betowałą Tyone :* :* :*
Rozdział 9
Kwestia wyboru
Severus Snape bardzo mało spał tej nocy. Nie widział się z Dumbledore'em ani Czarnym Panem. Nie nawiedziły go też żadne z koszmarów, które od czasu do czasu spędzały mu sen z powiek. Bynajmniej. Tym razem po raz pierwszy zaczął wierzyć, że być może przeżyją tę wojnę. Nigdy nie martwił się o to, czy ktoś zabije szaleńca. Nie Potter, to kto inny. Problem tkwił w tym, że nie był pewien, ile ofiar to za sobą pociągnie. A i tak wszystkie symulacje dawały jasne wnioski. Pierwszy ginął zazwyczaj on. Najbardziej narażony, tańczący na końcu różdżki od prawie szesnastu lat. Zbyt wiele granic przekroczył, by teraz zgiąć kark i dać sobie spokój. Kłaniać się jednemu z Panów? Dumbledore czy Voldemort? Wszystko jedno.
Teraz natomiast, zamiast psioczyć jak zwykle na Gryfonów czy po prostu na świat, zastanawiał się, czy jest jeszcze możliwe wykonanie ostrego zwrotu o 180 stopni. Potter zaskoczył go w tym roku po raz kolejny. Koszmary, z którymi radził sobie, po cichu ukrywając wszystko przed wciąż wpatrzonymi w jego stronę oczami wścibskich Gryfonów to jedno, ale kłamstwa. Prosto w oczy i to trzymające się kupy, to całkiem inna sprawa. Do tego jeszcze ta dziwna zdolność. Nawet nie wiedział, jak ma to określić. Tłumaczenia Złotego Chłopca były zbyt zawiłe, by zrozumiał wszystko dokładnie, ale samo nakreślenie sytuacji wystarczyło, by zorientował się, jak ważne jest to, co Wybraniec potrafił. A do tego on sam nie zdawał sobie z tego sprawy.
Gdyby kiedykolwiek musiał obłożyć Hogwart zaklęciami ochronnymi, ten Cholerny Gryfon zrobiłby to tak dokładnie, że najprawdopodobniej całe Ministerstwo wraz ze Śmierciożercami nie mogłoby przekroczyć wyznaczonej linii. Gdyby jeszcze dodać kilka dodatkowych… Żaden animag. A są przecież zaklęcia chroniące od wilkołaków i wampirów… Gringott może się schować z tymi śmiesznymi blokadami.
Głowa rozbolała go od coraz to nowszych pomysłów, a przecież nie poprawił tych cholernych zadań domowych. Przeklęci Puchoni to banda takich idiotów, że szkoda na nich marnować składniki, ale Dumbledore twierdzi, że każdemu należy dać szansę. Kiedyś nawet myślał, że staruch ma rację, ale szybko zmienił zdanie, gdy Pettigrew zdradził pomimo jego ostrzeżeń. A co wtedy powiedział Dumbledore? Najsłynniejszy czarodziej świata?
- Najwyraźniej tak miało być, drogi chłopcze.
Czy tak samo skwituje jego śmierć, gdy nadejdzie?
***
Hermiona nie mogła spać. Jak zwykle przed ważnymi sprawdzianami z Transmutacji siedziała w Pokoju Wspólnym i przeglądała po raz dziesiąty swoje notatki. Wszyscy spali, pochrapywanie słychać było nawet na dole. Nie lubiła jednak rzucać zaklęć wyciszających. Pustka, która wtedy się rodziła, była jeszcze bardziej odstręczająca.
Ogień wesoło trzaskał w kominku, gdy do środka wszedł Harry, ściągając w międzyczasie pelerynę niewidkę i zwijając ją w ciasny kłębek. Wyglądał o wiele lepiej. Mówiła dziś rano prawdę. Bladość zniknęła, oczy bardziej skupione na rozmówcy. Wszystko to zauważyła już pod koniec tygodnia, choć nie chciała zarzucać go dodatkowymi pytaniami. Wiedziała, jak tego nie cierpiał.
- Cześć, Harry – odezwała się pierwsza, widząc, że wciąż jej nie zauważył. Stanął jak wryty, czerwieniąc się wściekle, jakby przyłapała go na gorącym uczynku. – Znowu byłeś u tej swojej Krukonki? – spytała, odczytując tak jego zawstydzenie.
- Tak, ale nikt mnie nie widział – powiedział szybko.
Uśmiechnęła się lekko. To nie było tak, że zawsze zależało jej na najlepszych wynikach. Była w stanie zrozumieć zainteresowanie płcią przeciwną i ryzyko wymykania się. Nie byłaby też zła za odjęte punkty, ale Harry po prostu nie powinien wykradać się sam po nocy. Voldemort wrócił i nawet w szkole nie jest zbyt bezpiecznie. Jako prefekt patroluje od czasu do czasu zamek, ale nigdy nie jest to przyjemne w pojedynkę, a nawet z Terrym z Ravenclawu czuje się niezbyt pewnie.
- Czego się uczysz? – spytał, gdy milczała dłuższą chwilę.
- Transmutacji, nie wiem, czemu nie wychodzi mi zaklęcie zamiany podręcznika w chomika – westchnęła. Nie zostało jej zbyt wiele czasu, a nie zdążyła nawet odkryć przyczyny niepowodzenia. Pewna, że Gryfon zbiegnie tak jak wszyscy przed nim, gdy wspomniała o nauce, wróciła do swoich notatek.
Harry tymczasem przysiadł się do niej i odłożył pelerynę na kanapę.
- Pokaż jak to robisz, Herm – powiedział spokojnie. – Widziałem ostatnio wiele błędów – wyjaśnił. – Ron trzymał za wysoko różdżkę, Seamus nie usztywnił nadgarstka. Nawet Malfoy coś pokręcił. To nie jest najprostsze zaklęcie – westchnął w ciemność.
Faktycznie. Wtedy do końca zajęć udało się to tylko trzem osobom i to dopiero po wielu próbach. Bez wahania sięgnęła po własną różdżkę, zniechęcona mruknęła zaklęcie i uderzyła jej końcówką o leżący na blacie podręcznik. Przez chwilę książka rozmazała się, ale ani przez moment nie przypominała nawet szczura.
- Nie, nie tak. – Wstał, pociągając ją za sobą. – Wyciągnij rękę do przodu, napnij mięśnie. – Pokazywał wszystko cierpliwie. – Pełen obrót i dopiero pod koniec uderzenie. – Zademonstrował bez wypowiadania zaklęcia.
Spróbowała jeszcze raz według jego instrukcji. Strumień magii jak zwykle połaskotał ją w palce, zanim przeniósł się na różdżkę, ale mimo wszystko podręcznik nie transmutował.
- Herm – zabrzmiało, jakby zamierzał się roześmiać. – Idź spać. Zapomniałaś o zaklęciu, więc chyba najwyższa pora się położyć.
Wyszedł z Pokoju Wspólnego po krótkim „dobranoc", na które nie odpowiedziała, zbyt zaaferowana przez to, że chomik uciekł pod jedną z szaf.
***
Nigdy nie ma odpowiedniej chwili ani odpowiedniego miejsca, więc po prostu siedział, patrząc tępo w przestrzeń przed sobą. Mając nadzieję, że być może obudzi się z tego snu. Nie potrafił już od dawna patrzeć jasno w przyszłość. Kiedykolwiek próbował to zrobić, widział tylko krew. W takich chwilach, gdy pojedyncze krople posoki przyćmiewały mu widok, modlił się do wszystkich znanych bóstw o to, by nie potrafił jak matka przepowiadać przyszłości.
Powiedziała mu kiedyś, że odda za niego życie. Miał sześć lat i nie mógł spać przez miesiąc, aż ojciec nie zagroził mu, że nie wpuści go więcej do biblioteki. Był pewien, że to jedna z czarno magicznych ksiąg zaburzyła sen dziecka, ale oboje z Narcyzą wiedzieli lepiej. Obiecał wtedy, że jeśli okoliczności mu pozwolą, nie pozwoli ojcu kierować nim. Obietnicę złamał już rok później, gdy wybrał różdżkę, a wuj Severus nauczył go podstaw czarnej magii.
Draco Malfoy spojrzał na swoje drżące dłonie. Próbował uspokoić się już od dobrych kilku godzin, ale nie potrafił. Cały Dom liczył na niego. Na Dziedzica Rodu, który od zawsze rządził i wskazywał drogę, a on nie potrafił wydać nawet jednego rozkazu, którego konsekwencje nie sięgałyby jednej lub dwóch śmierci. Nie potrafił wziąć odpowiedzialności za to. Nie chciał. Musiał.
Zrobi to.
- Pansy, w weekend pojadę do domu – rzucił w przestrzeń przed sobą.
W Pokoju Wspólnym kilka osób drgnęło. Zimny, niemal lodowaty ton, który sugerował, że panuje nad sobą. Tak właśnie miało być. Powinni się uspokoić. Przynajmniej oni. Przynajmniej na razie.
- Opisz, jakie działanie ma mieć to zaklęcie. Poszukam go w bibliotece – dodał obojętnie.
- Draco, jesteś pewien? – spytała. Poznał, że musi mieć sucho w ustach ze zdenerwowania.
- Tak. Jutro sprawdzę jeszcze jedną rzecz. – Zamyślił się. – To będzie kosztowało Slytherin kilka punktów, ale musimy wiedzieć.
Skinęła głową, powracając do książki do Transmutacji. Dochodziła północ, a na pewno nie mogli liczyć na taryfę ulgową u McGonagall. On nie zamierzał się tego uczyć. Oceny właśnie straciły na znaczeniu. Musiał opanować inne zaklęcia i to w ilości, która przekraczała możliwości ponad dwudziestoletniego czarodzieja. Nie miał mocy. Nie miał czasu. Nie miał umiejętności.
Nie miał wyboru.
***
Harry wstał rano rześki i uśmiechnięty. Nie odpowiedział nic kolegom, gdy pytali o schadzkę. Cóż miał rzec? Ż e ten czas spędza ze Snape'em w lochach? Słowa „Snape " i „schadzka" jakoś dziwnie do siebie nie pasowały, choć Harry musiał oddać sprawiedliwość Mistrzowi Eliksirów. Mężczyzna nie był ani tłusty, ani brudny. Długie włosy były po prostu ciężkie. Z bliska wyglądały nawet nie najgorzej. Tylko kto oglądał Severusa Snape'a z bliska? Harry na pewno już kilka razy. Gdy obudził się po raz pierwszy w jego sypialni. Gdy obudził się po raz drugi w jego sypialni.
Cholera. Za dużo czasu spędził już w tym miejscu i nawet nie chciał wiedzieć, co profesor tam robi zazwyczaj.
- Harry, nie daj się prosić – zajęczał Seamus. – Przecież widzę, że o niej myślisz – dodał, widząc zaskoczone spojrzenie kolegi.
Świetnie. Teraz zostanie Chłopcem, Który Przeżył, By Czerwienić Się Na Myśl O Severusie Snapie.
- Powiedz cokolwiek – poprosił Gryfon tym cholernie zawodzącym tonem.
Harry poczuł na sobie mrowiące spojrzenie i jakimś cudem wiedział, że Mistrz Eliksirów obserwuje go teraz. Wielka Sala w porze śniadaniowej huczała, więc miał pewność, że nikt nie zauważył, gdy obejrzał się za siebie, krzyżując z mężczyzną wzrok. Profesor patrzył na niego z zamyśleniem, ale nie bez zainteresowania. Tak jak wczoraj, gdy opowiadał mu o zaklęciach.
Bezwiednie pogładził swoją twarz ręką. Nadal tam były, ale dlaczego tylko Snape je widział?
- Harry, pocałowała cię? Całowaliście się? – pisnął, mylnie odbierają gest przyjaciela.
- Nie, Seamus. Ale mogę ci powiedzieć, że jest bardzo inteligentna – westchnął, wiedząc, że częściowo jest to prawda. – Tyle musi ci na razie wystarczyć.
***
Stali przed salą do Transmutacji, drżąc z niecierpliwości. McGonagall spóźniała się, a oni nie kłopotali się nawet wejściem do środka, nie wiedząc, w jakiej kolejności zajmują ławki na sprawdzianie. Ślizgoni jak zwykle trzymali się z boku, ale obserwowali ich uważnie, nie szepcząc nawet pomiędzy sobą. To dziwne zawieszenie broni, które trwało od ponad tygodnia było niezręczne. Harry przyzwyczaił się do tego, że Malfoy wraz z obstawą zaczepiają go. To w pewnym sensie było nawet odprężające. Zazwyczaj nie wdawał się w bójki, ale dzięki Ślizgonom miał ku temu uzasadnioną sposobność.
Nagle usłyszał strzępek plotki, którą rozpuszczał właśnie Seamus i nie mógł się nie uśmiechnąć. Niedługo zaczną obstawiać z kim się spotyka i chyba byłoby lepiej znaleźć kogoś takiego, ale obecnie żadna z Krukonek nie interesowała go zbytnio. Cho była zbyt pogrążona w rozpaczy po śmierci Cedrika, a on sam nawet nie wiedział, jak miałby zacząć z nią rozmowę. Poza tym teraz, gdy Voldemort powstał z martwych, nie potrafiłby chyba narazić nikogo na takie bezpośrednie niebezpieczeństwo. Chyba, że zacząłby się spotykać z kimś z Zakonu Feniksa, a może Wewnętrznego Kręgu. Obie grupy były tak samo narażone na szaleńca jak on, ale jakoś nie wyobrażał sobie siebie podrywającego Tonks.
Parsknął, gdy tylko wizja pojawiła mu się przed oczami.
Właśnie wtedy to poczuł. Mrowienie magii na swojej skórze tuż przed chwilą, gdy zaklęcia minęło go o centymetry. Uchylił się instynktownie, obracając w stronę Ślizgonów, ale żaden z Gryfonów nie wydawał się zainteresowany. Draco Malfoy stał naprzeciwko niego i mierzył go wzrokiem. Uniósł spokojnie różdżkę, a jego goryle stanęli tak, by ukryć to przed resztą. Nie zdążył nawet krzyknąć, gdy tysiące obrazów zlało się w jedno.
Wuj Vernon. Kraty. Śmierć. Bazyliszek. Salazar Slytherin. Młody Tom Riddle. Lord Voldemort. Fawkes płaczący nad nim… Ginny we krwi…
I tak nagle, jak wszystko się pojawiło, tak znikło. Ostatkiem sił zobaczył Draco Malfoya, który kręcił przecząco głową.
Potem była już tylko kamienna podłoga.
***
