betowała: Tyone :* :* :*
dziękuję :*
Rozdział 11
Legilimecja
Przysłuchiwał się rozmowie Snape'a i Malfoya ze względnym spokojem. Nie wiedział, co zamierzał dokładnie Mistrz Eliksirów, ale nawet nie brał pod uwagę tego, że mężczyzna go wyda. Przez chwilę podziwiał, jak Snape daje sobie radę ze śmierciożercą, wytrącając go z równowagi, ale po chwili wszystko się urwało, gdy ojciec Notta powiadomił go o bibliotece. Nie bardzo wiedział, co ma o tym myśleć. Malfoy najwyraźniej wywabił dyrektora z Hogwartu i zamierzał przeszukać zamek, ale co robili Gryfoni?
Usłyszał, jak Snape zabezpiecza drzwi, klnie pod nosem, a potem wydaje z siebie coś takiego jak chichot.
- Rozumiem, że wszystko podsłuchałeś? – spytał, otwierając drzwi sypialni.
Harry ostrożnie zdjął pelerynę niewidkę, odkładając ją na krzesło.
- Co robią Gryfoni? – zapytał cicho.
- Nie wiem. Najpewniej to, o co ich poprosiłeś. – Zmrużył oczy. – Twój skrzat potrafi nie tylko ścielić łóżka.
Harry otworzył usta ze zdumienia.
- Wykorzystujesz Zgredka? – krzyknął oburzony.
- Nie. To Zgredek wykorzystuje Gryfonów. Powiem szczerze, że bawi mnie ta sytuacja. Są niemal pewni, że śmierciożercy przypuścili atak na Hogwart, a ty ukrywasz się w gabinecie dyrektora. Panna Granger dodatkowo postanowiła obronić hogwarckie zbiory – poinformował go, kpiąc przy tym ewidentnie.
Harry zmarszczył brwi.
- Jeśli komuś stanie się coś złego? – spytał, jakby dopiero teraz dotarła do niego powaga sytuacji.
- Minerwa uspokoi ich, zanim napadną na niewinnych. Obecnie w zamku znajduje się trzech aktywnych śmierciożerców, Potter. Jeden z tobą rozmawia, a dwóch zaraz się stąd aportuje – urwał. – Wypij eliksir i kładź się spać.
Severus Snape udał się bezpośrednio do gabinetu Dumbledore'a, mając nadzieję, że banda dzieciaków nie dokonała zbyt wielkich zniszczeń. Schody, włącznie z tymi ruchomymi, pokryte były jakimś podejrzanym śluzem, który przywodził na myśl jeden z wyrobów braci Weasley. Starał się nie dotknąć tej mazi, nie będąc pewnym, czy uda mu się to zmyć. Nawet jednym z jego sławnych eliksirów, które czyszczą wszystko łącznie z resztkami gumochłona. Minerwa zorganizowała już grupę, która zajmowała się sprzątaniem i ograniczaniem szkód. Wszyscy zamieszani zostali przydzieleni do poszczególnych zajęć, więc zapewne lekcje nie odbędą się już tego dnia. Przynajmniej Potter nie opuści nic więcej. Zbyt wiele już go ominęło. Mistrz Eliksirów nie był pewien, czy kiedykolwiek uda mu się nadrobić zaległości.
- Wejdź, Severusie – zaprosił go dyrektor, zanim zdążył dotknąć klamki.
- Dyrektorze – przywitał się, spokojnie.
Dumbledore zdawał się być faktycznie zdenerwowany. Chodził w kółko po swoim gabinecie, wgniatając dywan w podłogę. Fawkes siedział jak zwykle na swojej żerdzi i ignorował wszystko i wszystkich. Gdyby ta przerośnięta kura należała do niego, zrobiłby z niego rosół.
- Severusie, co robił tu Lucjusz Malfoy? – spytał, jakby to nie było jasne.
- Szukał Pottera. Ukryłem go w moich komnatach, gdy tylko dowiedziałem się, że obaj z Nottem tu są – urwał.
Nie cierpiał tych rozmów. Bezsensownych. Tracił tylko czas na wymienianie uprzejmości. Już dawno postarał się o to, by informacje przekazywać mu listownie.
- Co z nim?
- Odpoczywa. Wczoraj zemdlał. Dziś użala się nad sobą – skłamał gładko.
Harry obudził się w łóżku, przebrany w piżamę. Znów przegapił wizytę Zgredka i ponownie za nim nie tęsknił. Skrzat robił jak dla niego o wiele za dużo hałasu, a to była ostatnia rzecz, której potrzebował.
Rozglądnął się po sypialni, zdając sobie sprawę, że jest sam. Snape nie miał zbyt wielu rzeczy osobistych. Książki poukładane równo na półkach, szafę zapewne z ubraniami, której nie zamierzał otwierać. Małą szafkę tuż obok łóżka, na której nie było nawet lampki. Żadnych obrazów, pocztówek, listów. Czegokolwiek. Mugolskich zdjęć. Czy Snape nie miał mugolskich korzeni? Zadanie tego pytania byłoby chyba nie na miejscu, tym bardziej, że zostawił go w swoich komnatach samego. Najwyraźniej obarczył go swoim zaufaniem.
Harry usiadł, zastanawiając się nad tym, co powiedział profesor wcześniej. Malfoy najwyraźniej faktycznie nie doniósł ojcu, ale nie zmienia to faktu, że użył na Harrym jakiegoś dziwnego zaklęcia, które przywołało mnóstwo wspomnień.
Legilimecja. Przypomniał sobie. Jeszcze dziś pójdzie do biblioteki… chyba, że…
- Accio legilimencja! – krzyknął w kierunku półek.
Dwie opasłe księgi zaatakowały go niemal w tej samej chwili.
- Widzę, że się zadomowiłeś – zauważył zimno mężczyzna, wchodząc do sypialni. Harry zaczerwienił się. Najwyraźniej wybrał najgorszy z możliwych momentów, by dobrać się do zbiorów. – Legilimencja, panie Potter, nie powinna cię interesować – warknął, odbierając mu księgi.
Podszedł do półek, odkładając je na przeznaczone im miejsce i zabierając trzy inne, zakurzone, stare i bardzo często przeglądane.
- Oklumencja, przeciwieństwo legilimencji. Jedyna metoda na ochronę – wyrzucał z siebie strzępki informacji. – Przed Czarnym Panem także… - urwał, przypatrując mu się badawczo.
Nieprzyjemny dreszcz przeszedł wzdłuż jego kręgosłupa, gdy mężczyzna oceniał go. Może jego możliwości? Kto wie?
- Kiedy to przeczytasz, daj mi znać – dodał, opuszczając bez słowa komnatę.
Jak zwykle pozostawił mu wybór. Zostać i czytać. Czy wyjść i czytać. A może nie czytać? Choć akuratnie na to miał największą ochotę. Wspomnienie, jak Malfoy przewracał w jego głowie kartki z kolejnymi obrazami z pamięci było wciąż żywe i boleśnie nieprzyjemne. Podciągnął kolana pod brodę, ignorując to, że wciąż znajduje się w łóżku. Skoro Snape'owi to nie przeszkadzało, to jemu tym bardziej.
Otworzył pierwszą z nich „Oklumencja; podstawy" i pogrążył się w lekturze.
Potter nie był jeszcze gotów na rozmowę. Draco wyczuł to, sprawdził i przetestował. Wszystko po kolei. Zgodnie z planem, by zapewnić maksymalne bezpieczeństwo. Pansy właśnie wychodziła z Pokoju Wspólnego, zabierając ze sobą wszystkie księgi i rzuciła mu pytające spojrzenie, gdy zacisnął mocniej pięści, patrząc na rok starszego od nich Henry'ego Macnaira. Ślizgon miał na przedramieniu Mroczny Znak i obnosił się z nim od kilku dni. Jego opowieści zwabiły młodszych, w tym brata Zabiniego, choć akurat ich rodzina nie miała powiązań z Czarnym Panem i teraz mogły z tego wyniknąć kłopoty.
Jeszcze kilka dni temu cieszyłby się, gdyby młody Ślizgon głosił z taką fascynacją śmieriożercze poglądy, ale bardzo wiele się zmieniło.
Lucjusz Malfoy był zwykłym mordercą. Severus Snape był szpiegiem. Potter miał szansę wydostać ich z tej opresji, ale nie był wykwalifikowanym oklumentą i nie można było powierzyć mu sekretów. Jego refleks wieloletniego gracza quidditcha nie miał sobie równych, lecz działo się z nim coś dziwnego. Niedostrzegalnego na pierwszy rzut oka, ale wyczuwalnego, gdy znało się go tak długo jak Draco. Kiedy obserwowało się go latami, z ukrycia czy twarzą w twarz.
Na domiar tego Pansy bała się własnego cienia. Blaise wahał się, ilekroć widział, jak Marcelin wpatrywał się w Macnaira. Crabbe i Goyle mieli w końcu jakiś plan. A on… Dracon Malfoy miał udać się w paszczę lwa – do rodzinnej posiadłości, wykraść najbardziej chronione księgi ze zbioru swojego ojca.
Był szczerze zaskoczony, gdy zobaczył, jak Potter próbuje dobrać się do jego księgozbioru. Lata zajęła mu próba zmuszenia Gryfona do czytania, a tymczasem ten jak zwykle postanowił zrobić wszystko po swojemu. Nie pozostało mu więc nic innego, jak nakierować go przynajmniej na właściwą drogę i zostawić w samotności.
Bardzo chciałby przepytać Draco, dlaczego użył na Złotym Chłopcu legilimencji, skoro z jego twarzy można było czytać jak z otwartej księgi, ale nie lubił zadawać zbędnych pytań. Już wcześniej zauważył, że jego chrześniak przygląda się Gryfonowi bez wrodzonej niemal nienawiści i powoli sprawdza jego możliwości. Refleks, koncentrację, umiejętności… Aż dziw, że nikt z jego przyjaciół nie odgadł, że Potter jest pod ścisłą obserwacją Ślizgona. Ale czegóż można spodziewać się po Gryfonach?
Patrzył na zachód słońca nad Kanałem La Manche. Woda przybrała barwę krwi, gdy płonąca kula zanurzyła się w niej i tym samym oznajmiła mu, że to kolejny zakończony dzień jego nudnej egzystencji. Już dawno nie czuł się tak zmęczony. Ciągła zmiana otoczenia nie pomagała. Francja, Niemcy, Rosja, Włochy, Albania, Rumunia, Japonia… Nie pamiętał, gdzie nie był, choć podejrzewał, że takie miejsce może istnieć. Czasami wracał wspomnieniami do przeżytych lat i przeklinał się w duchu za uczucie pustki, które rozrastało się dzień za dniem. Dusiło go. Oplatało i nie pozwalało zapomnieć.
Najwyższy już czas był powrócić do starej, dobrej Szkocji. Dawno nie pił Ognistej w towarzystwie Severusa. Mistrz Eliksirów był wciąż dzieciakiem, ale jego sarkazm był ujmujący. Nigdy nie poznał równie negatywnej osoby i nie zamierzał tak szybko zakończyć tej znajomości. Nie był pewien, czy Severus ucieszy się z jego odwiedzin, ale podobnie jak w przypadku Carla nie przejmował się tym. Był za stary, by kierować się humorami śmiertelnych. Czuł, że musi wrócić do kraju i zamierzał to zrobić.
U jego stóp do przytomności dochodził ponad sześćdziesięcioletni czarodziej. Sarlin podciągnął go wyżej i popatrzył w przerażone oczy.
- Nie było tak źle, co? – spytał z lekkim uśmiechem.
Dwie czerwone ranki po zębach były już całkiem wygojone.
Albus Dubledore siedział w swoim gabinecie i zajadał cytrynowe dropsy.
zapraszam wszystkich - .pl
tam jest więcej moich tworów ^^
