2. Chłód i białe maski

Wołanie o pomoc niosło się po ciemnym, zamglonym parku, pełnym powykręcanych, szarych drzew pozbawionych liści. Brązowowłosy natychmiast rozpoznał głos dziewczyny i pobiegł w jego kierunku. Ciężkie, wojskowe buty chlupotały o zabłoconą alejkę. Na głowie chłopaka siedziało coś. Nie był w stanie na to coś spojrzeć, ale wyraźnie to czuł.

- "Chodź tu mała! Nie uciekaj!" - ochrypły głos dobiegł z oddali. Towarzyszył mu kolejny pełen strachu wrzask.

- "Carroll!" - zawołał biegnąc.

- "Nie dasz rady…" - dobiegł szept z góry.

- "Muszę."

- "To za wiele… To nie łobuz… To nawet nie nastolatek…"

- "To nic nie zmienia."

- "Nie jesteś bohaterem…"

- "I nigdy nie byłem i nie będę. Ale nie muszę nim być, żeby ocalić bliskich."

- "Brzmisz zabawnie" - zachichotała istota.

- "Dlaczego?"

- "Brzmisz jak bohater. A bohaterowie są zabawni…"

- "Zabawni?"

- "Przepraszam… ŚMIESZNI!"

- "Mam to gdzieś… To nic nie zmienia. Nie będę słuchał uwag… czegoś…" - skręcił w lewo, słysząc właśnie stamtąd kolejny krzyk.

- "Czego?"

- "Nie wiem! Skąd mam wiedzieć? Nie widzę cię…"

- "No i?"

- "Powiedz kim jesteś…"

- "Tobą kretynie… "


Drażniący mózg, wibrujący dźwięk budzika brutalnie rozpędził sen. Zaraz później mocne światło dochodzące zza okna przywróciło Paula do niemal całkowitej przytomności, rozmywając przy okazji resztki wspomnień z nocnych podróży w krainę wyobraźni.

Uniósł się powoli na rękach i wysunął nogi spod kołdry. Na bose stopy nałożył kapcie w kształcie łap pokrytych długim, brązowym futrem i wstał starając się nie pociągnąć za sobą pościeli. Stanął na środku pokoju i przeciągnął się mimowolnie wydając z siebie stęknięcie. Obejrzał się na łóżko. Zawinięta w połowę kołdry leżała w nim niebieskowłosa dziewczyna. Oddychała spokojnie. Jej twarz wyglądała niewinnie i beztrosko. Zupełnie jakby jej życie było całkowicie pozbawione problemów.

Chłopak był z siebie dumny. Dumny z tego, że może zapewnić tej dziewczynie ochronę przed "złem" tego świata. Dumny z tego, że może ją pocieszyć i rozbawić w trudnej chwili. Z tego, że ma wreszcie kogoś tak bliskiego w życiu…

Uśmiechnął się na wspomnienie wczorajszej, wieczornej rozmowy z ojcem.

Gdy tylko wszedł poprzedniego wieczoru do domu, prowadząc ze sobą niebieskowłosy kłębek nieszczęść, zaraz został wciągnięty do kuchni przez rodziciela. Widząc, że rozmowa trochę potrwa, dał swej dziewczynie sygnał, by poszła do na górę, do jego pokoju.

- "Co jest?" - spytał wąsaty mężczyzna.

- "Carroll ma… dość duży problem rodzinny…" - odparł Paul masując kark - "Mogłaby u nas trochę pomieszkać?"

- "Synu…" - zrobił dramatyczną przerwę. Chłopak prawie wstrzymał oddech - "...oczywiście, że może!" - brązowowłosemu ulżyło - "Jestem z ciebie dumny… Pamiętaj tylko, że dbając o wszystkich wokół, możesz zaniedbać siebie" - poklepał syna po ramieniu.

- "Dzięki" - uśmiechnął się i ruszył za swą towarzyszką.

- "Tylko pamiętaj!" - zawołał za nim ojciec. Odchodzący zatrzymał się i zerknął za siebie - "Nie chcę jeszcze zostać dziadkiem" - zaśmiał się. Paul pokręcił głową i popędził za Carroll.

Schody skrzypnęły donośnie i wydawać by się mogło, że nawet nieco złośliwie. Chłopak skrzywił się i przez chwile nasłuchiwał jakichkolwiek odgłosów wydawanych zazwyczaj przez budzące się osoby. Kiedy nic takiego nie dotarło do jego uszu, ostrożnie pokonał kilka pozostałych stopni. Szurając z cicha kapciami, które miały kojarzyć się z pewnym włochatym stworem z bardzo znanego filmu, ale średnio spełniały to zadanie, wszedł do kuchni.

- "Cześć Paul" - głos matki sprawił, że brązowowłosy drgnął nerwowo.

- "Cześć mamo" - odpowiedział zbliżając się do lodówki i wyciągając z niej biały twarożek.

- "Jak tam noc?" - zapytała siedząca przy stole kobieta. Czytała książkę i popijała poranną kawę.

- "Jak to noc… cicha… ciepła… miła…" - powiedział chłopak, wyciągając bochenek chleba z aluminiowego chlebaka i nóż z szuflady.

- "Ciepła?"

- "Pod kołdrą…" - rozsmarował dokładnie ser na kilku kromkach i sięgnął po szklanki.

- "Pod kołdrą?"

- "Mamo!" - krzyknął, po czym obejrzał się z niepokojem na schody i odezwał się ciszej - "Po tacie to się spodziewałem, ale ty?"

Kobieta tylko się uśmiechnęła i podała mu stojące na blacie mleko. Paul nalał je do szklanek, po czym ustawił całe przygotowanie jedzenie na tacce i wyszedł z kuchni posyłając rozbawionej mamie zniesmaczone spojrzenie. Zaczął wspinać się powoli po schodach.

Wchodząc do pokoju z ulgą zauważył, że dziewczyna nawet nie odwróciła się na drugi bok. Wciąż spała, a jej niewielkie, kształtne piersi unosiły się delikatnie w rytm spokojnych wdechów.

Chłopak odstawił tackę na nieco zawalone najróżniejszymi przedmiotami biurko i zbliżył się do zajmującej łóżko. Nachylił się nad nią tak, że aż czuł na twarzy jej oddech, po czym ostrożnie potrząsnął jej ramię.

- "Carroll…" - powiedział cicho, prosto do jej ukrytego pod niebieskimi włosami ucha - "Obudź się."

Niebieskowłosa mruknęła coś przeciągle i nie otwierając oczu przeciągnęła się, roztrącając leżące na materacu części pościeli. Rozsunęła powieki i spojrzała swymi jasno-niebieskimi oczętami prosto w wiszące tuż nad nią oblicze Paula.

- "Hej" - uśmiechnął się serdecznie.

Carroll podniosła się nieco i pocałowała go. Przez dłuższą chwilę nie odrywała warg od ust zaskoczonego młodzieńca.

- "Hej" - powiedziała, gdy w końcu z powrotem opadła na przekrzywioną poduszkę.

Przez chwilę jedyną rzeczą jaką był w stanie z siebie wykrzesać brązowowłosy było bezgłośne "łał", które wywołało lekki chichot i napływ krwi do policzków u dziewczyny.

- "Zrobiłem dla nas śniadanie" - powiedział, gdy w końcu odzyskał mowę. Wziął jedzenie z biurka i postawił je na łóżku, przed dziewczyną, która w międzyczasie usiadła sobie po turecku, z nogami wciąż pod kołdrą. Paul ściągnął futrzane kapcie i usiadł obok.

- "Dzięki za śniadanko" - rozpromieniła się niebieskowłosa, po czym spojrzała w ślad za brązową parą obuwia - "Co to właściwie jest?"

- "Kapcie…" - odpowiedział - "Mają wyglądać jak łapy Vookich z Gwiazdowych Bojów."

- "Nigdy nie widziałam tego… filmu?" - wgryzła się w wysmarowaną serem kanapkę.

- "Ta, filmu. Muszę ci go kiedyś pokazać… To klasyka science fiction" - chłopak również wgryzł się w swoją porcję.

Spędzili kilkanaście minut śniadania w komfortowej ciszy.


Dziewczyna obudziła się czując piekący ból ręki. Syknęła i usiadła na łóżku, masując się delikatnie po poparzonej, ukrytej pod bandażem kończynie. Zaraz jednak wzdrygnęła się czując jak zimne jest powietrze w jej pokoju. Zwlokła się z łóżka, zabierając z sobą kołdrę w charakterze peleryny i powlokła się w stronę okna. Odsunęła ciemno-pomarańczową kotarę i ujrzała coś strasznego. Cała widoczna z jej sypialni ulica, razem z podjazdem i trawnikiem przed domem, była pokryta śniegiem. Przeklęty biały puch leciał dodatkowo z nieba, osadzając się na szybie i parapecie. Z obrzydzeniem zasunęła zasłony, odcinając jedyne źródło światła i wycofała się do pokoju, a potem dalej, w głąb domu. Obojętnie minęła łazienkę i poprawiając rozczochraną, przypominającą raczej płomień niż włosy, czuprynę, zeszła powoli na dół. Kiedy jej bose stopy zetknęły się z pozbawioną dywanu podłogą, po jej plecach przeszły ciarki. Pożałowała, że nie poświęciła kilku sekund na odnalezienie kapci albo chociaż założenie ciepłych skarpet. Krzywiąc się, powlokła się do kuchni.

- "Cześć tatku…" - wymamrotała widząc czytającego gazetę, barczystego rudzielca.

- "Witaj córciu" - uniósł wzrok znad zadrukowanych stron i zmarszczył czoło - "Dlaczego jesteś owinięta w kołdrę?"

- "Zimno mi…" - mruknęła ospale i zaczęła jedną ręką przygotowywać sobie bułkę.

- "Nie mogłaś się ubrać w jakiś sweter albo coś?" - ojciec wrócił do lektury.

- "Nie…" - odstawiła przygotowaną kanapkę i nasypała do miski miodowych płatków. Po sam brzeg naczynia - "Zamierzam dziś nie wychodzić spod kołdry…"

- "Dlaczego?" - mężczyzna spojrzał na nią zdziwiony.

- "Śnieg spadł…" - powiedziała z obrzydzeniem, chwyciła swoje jedzenie i wspięła się na górę, gdzie ze wszystkich poduszek, kołder i koców jakie znalazła, zrobiła sobie fort, w którym planowała spędzić resztę dnia. Głównie na jedzeniu, pisaniu ze znajomymi i spaniu.


Niewysoki chłopak poprawił żółtą kurtkę, a na łysą czaszkę nałożył dziwną, szpiczastą czapkę w tym samym kolorze, która praktycznie natychmiast zmieniła swój "szpic" na oklapły ogonek. Ze swoim nieodłącznym, lekko złośliwym uśmieszkiem wyszedł z domu. Przechodząc po skrzypiącej warstwie zalegającego na ścieżce przed domem śniegu, sprawdził czas i odetchnął z ulgą. Do umówionej godziny miał jeszcze wystarczająco dużo czasu by przestać się obawiać spóźnienia. Raźnym krokiem ruszył przed siebie.

Kilkanaście minut i setki kroków później dotarł do wyznaczonego miejsca. Należąca do starszej pani nazwiskiem Treetrunks kawiarnia stała o tej porze pusta. No prawie… Przy jednym ze stolików, zaraz przy oknie siedziała dziewczyna z długimi, brązowymi włosami. Łysy przyśpieszył i wkrótce stanął obok brązowowłosej.

- "Hej Margles" - przywitał się radośnie, wyciągając jednocześnie spod kurtki pudełko czekoladek w kształcie serca i podając je siedzącej.

- "Hej Damian! To dla mnie? Dzięki!" - przywitała się podrywając z siedzenia i gwałtownie obejmując chłopaka. Bombonierka jakimś cudem przetrwała ten nagły atak czułości.

Nawet nie zwrócili uwagi na przemykające za oknem czerwoną terenówkę i białego dostawczaka.


- "Mam nadzieję, że ten nowy niczego nie spierdoli" - warknął kierujący dostawczakiem, zwalisty facet. Na jego kolanach leżała odbezpieczona strzelba i prosta, biała maska.

- "Nie martw się stary…" - mruknął siedzący obok niego, siwowłosy, szczupły i wysoki jak tyczka gość - "Tego nie da się spieprzyć. Zresztą jest z nim Urwipaluch."

- "Tia… Zero stresu" - pokiwał głową kierowca - "Ty! Pirat! To tu?" - Wskazał uliczkę.

Pomiędzy zagłówkami przednich siedzeń pojawiła się nieogolona morda. Lewe oko jej właściciela zasłonięte było szarą, owiniętą dookoła głowy szmatką. Drugie - zdrowe i odsłonięte - przeskanowało wskazane przez siedzącego za kółkiem miejsce.

- "To tu" - potwierdził - "Ale nie nazywajcie mnie "pirat". To mnie strasznie wkurza…"

- "Nie marudź. To zabawne i może pomoże ci się czegoś nauczyć na przyszłość" - zaśmiał się zwalisty.

- "Na przykład, żeby nie pierdolić dzieciaków..." - dodał ponury głos z tylnego siedzenia.

- "Spierdalaj Śmieszek!" - wrzasnął jednooki oglądając się na zielonowłosego mężczyznę.

- "Nie klnijcie mi tu!" - uciął siwy - "Szykujcie się."

Jadąca przodem, czerwona terenówka ruszyła dalej, a dostawczak skręcił i wycofał się w ciasną uliczkę. Mężczyźni zaczęli chować pod ubrania krótką broń i białe, przypominające twarze lalek, maski. Zwalisty schował swoją strzelbę do nesesera, Pirat wcisnął chiński scyzoryk do kieszeni, a siwy nakręcił na swój pistolet tłumik. Czterech, na pierwszy rzut oka, normalnych obywateli wyskoczyło przez tylne drzwi.


Odkąd Bonnibel poprosiła swego lokaja i opiekuna o nie dotykanie jej rzeczy, dookoła jej biurka urosła potężna kupa papierów i książek. Samo biurko było względnie czyste. Stały na nim tylko kilka różnych naczyń laboratoryjnych i opasła księga. Dziewczyna zgarnęła zwisający jej przed oczyma kosmyk różowych włosów i pobieżnie przejrzała zapisane na lekko pożółkłych kartkach formułki. Ostrożnie wlała zawartość jednej z probówek do większej kolby i zaczęła mieszać szklana bagietką. Drgnęła słysząc stukanie w szybę.

Kręcąc z politowaniem głową i dziękując Globowi, że zdążyła przelać substancję, ruszyła w stronę balkonu. Za szybą, uśmiechając się szeroko, stała wysoka, czarnowłosa dziewczyna. Miała na sobie czerwoną kurtkę i szarą czapkę z klapkami grzejącymi uszy. Na jej plecach wisiała czerwona gitara w kształcie topora. Zanim różowowłosa zdążyła otworzyć, Marcelina przyłożyła twarz do szklanych drzwi, robiąc przy tym błagalną minę. Bonnie zachichotała.

- "No wreszcie…" - skarciła ją żartobliwie Marcy, gdy wejście do różowego pokoju stanęło przed nią otworem - "Strasznie tam było zimno" - cmoknęła niższą dziewczynę w policzek.

- "Nie przesadzaj… Jest tylko kilka stopni poniżej zera!"

Czarnowłosa uśmiechnęła się tylko dziwnie, po czym szybkim ruchem wrzuciła stojącej przed nią trzymany przez ten cały czas w dłoni śnieg w dekolt. Różowa pisnęła i gwałtownymi ruchami zaczęła wytrzepywać zimną, mokrą materię spod ubrania. Marcelina śmiejąc się z trudem łapała powietrze.

Nagle poczuła silny uścisk. To Bonnibel oplotła ją ramionami, sprawiając, że ubranej w kurtkę dziewczynie zrobiło się strasznie gorąco. Jej policzki zapłonęły czerwienią.

- "Chyba zaczynam się gotować…" - mruknęła.

- "To chyba dobrze" - uśmiechnęła się do niej różowowłosa - "Mam przestać?"

- "Nie… Ale pozwól mi ściągnąć kurtkę…"

Kilka minut później dziewczyny siedziały na łóżku, opierając się o siebie plecami. Czarnowłosa grała spokojną melodię na swym instrumencie.

- "Zastanawiałam się, czy nie zorganizować dziś jakiegoś wieczorku filmowego…" - mruknęła Bonnibel opierając głowę na ramieniu towarzyszki.

- "Chcesz ściągnąć tutaj wszystkich?" - jęknęła przestając grać - "A liczyłam, że będziemy dziś same…" - pocałowała Bonnie w policzek, który natychmiast się zarumienił.

- "Wiesz… Nie mamy jeszcze południa…" - różowa mruknęła prosto do ukrytego za czarnymi kosmykami ucha - "A ja mówiłam dopiero o wieczorku…"


W kolejce w banku nie stało za wiele ludzi. W ogóle w budynku znajdowało się mało klientów. Zwłaszcza jak na sobotni ranek. Siedząca w jedynym otwartym okienku kasjerka zerknęła na pomieszczenie. Właśnie odesłała wysokiego, siwego gościa do stolika, by podpisał jakieś papiery. Stojący dwie osoby za nim, zwalisty facet z teczką mocno rzucał się w oczy. Zdawała się promienieć od niego jakaś negatywna energia. Jakby miał zaraz się na kogoś rzucić. Po plecach kobiety przeszły ciarki, więc szybko oderwała wzrok od mężczyzny. Przy jednym ze stolików do wypełniania dokumentów leżał żul. Przeklęła w myślach podstarzałego ochroniarza i wróciła do obsługiwania klientów nie zwracając uwagi na opartego o szklana witrynę, palącego papierosa człowieczka z zielonymi włosami.

Telefon w kieszeni zwalistego zawibrował lekko, ale nikt tego nie usłyszał. Facet rozejrzał się dookoła. Jego wzrok spoczął na opierającym się o ścianę, przysypiającym starszym gościu w mundurze strażnika. Podszedł do niego.

- "Przepraszam, jest tu jakaś toaleta?" - zapytał uprzejmie.

- "Co?" - ochroniarz nadstawił ucho - "Mógłby pan powtórzyć?"

- "Macie tutaj łazienkę? Toaletę? Kibel?" - powtórzył już nieco mniej uprzejmie.

- "Oczywiście!" - zaśmiał się staruszek - "Musi pan pójść tam" - wskazał pięknie oznaczone drzwi na przeciwległej ścianie.

- "Dziękuję" - skinął głową i poszedł.

Męska łazienka była urządzona standardowo. Cała była wyłożona białymi kafelkami. Do jednej ściany przymocowano rząd umywalek, nad którymi powieszono lustra. Po drugiej stronie wybudowano kilka pisuarów i zabudowanych kabin. Mężczyzna upewnił się, że jest sam i wyciągnął telefon. "Gotowe. Daj znak" - głosiła wiadomość od Urwipalucha. Złodziej pokiwał głową i założył na twarz białą maskę. Z teczki wyciągnął strzelbę. Wysłał kilka esemesów. Ostatni "poleciał" do Urwipalucha. Minutę później miastem wstrząsnęła eksplozja, a światła w budynku przygasły.

- "Wszyscy ręce do góry!" - zza drzwi dobiegł krzyk Śmieszka.

Zwalisty uśmiechnął się i kopniakiem otworzył drzwi. Wszyscy stojący w kolejce, strażnik i kasjerka patrzyli z przerażeniem na zielonowłosego, który celował do nich z pistoletu.

- "Pirat!" - wychodzący z łazienki rzucił teczkę do jednookiego żula, który właśnie podniósł twarz ze stołu i założył maskę. Z pod brudnej koszuli wyciągnął broń.

- "Na początek chciałbym wszystkich obecnych zapewnić, że jesteście bezpieczni…" - odezwał się spokojnym, donośnym głosem siwy facet. Tak jak pozostali miał na twarzy białą maskę porcelanowej lalki - "Oczywiście wasze oszczędności bezpieczne już nie są. Dlatego też proszę teraz szanowną panią kasjerkę o zapakowanie zawartości sejfu do torby" - Pirat wyciągnął spod stołu, na którym spał czarną torbę, a na jej miejsce odłożył teczkę. Zbliżył się do okienka i uśmiechnął się obrzydliwie.

- "Wybaczy pani" - powiedział z przesadną uprzejmością parodiującą poprzednika, po czym wpakował się przez ciasną szczelinę na drugą stronę - "A teraz zaprowadzisz mnie do sejfu" - objął drobną kobietę i delikatnie popchnął ją w stronę wielkich, pancernych drzwi.

- "A-ale nie ma szefa…" - jęknęła dziewczyna.

- "Nie szkodzi… Albo otworzysz drzwi tą fikuśną kartą, którą masz na szyi…" - spostrzegł jej przerażone spojrzenie - "Tak, wiemy, że się da. Jeśli tego nie zrobisz… To zadbam o to, żebyś cierpiała" - zarechotał.

- "Ty! Staruszek!" - facet ze strzelbą odwrócił się do ochroniarza - "Gdzie macie tylne wyjście z budynku?"

- "Tylne wyjście?" - zapytał ze zdziwieniem.

- "Miejsce przez które dostarczacie pieniądze do banku…"

- "Nie mamy…"

- "Mniejsza" - wtrącił się siwy - "Urwipalch podjedzie od przodu" - całkowicie nie zwrócił uwagi na przejeżdżające na zewnątrz radiowozy, które mknęły do miejsca niedawnej eksplozji - "Spokojna głowa, Góra."

- "Chłopaki!" - Pirat wrzasnął od strony sejfu. Na ramieniu wisiała mu wypchana torba - "Mam kasę!"

- "A co z kasjerką?" - zapytał spokojnie wysoki.

- "Siedzi w kącie i płacze" - zaśmiał się jednooki - "Ale spokojnie Starszy! Nic jej nie zrobiłem."

- "Mam nadzieję…" - zerknął w stronę wyjścia. Za drzwiami zatrzymał się dostawczak - "Idealnie w czas."

Mężczyźni, wciąż celując do ludzi, wycofali się za drzwi.

- "Do widzenia" - Starszy przekrzywił głowę, po czym zajął miejsce w furgonetce.

Samochód odjechał z piskiem opon.


- "Carroll?"

- "Tak?"

- "Idziemy do Bonnie na wieczorek filmowy?" - Paul uniósł wzrok znad telefonu i spojrzał na siedzącą tuż przed nim dziewczynę.

- "A mamy jakieś inne plany?" - zapytała opierając się o jego nogi.

- "Ja nic nie planowałem" - uśmiechnął się.

- "Ja też nie… Miałam kilka spontanicznych pomysłów…" - zachichotała lekko - "Ale mieszkać ze sobą trochę będziemy, a dawno nie oglądałam żadnego filmu."

- "Czyli idziemy?"

- "Idziemy…"

- "Ok…" - napisał wiadomość do Bonnibel - "Ale to dopiero za jakieś piętnaście minut… Nie wiem o co dokładnie chodzi, ale Bonnie i Marcy muszą coś doprowadzić do ładu… Czy coś takiego… Nie dokładnie zrozumiałem tą ostatnią wiadomość…"


- "Co?" - zaśmiała się Margles - "I jak zareagowali?"

- "Byli dość zdziwieni, gdy pociągnęli za sobą krzesła wychodząc z klasy" - z uśmiechem przypomniał sobie Damian.

Szli właśnie przez park trzymając się pod ramię. Nad miastem powoli zapadał zmrok. Parkowe lampy zdążyły się już zapalić, a większość ludzi pójść do domów.

Długowłosa dziewczyna i łysy chłopak nie chcieli jeszcze się zbierać. Rozmawiali i śmiali się z dowcipów łysola. Biegali po zimnym śniegu, obrzucając się śnieżkami. Wiedzieli jednak, że nadchodził powoli czas pożegnania. Brutalnie przypomniała o tym zresztą wiadomość od rodziców chłopaka, którzy domagali się jego natychmiastowego powrotu.

- "Sorki… Muszę się zbierać…" - powiedział smutno - "Rodzice mnie zabiją jeżeli zaraz nie będę w domu…"

- "Rozumiem. Nie gniewam się" - pocałowała go w policzek - "Spotkamy się niedługo?"

- "Pewnie" - uśmiechnął się - "Może w środę?"

- "Myślę, ze znajdę czas."

- "Super" - pocałowali się na pożegnanie. Damian odszedł w stronę swego domu.

Rozpromieniona Margles odetchnęła głęboko. Uwielbiała spędzać czas z tym lekko świrniętym gościem. Kochała jego humor, jego podejście do życia i urocze zaloty. Może nawet kochała go? Często się nad tym zastanawiała… Za każdym razem była bardziej przekonana.

Podreptała przez nieco mroczny park. Ciepłe światło latarni odbijało się od śniegu tworząc niesamowitą atmosferę wczesnozimowego wieczoru. Tylko skrzypienie śniegu gdzieś z tyłu niepokoiło dziewczynę. Odwróciła się gwałtownie.

- "Jest tam kto?" - zapytała z zaniepokojeniem.

Nikt jej nie odpowiedział. Przez chwilę jeszcze rozglądała się dookoła, wypatrując cieni, czy ruchu w ciemności. Wreszcie odwróciła się i przyspieszyła kroku. Park zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Nagle znów usłyszała kroki. Tym razem bliżej.

- "Witaj piękna" - odezwał się przepity głos zaraz obok jej ucha. Silne dłonie boleśnie chwyciły ją za ramię - "Co robisz tak późno sama w pustym parku?"

- "Zostaw mnie!" - spróbowała się wyrwać i odepchnąć natręta, ale nie udało się jej to.

Mężczyzna przyciągnął ja bliżej do siebie. Jego twarz znalazła się kilka centymetrów do oczu dziewczyny. Nawet w tak słabym świetle świetnie widziała nieogoloną mordę i szmatkę zasłaniającą oko. Wzdrygnęła się gdy facet powąchał jej włosy.

- "Mmm… Pięknie pachniesz…" - uśmiechnął się obleśnie i polizał brzeg jej ucha.

Margles wydała z siebie ciężki do określenia odgłos, zdecydowanie wyrażający strach i obrzydzenie. Podjęła kolejne desperackie próby wyrwania się z silnego uścisku. Po jej twarzy pociekły łzy.

Jednooki rzucił ją na śnieg, po czym kopnął silnie w kolano. Dziewczyna wrzasnęła z bólu, który rozszedł się falą po całym jej ciele. Prawie zemdlała, czując jakby jakaś kość została złamana, ale udało się jej kurczowo chwycić przytomności.

Po kilku sekundach wiedziała już, że wolałaby zemdleć…


- "Gdzie właściwie jest Lady?" - zapytała Carroll rozglądając się po obszernym salonie.

Na wielkiej, pastelowej kanapie w domu Bonnibel sadowili się przyjaciele. Kilka metrów przed nimi stał wielki telewizor plazmowy, przed którym klęczała różowowłosa ze stosem płyt na kolanach.

- "Źle się czuje ostatnio…" - mruknął Jake - "To co w końcu oglądamy?"

- "Klasyki science fiction…" - odpowiedziała Bonnie - "Kosmita: 9 pasażer Stronomo, Gwiezdowe Boje, Tropiciel Cyborgów…" - wymieniała.

- "A masz może jakiś horror?" - wtrąciła się Marcy zaglądając jej przez ramie.

- "Kosmita jest właściwie horrorem…" - zastanowiła się różowowłosa patrząc na utrzymaną w ciemnych barwach okładkę pudełka z filmem.

Marcelinie nie trzeba było dwa razy powtarzać. Zanim różowa zdążyła zareagować, płyta z "Kosmitą…" była już w napędzie. Bonnie pokręciła z uśmiechem głową, schowała pudełka i uruchomiła film. Usadowiła się tuż obok czarnowłosej, obejmując ją i wtulając się w jej ramię. Po drugiej stronie kanapy usiadł Paul z Carroll na kolanach. Przed nimi, na podłodze wpół leżeli Finn i Phoebe. Rudowłosa do tej pory nie była w stanie wytłumaczyć samej sobie dlaczego dała się wyciągnąć temu chłopakowi z jej cieplutkiego fortu z poduszek na zimny, pełny śniegu świat zewnętrzny. Cały marsz do domu Bonnibel był straszny… Teraz przynajmniej było jej ciepło - pod wyproszonym od gospodarzy kocem i w uścisku blondyna.

Jednym, który siedział sam był Jake. Zdawał się nie zauważać podejrzliwych spojrzeń, które pojawiały się za każdym razem, kiedy odpowiadał na pytanie o nieobecność Lady. A odpowiadał prosto… Choć sprawy nie były wcale tak proste…