betowała: Tyone :* :* :* - jesteś cudna :*

Rozdział 15
Oklumencja

Harry wszedł do komnat Snape'a z duszą na ramieniu. Mistrza Eliksirów nie było na kolacji, co nie byłoby dziwne, gdyby nie to, że Dumbledore wyglądał na ewidentnie zaniepokojonego. W szkole huczało od sprzecznych plotek i Gryfon przez chwilę zastanawiał się, czy Snape nie użyje ponownie tego czaru o szerokim zasięgu, by usunąć wspomnienia. Nie miał jednak zbyt wiele czasu na myślenie. Nie udało mu się odszukać żadnych informacji o Obliviate tego rodzaju. Ani nic o jego odmianach. Potrzebne księgi musiały znajdować się w chronionej części biblioteki lub w prywatnych zbiorach profesora. Nie znalazł też nawet wzmianki o ochronie przed takowymi czarami. Ślizgoni musieli mieć dużo szerszy dostęp do skomplikowanej magii. Albo, co bardziej prawdopodobne, była to Czarna Magia, której jak dotąd Harry unikał. Jeśli jednak pozwalała na obronę w pewnych sferach, logicznym wydawało mu się sięgnięcie i do tych źródeł.
Przez krótki moment rozważał nawet rozmowę ze Snape'em, ale skoro współpraca układała im się niemal idealnie, nie chciał zaburzać milczącego układu. Zdawał sobie w pełni sprawę, że będą musieli zamienić ze sobą jeszcze sporo słów podczas lekcji. Ba! Nastawił się nawet na inwektywy, które zapewne zostaną rzucone w jego stronę. Nie oszukiwał się – nie był zbyt pojętnym uczniem, a Snape nie miał cierpliwości. Nie mógł jednak zwrócić się o pomoc do Dumbledore'a. Gdyby jeszcze raz został poczęstowany cytrynowym dropsem jako główną odpowiedzią na trapiące go kwestie, najprawdopodobniej sam oddałby się w ręce śmierciożerców.
Snape nie rozwiązywał jego problemów, ale nie częstował cukierkami, więc Harry przynajmniej będzie miał zdrowe zęby, gdy spotka się z Voldemortem.
Gdy tylko ta myśl skrystalizowała się w jego umyśle, zachichotał. Natychmiast pochłonęły go ciemne tęczówki. Najwyraźniej zamyślił się na środku salonu Snape'a.
- Miło, że mimo iż jeszcze nie zaczęliśmy, już marnujesz mój czas – warknął profesor, splatając dłonie na piersi.
Gryfon przybrał zwykły, opanowany wyraz twarzy, ale powstrzymał się od przeprosin, które cisnęły się mu na usta. Snape'owi nie imponowały słowa. Niejednokrotnie już widział, jak Mistrz Eliksirów nie robi sobie nic z próśb czy gróźb.
- Chciałbym, żeby mnie pan uczył oklumencji, profesorze – oświadczył mu spokojnie. – Wiem, z czym się to wiąże – urwał, nie wiedząc, co dokładnie chciałby jeszcze dodać. W końcu popołudnie spędził też doczytując o oklumencji, ile tylko mógł, tak, by nie wzbudzić podejrzeń Hermiony czy Rona.
Mężczyzna skrzywił się, a poprzeczna zmarszczka przecięła jego czoło. Chwilę milczał, jakby rozważał słowa Gryfona, ale ostatecznie skinął głową i wyciągnął różdżkę. Harry wiedział, że tak będzie. Kiedy usłyszał wypowiadane wyraźnie zaklęcie, zaczął powtarzać w myślach wznosić mury, wznosić mury, wznosić mury. Nie był pewien, jak długo zajęło mężczyźnie przedarcie się przez bariery jego umysłu. Zamiast jednak atakujących go wspomnień, nieprzyjemna obecność musnęła jego jaźń i wycofała się tak szybko jak dostała do środka.
Spojrzał z bardzo bliska na dywan, którego nie powinno być pod jego policzkiem i na buty Snape'a.
- Żałosne, panie Potter. – Usłyszał tuż przy uchu, gdy został podciągnięty do pionu przez silne dłonie.
Ćwiczyli przez kolejne dwie godziny, dokładnie do momentu, w którym Harry zaczął wymiotować. Snape podciągnął go do bezceremonialnie do siadu i podsunął myślodsiewnię, po czym wypchnął z komnat, nie kłopocząc się nawet tym, czy Harry trafi do wieży.
Zamienili ze sobą może ze dwa zdania i Gryfonowi to odpowiadało. Nie zauważył też w salonie żadnej z ksiąg, które Mistrz Eliksirów dostał tego ranka. Ani jedno pudełko czekoladek nie zaśmiecało biurka mężczyzny.

ooo

Draco wciągnął kilkanaście stóp pergaminu zapisanego jego drobnym, schludnym pismem. Pansy usiadła na łóżku obok niego i przytuliła się do jego boku. Straciła dobrych parę kilogramów w ciągu ostatnich dni i zazwyczaj zaokrąglona twarz stała się bardziej pociągła. Zmęczenie powoli dawało o sobie znać. On też już miał podobne sińce pod oczami, ale wciąż zostawało zbyt wiele pracy do wykonania. Znalazł możliwą lokalizację, którą mogliby zająć i nawet prawie zaplanował spotkanie z Potterem. Porozmawiają z nim w ostatniej chwili, gdy już nie będzie odwrotu, zapewniając sobie jednocześnie szersze pole działania.
Bardzo chciałby wykorzystać wiedzę Granger. Milicenta nie dawała sobie rady z poszukiwaniem zaklęć rodzinnych i adopcyjnych. Co prawda na to mieli jeszcze czas, ale wolałby, żeby wszystko zostało zapięte na ostatni guzik. Do tego potrzebowali dorosłego czarodzieja, który mógłby rozwieść jego matkę z ojcem. Dla niej też przygotowali miejsce w bezpiecznym domu, jak zaczynali nazywać budynek w Dolinie Godryka. O ironio, to właśnie tam ukrywali się Potterowie przed Czarnym Panem i tam też zginęli, ale wolał o tym nie wspominać już i tak spanikowanym współdomownikom.
Zamierzali zaadaptować go na swoją siedzibę i kryjówkę zarazem. Nie brał pod uwagę możliwości, że Gryfon się nie zgodzi. Wszyscy niepowiązani z Czarnym Panem Ślizgoni złożyli przysięgi na piśmie, które skrzętnie ukrywał pod szatami i teraz nie było odwrotu. Potter albo zapewniłby im ochronę, albo miałby kolejnych przeciwników na polu bitwy. Jako jednostki nie mieli szans, tym bardziej przez prywatne animozje, ale jako trzydzieści osób – trzydzieści różdżek – byli siłą, z którą należało się liczyć.
Pozostało poczekać na właściwy moment. Draco przygotował sobie już wszystkie potrzebne dokumenty. Sprawdził każdą ustawę i możliwość jej blokady przez Ministerstwo. Przez własnego ojca. Pansy i Goyle na zbudowaną przez Crabbe'a miniaturze domu założyli zaklęcia ochronne, które wytrzymywały ataki Zabiniego i Notta od trzech dni. Biorąc pod uwagę, że budynek sam się bronił, było całkiem nieźle. Gdy znajdą się tam wszyscy, twierdza będzie nie do zdobycia i właśnie o to chodziło. O przeżycie tej wojny.

ooo

Patrzył beznamiętnie na magiczne potwierdzenie odbioru. Krwistoczerwone litery nakreśliły prosty w znaczeniu przekaz – Nawet nie waż się do mnie zbliżać, znów jest niebezpiecznie. SS. Nigdy nie rozumiał Severusa. Czy bronił go przed Voldemortem? Czy sam się przed nim bronił? A może bronił się przed swoim Panem? Lordem? Jak arystokratą może być ktoś, kto nie posługuje się bezróżdżkową magią? Świat schodził na psy, a może – tak jak twierdził Severus – na węże. Za jego czasów nie do pomyślenia byłoby uzurpować sobie taki tytuł. Groziła za to całkiem nieprzyjemna śmierć. Za twierdzenie, że jest się nieśmiertelnym też karano. Natomiast ogłaszanie się najpotężniejszym – sprawdzano. Metoda była bolesna, ale jakże skuteczna. Siedemset lat temu nie było wszechmocnych, wszechwładnych – byli tylko ci, którzy posiadali rozum i potrafili go używać. Teraz to plemię rozpleniło się, zmieszało swoją krew z tą niemagiczną i na siłę próbuje odwrócić proces. Bezowocnie. Tłumaczył to Severusowi, gdy i jego opanowała nowa moda na czystokrwistość.

Jesteście tylko wiatrem
i pyłkiem na wietrze,
a tak bardzo chcielibyście
być czymś więcej(1)

Zaśmiał się, podwijając pelerynę pod siebie. Ściółka była wilgotna. Prawie zapomniał, jak mokro potrafi być w Anglii. Słoneczne wzgórza Italii, a wcześniej Turcja. Rosja prawie została wyparta z jego pamięci.
Nie odczuwał chłodu, ale nie miał ochoty na podróżowanie w mokrym ubraniu. I tak w Hogsmeade musiał kupić sobie nowe rzeczy, które odpowiadałyby stylowi obecnej Wielkiej Brytanii.

ooo

Severus Snape po raz kolejny przelał wspomnienia chłopaka do pustej fiolki i postawił ją w szafce obok innych, które były podobnie oznaczone. Najwyraźniej Gryfon nie doczytał jednej z podstawowych rzeczy – wspomnienia z myślodsiewni powinno się wyjmować i przechowywać. Mistrz Eliksirów wiedział jednak, że w dormitoriach Gryffindoru nie było miejsca na tajemnicze fiolki, a zbicie ich było groźne. Zresztą nigdy nie wiadomo, co ta banda idiotów mogłaby zrobić z nieznaną substancją.
Jak przez mgłę przypomniał sobie dzisiejszy poranek. Wszystko działo się tak szybko. Miał porozmawiać z Cholernym Złotym Chłopcem o jego zdolności. Gówniarz chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, co robi. Mogło to być niebezpieczne, jeśli nie kontrolował magii wokół siebie. Jakimś cudem potrafił oddzielić część energii od rdzenia i wysłać ją w orbitę naokoło własnego ciała. Czary poruszały się, nie trwały w zamrożeniu – jak dzieje się to zwykle przy rzucaniu zaklęć. Energię ze skoordynowanego ruchu wykorzystywały do wzajemnego przytrzymywania się. Miał szansę oglądać je z bliska i z daleka podczas całego tygodnia. Nie znalazł jednak wyjaśnienia dla tego zjawiska. Nie było go w księgach ani zapiskach sprzed wieków, które przechowywała jego matka.
Sarlin z łatwością odnalazłby zastosowanie ze swoją wiedzą, ale przyprowadzenie go do Hogwartu nie wydawało się dobrym pomysłem. Był zbyt lekkomyślny. Za bardzo rzucał się w oczy i, co najważniejsze, zawsze próbował zmusić go do zmian w swoim życiu. Prawie udało im się raz znaleźć obopólne porozumienie, ale wtedy wampir zniknął. On, Severus, zajmował się uczeniem, badaniami i własnymi wyrzutami sumienia. Sarlin pomagał mu, odciągał go od przykrych wspomnień i nawet raz uratował jego życie, czego nigdy mu nie zapomni. Zresztą blizny po ugryzieniach wciąż miał na szyi i nie wyglądało na to, by miał kiedykolwiek się ich pozbyć.
Automatycznie poprawił wysoki kołnierzyk i ponownie zagłębił się w lekturze. Postanowił, że dowie się wszystkiego na temat cholernych splątanych czarów tego Gryfona, więc nie pozostało mu nic innego, jak osiągnąć ten cel.
Koniec końców nie zamienili z dzieciakiem zbyt wielu słów. Już czuł, że oklumencja nie będzie mocną stroną Pottera, co odrobinę zmodyfikowało jego plany. I dało jasny obraz sytuacji – podobnie jak Czarny Pan, Gryfon był najwyraźniej legilimentą. Kolejna cecha po wężomowie, którą dostał wraz z odrobinkami magii.
Złamał pióro, gdy zdał sobie sprawę, że być może właśnie obcą energię Gryfon wypiera wraz z każdym zaklęciem. To dlatego tak łatwo ukierunkowywał czary i nie tracił własnej magii. Nieświadomie sięgał do pokładów, które tkwiły w nim już jako niemowlęciu. Nie wyczerpywał swojej mocy, ale wykorzystywał coś, co nie do końca było jego jestestwem.

ooo

Hermiona siedziała w Pokoju Wspólnym i zastanawiała się nad tym, kiedy narodziła się plotka o Harrym i Lunie. Wszyscy wiedzieli, że miała znakomitą pamięć. Co prawda była zajęta wypracowaniem z Transmutacji, ćwiczeniami z OPCM, esejami z Eliksirów i Zaklęć, o Numerologii nie wspomniawszy, ale zazwyczaj udawało jej się idealne zgrać wszystko.
Poczuła się dziwnie, gdy spotkała Lunę w Skrzydle Szpitalnym. Krukonka wspomniała, że była u Harry'ego, ale dopiero potem Ron wyjaśnił jej, że Harry zaczął się z nią spotkać kilka dni wcześniej. Każdy Gryfon potwierdził tę teorię, ale wciąż coś jej nie pasowało. Nie spuszczali Harry'ego z oczu. Uczyli się razem, wspólnie jedli i zajęcia też mieli we troje. Kiedy więc Gryfon znalazł na nią czas?


(1) autorstwa euphorii