dla Zilidyi

betowała Tyone- której się należą wielkie brawa :*


Rozdział 12

Skłamać czy nie skłamać, oto jest pytanie.

W ciągu tygodnia bardzo szybko wpadli w rutynę. Gryfon pod osłoną peleryny niewidki przekradał się do lochów. Zostawiał w myślodsiewni wszystko, co go niepokoiło i czytał o oklumencji. Rzadziej odrabiał zadanie, nie chcąc przeszkadzać Snape'owi, który oceniał prace pozostałych roczników. Prawie ze sobą nie rozmawiali, jeśli nie liczyć krótkiego powitania, na które Harry czasem dostawał odpowiedź, a częściej było to tylko skinienie, świadczące o tym, że Mistrz Eliksirów zauważył jego obecność.
Gryfon czuł się lepiej, spał więcej, choć nie bez incydentów. Wciąż rzucał na łóżko czary wyciszające, tak na wszelki wypadek. Sieć, którą tworzył przez kilkanaście dni, dalej oplatała jego ciało, ale Snape już więcej o niej nie wspomniał. Czasami jednak Potter czuł jego palące spojrzenie na sobie, lecz bał się podnieść głowę, by skrzyżować wzrok z mężczyzną. Prawie nic nie zmieniło się w ich relacjach. Zauważył jednak, że gdy się nie odzywał, nie był obrażany, więc korzystał z tej sposobności, ile mógł.
Przejście przez podstawy oklumencji trwało odrobinę dłużej, niż przypuszczał. Przeważnie gdy miał jakieś pytania, zapisywał je na pergaminie i następnego dnia szedł do biblioteki, i nawet Ron zaczął powoli wierzyć w jego krukońską miłość, która ma zapewne na niego zbawienny wpływ. Rudzielec musiał zapomnieć, że sam był źródłem plotki, ale nie zamierzał tego prostować. Dzięki temu i Lunie, która posyłała mu pocieszające uśmiechy, mógł wychodzić każdego wieczora niezatrzymywany i niewypytywany.

Zadziwiające było to, że Potter potrafił siedzieć w ciszy. Wyprowadzał go tym spokojem z równowagi, ilekroć okupował jego komnaty. Siadywał wtedy na sofie, która szybko stała się 'sofą Pottera' i czytał. Niejednokrotnie odrywał się i notował coś, ale nigdy nie zadał ani jednego pytania. Książka powoli się kończyła, czas płynął, a Potter milczał. Cholerny rozgadany Gryfon, który potrafił docenić ciszę jego komnat, doprowadzał go do szaleństwa.
Czasami patrzył na niego, a raczej na splecione ze sobą zaklęcia, które pulsowały żywą magią. Wybraniec musiał je poprawić, a może dodać kolejne, bo sieć wydawała się bardziej ułożona. Gęsta. Prawie nieprzejrzysta. Gryfon spinał się wtedy, jakby czuł, że jest obserwowany, ale jeśli tak było – nigdy nic nie powiedział. Właściwie w ogóle nic nie mówił i to było niepokojące.
Severus nie raz obserwował jego zachowanie wśród kolegów, kiedy to śmiał się, żartował albo po prostu rozmawiał. Milczenia w wykonaniu Pottera, jak Bóg żywy, nie widział. Aż do teraz.
Pełne skupienie na twarzy, niewielka zmarszczka przecinająca czoło, która zapewne się pogłębi wraz z jego wiekiem. Tak, Gryfon kolejny raz zagłębił się całą duszą w lekturę. Severus nie wiedział nawet, czy eliksiry, które mu serwuje co wieczór i myślodsiewnia pomogły. Chłopak wydawał się spokojniejszy, bardziej skoncentrowany, wyspany. Pod wszystkimi maskującymi zaklęciami wciąż było widać bladość, ale to był zbyt krótki okres, by ciało w pełni się zregenerowało. Przynajmniej dłoń nie drżała mu tak często, gdy pisał coś na pergaminie przynoszonym co wieczór.

Zbliżał się weekend i Draco Malfoy przeniósł się do swojego domu. Zacisnął dłonie w pięści, gdy przywitał go skrzat domowy i pocałował matkę w policzek na powitanie. Niemal ucieszył się, że nie ma ojca. Zapewne był w Ministerstwie, ale on nie zamierzał się tym przejmować. Miał tylko dwa dni na przeszukanie biblioteki rodzinnej. A potem musiał podjąć decyzję, czy zabrać to, co może się przydać, czy tracić czas na przepisywanie. Jeśli wybrałby pierwszą możliwość, nie miałby już powrotu do domu i najprawdopodobniej byłby zmuszony do ukrywania się w Hogwarcie. To znacznie utrudniłoby szukanie lokalizacji na kryjówkę dla Ślizgonów w razie wybuchu wojny.
Podążył sztywno do swojego pokoju i opadł na miękkie łóżko, zagrzebując się w poduszkach.
Potter zmienił się w ciągu ostatniego tygodnia. Nie wiedział dlaczego, ale Gryfon jakby przytomniej spoglądał na świat. Nigdy już nie skrzyżował z nim wzroku i raczej tego unikał, co zaniepokoiło go odrobinę. Teraz jednak miał całkiem nowe problemy, bo Severus rozpoczął pilną obserwację ich Domu. Ciemne tęczówki śledziły ich na każdym kroku, gdy wymykali się w nocy z dormitorium do Działu Ksiąg Zakazanych. Nigdy żadnego z nich nie ukarał ani nawet nie zmusił do powrotu do pokoju, ale to było tylko bardziej niepokojące. Plan zaczął się sypać już w momencie, gdy odkryli, że Potter jest konieczny do jego realizacji. Nikt z ich rocznika nie dysponował własnym majątkiem, a ten, który mieli, był po ścisłą kontrolą rodziców.
Wytypowali dwójkę uczniów w swoim wieku, którzy byli pewni pod względem lojalności i mieli możliwość wypożyczenia czy odsprzedania jakiegoś nawet niewielkiego domku. Jednak Longbottom odpadł ze względów oczywistych, a z Potterem od dnia spożycia feralnego eliksiru było coś nie tak. Malfoy zaczął nawet podejrzewać, że Czarny Pan powoli zaczynał kontrolować poczynania Gryfona, ale zmienił zdanie, gdy przeszukał dokładnie jego myśli i nie znalazł tam śladu negatywnych emocji, których się spodziewał.
Gryfon był przerażony, wystraszony, niepewny… Ale nie miał w sobie nawet grama nienawiści, nawet do ludzi, którzy trzymali go w komórce pod schodami. Nie potrafił też czuć złości do Czarnego Pana. Ból, którego Draco doświadczał we wspomnieniach Pottera, wielokrotnie nie pozwalał mu zasnąć. Gdyby on był na miejscu Wybrańca, jego wrogowie mieliby poważne problemy z poruszaniem się o własnych siłach, gdy tylko dostałby do ręki różdżkę.

Zapach ryb przypomniał mu, dlaczego tak bardzo nie lubił miast portowych. Wycieczka do Anglii zajęła mu dłużej niż przypuszczał, ale to była wina tylko i wyłącznie zmiennego systemu monetarnego. Niepotrzebnie wymienił liry na galeony, skoro w rozrachunku i tak potrzebował funtów. Dobrze, że wciąż można wszędzie płacić zlotem, gdy przepłaca się czterokrotnie. Inaczej miałby poważne problemy z przepłynięciem wpław tego cholernego zbiornika wodnego.
Nigdy nie był dobrym pływakiem, co musi dziwić, gdy ma się ponad siedemset lat na naukę. Jego koordynacja w wodzie była fatalna, ale odbijał sobie to pojedynkami i wampirzą zwinnością. Nieczęsto też miał okazję rozebrać się do bielizny i tak po prostu popluskać się w jeziorze, więc nie przejmował się zbytnio.

Potter jak zwykle wszedł do jego komnat i zajął swoje miejsce po krótkim powitaniu. Ostatnie słowa podręcznika postanowił najwyraźniej dokładnie przepisać, bo pióro nieustannie wydawało cichy szmer.
- Co robisz? – spytał w końcu Severus, decydując się na przerwanie ciszy.
- Chcę przepisać cytat – odparł lakonicznie Potter, odrywając oczy od pergaminu.
- Ponieważ? – Brwi zawędrowały naprawdę wysoko.
Gryfon wzruszył ramionami.
- Wydaje się być adekwatny: Człowiek więcej boi się tworów własnego umysłu niż konkretnej rzeczywistości.* - przeczytał.
Severus spojrzał na niego z zamyśleniem. Tego się nie spodziewał. Gryfon najwyraźniej zrozumiał więcej, niż oczekiwał. Oklumencja nie była najłatwiejszą sztuką, ale nieodzowna przy jej nauce legilimencja potrafiła przerazić każdego. Wzmagała koszmary u ludzi, których jej poddano, a Potter tak jakby zaczął wszystko od tyłu. Pierwsze mary nocne, potem zrozumienie, teraz zapoznanie.
Mistrz Eliksirów niejednokrotnie zastanawiał się, dlaczego autor właśnie tak zakończył szereg rad dotyczących ochrony umysłu. Wiele godzin poświęcił rozmyślaniom na ten temat, dopóki Lucjusz Malfoy nie próbował włamać się do jego głowy i nie natrafił na najbardziej przerażające rytuały, które opisywała jedna z ksiąg czytana przez Severusa tamtej nocy. Czy właśnie to wtedy go uratowało? Głupie zainteresowanie i wybujała wyobraźnia?
Nie po raz pierwszy rozważał, czy nie podziękować Sarlinowi za dar i wspólne lekcje, ale jak zwykle – wszystko poszło w zapomnienie, gdy spojrzał w jasnozielone tęczówki.
- Co zrobisz? – spytał cicho.
Tę rozmowę powinni byli odbyć kilka dni temu, gdy podał mu podręcznik, ale nie miał do tego głowy. Poza tym to Potter winien był ją rozpocząć, kiedy tylko doszedł do odpowiednich wniosków. Jeśli w ogóle do nich doszedł. Może potrzebował jeszcze kilku dni, by zdać sobie sprawę z sytuacji?
- Jak długo będzie mi pomagać myślodsiewnia? – zapytał spokojnie.
Przynajmniej tyle chłopak się nauczył. Żadnej paniki, strachu. Czasem pozostaje tylko spokój. I tylko godność.
- Cały czas, ale niedostatecznie. – Jak wyjaśnić komuś, że jest w stałym kontakcie z najlepszym legilimentą, który na dodatek jest szaleńcem i mordercą?
- Nie mam ostatnio koszmarów.
- Wiem, Potter. Jeśli zamierzasz mnie o tym teraz informować, to możesz sobie odpuścić. Zauważyłem to od razu – skłamał. Bardzo trudno było mu przebić się przez sieć zaklęć, od kiedy je dostrzegł. W jakiś chory sposób były piękne. Ten ich synchroniczny ruch. Łagodne pulsowanie. Ile razy uspokajały go, gdy zamierzał tak zakląć prace domowe cholernych ignorantów, by zaraziły ich pokrętnymi chorobami?
- Czy pańskie koszmary ustały, gdy został pan oklumentą?
Odwieczny dylemat. Skłamać czy nie skłamać, oto jest pytanie.


* Antoni Kępiński - Lęk