dla sandwich za to, że nigdy nie zdąży

betowała niezawodna Tyone - jest moja! i cudowna!


Rozdział 13

Garść czekoladek wyłącznie

Severus Snape rzadko miał okazję mierzyć się z kimś wzrokiem. O dziwo, nawet najwięksi psychopaci z Averrym na czele spuszczali głowy. Natomiast szaleńcze błyski Dumbledore'a utwierdzały go tylko w przekonaniu, że starzec już dawno stracił jasny wgląd w obecną sytuację na świecie. Czarnego Pana Mistrz Eliksirów nie liczył, bo zazwyczaj w jego obecności spędzał czas na kolanach. Nigdy też nie miał przemożnej chęci spoglądania mu w oczy. One są zwierciadłem duszy, a jak wiadomo taką trzeba posiadać, żeby coś w nich dostrzec. A Severus nigdy nie chciał zobaczyć pustki.
Oczy Pottera mówiły niewiele. A nawet to było nieśmiałym szeptem; przeżyłem tak wiele, że trudno mnie zaskoczyć. Więc z niemałą przyjemnością chłonął emocje. Zmieszanie, gdy wstał z fotela i przesunął go bliżej sofy. Zażenowanie, kiedy rozpiął górne guziki szaty, czując, że kołnierzyk coraz mocniej wpija się w jego gardło.
W końcu ostatnim, co zobaczył w oczach młodego Pottera, była determinacja, która powiedziała mu więcej niż dotychczasowe pięć lat.
- Moje koszmary nie odeszły i nie odejdą. Twoje, panie Potter, są wynikiem więzi z Czarnym Panem. I jeśli powtórzę to jeszcze raz, przysięgam, że Gryffindor straci w tym tygodniu wszystkie punkty – powiedział lodowatym tonem. – Doszukiwanie się analogii pomiędzy nami to kompletna strata czasu, bo w odróżnieniu od pana potrafię dokonywać wyborów i ponosić ich konsekwencje. – Miał nadzieję, że dostatecznie obniżył jego chęci prywatnych rozmów. Tym bardziej, że zielone tęczówki lekko rozszerzyły się, gdy użył ostrego tonu pod koniec dyskusji.
- W zamku jest dwóch legilimentów. Ja i dyrektor – zakończył chłodno. – Proszę zostawić podręcznik na stoliku. Oczekuję cię jutro wieczorem, Potter, jeśli zamierzasz korzystać z mojej myślodsiewni. – Wstał i podszedł z powrotem do biurka, zostawiając Gryfona z własnymi myślami i na kolejnym rozstaju dróg.

Żeby być dobrym szpiegiem niepotrzebna jest umiejętność kłamania. Bynajmniej. Prawdy i półprawdy sprawdzają się idealnie. Są niewykrywalne, a manipulowanie słowem jest czystą przyjemnością, gdy potrafi się to robić. Balansowanie. Na końcu własnej różdżki… Po prawej na jego ramieniu Czarny Pan, a po lewej Dumbledore. Gryfon idealnie rozlokował się swoim ciężarem, nie wybierając żadnej ze stron i stając się cichym sprzymierzeńcem Severusa. Choć jeszcze o tym nie wiedział i, jeśli Merlin rzeczywiście kiedyś żył – miał się nigdy nie dowiedzieć.

***

Wyszedł z lochów z duszą na ramieniu i, nie chcąc jeszcze wracać do dormitorium, udał się na boisko do quidditcha. Wydostanie się z zamku okazało się zbyt proste, nawet jak dla niego. W dłoniach wciąż ściskał kawałek pergaminu, na którym zapisane jego nierównym pismem notatki mówiły same za siebie. Nigdy nie nauczy się oklumencji, jeśli ktoś nie będzie świadomie włamywał się do jego umysłu. Malfoy zrobił to już raz i na samo wspomnienie niekontrolowanego przepływu obrazów dostawał ciarek. On sam najprawdopodobniej buszuje po umyśle Voldemorta, czerpiąc z jego nienawiści ile się da. Nie potrafił tak żyć. Nie mógł. Czy jednak potrafiłby pozwolić Snape'owi na wnikanie w najbardziej intymne sfery swojego życia? Komórka pod schodami, Dursleyowie, Syriusz.
Miał tak wiele tajemnic, tak wiele emocji, które ukrywał. Wszystkie intymne spotkania z przyjaciółmi, uściski pani Weasley, ciche rozmowy z Ronem, pocałunek z Cho. Tak wiele rzeczy, którymi nie chciał dzielić się nawet z Gryfonami, a zmuszony będzie pokazać je Ślizgonowi, który najprawdopodobniej wykpi go za każdym razem. Oczyma wyobraźni już widział wszystkie uśmieszki serwowane przez niego na lekcjach.
Nawet nie wiedział, że tak szybko dotarł na słabo oświetlone boisko do quidditcha. Usiadł na trybunach i popatrzył na ciemnozieloną trawę, czując, że zaczyna się odprężać, tak jak podczas pierwszego meczu na pierwszym roku. Do tej pory pamiętał to uczucie przyjemnego pulsowania krwi w żyłach, gdy wznosił się w powietrze, a wszyscy wiwatowali. Uwielbiał dopingujące go tłumy, więc czasami zastanawiał się, czy Snape nie ma racji w tym, że jest spragniony uwagi.
Zamknął oczy, czując lekkie podmuchy nocnego powietrza i nagle wiedział, co należy zrobić.

***

Dracon Malfoy przez całe dwa dni nie wychodził z prywatnej biblioteki, uprzedzając skrzaty domowe, że nie będzie dostępny dla nikogo, dopóki nie znajdzie potrzebnych mu w nauce zaklęć. Ojcu wspomniał o tym, że zamierza odegrać się na Potterze za rzekomo przegrany pojedynek na lekcjach Obrony Przed Czarną Magią, więc dostał niemal błogosławieństwo. Matka z lekkim zamyśleniem w oczach skinęła mu głową, jakby dla potwierdzenia jego decyzji. A może tylko tak mu się wydawało. Nie mógł jeszcze wspomnieć jej o swoich postanowieniach, bo mieszkała w tym samym domu, co jeden z najlepszych legilimentów, więc żadna tajemnica nigdy nie utrzymała się w rezydencji dłużej niż dwie minuty, jeśli Lucjusz tylko miał jakieś podejrzenia. Na swoje jednak nieszczęście Malfoy senior ze swego jedynego dziedzica zrobił niesamowicie odpornego oklumentę, który wcale nie stawiał murów, a wzorem swojego ojca chrzestnego – budował fałszywe obrazy.
Stworzenie pojedynku z Potterem nie było trudne. Wykorzystał wspomnienia z drugiego roku i te sprzed kilku dni, gdy rzucił w niego Drętwotą. Niemal czuł na swojej jaźni magię ojca, która sprawdzała najpierw ostrożnie czy zauważył, a potem wślizgnęła się przez słabą tarczę ochronną i wyciągnęła na wierzch wszystko, co go interesowało. Nic więcej, nic mniej.
Zamknął ostatnią z ksiąg i popatrzył na zapisane równo ponad piętnaście stóp pergaminu. Spisał chyba wszystko, co było przydatne. Całe szczęście, że potrafił używać jednocześnie trzech piór samopiszących, inaczej nigdy nie zdążyłby w tak krótkim czasie. Może nie będzie musiał wracać do domu na święta. Może już nigdy nie będzie musiał tutaj wracać. Może uda mu się wyciągnąć stąd matkę bez wzbudzania podejrzeń.
Może…

***

Wstąpił do jednego z czarodziejskich sklepów, które ukryto w bardzo wąskiej uliczce, rozszerzającej się jednak na każde, nawet najlżejsze drgnienie magii. Tak dobrze było znów poczuć brytyjski klimat. Kurz starych ksiąg, wilgoć i wszechobecną mgłę. Przekroczył próg lokalu, zdejmując pelerynę. Jego blond włosy zwróciły natychmiast uwagę ekspedienta, który za wszelką cenę próbował upchnąć nadwyżkę towaru na jednej z półek, ale nawet zaawansowane czary zmniejszające nie dawały rady.
- Proszę się nie kłopotać – odparł z lekkim cudzoziemskim akcentem. – Poproszę zapakować dla mnie księgi z tej listy. – Podał mężczyźnie dość długi, drobno zapisany pergamin i z przyjemnością zauważył, że młody chłopak zarumienił się, gdy obniżył tembr głosu. – I przynajmniej pięć pudełek magicznych czekoladek z wiśniami – dodał z błyskiem w oku.
Uwielbiał małe miasteczka czarodziejskie. Na Pokątnej spędziłby przynajmniej dwa dni, szukając każdej księgi w oddzielnym sklepie. Kolejki w Miodowym Królestwie przerażały go, tym bardziej, że przez niemal cały czas musiał uważać, by nie zetknąć się z kimś przypadkowo odsłoniętą częścią ciała. Kontakt bywał nieprzyjemny i na jego nieszczęście bardzo szybko go rozpoznawano. Wytłumaczenie, że jest całkiem niegroźnym, uzależnionym od czekolady wampirem było niemal niemożliwe, gdy zidiociali obrońcy czarodziejskiego społeczeństwa zaczynali rzucać w niego Avady.
Bezskutecznie. Jak można zabić kogoś, kto już nie żyje?
- Płacę złotem – uprzedził kolejne pytanie i odliczył szybko kilka mniejszych gródek ze skórzanego mieszka.
Severus powtarzał do znudzenia, że jest staroświecki, ale nigdy nie dodał, iż mu to nie odpowiada. Czekoladki i drogie księgi powinny udobruchać go tym bardziej. Dziesięć lat temu zniknął bez pożegnania, ale nie mógł postąpić inaczej. To drażniące uczucie w klatce piersiowej zmusiło go do porzucenia przyjaciela i wędrówki na wschód. Potem było południe i teraz w końcu czuł, że może wrócić do starej dobrej Anglii. Nie udało mu się jednak nigdy odgarnąć prawidłowości, z jaką reaktywowała się od czasu do czasu klątwa, którą na niego rzucono, gdy skończył szesnasty rok życia. I trwała aż do dziś. Przez ponad siedemset lat samotności.
Ekspedient skończył ważyć złoto i wypłacił mu w galeonach resztę, więc pozwolił pieniądzom spocząć miękko w kieszeniach spodni. Mógłby kupić jeszcze jakieś składniki eliksirów, ale czuł, że podrzędne sklepiki czarodziejskie nie będą miały tego samego asortymentu, co stary dobry Nokturn.
- Czy mogę prosić pergamin? – spytał cicho.
W głowie zaświtał mu całkiem diabelski pomysł, który doda pikanterii spotkaniu z Severusem. Gdy wysyłał sowy z hogwarckim adresem, chichotał cicho pod nosem. Nie użył zaklęcia zmniejszającego na żadnym z pakunków i Mistrz Eliksirów będzie musiał się wykazać niesamowitym refleksem, jeśli chciał uniknąć siniaków.

***