Rozdział dla Delicji, która napisała wspaniały komentarz :) i za pomoc z błędem fatalnym, który utrudnił mi życie ^^
betowała: cudna Tyone
Rozdział 6
Jesteś prawdziwy?
Nie wiedział, jak długo ten bezmyślny dzieciak utrzymywał się przy życiu za pomocą zaklęć. Nawet nie chciał wiedzieć od kiedy ich używał. Był jednak pewien, że Dział Ksiąg Zakazanych był miejscem, które odwiedził wiele razy podczas pierwszych bezsennych nocy. Teraz, gdy Potter leżał całkowicie odprężony w jego łóżku, mógł bezkarnie obserwować sieć zaklęć, które jakimś cudem jeszcze utrzymywały się przy skórze Wybrańca. Warstw było kilka, przenikały się, jednocześnie nie kolidując ze sobą i splatały tak, że w zasadzie żadne z nich do końca nie przestało działać. Kilka niewielkich ubytków nienaturalnie podkreśliło bladość cery czy sińce pod oczami, ale z daleka wyglądał nadal normalnie i świeżo.
Czuł, że podobna sieć musi teraz wspomagać jego układ odpornościowy. Magia pulsowała w tym bardzo wyczulonym na jej zmiany pomieszczeniu. Odpływała i przypływała, nie kłopocząc się tym, że ktoś całkiem otwarcie ją obserwuje i podziwia. Tak, podziw. Można go czuć do kogoś, kto zadał sobie tyle trudu, by ukryć swoje tajemnice. Do kogoś tak kruchego i bezbronnego jak teraz, który stworzył coś, czego Severus Snape nigdy dotąd nie widział.
Nie bardzo wiedział, co z tym zrobić. Bał się użyć zwykłego finite, nie chcąc zaburzyć całego systemu. Nigdy nie wiadomo, czy usunięcie jednego klocka nie doprowadzi do nieszczęścia, a filarów, na których opierała się cała budowla niestety nie rozpoznawał. Zaklęcia zabierały drobinki magii, którą Potter miał jeszcze w sobie. Nawet pogrążony w głębokim leczniczym śnie zdawał się być czujny.
Magia chroniła go cienkim pancerzem, trzymała w jednym kawałku, nie pozwalając się rozpaść. Może dlatego wchłonął cząstkę jego energii, gdy próbował go trafić drętwotą w sali? Dotąd o tym nie myślał, zwalając winę na przypadek albo zbieg okoliczności, bo przy Złotym Chłopcu powoli stawało się to normą, ale teraz widząc to zjawisko miał wątpliwości. W Potterze było coś więcej niż zamiłowanie do głupiego ryzyka. Zdany do tej pory na Granger i Weasleya, nie rozwijał swoich talentów. Sam też doskonale potrafił dać sobie radę, planując z wyprzedzeniem kolejne kroki i wynajdując odpowiednie informacje. Kojarzenie faktów nie przychodziło mu z trudnością, więc dlaczego do tej pory zdawał się być zatrzymanym w rozwoju głupim bachorem? Czy ta drobna rysa na idealnej dotąd całości zaburzyła cały obraz?
Otrząsnął się z niepotrzebnego zamyślenia. Czekało go wiele pracy. Dumbledore ostatnio wypytywał o chłopaka jakby sądził, że Wybraniec zwróci się do znienawidzonego nauczyciela po pomoc. To nie wróżyło nic dobrego. Podobnie jak to, że Potter zapadał w coraz głębszy sen i najwyraźniej nie wstanie wcześniej niż jutro, a jego przyjaciele zauważą, że nie ma go w dormitorium.
- Zgredku! – syknął, mając nadzieję, że nie pomylił imienia. Wolny skrzat z cichym 'pop' pojawił się w sypialni. Kilka sztuk materiału zasłaniało jego szkaradne ciało, a i tak już wielkie oczy wytrzeszczyły się na widok śpiącego ulubieńca.
- Słyszałem, że jesteś przyjacielem Harry'ego Pottera – zaczął, doskonale o tym fakcie wiedząc. Na tym polegało jego zadanie – zbierać informacje o wszystkim i wszystkich.
- Tak, Zgredek jest przyjacielem Wielkiego Harry'ego Pottera. Harry Potter sir uwolnił Zgredka z rąk okrutnego pana! – Skrzat zaczął się gorączkować, więc przerwał mu jednym z jego najlepszych i najsławniejszych spojrzeń, po którym skulił się, milknąc.
- Harry Potter potrzebuje odpoczynku. Przekaż jego przyjaciołom, że jest na zebraniu Zakonu Feniksa i że to jest ściśle tajne. Wróci najwcześniej jutro – wymruczał powoli, widząc jak skrzat zapamiętuje każde z wypowiedzianych słów.
- Czy Harry Potter czuje się dobrze, sir? – spytał tylko, przysuwając się bliżej.
- Prawie. Jutro wszystko będzie w porządku, ale nie możesz zdradzić, gdzie jest, pamiętaj o tym – przypomniał mu. Patrzył przez chwilę, jak skrzat pochyla się nad swoim wybawcą i odgarnia czułym gestem grzywkę z jego czoła. Blizna była dobrze widoczna, jakby nigdy się nie zagoiła do końca i w pewnym sensie była to prawda. Magia zaczęła lekko buzować, gdy bez pytania o zgodę transmutował jego szaty w gryfońską piżamę. Snape skrzywił się z obrzydzeniem, ale właściwie było mu wszystko jedno. I tak pozostawi tu Gryfona śpiącego i wróci dopiero, gdy ten odzyska świadomość. Spojrzał uważniej na skrzata, przypominając sobie o tym, że to jedne z najbardziej tajemniczych stworzeń. Dysponowały nieznaną formą magii, która przewyższała tę ludzką, a jednak pozostawały w niewoli. Było to dla niego największą zagadką czarodziejskiego świata, choć inni pewnie wymieniliby odmienne.
- Czy mógłbyś ściągnąć te zaklęcia, które na siebie nałożył? To mogłoby pomóc – dodał, gwoli wyjaśnienia.
Skrzat pogłaskał odsłonięte ramię chłopca, ale uśmiechając się smutno, pokręcił przecząco głową.
- Przykro mi, sir, ale Zgredek nie potrafi tego zrobić – westchnął. – Zgredek próbował na samym początku, ale magia Harry'ego Pottera opiera się. Zły Zgredek! Niedobry Zgredek – zaczął nagle panikować, uderzając w ramę łóżka.
Właśnie tego w skrzatach nie cierpiał najbardziej. Niestabilne emocjonalnie, nie potrafiły nad sobą zapanować. Wyrzucił go czym prędzej z komnat, polecając szybkie odnalezienie przyjaciół Wielkiego Harry'ego Pottera i przekazanie im informacji.
Bardzo zdziwił się, gdy kilka minut później ten sam skrzat wrócił, meldując spełnienie polecenia i przynosząc kolację.
ooo
Obudził się, czując, że może wszystko. Ciepła pościel otulała go z każdej strony, choć ślizgońska zieleń wydawała się mu dziwnie nieodpowiednia. Przyćmione światło lampy dawało zbyt małą widoczność, by mógł bez wątpliwości stwierdzić, gdzie się znajduje. Coraz więcej obrazów przelatywało przez jego głowę, nie zatrzymując się ani na chwilę. Koszmary. Eliksir. Koszmary. Snape. Koszmary. Koszmary. Koszmary. Koszmary. Drżenie prawej ręki. Lewej. Koszmary. Koszmary w nocy. Koszmary za dnia. Problemy z widzeniem. Koszmary. Lochy.
Tak, właśnie, lochy. To one ostatnie zapisały się w jego pamięci, która, nadwyrężona brakiem snu, miała niespotykane dotąd luki. I to zdanie, które wyszeptane w ciemność zawróciło go z drogi do dormitorium. Miałem koszmary. Zimny głos, ostry jak stal. A może diament. Przecież to on jest najtwardszy i tnie wszystko.
Diamentowy głos. Chłodny. Czysty. Bezbłędnie szlifowany latami, by nadać mu to doskonałe brzmienie.
- Potter. – Ten sam głos wymawiający jego nazwisko, jakby to była najobrzydliwsza rzecz na świecie. – Wstawaj, jest niedziela wieczorem i musisz wrócić do tych gryfońskich obdartusów.
Ktoś wciska mu różdżkę do ręki i okulary na nos. Teraz widzi, że wisi nad nim Mistrz Eliksirów, uśmiechając się szyderczo.
- Miło się spało, panie Potter? – pyta.
- Tak – odpowiada machinalnie i wie, że popełnia błąd. – Cholera. To było pytanie retoryczne. – Nawet teraz mówi to, co mu ślina na język przyniesie, nie kontrolując słów.
- Dokładnie. Udam, że tego nie słyszałem. Wstawaj – warczy. Tym razem Harry podrywa się zaskoczony tym, że prawie nic go już nie boli. Nie jest tak zmęczony, osłabiony. Szarość zniknęła, a z kątów nie wypełza Nagini.
- Odpowiesz mi na kilka pytań. – Lodowaty głos Mistrza Eliksirów sprowadza go na ziemię. – Przynajmniej dopóki jesteś skołowany, zamierzam to wykorzystać – mówi tak boleśnie szczerze, że Harry zamierza się przez chwilę uśmiechnąć, ale marszczy brwi, gdy odkrywa, że wciąż jest w łóżku swojego nauczyciela, do tego w piżamie.
- Rozebrałeś mnie? Jak do cholery śmiałeś! – Gniew jest coraz silniejszy.
Snape patrzy na niego z politowaniem, gdy rumieniec podstępnie uwidacznia jego słabo przykryte zażenowanie.
- Twój skrzat to zrobił – komentuje cicho.
- Mój kto? – Dziwi się. – A, Zgredek!
- Skoro już to sobie wyjaśniliśmy, chcę wiedzieć, jak długo masz koszmary – wyrywa go z tej drobnej radości na myśl o swoim małym przyjacielu.
Snape siada w jedynym fotelu w sypialni i patrzy na niego wyczekująco. Czy powinien udzielać takich informacji? Jak on może je wykorzystać? Czy wciąż służy Voldemortowi?
- Dlaczego miałeś koszmary? – spytał sam, zamiast dać odpowiedź.
Mężczyzna syknął, ale o dziwo nie wyrzucił z siebie słów pokrytych jadem.
- Zabijałem i zabijam. To odciska na człowieku piętno. – To nie była wymijająca odpowiedź. – To ostatnie, co ode mnie usłyszysz, jeśli natychmiast nie odpowiesz na wszystkie pytania. Nie jesteś tu po to, by rozmawiać o moim życiu, Potter. Pamiętaj o tym – warknął.
Harry zaczął nerwowo wykręcać palce, krzywiąc się jednocześnie na dźwięk, który do złudzenia przypominał łamanie kości. Natychmiast oderwał od siebie dłonie. Wciąż czuł zaklęcia, które łaskotały jego skórę.
- Zabijam, bo on to robi, a ja to widzę. Czuję, że jestem tam w Nim, w środku, w jego głowie – mówił coraz szybciej. Słowa same pchały mu się do ust. Tak dawno z nikim nie rozmawiał, nie obawiając się wyciągania przez jego rozmówców pochopnych wniosków. – Odkąd się odrodził z mojej krwi wciąż to widzę. Każdej nocy. Czasem budzę się, a czasem nie. Wiem, że to nie tylko sny i moja wyobraźnia. Oni to robią, zbijają, torturują. A On na to patrzy, więc patrzę też ja i… nie mogę nic zrobić. – Głos załamał mu się niebezpiecznie. Odwrócił wzrok, wgapiając się w jedną ze ścian jak najdalej od Snape'a. A może to nie jest realne? Może już zwariował? On, siedzący w gryfońskiej piżamie w pościeli Slytherinu. Zwierzający się najbardziej znienawidzonej osobie w tej szkole. Na domiar tego, Mistrz Eliksirów nie przerwał mu ani raz, chłonąc każdy szczegół, który mógłby przynieść rozwiązanie.
A może Voldemort dostał się do jego głowy, do jego myśli i teraz posyła mu obrazy, by po chwili odebrać mu spokój. Znów i znów. Pogrążyć go w ciemności, której się boi. Złamać w najgorszy z możliwych sposobów.
Harry wymacał swoją różdżkę, rejestrując, że pościel faktycznie jest miękka. Realna. A może to złudzenie? Wspomnienie z dormitorium. Może jest w dormitorium?
Powoli wstał, poprawiając piżamę i podszedł do wpatrującego się w niego mężczyznę. Snape siedział nieruchomo, pozwalając mu zbliżyć się do siebie, a on wyciągnął dłoń i zanim zdążył się opanować złapał go za rękę. Kościstą, twardą, z chropowatą skórą.
- Jesteś prawdziwy? – spytał cicho.
- Tak, panie Potter, ale przecież nie może pan wierzyć moim słowom. – Uśmiechnął się kpiąco. Coś, czego Voldemort pewnie nigdy nie widział. Któż kpiłby z tego szaleńca.
Harry, uspokojony, usiadł w końcu z powrotem na łóżku. Dłoń mrowiła.
