betowała: Tyone :* :* :*
Rozdział 8
Splątane
Nie bardzo wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Najwyraźniej Snape użył jakiegoś zaawansowanego zaklęcia, które modyfikowało pamięć, bo Hermiona nie pytała więcej, jak się czuje. Wszystko wróciło do zeszłotygodniowej normy. Zastanawiał się nawet, dlaczego Mistrz Eliksirów nie zrobił tego wcześniej, ale logicznym było, że spotkanie Gryfonów i Ślizgonów w tej samej grupie, co w poprzedni poniedziałek, możliwe było tylko w kolejny.
Następną sprawą, która nasunęła mu się na myśl, była dziwna mgła, którą widział. Niejednokrotnie już dostrzegał kształt zaklęć, ale dopiero teraz uzmysłowił sobie, że może on być jakoś powiązany z innymi właściwościami czarów. Zwykłe Obliviate nie miało takiego zasięgu. Snape musiał chyba dodatkowo wyszukać to zaklęcie, by zastosować je zbiorowo, co wcale nie było zaskoczeniem dla Harry'ego. Jednak Ślizgoni przewidzieli ten ruch i jakoś zablokowali mgłę. Malfoy rzucił mu nieczytelne spojrzenie, gdy mijali się na korytarzu, co bardzo go zaniepokoiło. Srebrny Książę Domu Węża zmienił się nie do poznania, ale Gryfon nie wiedział, jak interpretować jego dziwne zachowanie.
Malfoy zachowywał duży dystans do wszystkiego. Przestał zwracać na siebie powszechną uwagę i przycichł. Harry coraz częściej czuł na sobie to badawcze spojrzenie srebrnych tęczówek, śledzących go podczas posiłków.
Dochodziła dziesiąta i uczniowie już od dawna powinni być w dormitoriach, więc pozostawało mu tylko przekraść się do komnat Snape'a, nie trafiając po drodze na Filcha. Mistrz Eliksirów, który zazwyczaj stwarzał największe zagrożenie, obecnie stał się częściowym sprzymierzeńcem. Cicho zapukał, gdy tylko znalazł się pod drzwiami i wszedł do środka, widząc mężczyznę zajętego poprawianiem prac domowych innych roczników.
- Dobry wieczór, panie profesorze – powiedział niezbyt głośno, chcąc zaznaczyć swoją obecność.
- Myślodsiewnia stoi w lewym rogu na cokole. Zrób, co musisz i wyjdź – mruknął tamten, nie odrywając głowy od kartek.
- Myśl… co? – spytał, nie rozumiejąc.
Mężczyzna nagle wyprostował się z wściekłością w oczach tak głęboką, że zapadnięcie się w tym mroku groziło nawet dementorowi.
- Potter, chcesz powiedzieć, że nawet nie wiesz, co robisz? – wrzasnął. – A gdyby to było coś niebezpiecznego? Czarnomagicznego? Gdybym oddawał część twoich myśli Czarnemu Panu? – Podniósł się gwałtownie. – Ty cholerny ignorancie!
- Ja… - Nie potrafił znaleźć wytłumaczenia. Już nawet nie chodziło o to, by było dobre. Złość kipiała z czarnych, jedwabnych szat i kaskadą rozlewała się po ciemnym dywanie.
- Mam to gdzieś! Jeśli nie jesteś w stanie nawet poprzeć czegoś, co robi się dla twojego cholernego dobra, to o czym my mówimy – syknął. – No powiedz, Potter… Wiesz ilu Gryfonów służy Czarnemu Panu? – spytał retorycznie. – Wiem, że czujesz się bezpiecznie wśród własnego Domu, ale zdajesz sobie sprawę , że rodzice Finnigana złożyli Lucjuszowi Malfoyowi dziwną wizytę w ten weekend? Brownowie są spokrewnieni z Blackami i Bellatrix – urwał. – Wiesz… Wiesz, co Czarny Pan zrobiłby ci, gdyby tylko się dowiedział, że może przesłać ci obrazy? Wiesz, że wszyscy byliby zagrożeni, bo posiadasz zbyt wiele informacji? Gdy mówiłem o tym Dumbledore'owi, twierdził, że połączenie nie jest tak namacalne… - przerwał na moment . – Raz w tygodniu mam wątpliwą przyjemność stawania twarzą w twarz z tą wężową mordą i wolałbym, żeby pewnego dnia Cruciatus nie pogruchotał mi kręgosłupa – wysyczał wprost do jego ucha, puszczając ramię Pottera, które jakimś cudem znalazło się w jego rękach.
Odwrócił się do niego plecami i znów stanął za biurkiem, jakby oddzielając się od emocji, od tego, co powiedział przed chwilą. Na twarz przywołał lodowatą maskę, która sprawdzała się od lat.
- To myślodsiewnia. Wspomnienia można do niej włożyć i trzymać. Można je także obejrzeć za jej pomocą, więc postaraj się do niej nie wpaść – oznajmił obojętnie.
Kilka zimnych dreszczy przeszło po plecach Harry'ego, gdy pochylał się bez słowa nad misą. Czarna substancja, która uniosła się w niej potem, nie przyniosła miłych skojarzeń. Mężczyzna nie zwrócił na niego uwagi, gdy cicho przeprosił i wyszedł. Jeszcze długo po odejściu Gryfona nie mógł zasnąć. Nieodpowiedzialne podejście Cholernego Chłopca, Który Przeżył, Żeby Zabić Ich Wszystkich Głupotą, spędzało sen mu z powiek.
***
Harry i tej nocy nie miał koszmarów. Wstał cudownie rześki i wyspany. Uśmiech nie schodził mu z ust, dopóki nie przypomniał sobie, że musi porozmawiać z Hermioną. Wczorajsza kłótnia ze Snape'em pogorszyła tylko sprawę. Mistrz Eliksirów miał rację. Zignorował zagrożenie. Bezmyślnie poddał się cudzej woli, oddając coś, dzięki czemu ktoś mógłby go później wykorzystać. Ale czy Snape to zrobi? Tylko on miał do tego dostęp, choć Ślizgoni, którzy otaczali go zawsze ciasnym kręgiem, nie pozostawali poza podejrzeniami. Malfoy wczoraj namieszał mu w głowie, przysięgając nawet przed wiernymi mu przyjaciółmi. Patrzył przy tym jakoś dziwnie na niego. Jakby go oceniał. Pytanie wisiało w powietrzu też kilka godzin później, gdy podczas obiadu zerknął w stalowo szare tęczówki. Co z tym zrobisz, Potter?
A on nie miał czasu się nad tym zastanowić. Świat stanął na głowie. Do tego na jego rozczochranej i niepewnej głowie . Musiał najpierw ustalić plan działania. Czy to prawda, co Snape mówił o Finniganach i Brownach?
Opłukał się zimną wodą, patrząc na nieco zarumienioną twarz szesnastolatka. Był za młody na to wszystko. I nie miał kogo się poradzić. Nieświadomie podjął decyzję już wcześniej, gdy okłamał Hermionę i Rona. Teraz powinien ponieść tego konsekwencje.
Wyprostował się i opuścił pustą już sypialnię. Wygładzając brzegi szaty, wszedł do Pokoju Wspólnego, który okupowali jego najbliżsi koledzy.
- Cześć w am – zaczął niepewnie.
Ron spojrzał na niego znad czasopisma o quidditchu. Grę czas zacząć – pomyślał, zanim wyciągnął schowane za plecami szachy. Rudzielec rozpromienił się, ale Harry jakoś nie potrafił odwzajemnić jego radości.
***
Draco Malfoy rozsiadł się wygodnie w fotelu w Pokoju Wspólnym i, choć bardzo chciał, nie mógł patrzeć już dłużej w płonące drwa. To trwało zbyt długo. Nie potrafił się odprężyć na tyle, by myśleć swobodnie. Potarł więc lewe ramię, nie podciągając rękawa do góry. Nieskazitelnie blada skóra przybrała pomarańczowy odcień dzięki podrygującemu wesoło ogniowi. A on wciąż przed oczami miał twarz ojca, skręconą w nienawiści. Różdżka na specjalne zamówienie wstawiona do laski, obnażona. Przystawiona do czoła dziewczynki, której jedynym błędem było narodzenie się w mugolskiej rodzinie. Czy miała wybór? Czy ktokolwiek z nich miał wybór?
Popatrzył na lewe ramię, które bezwładnie zwisało teraz wzdłuż fotela. Bał się podwinąć rękaw. Bał się, że ktokolwiek może zauważyć, że nie nosi Mrocznego Znaku. Bał się o to, co mogą zrobić z jego matką, gdy to wyjdzie na jaw, a pergaminowe przysięgi życia zginą wraz z nim w przypadkowej bitwie, do której nigdy miało nie dojść. Dlaczego życie jest takie pokręcone? Dlaczego nie mogło być tak jak mówił jego ojciec? Dlaczego wszystko okazało się kłamstwem, a wężowa twarz Czarnego Pana dręczy go po nocach?
Zresztą, nie tylko jego. Cały rocznik nie spał dobrze od kilku dni. Nawet Crabbe i Goyle siedzieli wraz z Parkinson w bibliotece i notowali wszystko, co uważali za stosowne. Ich uwagi były całkiem zmyślne. Synowie dwóch największych strategów, których uważał dotąd za idiotów, wykazali się prawdziwym zmysłem orientacji wśród zaklęć obronnych. On sam milczał, gdy pytali go o zdanie. Szukał lokalizacji, która pozwoliłaby im przeżyć cholerną wojnę, bliższą z każdym dniem. Nie mieli zbyt wiele czasu. Nie mieli pomocy. Nie mógł zaufać swojemu chrzestnemu na tyle, by wyjawić plan. Uspokoił go tylko odrobinę tym, że nie zamierzają na razie tatuować rąk. Nie mógł zrobić nic więcej. Gdyby Czarny Pan jakimś cudem zdołał złamać Snape'a, jego bariery oklumenty, nie mieliby szans. Severus był zbyt blisko tego całego zła, by wyjawić mu, iż Potter będzie teraz najlepiej chronionym czarodziejem po tej stronie globu, a może nawet na świecie.
Złoty Chłopiec przynajmniej miał dobry refleks. Nawet, gdy pogrążony w jakiejś myśli dał się podejść, zdążył przynajmniej uciec. Ale nie zaskoczyło go to. Po tym, jak widział na własne oczy, że Wybraniec rzuca Voldemortowi Expalliarmusa, zaczął wierzyć, że wszyscy oszaleli.
Pytanie, kto bardziej.
***
Przekradł się do lochów z duszą na ramieniu. Snape nie pokazał się przez cały dzień i czuł, że mężczyzna jest dalej wściekły. Miał tylko nadzieję, że pozwoli mu skorzystać jeszcze choć raz z myślodsiewni. Zapukał ostrożnie i wszedł, gdy drzwi uchyliły się zapraszająco. Najwyraźniej Snape zapisał w nich jego sygnaturę, co było nie tyle zaskakujące, co pocieszające. Może nie był całkiem nieproszonym gościem?
Mistrz Eliksirów siedział jak poprzedniego wieczora, przeglądając prace domowe któregoś z roczników. Sądząc po wściekłym warkocie, który wydawał i zamaszystych literach stawianych na pergaminie, byli to najprawdopodobniej Puchoni, którzy swą głupotą przebijali niekiedy nawet Gryfonów. Harry musiał przyznać, że w kwestii eliksirów jakiś poziom prezentowała jedynie Hermiona, a ona przecież nie przeciągnie ich przez ostatnie dwa lata.
- Dobry wieczór, profesorze – przywitał się lekko drżącym głosem.
Snape nie podniósł głowy, ale przestał wściekle kreślić, co samo w sobie też było pewną reakcją. Od dwóch dni Harry analizował jego zachowanie i zaczynał zauważać pewne prawidłowości. Snape rzadko mówił coś wprost, chyba, że cudza głupota wyprowadziła go z równowagi, a wtedy trudno byłoby nazwać mową ten ciągły syk, który wydobywał się z jego ust. Nie znosił również nieprzygotowania i naiwności. W ciągu tego tygodnia udowodnił, że nie ufa nawet własnym wychowankom, co wcale nie dziwiło Harry'ego. Natomiast to, że podważał własną osobę, zdumiało go niepomiernie. Sądził, że Mistrz Eliksirów spróbuje jakoś zdobyć jego zaufanie. Mężczyzna natomiast ewidentnie gardził nawet samą myślą o tym.
W dziwny sposób Harry'emu to zaczynało odpowiadać.
- Skoro tak twierdzisz. – Sucha odpowiedź.
Gryfon niepewnie podszedł do myślodsiewni, pamiętając jeszcze wszystkie zapisy z biblioteki, które znalazł dzisiejszego dnia. Teraz misa wydawała mu się faktycznie niemal czarno magicznym artefaktem. Mogła zbierać wizje, sny i myśli. Niezależnie od gatunku. Czarodzieje, wampiry, wilkołaki czy gobliny. Nie miała ograniczeń. Przesunął dłonią po runach wyrytych z boku naczynia, ale były zatarte od zbyt częstego używania. Każda z myślodsiewni była w ten sposób oznaczona. Nie było ich zresztą zbyt wiele. Kupić taką na Pokątnej było niesposobnością.
- Zamierzasz zdjąć te zaklęcia? – spytał nagle mężczyzna, wytrącając go z zamyślenia.
- Zaklęcia? – Nie zrozumiał. Czy jakoś ostatnio obwarował naczynie?
- Te, które nałożyłeś w zeszłym tygodniu. Maskujące, ochronne… Nie wiem, ile tam tego jeszcze się kłębi, ale wyczerpią cię – urwał. – Dziwi mnie tylko, że do tej pory tego nie zrobiły – burknął . Jego ciemne oczy przyszpiliły go w miejscu, gdy zastanawiał się nad odpowiedzią.
To oczywiste, że o nich kompletnie zapomniał. Był prawie półprzytomny, gdy nakładał kolejne warstwy, dzień po dniu budując system. Teraz natomiast, zaaferowany tym, co dzieje się wokół, nie miał za dużo czasu na przeglądanie w lustrze.
- Nie czuję ich – zaczął spokojnie. – Zdejmę je dzisiaj.
Oczy Snape'a zabłyszczały na ten jeden krótki moment.
- Jak je nakładałeś? – zapytał, nie ukrywając ciekawości.
- Po kolei. – Zmarszczył brwi, czując się niekomfortowo. Stał na środku salonu, obserwowany wnikliwie. Natomiast mężczyzna, spokojnie oparty o fotel, nie spuszczał z niego wzroku.
- Usiądź – mruknął Snape, zrozumiawszy w lot, o co chodzi.
Potter podszedł ostrożnie do jedynego wolnego krzesła i przysunął je bliżej. Bliżej Snape'a i bliżej kominka, który przełamywał chłód lochów.
- Rzucałem je po kolei, uważając, by nie kolidowały ze sobą – zaczął ponownie, gdy mężczyzna machnął na niego ponaglająco. Wydawał się faktycznie zainteresowany. – Każde jest inne – urwał, nie wiedząc, jak to dokładnie wyjaśnić.
- Dlaczego właśnie te? – spytał, naprowadzając go na inny tor.
- Eee… miały najlepszy… kształt – wyjaśnił niezbyt zrozumiale. – To znaczy… pomyślałem, że za dwa lub trzy dni nie będę miał na tyle mocy, by rzucić je na siebie. I przyszedł mi do głowy taki pomysł, żeby z zaklęć zrobić taką… plecionkę – westchnął w końcu, widząc, że Snape co prawda nie za bardzo rozumie, ale nie przerywa. – Jedno zaklęcie wzdłuż, drugie w poprzek i kolejne wzdłuż, uważając, by się splotły. Początkowo szło kiepsko, bo się przesuwały, ale potem – urwał.
Snape patrzył na niego z szeroko otwartymi oczami.
- No i te były idealnie długie i wąskie… i… - Zamilkł , plącząc się. – To znaczy…
- Rozumiem. Na tyle, na ile powinienem – przerwał mu w końcu. Wstał i wyciągnął różdżkę, uśmiechając się kpiąco, gdy Potter się wzdrygnął. – Chcę tylko coś sprawdzić – wyjaśnił cicho.
Zamachnął się, tworząc w powietrzu kilka pętli, rzucając jakieś zaklęcie na lampę. Promień zatrzymał się na szklanej powierzchni, ale nic więcej się nie stało.
- Jaki to ma kształt? – zapytał, lustrując go wzrokiem. Złoty Chłopiec podszedł, dotykając ostrożnie opuszkami palców krawędzi, a gdy nic się nie działo, przyłożył całą dłoń.
- Jest okrągła – mruknął. Mężczyzna wypuścił głośno powietrze, sprawiając, że magicznie stworzone światło zamigotało, ale nie zgasło. – Nie jest idealna, a chyba powinna być – ciągnął dalej Potter, niezrażony tym, że Snape się nie odzywa.
- Finite incantatem – wymamrotał Mistrz Eliksirów. – Potter, zostaw swoje koszmary tam, gdzie powinny być i idź spać, zanim Filch zacznie patrolować tę część lochów – poradził mu lodowatym głosem, którego przeważnie używał. Żaden mięsień na jego twarzy nie drgnął, gdy Harry, opuszczając jego komnaty, zatrzymał się w drzwiach .
- I sprawdził pan? – spytał tylko na odchodnym, nawiązując do poprzednich słów mężczyzny, ale nie doczekał się odpowiedzi.
