Rozdział 10
Anyż
betowała: Tyone :* :* :*
Obudził się w Skrzydle Szpitalnym z obolałą głową. Nie pamiętał dokładnie, co się stało, ale miał niejasne przeczucie, że to jest związane z Draco Malfoyem. Było już bardzo późno, bo na jego szafce paliła się pojedyncza świeca, która oświetlała fotel naprzeciwko. Bez okularów nie rozpoznawał ukrytej pod kocem osoby, ale długie blond włosy nie były czymś, co można byłoby pomylić. Szybko sięgnął po swoją różdżkę i ześlizgnął się z łóżka, starając się nie obudzić cholernego Malfoya. Nie wiedział, co Ślizgon tu robił, jednakże zamierzał się tego dowiedzieć w mniej lub bardziej bolesny sposób.
Właściwie to ciekawe, jaką bajeczkę sprzedał madame Pomfrey. Ona była chyba najbardziej poinformowaną o ich wzajemnej animozji osobą w Hogwarcie, pomijając samych zainteresowanych. W większości przypadków, gdy trafiali tutaj, to były wspólne wizyty. On wtedy zajmował to łóżko, a Malfoy dokładnie po drugiej stronie sali, tak by nawet przy największym samozaparciu nie mogli się do siebie doczołgać.
A teraz Malfoy spał w najlepsze w fotelu, okryty kocem. Wyprostował różdżkę, czując na języku zaklęcie, które przygotował. Sięgnął po ciepłą materię i strzepnął ją na ziemię.
- Harry? Już się obudziłeś? – zaspany głos Luny wyprowadził go z równowagi. – Tak się o ciebie martwiłam. To przez te nerdki. Słyszałam, że zemdlałeś… Co robisz z różdżką? – spytała ciekawie.
- Co ty tu robisz? – wykrztusił, chowając różdżkę do kieszeni piżamy. – To znaczy cieszę się, ale…
- Wiesz, podobno masz u nas dziewczynę i tak pomyślałam, że gdybyś się z kimś od nas spotykał, to na pewno byłabym ja – odpowiedziała bez wahania.
Harry nie po raz pierwszy zadał sobie pytanie, jakimi torami chodzą myśli tej dziewczyny. Patrzyła na niego niewinnie swoimi dużymi, pastelowo błękitnymi oczami. Luna, Krukonka. Najmniej kłopotliwa. Idealna.
- Masz rację, dzięki – mruknął do niej.
- Tylko powiedz, czy już się całowaliśmy, bo zastanawiałam się nad tym całą drogę tutaj.
Zakrztusiwszy się, usiadł na łóżku i spojrzał na nią, szukając jakiś oznak kpiny, ale niczego takiego nie znalazł, więc po prostu zaprzeczył.
Jutrzejszy dzień zapowiadał się pięknie. Ale dzisiejszy wieczór nie za bardzo. Powoli przygotowywał się do bezsennej nocy. Zadowolony, że nie ściągnął z siebie zaklęć.
***
Potter nie pokazał się wieczorem, ale z tego co słyszał, ponownie odwiedził Skrzydło Szpitalne. McGonagall kompletnie nie wiedziała, co się stało. Gryfoni twierdzili, że zemdlał. Tak po prostu. Ale Severus Snape wiedział lepiej. Jak zwykle. Dzieciak wytrzymał dawki Cruciatusa, koszmary i jak wszystko się skończyło, to stracił przytomność sam z siebie?
Nigdy w to nie uwierzy, choć Pomfrey napomknęła mu, że prócz uderzenia w głowę, które było skutkiem upadku, nie znalazła na nim żadnych innych śladów. Pozostawało tylko odwiedzić jego podopiecznych i przesłuchać ich z użyciem Veritaserum. Nie wiedział, jak to zrobili, ale to na pewno ich sprawka. Znali się na tyle. Tylko czy on nie obiecał czasem, że nie użyje na nich tego eliksiru, zanim sami nie poproszą?
Westchnął w ciemność. Miał zamiar dzisiaj dokończyć rozmowę z Potterem. Jakkolwiek beznadziejny bachor pozbawiony był inteligencji, tak wczorajsza wymiana zdań należała nawet do dość przyjemnych. Dostarczała informacji i była pozbawiona arogancji, którą Gryfon cechował się do tej pory.
A może to tylko jego wyobraźnia?
Przypomniał sobie Pottera na kolanach przed tygodniem. Sny. Ciemność i cicha prośba o śmierć. Nie było tam niczego. Masek, arogancji, pewności siebie. Nie było tam dziecka.
Wątpił, czy Wybraniec pamięta, jak prosił swojego wroga o litościwą śmierć.
Kiedy Potter dorósł? Kiedy stał się tak niepodobnym do ojca? James poleciałby do Dumbledore'a pochwalić się nową zabawką, pokazać jak znakomitym czarodziejem jest. Ale Potter…
Obaj są Potterami – zamruczał głos w jego głowie.
James i Harry. Harry i James.
Który z nich jest Potterem, którego nazwisko wypluwa z siebie pokryte jadem?
***
Noc nie była zła, biorąc pod uwagę to, co już miał za sobą. Była nawet spokojna. Wewnętrzny Krąg najwyraźniej nie spotkał się, bo poza standardowymi koszmarami nie oberwał żadnym Cruciatusem, a dłoń drżała mu lekko. Był w stanie sam się ubrać, zjeść, zabrać rzeczy i wymknąć się do Wielkiej Sali. Najpewniej dostałby się tam w przeciągu kilku minut, gdyby nie to, że został zepchnięty w pusty korytarz i dociśnięty do kamiennej ściany. Niewidzialny napastnik nakrył go czymś, co okazało się peleryną niewidką.
- Ani słowa, Potter. – Usłyszał tuż przy uchu.
Owionął go zapach anyżu, lekko drażniący, ale orzeźwiający zarazem.
- Ale, co?
- Ani słowa, Potter – powtórzył Snape z naciskiem.
I wtedy usłyszał kroki. Pospieszne i ciężkie. Podbite metalem buty odbijały się echem na kamiennej posadzce.
- Nott, czy ty nie rozumiesz sensu słów „skradać się"? – warknął wściekle Lucjusz Malfoy. Jego twarz na pewno przekrzywiała teraz maska wściekłości, którą Harry widział już wielokrotnie w swoich snach i był gotów podziękować Snape'owi za to, że swoim ciałem zasłania cały widok.
Obaj wciśnięci w ścianę, zdawali się nie oddychać.
- Czarny Pan nie będzie zadowolony, jeśli nie porozmawiamy z chłopakiem – podjął Malfoy, mrożąc mu krew w żyłach. – I tak straciliśmy sporo czasu.
Oddalili się, sądząc po krokach. Snape bez słowa wyjaśnienia pociągnął go w przeciwną stronę. Ukryci pod peleryną dotarli do lochów. Śniadanie wciąż trwało i cisza tu, na dole, wydawała się jeszcze bardziej nienaturalna niż zwykle. Weszli do komnat, a raczej Harry został wepchnięty bezceremonialnie do środka. Zapach anyżku zniknął, gdy Snape w końcu go puścił.
- Nie wychodź pod żadnym pozorem – rzucił przez ramię, stając przy wysokim regale, na którym w różnokolorowych fiolkach znajdowały się eliksiry. Mruczał przez chwilę coś do siebie, aż w końcu podał mu jedną z buteleczek. – Wypij to i idź spać.
Nie pytał, czy udało mu się zmrużyć oko. Nie musiał. Harry wziął fiolkę i podszedł do sofy, odkładając torbę obok.
- Nie tutaj. Sypialnia – warknął zdenerwowany mężczyzna. – Wiesz, jak trafić – zauważył sucho – więc zrób z tego użytek. Twój skrzat obrał sobie za obowiązek codzienną zmianę pościeli.
Harry pozbierał swoje rzeczy, ale zawahał się w pół kroku.
- Czego chciał Malfoy? Dumbledore pozwolił mu tak po prostu…?
- Dyrektor jest w Ministerstwie – poinformował go obojętnie. – Lucjusz wie, że jesteś osłabiony. Nie wiedział chyba jak bardzo. Chciał wykraść cię albo zmusić do opuszczenia barier Hogwartu. Reszty się domyśl – urwał.
- Draco – mruknął Gryfon pewnie.
- Co? – spytał, nie rozumiejąc.
- Malfoy wysłał mu pewnie wiadomość. Zresztą to on mnie tak załatwił. – Ścisnął mocniej fiolkę.
Mężczyzna okrążył biurko i wyciągnął z niego kilka czystych pergaminów. Nie patrząc na Harry'ego, wyjął różdżkę i zabezpieczył kominek. Potem drzwi prowadzące zarówno do jego komnat jak i sypialni.
- Co zrobił dokładnie Malfoy? – spytał spokojnie. – I nie, to nie on poinformował Lucjusza. Wykonałby to od razu, a nie dzisiejszego ranka – dodał, gdy Potter zamierzał zaprzeczyć.
- Nie wiem, co to było – westchnął. – Najpierw mnie sprowokował, żebym na niego spojrzał, a potem…
- A potem? – Profesor wydawał się faktycznie zainteresowany.
Czarne tęczówki prześwietlały go, gdy próbował dobrze dobrać słowa. Oderwał o nich wzrok i spojrzał niepewnie na ściskaną w dłoni fiolkę.
- Zobaczyłem wszystko. Wszystko, co mam w głowie. I nie wszystko. Jakby… – urwał.
- Legilimencja – westchnął Snape. – Co widziałeś dokładnie, panie Potter? Czego Malfoy według ciebie szukał? – pytał, zdając się na jego opinię. Lustrował go wzrokiem, spokojnie, metodycznie, jak zwykł to czynić, gdy oceniał przeciwnika.
- Powiedziałbym, że raczej… - przerwał. – Raczej sprawdzał… mnie? – zakończył pytająco.
Snape zmarszczył brwi, ale przez dłuższą chwilę się nie odzywał. Pukanie do drzwi poderwało go na równe nogi. Spojrzał na Pottera i ponaglająco skinął w stronę sypialni. Harry'emu nie pozostało nic innego, jak wejść do środka i ukryć się za podaną mu peleryną niewidką.
- Sev, otwórz. Masz zablokowany kominek. – Odrobinę zniekształcony głos zza drzwi z pewnością należał do Malfoya.
- Moment – warknął wściekle Snape, zatrzaskując drzwi sypialni.
***
Kiedy tylko dowiedział się, że Lucjusz jest przekonany o bezbronności Pottera i zamierza porwać go spod nosa Dumbledore'a, bez zastanowienia chwycił za dawno temu zakupioną pelerynę niewidkę. Jako członek Rady Nadzorczej, Malfoy miał pełne prawo do przebywania w szkole kiedy tylko chciał. Do tego zawsze mógł wytłumaczyć, że przyszedł odwiedzić syna, co również nie było zabronione. Co z tego, że nigdy tego nie zrobił?
Zdążył w ostatniej chwili złapać dzieciaka, zanim wszedł prosto w łapy prawej ręki Czarnego Pana, ale zabawa dopiero się zaczynała. Potter może nie czuł się źle, ale pod maską zaklęć wyglądał fatalnie. Zbyt długo nie sypiał, by kilka nocy zregenerowało zmaltretowane ciało. Po samym Cruciatusie można by spędzić tydzień w świętym Mungu. Iloma Wybraniec obrywał do tej pory?
Kiedy wcisnął go w ścianę, trząsł się jak w febrze. Nie odepchnął go i o dziwo rozluźnił się, gdy usłyszał znajomy głos. Prychnął, przemierzając salon i gabinet w jednym. Jakby zależało mu na zaufaniu Złotego Chłopca.
Lucjusz Malfoy stał pod jego drzwiami i zapewne chciał skłonić go do wspólnych poszukiwań. Czy może mu odmówić? Powinien przeczekać, aż Potter odeśpi swoje i zażyje coś postcruciatusowego, zanim faktycznie straci czucie w dłoni.
- Wejdź, Lu – mruknął. – Kiedy nie przeklęte bachory, to ty zakłócasz mój spokój.
Wpuścił blondyna do środka, ignorując wyciągniętą różdżkę. Osobiście nakładał zabezpieczenia w swoich komnatach i rzucenie jakiegokolwiek uroku w jego stronę zostałoby potraktowane w najlepszym razie brutalnie. Osłony nie znały się na żartach, za co Mistrz Eliksirów je bardzo cenił.
Pozostało oczekiwać inwencji twórczej od jego gryfońskich przyjaciół. Ten cholerny skrzat obiecał poinformować ich o zagrożeniu i poddać jakiś niecny plan, który odciągnąłby Malfoya od lochów.
- Nigdzie nie ma Pottera, Sev.
- To nie mój problem – odpowiedział szybko, drwiąc otwarcie ze zdenerwowania rzekomego przyjaciela.
- Czarny Pan nie będzie zadowolony… - podjął znów Malfoy.
- To nie moje zadanie – uciął.
- Mogłoby być twoje, możemy przyprowadzić go razem.
- Zaraz po czy zaraz przed moimi lekcjami? – zapytał drwiąco. – Dumbledore wróci za dwie minuty. Już wie, że Ministerstwo go nie wzywało i doprawdy nie wiem, jak się z tego wytłumaczysz.
- Nie pomagasz mi…
- To ty nie pomagasz mi. - Snape nachylił się w stronę mężczyzny. – Mówiłem, że mam wszystko pod kontrolą. - syknął. – Teraz tylko zwiększą ochronę bachora.
- Mój informator twierdzi inaczej – odciął się wściekle Malfoy.
- Draco jest głupcem, porywczym i niezbyt rozwiniętym, jeśli chcesz znać moje zdanie.
- To nie Draco, Severusie. Nie znasz wszystkich moich informatorów – urwał Malfoy. Szyderczy uśmieszek wpełzł mu na twarz, gdy wstawał. – Rozumiem, że nie mogę oczekiwać, ze wyświadczysz mi tę grzeczność? – zawiesił głos.
- Gdybym wiedział, gdzie gryfońscy przyjaciele ukryli Pottera, zapewne sam bym go wydał.
Ktoś nagle walnął pięścią w drzwi. Siarczyste przekleństwo utwierdziło go w przekonaniu, że Nott jest niczym innym jak zwierzęciem.
- Lu, Gryfoni zablokowali przejście do biblioteki i gabinetu Dumbledore'a! – krzyknął.
***
