betowała: Tyone :* :* :*

Rozdział 7
Jesteś idiotą.

Wrócił do dormitorium najszybciej jak mógł, unikając Ślizgonów. Zgredek pojawił się z kolacją dla nich obu i transmutował jego piżamę z powrotem w szkolną szatę. Snape przyglądał mu się w ciszy, nie zadając już żadnych pytań. Analizował wszystkie informacje i najwyraźniej potrzebował spokoju. Dłubał widelcem w zapiekance ziemniaczanej, ostatecznie porzucając ją na rzecz czerwonego wina. Dwie świece paliły się na niewielkim stoliku i byłoby prawie romantycznie, gdyby nie koszmary, morderca – szaleniec i przerażający profesor, który prześladował go od początku pobytu w Hogwarcie.
Teraz Harry wkradał się do własnego pokoju, mając nadzieję, że nie obudzi współlokatorów, ale komitet powitalny już czekał. Dean zaświecił światło, gdy tylko wszedł do sypialni. Pozostali w piżamach siedzieli na jego łóżku, jakby chcieli być pewnymi, że nie uda mu się pójść spać zanim go przesłuchają.
- I jak było? – rzucił Thomas, puszczając mu oczko.
Wybraniec zatrzymał się w pół kroku, patrząc na niego z całkowitym zaskoczeniem.
- Wiesz, z tą dziewczyną z Ravenclawu, przepraszam, że im powiedziałem – wytłumaczył się od razu Ron.
Harry, wciąż zdezorientowany, próbował pokojarzyć fakty. Snape powiedział mu, że jego przyjaciele myślą, iż był na zebraniu Zakonu Feniksa. Zgredek miał im to przekazać już w piątek…
Nagle zdał sobie sprawę, że Ron zapewne też musiał go kryć, więc wymyślił zgoła inną historyjkę, która jednak pasowałaby do plotek, rozpuszczanych o nim od paru tygodni. Początkowo sądził, że to jeden z głupich żartów Ślizgonów, ale oni nie byli tym zbyt zainteresowani i zapytani o cokolwiek twierdzili, że nikt, kto się dostatecznie szanował, nie puściłby się z półślepym, wiecznie rozczochranym Gryfonem, który na dodatek nie grzeszy inteligencją. Najwyraźniej pozycja najlepszego szukającego od stu lat nie robiła na nich wrażenia. Harry byłby im za to prawie wdzięczny, gdyby nie to, że ich kolejna teoria polegała na tym, iż zapewne to on sam rozpuszczał te plotki.
- Było… eee… miło – wydusił z siebie, czerwieniąc się wściekle na samą myśl o tym, co pomyśli Snape, gdy to usłyszy. A dowie się na pewno. Jutro wszystkie Krukonki będą pod obstrzałem nieprzyjemnych spojrzeń.
- Jak ona się nazywa? – spytał od razu Seamus. Dzięki Merlinowi, nie domagał się szczegółów, choć w jego przypadku była to tylko kwestia czasu. – I stary, jak ci się udało tak długo ukrywać w ich dormitoriach? Kto ci w tym pomógł? – wyrzucał z siebie coraz szybciej.
- Eee… peleryna niewidka – postanowił zdradzić jedną z tajemnic. – Zgredek przynosił mi jedzenie. – To nawet była prawda. Choć nie dokładnie jemu.
- Gościu… jesteś wielki. – Dean klepnął go w plecy tak mocno, że prawie przewrócił się na dywan.
Neville i Ron w końcu zeszli z jego łóżka, robiąc mu miejsce. Szybko zabrał swoje rzeczy i poszedł się wykąpać. Snape twierdził, że po zostawieniu wspomnień w tej wielkiej misie, która teraz stała w jego sypialni w lochach, nie powinien mieć koszmarów przez jedną noc. I wierzył mu. Przespał spokojnie prawie trzy dni, ale to oznaczało tylko, że musi tam wrócić następnego dnia.

ooo

Poniedziałkowa lekcja eliksirów nadciągnęła zbyt szybko. Wszyscy sztywni jak kije siedzieli na swoich miejscach, wgapiając się w pustą tablicę, choć profesora jeszcze nie było. Minął dokładnie tydzień, odkąd wizje torturowanych ukazały im się na własne oczy i choć zmieniło się niewiele, nie byli pewni, jak zachowa się tym razem Mistrz Eliksirów. Draco Malfoy przeglądał spięte strony, które na pierwszy rzut oka zdawały się być puste, ale z jakiegoś dziwnego powodu napięcie z jego twarzy nie schodziło nawet na minutę, gdy chował je do wewnętrznej kieszeni szaty. Mina, którą przybrał mówiła jasno – musiałbyś mnie zabić, żeby zabrać choć jeden pergamin.
Harry patrzył na swoje palce z poobgryzanymi z nerwów paznokciami. Nie wiedział, czego się spodziewać. Snape co prawda nie był dla niego miły, ale czuł, że coś się pomiędzy nimi zmieniło. Czy może sam fakt, że ktoś był zainteresowany Nim i myślał o Nim inaczej niż przez pryzmat blizny i quidditcha tak na niego zadziałał? Popatrzył na grupę Ślizgonów, którzy nienawidzili go równie mocno i stwierdził, że te koszmary mieszają w głowie na o wiele dłużej, niż dotąd przypuszczał.

ooo

Severus Snape wszedł do sali sprężystym krokiem, od progu zauważając nienaturalną ciszę. Nie dziwił się uczniom. Gryfoni mogli uwierzyć w bajeczkę Pottera, ale mimo wszystko dalej się go bali. Natomiast Ślizgoni wiedzieli, dlaczego budzi w nich strach i wyjaśnienia Wybrańca nie były czymś, co zainteresowałoby ich bardziej niż wykład Binnsa. Wszedł więc szybko, wyprostowany jak zawsze i czujny. Napięte mięśnie i niezbyt przyjemna mina zawsze robiły na tyle duże wrażenie, że z miejsca panował nad większymi skupiskami czarodziejów. A przecież właśnie o to chodziło, o posłuch. O zrobienie odpowiedniego wrażenia. Gdyby Dumbledore wiedział, że nie różdżka, a retoryka jest największą siłą, wykładana byłaby w Hogwarcie zamiast tej cholernej Obrony Przed Czarną Magią w momencie, gdy trzy czwarte tych bałwanów nie potrafiło odróżnić magicznego mroku od magii krwi, która zresztą też nie była zbyt legalna, ale przynajmniej w połowie nie tak niebezpieczna jak Niewybaczalne.
- Witam państwa – zaczął całkiem inaczej, niż przez ostatnie lata swojego nauczania. To nie była zwykła lekcja i wszyscy o tym doskonale wiedzieli. Zanim o tym pomyśleli, instynkt krzyczał za nich. – Dziś nie będziemy warzyć żadnych eliksirów – urwał, widząc, że bledną. – Zastanawiałem się, czy nie użyć na was zbiorowego obliviate… - zawiesił znacząco głos. Longbottom kolejny raz zemdlał, upadając na podłogę i robiąc – jak na jego gust – o wiele więcej hałasu niż to konieczne. Zanim zaczął, zamknął oczy, pragnąc się uspokoić i nie chcąc patrzeć na nieprzytomnego grubasa. – Podnieść te… zwłoki i ocucić. Powinien wysłuchać mnie przynajmniej do końca, bo powtarzać nie zamierzam. Potem możecie robić co chcecie. Nikt w tym roku jakoś nie skoczył z Wieży Astronomicznej, a populacja duchów zaczyna z tego powodu żalić się dyrektorowi… a nawet mnie – warknął. O dziwo to Malfoy wstał pierwszy i przywołał sole trzeźwiące, rzucając je Granger. Po chwili Gryfon, wciąż śmiertelnie blady, siedział na swoim miejscu podtrzymywany przez Weasleya.

- Dziesięć punktów minus od Gryffindoru za nieodpowiedzialne zachowanie na zajęciach, panie Longbottom. I jeszcze dziesięć za kompletny brak reakcji. Biorąc pod uwagę to, że ktoś wrogo do was nastawiony – mało powiedziane – zagroził wam modyfikacją pamięci, ktoś mógłby choć sięgnąć po różdżkę – warknął. Gryfoni z roku na rok robią się coraz głupsi. – Podnieście prawe dłonie do góry. Potter, podejdź tu – mruknął. Wybraniec posłusznie podniósł się, ale jednocześnie zacisnął dłoń na różdżce. – Stań przodem do klasy. Pozostali powtórzą za mną; Na własne życie przysięgam, iż nie wyjawię nikomu bez pozwolenia Harry'ego Pottera informacji na temat tego, co zobaczyłem (bo chyba chodziło o to, co zobaczyli uczniowie, prawda?) na lekcji eliksirów tydzień temu – urwał, gdy Malfoy przewrócił krzesło.
- Nie możesz! – krzyknął. – To przysięga wieczysta!
- Siadaj, idioto! – podniósł głos, przywołując go szybko do porządku. Zrobiło się jeszcze ciszej. Pająk wił sieć w lewym rogu, czekając na jedyną muchę w pomieszczeniu. – Każdy wie, co to jest. Drzwi są zamknięte, a ja nie jestem bezpieczny – warknął. – Dopiero za dwie godziny ktokolwiek zainteresuje się, dlaczego was nie ma. A dla mnie nie ma różnicy kogo zabijam – syknął. Malfoy wzdrygnął się i usiadł. – Jeśli macie wątpliwości w tej kwestii, lepiej się ich szybko wyzbądźcie – ciągnął dalej. Rzucił okiem na Longbottoma, który wsadził nos w słoiczek z solami trzeźwiącymi, starając się za wszelką cenę utrzymać przytomność. – Przysięga, obliviate albo śmierć. Nikt stąd nie wyjdzie dopóki na to nie pozwolę, a nie jesteście w stanie mnie pokonać. Tym bardziej, że Cholerny Wybraniec jest po mojej stronie, prawda, Potter? – spytał kpiąco. – To dla twojego dobra.
Dopiero teraz oczy wszystkich skierowały się na Harry'ego, który stał z wyciągniętą różdżką. Zadrżał, widząc ich zaskoczenie. Ron poczerwieniał, a Hermiona nie potrafiła domknąć ust.
- Uważam, że pan zwariował, panie profesorze – powiedział bardzo cicho. – I nie przyłożę do tego ręki.

Czuł się jakby go ktoś wcisnął między młot a kowadło. Z jednej strony przysięga gwarantowała mu pełne bezpieczeństwo, a przecież groźba Snape'a z poprzedniego tygodnia nie mogła pójść łatwo w zapomnienie. Z drugiej jednak czuł, że zdradza własny Dom. Tym bardziej, że Mistrz Eliksirów groził im. I nie tylko im. Z jego powodu.
- Jesteś idiotą – powiedział nagle nie kto inny jak Draco Malfoy.
- Jesteś idiotą – powtórzyła Hermiona. – Powinnam była to zaproponować, gdy tylko wyszedłeś ze Skrzydła Szpitalnego. Sny dają moc kontroli nad człowiekiem. Jeśli Sam-Wiesz-Kto dowie się, że się boisz, będzie mógł to wykorzystać. Nieważne czy to twoja fantazja – zakończyła dobitnie. Gryfoni popatrzyli na nią, a następnie na Harry'ego i podnieśli ręce z powrotem do góry. Ślizgoni natomiast spojrzeli na wrogów w pełni zaskoczeni, ale gdy Malfoy skinął głową, powtórzyli gest Domu Lwa. Trybiki w umyśle blondyna pracowały z niezwykłą wydajnością. Ścisnął zwitek pergaminów, które włożył wcześniej do szaty.
- Bez presji i na własne życie przysięgam, iż nie wyjawię nikomu bez pozwolenia Harry'ego Pottera informacji na temat tego, co zobaczyłem w jego snach. – Blondyn powiedział pierwszy, zmieniając według uznania przysięgę, ale gdy skończył iskierka magii połączyła jego dłoń i różdżkę Pottera. Pakt został zawarty. W kilka minut uwinęli się ze wszystkimi.
Snape jednak stanął tak, że odgradzał go od klasy i wyciągnął własną różdżkę, obracając ją w palcach. Harry przez bardzo krótką chwilę pomyślał, że złoży podobną przysięgę, ale uchwycił kątem oka drwiący uśmiech profesora. Nim zdążył zareagować, ten zamruczał coś niewyraźnie i z różdżki wypadła bardzo cienka nitka zaklęcia, które rozprzestrzeniło się błyskawicznie po sali jak mgła. Gryfoni przez chwilę mieli nieprzytomny wzrok i jakby zamarli w bezruchu, gdy szeptał dalej, niszcząc coś, co wyglądało jak wspomnienia wyciągnięte z myślodsiewni. Bezbarwna materia rozprysła się w powietrzu i czar zakończył się.
Dracon Malfoy popatrzył na niego ironicznie w tej samej chwili, gdy Hermiona zamknęła usta. I wtedy Harry zdał sobie sprawę, że coś poszło źle. Ślizgoni obserwowali swojego umownego przywódcę, gdy ten siadał spokojnie na swoim miejscu i kręcił przecząco głową, jak gdyby dawał im jakiś specjalny znak. Potter nie wiedział, czego oczekiwał, ale na pewno nie tego, że wszyscy sięgną po swoje podręczniki i zabiorą się za naukę.