3. Zmiany i rewelacje
- "Co tym razem Greg?" - zapytał młody policjant wsiadając na miejsce pasażera w radiowozie.
- "Znów gwałt stary… Właściwie nawet nie wiem po jaką cholerę nas tam wzywają…" - mruknął jego partner.
- "Znowu? O Globie… Mam nadzieję, że szybko znajdziemy tego zboczeńca…" - pokręcił głową.
- "Przydałoby się…" - przekręcił kluczyk w stacyjce i wyjechał z parkingu. Ruszył w stronę miejskiego parku - "Ten gnojek zabił już za dużo mieszkanek tego miasta…"
Dojechali już chwilę później. Z komisariatu mieli tylko kilka przecznic drogi.
Na miejscu spotkali karetkę pogotowia, której załoga już od dłuższej chwili zajmowała się ofiarą. Na jednej z ławek siedział jakiś cywil. Prawdopodobnie dobry obywatel, który zawiadomił policję o zdarzeniu i pierwsza osoba, która zostanie przesłuchana. Greg, poprawiając pas, ruszył w jego stronę gdy tylko go zauważył.
Młodszy funkcjonariusz odprowadził go ponurym wzrokiem i ruszył w stronę kotłujących się lekarzy. Spojrzał na znajomego doktora, który stał nieco z boku i notował coś na przypiętej do clipboardu karcie.
- "Nie żyje…" - mruknął mężczyzna smutno - "Tak jak poprzednie. Wiek poniżej dwudziestu pięciu lat, połamane nogi, siniaki… I podcięte gardło…"
Mundurowy westchnął ciężko i pokręcił głową. Poszedł dalej, ku czarnemu workowi, do którego medycy właśnie skończyli pakować zwłoki. Był im wdzięczny, że nie musiał tego oglądać. Zobaczył tylko fragment niebieskiej czupryny, która wystawała przez jeszcze nie zamknięty otwór w worku.
- "Patrz… Nie zapomnij…" - usłyszał szept tuż obok ucha.
Paul otworzył oczy. Znów gwałtowna pobudka, choć bez zrywania się z łóżka. Ciężko byłoby mu to zrobić, bo leżał nie na swoim łóżku, tylko na kanapie, a do tego przed sobą ma niebieską czuprynę Carroll. Dziewczyna spała, oddychając spokojnie. Chłopak przytulił ją mocniej. Wsadził nos w pachnące włosy i pozwolił by ostatnie urywki złego snu odleciały w zapomnienie.
Nie nacieszył się za długo spokojnym snem. Kilka minut po tym jak zmrużył oczy, do pomieszczenia wpadła Marcelina w szarej koszulce na naramkach i czarnych szortach.
- "Pobudka! Wszyscy, którzy chcą zjeść śniadanie muszą teraz wstać!" - zawołała chodząc dookoła leżącego na środku salonu, kremowego dywanu. Jej bose stopy plaskały o chłodną podłogę.
- "Śniadanie?" - Finn i Jake praktycznie jednocześnie zerwali się z miejsc, w których spali i popędzili do kuchni. Porzucona Phoebe podniosła się powoli i z kwaśną miną zaczęła się owijać kocem.
Niebieskowłosa ziewnęła głośno i zaczęła się przeciągać. Paul pocałował ją w szyję.
- "Hej" - przywitał się radośnie.
- "Dzień dobry" - odpowiedziała z pięknym uśmiechem.
- "Dalej gołąbki" - powiedziała czarnowłosa. Przechodziła właśnie obok popychając przed sobą zawiniętą w ciepły kocyk, nie do końca wybudzoną dziewczynę - "Ruszcie się bo wam zjedzą śniadanie."
Carroll pokręciła głową i wstała z kanapy. Chwyciła swojego chłopaka za rękę i pociągnęła za Marceliną.
Kuchnia, jak wszystko w tym domu, była całkiem duża. Na środku stała otoczona stołkami "wyspa" z kilkoma stojakami na noże i innymi tego typu szpargałami. Miejsce przy ścianach zajmowały liczne szafki, piekarnik i wielka lodówka. Wszystko urządzone było w pastelowych, ciepłych odcieniach. W rogu pomieszczenia, przy suficie wisiał niewielki, płaski telewizor.
Dookoła umiejscowionego na wysepce blatu, nad kremowymi talerzami siedzieli już wszyscy, którzy wcześnie wyszli z salonu. Paul i niebieskowłosa zajęli wolne miejsca. Bonnibel przywitała ich serdecznym uśmiechem, po czym wróciła do krzątania się przed kuchenką. Smażyła właśnie kolejnego naleśnika na niewielkiej patelni. Po kuchni rozchodził się przyjemny zapach, który wywoływał coraz większy ślinotok u Finna i Jake'a. Bracia usiedli tak, by móc podziwiać przygotowywanie posiłku. W dłoniach ściskali sztućce.
- "Dobra… Myślę, że tyle wystarczy" - odezwała się różowowłosa chwytając talerz ze stosem parujących placków i przenosząc go na stół - "Choć nie jestem tego pewna…" - zmierzyła podejrzliwym wzrokiem blondynów, którzy wpatrywali się wielkimi oczami w podane jedzenie.
Wkrótce po naleśnikach nie pozostały nawet okruszki.
- "O… Zaraz będą wiadomości lokalne…" - mruknęła gospodyni sięgając po leżący na jednej z szafek pilot.
- "Będziemy oglądać te bzdury?" - zmarszczyła brwi Marcelina.
- "Przyzwyczaiłam się… Odkąd moja rodzina była zaangażowana w politykę…" - odparła Bonnie włączając lokalny kanał telewizyjny. Czarnowłosa przewróciła oczami.
Różowowłosa miała rację - serwis informacyjny właśnie się zaczynał. Po słabo animowanym intro pojawił się wąsaty prezenter w brązowym garniturze. Był mocno zaniepokojony. Wyraźnie widać było, że trudno mu zachować spokój, nawet przy jego doświadczeniu w tej branży. Chrząknął głośno, zebrał leżące przed nim papiery w równy stosik i w końcu się odezwał.
- "Witam w niedzielnym wydaniu wiadomości" - na dole ekranu wjechał pasek z jego nazwiskiem - "Dziś w godzinach rannych, w parku miejskim znaleziono ciało siedemnastolatki. Prawdopodobnie została zgwałcona…" - powiedział lekko drżącym głosem. Prawdopodobnie mówił coś takiego po raz pierwszy w życiu. W Ooo nigdy wcześniej nie zdarzył się taki przypadek.
Pijąca właśnie wodę Carroll zakrztusiła się i zaczęła kaszleć. Paul poklepał ją po plecach. Cała reszta wpatrywała się z szeroko otwartymi ustami w ekran.
- "Policja prowadzi dochodzenie" - wąsacz zrobił krótką pauzę - "Wczoraj szajka zamaskowanych bandytów napadła na bank i oczyściła skarbiec. Policja prowadzi śledztwo…"
- "Co tu się do cholery dzieje?" - powiedziała powoli Marcelina.
- "Zastanawiam się kim była ta dziewczyna…" - wyszeptała Bonnibel.
- "Myślę, że wkrótce się przekonamy…" - mruknął brązowowłosy.
- "Czyli był pan w parku miejskim wczoraj w nocy? Pomiędzy dziesiątą w nocy, a dziewiątą nad ranem?" - zapytał wysoki policjant w białej koszuli.
- "A i owszem!" - zawołał z entuzjazmem zarośnięty brudas ze szmatką zasłaniającą jedno oko.
- "Czyli był pan świadkiem przestępstwa?" - funkcjonariusz spojrzał mu prosto w oko.
- "Ta! Widziałem jakiegoś typka w dresie, który machał nożem przed twarzą tej dziewuszki…" - opowiedział - "Ale co ja biedny inwalida miałem zrobić?" - zapytał żałośnie - "Udawałem, że nic nie widziałem i zasnąłem… Ale gdy tylko się obudziłem, zaraz pobiegłem po policję!" - wykrzyknął.
- "Wiemy… Dziękuję, to wszystko jak na razie. Proszę pozostać w mieście aż do końca dochodzenia."
- "Pewnie panie władzo!" - wyszczerzył brudne zębiska i dał się wyprowadzić poza komisariat.
Przesłuchujący westchnął ciężko i usiadł przy metalowym stole na środku pomieszczenia do przesłuchań. Oparł głowę na rękach.
- "Szefie…" - młody mundurowy pojawił się w drzwiach - "Przyjechał ten detektyw… Czeka w pana biurze."
- "Dzięki młody" - mruknął komendant podnosząc się z prostego, rozkładanego krzesła.
Włożył dłonie w kieszenie czarnych, prawie regulaminowych spodni i ruszył spokojnym krokiem do swego biura. W budynku panował chaos. Funkcjonariusze krzątali się między biurkami z teczkami i dokumentami. Inni siedzieli przed monitorami komputerów i analizowali nagrania z banku.
Drzwi z niewielką tabliczką z jego nazwiskiem były lekko uchylone. Popchnął je ręką i wkroczył do pomieszczenia. Na niewielkiej kanapie w rogu siedział mniej więcej czterdziestoletni mężczyzna o śniadej skórze i białych, dość krótkich lokach. Miał na sobie karmazynowy garnitur i śnieżnobiałą koszulę. Na wieszaku przy drzwiach wisiał szary prochowiec.
- "Witam komendancie Bananow" - przywitał się basowym głosem gość.
- "Miło pana poznać detektywie Rootbeer…" - odparł ponuro funkcjonariusz.
- "Zapewne wie pan po co przyjechałem" - zaczął detektyw - "Przejmuję sprawę gwałciciela. Wy zajmiecie się sprawą banku."
- "Z przyjemnością oddam panu kierownictwo nad tą sprawą…" - powiedział zimno komendant. Temperatura w pomieszczeniu prawdopodobnie spadła o kilka stopni.
- "Świetnie" - uśmiechnął się szeroko białowłosy podnosząc się z kanapy. Minął policjanta i zdjął swój płaszcz z wieszaka. Zaczął do zakładać - "Ach! Jeszcze jedno… Nie jestem już detektywem… Jestem inspektorem. Byłbym wdzięczny za jakieś biuro i przekazanie mi wszystkich szczegółów."
Bananow tylko warknął cicho.
- "Nienawidzę poniedziałków…" - jęknął Jake opierając głowę o chłodną ścianę.
- "Poniedziałek, czy nie, powinniśmy zabrać się za szukanie informacji" - mruknął Paul. Razem z Carroll stał obok starszego z blondynów.
- "Poczekajmy na resztę…" - mruknął chłopak.
- "Resztę?" - brązowowłosy uniósł brew - "A gdzie jest tak właściwie Lady?"
- "Ja na chwilę zniknę…" - dziewczyna szepnęła mu do ucha, po czym oddaliła się korytarzem.
Szkoła była nieco mniej zatłoczona niż zwykle. Wiele dzieciaków zrezygnowało z przyjścia widząc warstwę śniegu na swym podwórku, czy wysokość słupka rtęci w termometrze. Brak tłumów nie był jednak taką złą rzeczą. Wreszcie można było przejść przez korytarze bez używania łokci i wpadania na niezbyt przyjazne osobistości. Łatwiej było też spostrzec znajome osoby. Tak jak teraz niebieskowłosa widziała nadchodzącą, odprowadzaną wzrokiem uczniów parę.
- "Cześć Carroll" - uśmiechnęła się Bonnibel objęta w pasie przez Marcelinę - "Co tam? Gdzie reszta?"
- "Nie mam zielonego pojęcia gdzie jest Finn i nasza ulubiona piromanka" - odparła - "Ale Paul i Jake są tam" - wskazała za siebie - "I radzę się wam pospieszyć, bo mój chłopak chyba odnajduje w sobie talent do przesłuchiwania…"
- "Biedny Jake…" - zaśmiała się czarnowłosa - "Do zobaczenia w klasie" - powiedziała i odeszła razem z różową w stronę, którą chwilę wcześniej wskazała ich rozmówczyni.
Tym czasem Carroll straciła przyjacielski uśmiech czym prędzej pobiegła do łazienki.
Gdy kilka minut później, wycierając ręce w jasno niebieskie jeansy, wyszła z powrotem na korytarz, napotkała na dość interesującą w aktualnej sytuacji rozmowę. Przy ścianie naprzeciw drzwi do toalety stała piątka chłopaków. Był wśród nich jej kolega z klasy - ubierający się na żółto łysol o imieniu Damian. Pozostali byli jego braćmi. Czterech bliźniaków ubierających się tak samo i mających podobnie na imię było naprawdę złośliwym żartem, który ich rodzice zrobili dla nauczycieli i właściwie całej reszty społeczeństwa. Wszyscy mieli na sobie jednakowe czerwone bluzy i jednakowe, szare spodnie. Coś jednak było nie tak… Inaczej niż zwykle. Łysol, zwykle wesoły i dowcipny, teraz był smutny. I to bardzo.
Miał zaczerwienione i podkrążone oczy. Cała jego postawa wyrażała głębokie przygnębienie. Dziewczynie wydawało się, że wręcz promienieje smutkiem.
- "Nie przejmuj się aż tak stary… Nie jest dobrze się tak przejmować…" - jeden z bliźniaków poklepał go po plecach. Niebieskowłosa stawiała, że był to Glob, ale nie dałaby sobie ręki uciąć. Właściwie to pamiętała tylko to imię. I tylko dlatego, że było również imieniem dość ważnej religijnie postaci.
- "To koniec…" - chlipnął Damian. Po jego policzkach pociekły nowe łzy - "Jak mam się nie przejmować? Nic już nie ma sensu…"
- "Może powinieneś pójść do domu braciszku?" - zapytał inny brat - "Odpocząć…"
- "Nie!" - krzyknął - "Poradzę sobie…" - otarł twarz i odszedł.
Carroll przez chwilę nie ruszała się spod drzwi łazienki zastanawiając się, czy podejść i zapytać. W końcu pokonała swoją nieśmiałość i wywalczyła te kilka kroków. Gdy tylko zbliżyła się do bliźniaków, została zauważona i chwilę później była obserwowana przez cztery pary oczu. Już nie było odwrotu. Musiała przełamać ostatnie blokady i się odezwać. Fakt, że musiała zadzierać głowę, by spojrzeć rozmówcom w twarz wcale nie pomagał.
- "Co… emmm… Co się stało waszemu bratu?" - zapytała wreszcie.
- "A co cię to interesuje?" - bracia zmarszczyli brwi - "Spierdalaj mała!" - warknął jeden. Reszta spojrzała na niego karcąco.
- "Dupek…" - mruknęła pod nosem dziewczyna, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła szybkim krokiem w kierunku swojej sali. Po drodze minęła jakiegoś typka w prochowcu, który pędził do wyjścia - "Chyba coś wiem, ludzie" - zakomunikowała przyjaciołom gdy dotarła na miejsce.
W szkole nie było tłoczno. Może przez pogodę… A może inspektorowi się tylko tak wydawało, bo wszyscy uczniowie natychmiast schodzili mu z drogi. Dzięki temu mógł przemierzać korytarze placówki naprawdę szybko. Cieszyło go to jeszcze bardziej, bo uwielbiał wyglądać niczym postać z kryminału, a powiewający za nim prochowiec był całkiem niezłym szczegółem. Żałował tylko, że znów zostawił swój kapelusz w samochodzie.
Wkrótce dotarł do biura dyrektora. Miał do niego kilka pytań. Bardzo ważnych pytań. Schował lewą dłoń do obszernej kieszeni płaszcza, a prawą zapukał do drzwi. Po chwili otworzył mu łysy mężczyzna przeciętnego wzrostu. Odznaczał się lekko żółtawą skórą i spiczastym nosem. Był do tego ubrany w czarny, przypominający jakiś dziwny mundur strój.
- "Witam. Jestem inspektor Rootbeer" - ukłonił się lekko.
- "A ja dyrektor Lemongrab" - odparł skrzekliwym głosem - "Witam w mojej szkole. Czym mogę służyć?" - zaprosił gościa gestem do biura.
- "Zapewne słyszał pan o tym co się stało w sobotę, w nocy?" - zapytał policjant spacerując przed solidnym biurkiem, za którym zasiadł dyrektor.
- "Owszem… Słyszałem o tej straszliwej zbrodni" - odpowiedział. Jego głos zaczynał powoli irytować inspektora.
- "Ofiara, Marbles Mons, chodziła do tej szkoły, prawda?" - zapytał.
- "To prawda. To co się stało jest dla nas wielką stratą…" - zaczął.
- "Stop!" - uciął białowłosy unosząc dłoń - "Przyszedłem tutaj poprosić o udostępnienie wszystkich danych na temat tej biednej dziewczyny."
- "Eeee… To trochę zajmie i… eee…"
- "Proszę się nie martwić. Ma pan czas. Proszę jednak o przysłanie danych jak najszybciej."
- "Oczywiście! Zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby pomóc złapać tego… tego potwora!" - zakrzyknął.
- "Dziękuję…" - skrzywił się lekko - "A teraz proszę mi wybaczyć, ale nie mogę dłużej tutaj gościć… Obowiązki wzywają" - poprawił płaszcz i ruszył ku wyjściu - "Jeszcze raz dziękuję i do widzenia" - rzucił przez ramię i wyszedł.
Za drzwiami przyspieszył i znów przemknął przez korytarze szkoły. Zwolnił tylko na chwilę, przechodząc obok grupki uczniaków. Niby nie było w nich nic podejrzanego. Kolorowe włosy, kolorowe ubrania… Nawet dwie obejmujące się dziewczyny nie zwróciły jakoś uwagi inspektora. Co innego brązowowłosy, wysoki chłopak opierający się o ścianę. Uczeń śledził go świdrującym, zimnym wzrokiem. Wzrokiem, który funkcjonariusz dobrze znał… Widział takie spojrzenie u wielu psycholi z jakimi miał w życiu do czynienia…
- "To jak?" - Marcelina wygięła się do tyłu, żeby spojrzeć na Paula. Wyglądało to dziwnie, a nawet dość upiornie. Swoją drogą chłopak nigdy by nie przypuszczał, że czarnowłosa jest tak wygimnastykowana - "Jakieś pomysły? Łysol znika na każdej przerwie…"
- "Idzie do swoich braciszków…" - mruknął. Była właśnie lekcja historii z profesorem Icekingiem, który nie zwracał wielkiej uwagi na uczniów. Można było spokojnie szeptać i nikt się nie czepiał. Co innego kiedy ktoś zaczynał ćwiczyć gimnastykę. W tym przypadku nauczyciel widocznie nic nie zauważył - "Mam plan… Będziesz potrzebna. Na długiej przerwie, czyli… za dwanaście minut, bliźniaki idą na zewnątrz. Nie ważne, czy jest zimno, czy gorąco. Siedzą w szkole tylko kiedy pada deszcz. Zawsze też wychodzą z klasy najwcześniej jak się da… Złapiesz Damiana przy wyjściu i przyprowadzisz go za róg budynku. Tam gdzie niedawno gadaliśmy, pamiętasz?"
- "Pewnie" - pokiwała głową.
- "Ok… To chyba wszystko… Wiesz co masz zrobić?"
- "Tak jest kapitanie" - zasalutowała szczerząc się głupio. Powiedziała to nieco za głośno, co zwróciło uwagę nauczyciela.
- "Marcelino! Co ty wyprawiasz?" - usłyszeli zaniepokojony głos profesora - "Jeszcze zrobisz sobie krzywdę!"
Gdy tylko zadzwonił dzwonek na długą przerwę, Damian wstał, zgarnął swoje książki do plecaka i zarzucił go na ramię. Szybkim krokiem wyszedł z klasy, nie zwracając większej uwagi na kilka osób, które odprowadziły go dość dziwnymi spojrzeniami. Normalnie pewnie chociaż zastanowiłby się o co im chodzi, ale teraz nie miał na to sił. Jeszcze nigdy w życiu nie czuł się tak źle.
Powlókł się z ponurą miną w stronę szatni. Nienawidził wychodzić na boisko szkolne, kiedy jest tak zimno, ale jego bracia od wyjść nie mogli się powstrzymać, a byli oni jedynymi ludźmi z jakimi był w stanie teraz rozmawiać z własnej woli. Zdjął żółtą kurtkę z wieszaka i zarzucił ja na plecy. Naciągnął czapkę na łysą głowę i ruszył w kierunku wyjścia.
Niewielu uczniów zdecydowało się na spędzanie przerwy na zimnie. Dzięki temu Damian szybko odnalazł wzrokiem czwórkę ubranych na czerwono chłopaków siedzących na odśnieżonych schodach.
Nie dane mu było jednak ruszyć w ich stronę. Złowiło go ramię w rękawie czerwonej kurtki. Gdy się odwrócił, zobaczył bladą dziewczynę z długimi czarnymi włosami i pełnym białych ząbków uśmieszkiem. Znał ją. Chodził z nią przecież do jednej klasy.
- "Chodź, musisz z kimś pogadać" - Marcelina pokazała za siebie kciukiem.
- "Wiesz… Jakoś nie mam ochoty na gadanie…" - odparł ponuro.
- "Wiem. Widać to po tobie od razu…" - skrzywiła się lekko - "Ale to nie zmienia faktu, że powinieneś pójść ze mną. To naprawdę ważne. I może ci nawet trochę pomoże."
Przyjrzał się jej lekko podejrzliwie. 'Czyżby wiedziała?' - zadał sobie pytanie - 'Przecież nie ujawniono danych Marbles w telewizji… Nigdzie nie ujawniono...'. Nie odnalazł jednak w oczach czarnowłosej żadnej odpowiedzi, ani nawet najdrobniejszej wskazówki. Dziewczyna wciąż lekko się uśmiechała, nie dając po sobie nic poznać.
- "Okej… I tak nie mam nic do roboty…" - wymamrotał i dał się ciągnąć za ramię.
Chwilę później dotarli do rogu budynku. O ścianę od strony boiska opierały się trzy osoby. Bracia Finn i Jake z rękoma skrzyżowanymi na piersiach stali pewnie, wpatrując się w Damiana. Łysol poczuł się nieco nieswojo, choć dobrze wiedział, że ta dwójka nikomu nigdy krzywdy nie zrobiła. Co innego znajdująca się między nimi ruda dziewucha. Znana była w społeczności szkolnej z fascynacji ogniem i nawet teraz bawiła się zapalniczką. Chłopak przełknął cicho ślinę i dał się prowadzić dalej, za narożnik szkoły. Tam Marcelina go opuściła, by dołączyć do sterczącej przy ścianie różowowłosej. Ją również rozpoznał. Bonnibel - jedna z najlepszych uczennic w szkole. Zajęta czytaniem nawet nie zwróciła uwagi na jego przybycie. Uśmiechnęła się tylko serdecznie do czarnowłosej, która włożyła jej rękę do kieszeni, by podwędzić trochę gumy balonowej. Chwilę później dmuchała niewielki, różowy balonik.
Niepokój powrócił, gdy tylko łysol odwrócił od nich wzrok. Powrócił, bo napotkał świdrujące spojrzenie chłopaka w wojskowej kurtce. To był nowy. Paul Miles, jeżeli dobrze zapamiętał. Siedział na ubitej kupce śniegu, opierając łokcie na kolanach. Dłonie miał splecione i opierał brodę na odgiętych kciukach. Za nim stała wyprostowana niczym struna nieśmiała Carroll. Trzymała ręce za plecami i sztywno wpatrywała się w jakiś bliżej nieokreślony punkt w przestrzeni.
- "Emmm… Cześć?" - przywitał się niepewnie chłopak.
- "Witaj Damianie Magyvir" - powiedział spokojnym głosem Paul. Nikt inny się nie odezwał, ani nawet nie poruszył - "Bądź spokojny. Nic ci nie zrobimy. Chcę tylko pogadać."
- "Czyli… czyli wiesz?" - zapytał wciąż nieco przestraszonym głosem.
- "Kim jest dziewczyna, która zginęła w sobotę w parku miejskim?" - zapytał nie spodziewając się odpowiedzi - "Domyśliłem się."
- "Czyli to eee… w tej sprawie?"
- "Poniekąd…" - brązowowłosy od początku rozmowy nie poruszył się choćby o milimetr. Do tego cały czas świdrował Damiana wzrokiem - "Mam do ciebie prośbę przyjacielu… Jeżeli ją spełnisz pomożesz sobie, pomożesz mi… Pomożesz wszystkim."
- "Łaał…" - mruknął bez przekonania - "Co mam tak właściwie zrobić?"
- "Twoje zadanie jest proste. No chyba że jesteś nieśmiały i strachliwy, ale to już twój problem" - powiedział Paul - "Masz pójść na komisariat i opowiedzieć co działo się tamtej nocy. Powiedz, że chcesz zeznawać."
- "N-na komisariat?" - zapytał. Jego głos lekko zadrżał.
- "Nie ma się czego bać… Przecież jesteś niewinny, prawda?" - jeden z kącików ust uniósł mu się lekko - "Później sugeruję ci odwiedziny u jakiegoś psychoterapeuty. Zapytaj policjantów. To naprawdę może ci pomóc, bo widzę, że ledwo się trzymasz przyjacielu."
- "Eeee…"
- "To jak będzie? Pomożesz nam wszystkim i zrobisz to o co proszę?" - zapytał spokojnym, miłym głosem.
- "Nooo… Dobra…" - mruknął kiwając głową.
- "Świetnie" - Paul uśmiechnął się - "Życzę ci miłego dnia."
Damian wymusił uśmiech, po czym odwrócił się i oglądając się kilka razy przez ramię odszedł w stronę boiska.
Pulchna dziewczyna z burzą fioletowych loków schowała się za drzewem. Ne usłyszała wiele, ale za to co widziała! Jej przyjaciółki nie uwierzą jak im opowie...
Po kuchni rozchodził się przyjemny zapach podgrzewanego przez Paula sosu do ryżu. Sam ryż już od jakiegoś czasu stał sobie spokojnie w misce i parował czekając na swoje pięć minut na stole. Czerwona, gęsta ciecz z kawałkami warzyw i mięsa wirowała leniwie w garnku, wprawiana w ruch drewnianą łychą.
- "Słyszałeś, że wybrali już nowego burmistrza?" - odezwała się siedząca na brzegu stołu Carroll. Trzymała przed sobą złożoną na pół lokalną gazetę i czytała jakiś artykuł.
- "O…" - zerknął przez ramię - "To któż to będzie teraz rządził naszym małym miasteczkiem?"
- "Kojarzysz tego gościa z punktu ksero? Pitera Cookie?"
- "Czy on zasponsorował tamte plakaty, kiedy pomagaliśmy Bonnie?" - chłopak zakręcił gaz i wyjął talerze z szafki. Zaczął nakładać na nie jedzenie.
- "Ta… Wydrukował je za darmo, bo powiedziałam mu, że organizujemy rebelię…" - zachichotała.
- "Trochę racji miałaś" - uśmiechnął się brązowowłosy stawiając naczynia z parującą zawartością na blacie. Zbliżył się do dziewczyny, objął ją w pasie i pocałował w usta - "Jedzonko gotowe" - powiedział pomagając jej zejść na podłogę. Usiedli na krzesłach stojących naprzeciw siebie i zaczęli jeść - "Wiesz… Myślę, że znajomość z panem Cookie może się kiedyś przydać…"
- "Brawo chłopcze. Gratuluję, że się przekonałeś i do nas przyszedłeś" - uśmiechnął się inspektor Rootbeer. Siedział przy biurku w swoim biurze, a przed sobą miał łysego nastolatka, który właśnie skończył przekazywać mu całą swoją wiedzę w sprawie ostatnich wydarzeń - "Twoja pomoc jest nieoceniona."
- "Emmm… Dziękuję proszę pana…" - wymamrotał niepewnie chłopak.
- "To ja dziękuję! Mam tylko kilka pytań…" - zmierzył łysola uważnym spojrzeniem - "Dlaczego dopiero teraz postanowiłeś tu przyjść?"
- "Byłem przestraszony całą tą sytuacją…" - odpowiedział cicho po chwili milczenia - "Ale ktoś mnie przekonał, że najlepiej jak powiem wszystko co wiem policji…"
- "I miał rację!" - zaśmiał się mężczyzna - "A kojarzysz może takiego jednego chłopaka z twojej szkoły? Wysoki, brązowe włosy, ubiera się w wojskowe ciuchy… Spojrzenie świra…" - zapytał.
- "Tak! To właśnie on poprosił mnie, żebym tu przyszedł."
- "Mógłbyś mi opowiedzieć wszystko, co o nim wiesz?" - spojrzał uważnie na swojego gościa.
