. Nieistniejące, a jednak nękające go, gdy tylko Ron przestaje mówić o pieprzonym quidditchu, ostatnim na liście zmartwieniu.
Boli go całe ciało. Nie znalazł zmniejszającego zaklęcia, a ubrania zaczynają się z niego zsuwać. Nie wie, gdzie ukryć jedzenie, którego nie chce wziąć nawet do ust, obawiając się, że zwymiotuje. To mogłoby przyciągnąć pytania. A on nie chce, żeby na niego patrzyli. Wytykali go palcami. Znów Potter. Czego moglibyśmy się spodziewać. Z nim zawsze dzieją się dziwne rzeczy. I najgorsze, co przyszło mu do głowy, gdy w myślach powtarzał wciąż jedne ze słów Snape'a. Połączony. Nie tylko Naznaczony. Czy pomyślą, że jest drugim Czarnym Panem? Czy wyślą go do Azkabanu? Na wszelki wypadek oddadzą potworom, które co dzień wyssą kawałek jego duszy. Tak dla zasady. Dlatego, że to ich powołanie.
A jakie jest jego? Zabić. Czy później wypuszczą go wolno? Pozwolą normalnie żyć? Czy koszmary się skończą?
Lewą ręką namacał leżącą różdżkę i oświetlił swój azyl. Demony prysły tylko po to, by powoli wypełznąć z jego duszy, ośmielone tym, że nie potrafi się już bronić. Bezwładnie upadł na poduszkę, by pogrążyć się w śnie, który nie był ani przyjemny, ani ożywczy.

ooo

Piątek był jego ulubionym dniem. Oznaczał koniec męczenia się z tą bandą idiotów, którzy z jakichś dziwnych powodów uważali, że dokonają w życiu czegoś wielkiego. On podobnych złudzeń nie miał nigdy. Nawet wtedy, gdy został szpiegiem. Był ważny, ale czy na tyle ważny, by ktokolwiek wspomniał o nim choć słowo, kiedy w zasięgu byli Wybraniec, Największy Czarodziej Wszech Czasów – Dumbledore, niesłusznie skazany na Azkaban, a zarazem jedyny zbiegły z niego więzień, bohatersko zmarły James Potter i Lily, która oddała za swoje dziecko życie, fundując czarodziejskiemu światu prawie piętnastoletnie wczasy?
Dlatego też, zamiast skupiać się na cholernym Proroku Codziennym, który z kolei skupił się na Potterze, on skoncentrował się na nim osobiście. Bezpośrednio.
Co zaniepokoiło go kilka dni temu – chłopak wyglądał lepiej. Szerszy uśmiech, jakby bardziej szczery. Brak drżenia w kończynach. Częstsze żarty, choć jedzenie ze stołu nie znikało prawie w ogóle. Oczy, pod którymi zazwyczaj widniały sine obwódki, błyszczały niezwykłym blaskiem.
Z trudem odwrócił od niego wzrok. Nie tylko on go obserwował. Dracon Malfoy zimno kalkulował. Jak zwykle nie zapisał ani słowa na białym pergaminie, ale zawsze miał go ze sobą. Co dziwniejsze, nie ubywało go. Wręcz z każdym dniem przybywało. Oddał też puste fiolki po veritaserum, a brak skarg sugerował, że wszystko odbyło się w należytej ciszy, której wymagał od swojego Domu.
Węże atakują w ciszy. Ostrzeżeniem jest jedynie cichy syk, ale tylko wtedy, gdy zwycięstwo jest nieuniknione. Z kolei chłodna logika prowadzi go bez emocjonalnej strategii, która pomaga wygrywać. Jest jednym z głównych składników victorii, opiewanej przez artystów tego i innego świata.

ooo

Lekcje Obrony Przed Czarną Magią ciągnęły się nieubłaganie. Pióro nie chciało słuchać rozkazów jego dłoni, a może to ona znów się zbuntowała. Od początku roku szkolnego nie zdążyli sięgnąć nawet raz po różdżki. Ta Morrison zamierzała też chyba kazać im przepisywać wszystkie dostępne w Hogwarcie podręczniki do nauki przedmiotu. Ale po raz pierwszy nie miał nic przeciwko. Siedział spokojnie, drzemiąc od czasu do czasu, wiedząc, że Hermiona pożyczy mu notatki. Rano wbił sobie kawałek stłuczonej szyby w dłoń tylko po to, by pani Pomfrey wypisała mu zwolnienie. Co prawda tylko na kilka godzin, ale jeśli przeżyje poranek, reszta pójdzie już z płatka.
Piątek nie był najłatwiejszym dniem. Opieka Nad Magicznymi Stworzeniami mogła przynieść nieoczekiwane efekty. Zbyt bliskie sąsiedztwo Zakazanego Lasu nie podnosiło jego morale. Tym bardziej, że mógł liczyć na stałą uwagę ze strony Hagrida, więc ukradkowe ziewanie musiało pójść w niepamięć.
Powłóczył nogami, starając się nie zostać w tyle, ale już przy wyjściu z Hogwartu poczuł się słabo. Odzwyczajony od tak intensywnego słońca, przymknął na chwilę oczy, by po kilku sekundach zauważyć dwudziestokilkuletnią blondynkę z poparzoną dłonią. Skóra schodziła płatami w miejscu, gdzie zaklęcie uszkodziło tkankę. Pocięta twarz nosiła ślady bicia, ale to Nagini, pełznąca w jej kierunku, napędziła mu strachu. Wąż powoli sunął, ignorując krzyki kobiety i Harry już właśnie zamierzał rzucić się jej na pomoc, gdy tuż przed nim stanął Draco Malfoy.
- Drętwota! – krzyknął. Harry instynktownie upadł na trawę, lądując tuż za jednym z głazów. Sięgnął po różdżkę i zobaczywszy promień zaklęcia, zablokował je jednym ruchem.
Nie wiedział, której ręki użył, ale nie to było ważne.
- Co tu się, cholibka, wyrabia? – dobiegł ich głos Hagrida. Ron z wyciągniętą wciąż różdżką celował w uśmiechniętego Malfoya. Nie zdążył zareagować i najwyraźniej bardzo tego żałował, ale wolał nie sprawiać półolbrzymowi kłopotów.
- Malfoy zwariował – warknął w zamian. – Zaatakował Harry'ego, gdy wychodziliśmy. Wszyscy to potwierdzili, a Ślizgon nie zaprzeczył, patrząc na nich kpiąco.
- Panie Malfoy, dziesięć punktów od Slytherinu, chyba, że zamierza pan wytłumaczyć… - Hagrid urwał niepewnie, spojrzawszy na uczniów. Zgromadził się już spory tłumek. Harry wstał nareszcie, otrzepując się z resztek trawy.
Skrzyżował wzrok ze Ślizgonem, ale żadne słowo nie padło z ust jego odwiecznego rywala. Hagrid chyba chciał zrobić im wykład o niesportowym zachowaniu, lojalności w tak trudnych czasach i zaufaniu, ale nie wyszło mu to zbyt dobrze. Natomiast odjęcie punktów Slytherinowi podniosło na duchu Dom Lwa, więc lekcję można by uznać za udaną, gdyby nie to, że Malfoy wchodząc do szkoły, trącił go łokciem.
- Uważaj, Potter – mruknął. Tak po prostu. Bez cienia złośliwości, która zazwyczaj towarzyszyła ich rozmowom.
- Słyszałeś? – krzyknął Ron, nim Harry zdążył odpowiedzieć. – On ci groził! – Zaczerwienił się z gniewu, ale Ślizgona już nie było.
Wybraniec przytaknął, zastanawiając się tylko, czy ta uwaga dotyczyła tego jak chodzi, tego gdzie chodzi, czy koszmarów, które właśnie opanowały tę część doby.
Kilka godzin później świat nagle stał się szary, dosłownie szary. Pozbawiony barw. Wyblakły. Kontury zamazywały się w jednolitą smugę. Doczołgał się jakoś do Pokoju Życzeń, mając nadzieję, że przeczeka kryzys, ale tam czekał Voldemort. Zanim drzwi się zamknęły, wyleciał na korytarz, potykając się o własne stopy. Kolacja właśnie się rozpoczęła, ale on miał tylko nadzieję, że uda mu się przedostać do lochów.

ooo

To nie było ciche pukanie. Ani głośne. To był szmer osuwającego się po ścianie ciała. Bezwładnego. Pozbawionego chęci do życia. Upadło, wydając głuchy dźwięk na kamiennej posadzce. Przez chwilę nic się nie stało, ale już po minutach, które dla niego były wiecznością, usłyszał coś, na co od biedy mógłby odpowiedzieć. Otworzył drzwi ostrożnie, sprawdzając czy rozpoznał natręta, ale intensywność zielonych oczu nie rodziła żadnych wątpliwości.
- Panie Potter, dlaczego zaszczycił mnie pan wizytą o tak późnej porze? – spytał z kpiną, choć był zaskoczony, że Gryfon patrzy na niego czujnie, mocno ściskając różdżkę. Oczy, które w ostateczności mógłby w tej chwili nazwać inteligentnymi, oceniały trzeźwo sytuację.
- Wiesz, jak poradzić sobie z koszmarami. – To nie było pytanie, więc nie odpowiedział. Zastanawiało go drżenie głosu, którego widocznie nie potrafił jeszcze zamaskować zaklęciem. Wyciągnięta różdżka, delikatne promienie magii oplatające go. Pomagające mu stać w pionie, myśleć, być czujnym. Ile zaklęć dziś już rzucił? Jak wielka w nim jest moc? Jak długo się temu przeciwstawiał?
- Skąd to wiesz? – spyta tym razem. Ostro, ponaglająco.
Skrzywił się. Dzieciak nie zamierzał najwyraźniej dać za wygraną, ale to nie on przyszedł po pomoc, a gdy przychodzi się do niego, nie wymaga się.
- Nie twój interes, Potter – warknął, ciesząc się z szoku, który wpełzł na zdeterminowaną dotąd twarz.
Gryfon bez słowa puścił klamkę i odwrócił się do niego tyłem. Spokojnie zaczął pogrążać się w mroku lochów, dążąc do wyjścia. Magia wokół niego buzowała, pozwalając mu na to, by szedł dalej i dalej.
Mistrz Eliksirów zaklął pod nosem. Zamknął drzwi i odczekał nasłuchując, ale cholerny szczeniak nie wracał. Otworzył je ponownie, przeklinając ludzką głupotę. W poniedziałek Gryffindor straci mnóstwo punktów. Przez cały tydzień, albo i miesiąc będzie katował ich szlabanami. Nawet tej Granger się oberwie. Czyszczenie kociołków może pozwoli tej dziewczynie zauważyć, że jej przyjaciel jest przez cały czas na zaklęciach wspomagających organizm, stosowanych tylko pod nadzorem uzdrowicieli z Munga. A nawet oni ograniczali się głównie do eliksirów.
- Miałem koszmary, Potter – warknął w ciemność. Wybraniec pojawił się długą chwilę potem, ledwie powłócząc nogami.
- I co zrobiłeś? – spytał bez ogródek, z tym dziwnym naciskiem w głosie.
- Wchodź, zanim zemdlejesz na korytarzu, nie zamierzam znów cię nieść – burknął w odpowiedzi. Dzieciak zawsze wyprowadzał go z równowagi. Otworzył szerzej drzwi, wpuszczając go do środka. Różdżka wypadła mu w salonie, głucho uderzając o dywan. A Potter osunął się zaraz za nią, ale nim dotknął podłogi mężczyzna podtrzymał go w pozycji stojącej. Przywołał kilka fiolek eliksirów i wlewał w niego jeden po drugim, nie zauważywszy protestu. Starał się nie zwracać uwagi na wychudzone ciało, pobladłą twarz i wszechogarniające drżenie.
- Pij, Potter. Musisz być przytomny po pozbyciu się koszmarów na dzisiejszą noc – wymruczał prawie uspokajająco, gdy Wybraniec otworzył nareszcie oczy, przełykając ostatnią dawkę eliksiru.
Posadził go w fotelu, kładąc różdżkę zaraz obok na stoliku - tak, by mógł jej dosięgnąć. Na chwilę zniknął w swojej pracowni, by pojawić się z wielką miną, na której bokach widniały napisy runiczne.
- Obserwuj – pouczył go szeptem. – Na dziś tyle musi wystarczyć – mruknął już bardziej do siebie, gdy sięgnął po własną różdżkę i przykładając ją do czoła, wyciągnął zlepek niepotrzebnych wspomnień. Rozlał się nieprzyjemną, krwistą czerwienią po dnie, aby spędzić tam zaledwie ułamek swego życia. Dziwna ciecz trafiła do niewielkiej fiolki, a następnie do szafki.
Gryfon poradził sobie zadziwiająco łatwo. I w ostatniej chwili przebłysku świadomości. Severus Snape jak zwykle dotrzymał obietnicy. Do łóżka lewitował go w ubraniu, nie kłopocząc się przebieraniem nieprzytomnego chłopaka.