4. Dobrze mieć rodzinę.
W sali lekcyjnej panował półmrok. Za oknami gęsto sypał śnieg, a nauczyciel od pół godziny męczył się z projektorem. Mieli zacząć oglądać film - szkolną, przedświąteczną atrakcję. Niestety złośliwość rzeczy martwych nie dopuściła do tego i teraz większość uczniów wlepiała wzrok w zaspy rosnące na boisku. Paul bezceremonialnie przysunął swoje krzesło do stolika Carroll gdzie rozpoczął cichą, wypełnioną okazjonalnymi chichotami rozmowę. Bonnibel za to odwróciła się do Marceliny. Dziewczyny zaczęły grać w coś w rodzaju statków tudzież innej gry wymagającej wyłącznie kartki i długopisów. Siedzący przy oknie Jake wydobył z plecaka zapasowy sweter i jak zwykle użył go jako poduszkę. Chwilę później spał jak zabity.
Zdecydowana większość lekcji wyglądała właśnie tak. Nadchodzące święta przyniosły olbrzymie rozprężenie. Nauczyciele odpuścili sobie uczenie, uczniowie pilność, a szare chmury utrzymywanie w sobie ton białego puchu, którym teraz bezlitośnie bombardowały miasteczko. Nawet tajemnicza szajka terroryzująca od niedawna okolicę nagle przycichła. Prawdopodobnie zadowolili się na jakiś czas ostatnią "wypłatą" i zaszyli się w swojej kryjówce. Tylko policja nie odpuszczała i wciąż prowadziła zaciekłe śledztwo.
Zadzwonił powieszony obok nauczycielskiego biurka telefon, co natychmiast przyciągnęło wzrok kilku ciekawskich uczniaków. Profesor Iceking, klnąc pod nosem, ruszył go odebrać.
- "Halo?" - rzucił do słuchawki uprzednio nieco się uspokoiwszy - "Co? Tak… widzę śnieg… Ale w zeszłym roku padało tak samo mocno. No dobra… Okej, powiem im" - zawiesił czerwoną słuchawkę na czerwonym urządzeniu zrywając jednocześnie połączenie - "Dziewczyny, chłopaki! Uwaga! Ważne wieści!" - spojrzenie jego jasno-niebieskich oczu padło na śpiącego blondyna - "Jake!" - chłopak zerwał się i wbił wzrok w mężczyznę - "No… Tak lepiej… Jak już wspomniałem mam dla was wieści. Pewnie się ucieszycie. Właśnie zadzwonił do mnie dyrektor i powiedział, że wasza przerwa świąteczna rozpocznie się dziś i to już po tej lekcji."
Pomieszczenie wypełniło się na dłuższą chwilę radosnymi owacjami i oklaskami. Zostały zagłuszone dopiero przez dzwonek.
- "No cóż… Wesołych świąt w takim razie wam życzę" - powiedział z uśmiechem profesor, po czym cofnął się i usiadł za biurkiem, żeby nie zostać stratowanym przez tłum wychodzących uczniów.
Ludzki potok odprowadził przyjaciół pod samo wyjście. Okazją do zatrzymania się była skulona pod ścianą Phoebe i stojący nad nią Finn. Blondyn z lekkim zakłopotaniem próbował pocieszyć swoją dziewczynę, na której twarzy malował się wyraz obrzydzenia zmieszanego ze strachem.
- "Co jest?" - zagadnęła Marcelina pomagając jednocześnie zachować równowagę potrąconej przez jakiegoś ucznia Bonnibel.
- "Zima jest" - odpowiedziała ruda umieszczając w słowie "zima" tyle negatywnych emocji ile tylko potrafiła. Gdyby nie zagłuszający wszystko tłum, zima pewnie uciekłaby z przerażeniem.
- "Nie wygłupiaj się…" - poprosił właściciel białej czapki, która teraz, specjalnie na zimę, była podszyta białym, puszystym futrem - "Wolisz siedzieć tutaj, czy grzać się w ciepłym domu?"
- "Wiesz co?" - westchnęła rudowłosa - "Masz rację… Tylko się pośpieszmy! Nie chcę zmarznąć…"
Zerwała się energicznie, złapała Finna za rękę i pociągnęła za sobą ku wyjściu. Szybko zniknęli w kolorowej ciżbie.
- "No cóż… Trzeba się zbierać… Idziesz PB?" - zapytał Jake zapinając kurtkę pod szyję.
- "Idę…" - mruknęła różowa odwracając się do Marceliny. Delikatnie pocałowała ją w policzek, który natychmiast się lekko zaczerwienił - "Do zobaczenia w święta."
- "Pewnie" - czarnowłosa uśmiechnęła się szeroko - "Do zobaczenia" - spojrzała na Paula i Carroll, którzy dotychczas nie wypowiedzieli ani jednego słowa - "Przyjechałeś motorem?" - zapytała chłopaka z nadzieją.
- "Motocyklem" - poprawił ją - "I nie… Nie przyjechałem nim… Wciąż leży w częściach…" - mruknął z lekkim smutkiem.
- "Czyli pójdziemy piechotą" - wzruszyła ramionami.
Minutę później przekonali się, że to wcale nie będzie takie proste. Sypało przez cały dzień, noc i pół poprzedniego dnia, więc poza wydeptaną przez uradowaną tłuszczę ścieżką, przeklęty biały puch potrafił sięgać nawet do pasa.
- "Zimmno" - jęknęła Carroll stawiając pierwszy krok. Chwilę później straciła równowagę i wylądowała twarzą w śniegu. Paul pomógł się jej podnieść i otrzepał jej kurtkę ze śniegu - "Wychodzi na to, że Phoebe miała trochę racji…"
- "Przeżyjemy' - powiedziała Marcelina wskakując w zaspę obok. W tym momencie zawył wiatr, a spadające z nieba płatki nagle zgęstniały - "Przeżyjemy… Jakie macie plany na święta?"
- "Ja spędzam święta u Paula…" - westchnęła nieco dziwnie niebieskowłosa. W jej głosie dało się usłyszeć jednocześnie szczęście jak i odrobinę smutku i tęsknoty - "Oczywiście…"
- "Przyjeżdża rodzina…" - mruknął ponuro chłopak - "Babcia i kuzyn…"
- "Wciąż boję się jak zareagują na mnie…" - wymamrotała pocierając o siebie zziębnięte dłonie.
- "Nie przejmuj się… Zaakceptują cię" - na jego twarzy zagościł półuśmiech - "A ty Marcelino? Jakieś plany?"
- "Biorę Simona i jedziemy do Bonnie na święta" - powiedziała z radością - "Już nie mogę się doczekać… Chociaż Simon zachowuje się nieco dziwnie ostatnio… Jest taki radosny jakby wygrał w totolotka. I zapomina o swoich obowiązkach w domu…" - poprawiła szarą uszankę, którą bezlitośnie szarpał zimny wicher. Jej długie, czarne włosy zachowywały się przy takiej pogodzie jak żywe.
- "Może się zakochał?" - podsunęła ze śmiechem Carroll. Jej policzki zdążyły zabarwić się na uroczy, jasno-czerwony kolor spowodowany ukłuciami rozpędzonych drobinek białego puchu.
- "Simon?" - zaśmiała się czarnowłosa - "Gdzie tam! To dziwak… Gdyby mój ojciec nie poprosił go, żeby się mną opiekował, spędzałby całe dnie w bibliotece i laboratorium."
- "Bonnibel podobnie spędza czas, a jednak ma ciebie" - odezwał się chłopak.
- "Masz trochę racji…" - mruknęła - "Ale naprawdę zdziwiłabym się gdybym zobaczyła go z jakąś kobietą, z którą nie jest spokrewniony."
Dotarcie do domów zajęło im ponad pół godziny. Cały ten czas padał śnieg, rosły zaspy, dął wiatr, a na drodze nie było widać żadnych służb, które zajęłyby się zgarnięciem całego tego bajzlu z dróg i chodników. Osiedle zaczynało powoli przypominać jakąś wiochę w okolicach koła podbiegunowego.
Marcelina pożegnała się z przyjaciółmi przed ich domem, po czym z mozołem ruszyła w stronę sąsiedniego budynku. Gdy już zbliżyła się do wejścia, chwyciła na wpół przysypaną szypę i odgarnęła rosnącą na końcu ścieżki, blokującą dostępu do ciepłego wnętrza zaspę. Zakończywszy tą mozolną pracę uchyliła drzwi o wślizgnęła się do przedpokoju.
Z ulgą ściągnęła z barków wilgotną kurtkę, a z głowy pokrytą śniegiem czapkę i zawiesiła je na stojącym przy kaloryferze wieszaku. Przy metalowym grzejniku, na kawałku poprzecieranej szmatki wylądowały również wysokie, czerwone buty dziewczyny. Przez chwilę zdawało jej się, że słyszy cichą rozmowę gdzieś z głębi domu, ale wyjący na zewnątrz wicher uniemożliwiał usłyszenie właściwie czegokolwiek, więc uznała głosy za omamy słuchowe. Zarzuciła lekko przemoczony plecak na ramię i powolnym krokiem ruszyła w stronę schodów na górę. Jak zwykle minęła kuchnię i machnięciem ręki pozdrowiła Simona i towarzyszącą mu brązowowłosą okularnicę. Zatrzymała się w pół kroku.
'Wróć! Co to było?' - pomyślała cofając się i dokładnie przypatrując się pomieszczeniu, które normalnie mijała bez najmniejszego zastanowienia.
Przy stole, naprzeciwko brodacza, rzeczywiście siedziała kobieta. Była niewysoka i miała na sobie jeansy i zielony, wełniany sweter z golfem. Dłońmi obejmowała kubek wypełniony parującą cieczą. Uśmiechała się ciepło do czarnowłosej.
- "Hej Marcelino!" - odezwał się mężczyzna - "Poznaj Betty" - wskazał dłonią gościa.
- "Witaj Marcelino" - przywitała się kobieta - "Bardzo mi miło wreszcie cię spotkać. Simon dużo o tobie opowiadał"
Paul i Carroll zostali powitani w domu ciepłym posiłkiem przygotowanym przez mamę chłopaka. Były to naleśniki, które - choć wyglądały na lekko przypalone - smakowały świetnie. Nie dane było im jednak zjeść w spokoju.
- "Dzwoniła babcia Elżbieta" - odezwała się nagle stojąca przed kuchenką gazową kobieta. Zręcznym ruchem przerzuciła naleśnika na drugą, jeszcze nie przypaloną stronę - "Powiedziała, że przyjadą jeszcze dziś."
Niebieskowłosa przestała na chwilę rzuć i z lekkim niepokojem spojrzała na rodzicielkę swojego chłopaka.
- "Wątpię, żeby zdążyli…" - powiedział z uśmiechem Paul. W ręce ściskał widelec z nabitym kawałkiem naleśnika, z którego wyciekał truskawkowy dżem.
- "Dlaczego?" - zdziwiła się kobieta - "Wyjechali dziś, to dziś dojadą…"
- "A wyglądałaś ostatnio przez okno, mamo?" - zaśmiał się pod nosem.
- "Och…" - przeciągnęła dłonią po twarzy - "Racja… Śnieg… Ale chyba nie jest tak źle, prawda?"
- "Jak wychodziliśmy ze szkoły to miałam śniegu po pas… A teraz jest pewnie gorzej" - mruknęła Carroll, po czym spojrzała na swoje nogi - "Chyba powinnam jednak zmienić te spodnie, bo nie chcą schnąć…"
Pani domu uśmiechnęła się i kręcąc głową powróciła do przygotowywania potwornych ilości słodkich, przypalonych placków.
Reszta obecnych mieszkańców, po najedzeniu się, ruszyła po schodach na górę. Paul poszedł od razu do swego pokoju, a dziewczyna skręciła po drodze do łazienki. Rozebrała się tam ze spodni i powiesiła je na suszarce stojącej przy kaloryferze. Pozbyła się również lekko przemoczonych skarpet. Powoli zaczynała żałować, że nie zrobiła tego wcześniej bo wilgotna skóra była straszliwie podatna na zimno - gęsia skórka pojawiła się niemal natychmiast. Przemknęła przez korytarz klapiąc bosymi stopami o wyłożoną panelami podłogę. Wślizgnęła się do pokoju Paula i podreptała w stronę szafy, którą od niedawna dzieliła z chłopakiem. Na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech - doskonale wiedziała, że "medytujący" na łóżku Paul z całych sił powstrzymuje się od wpatrywania się w jej okrytą wyłącznie błękitnymi majtkami pupę. Uważała te oznaki dżentelmeństwa i - w jej mniemaniu - pewnej nieśmiałości za całkiem urocze.
Za przesuwanymi drzwiami garderoby, na swojej półce, odnalazła kilka par spodni. Co ciekawe ciuchy były w innym stanie niż je tutaj pozostawiła. Ubrania pachniały i były świeżo wyprasowane. Uczucie przyjemnego ciepła rozlało się po ciele dziewczyny. Tak miło było poczuć, że ktoś o ciebie dba. Ten dom był w tym momencie bliższy dla niej niż jej dom, a ta rodzina milsza niż jej własna. Powoli znikał nawet niepokój dotyczący poznawania dalszych krewnych jej ukochanego. Stwierdziła, że ci ludzie muszą być choć trochę podobni do rodziców Paula, z którymi zaprzyjaźniła się całkiem szybko. Kobieta, która pozwalała się nazywać mamą i naprawdę o nią dbała była miłą odmianą w życiu.
Mając wybrać pomiędzy jeansami, a czymś luźniejszym, postanowiła ubrać błękitne spodnie od dresu. Po wyjęciu z szafy wwąchała się w kwiatowy zapach jaki pozostawił na nich proszek do prania. To również była dla niej pewna nowość. Wcześniej musiała sama robić zakupy i sama prać, a przy mocno ograniczonym budżecie nie mogła zapewnić sobie jakiegoś porządnie pachnącego środka. W końcu założyła portki i zawiązała na schludną kokardkę sznurek utrzymujący je na miejscu.
Z szerokim uśmiechem na twarzy odwróciła się i wskoczyła na łóżko, gdzie zaczęła przeszkadzać swojemu chłopakowi w medytacji bezlitosnym przytulaniem.
Finn jeszcze nie wrócił od Phoebe, którą odprowadzał do domu, a patrząc na to co działo się za oknem, nie zanosiło się na szybką zmianę tej sytuacji. Mimo to Jake dwa razy upewnił się, że drzwi jego pokoju są zamknięte zanim uruchomił komputer i przy pomocy komunikatora zadzwonił do Lady. Stare urządzenie mieliło polecenia przez kilka dobrych minut zanim na ekranie pojawił się średniej jakości obraz z kamerki Koreanki. Na tle niezwykle kolorowej ściany znajdowała się szczupła twarz z wąskim nosem, skośnymi oczami i równo przyciętą blond-grzywką. Dłuższe kosmyki jasnych włosów spływały dziewczynie na ramiona. Na głowie miała niewielkie, polakierowane na wszystkie kolory tęczy słuchawki z mikrofonem zamocowanym na giętkim pręciku.
- "안녕하세요 제이크" - przywitała się wesoło pokazując przy okazji białe ząbki.
- "Cześć Lady" - uśmiechnął się chłopak - "Jak się czujesz?"
- "꽤 잘" - odparła.
- "A jak tam twoi rodzice? Powiedziałaś im wreszcie?" - zapytał.
- "말했다" - pokiwała głową patrząc jednocześnie gdzieś w bok.
- "I jak zareagowali?" - Jake mimowolnie zacisnął dłonie na podłokietnikach obrotowego fotela, na którym siedział.
- "놀라 울 정도로 긍정적 인 …" - odpowiedziała - "그는 놀랐습니다,하지만 그들은 심지어 행복했다."
- "Serio? Wow…" - odetchnął z ulgą.
- "그들은 당신에게 얘기하고 싶어."
- "O Globie…" - przeciągnął dłonią po twarzy.
- "당신은 괜찮을거야" - pocieszyła go.
- "Właściwie starczy mi to, że nie wywalili cię z domu…" - mruknął zrezygnowany.
- "사람이 왜 집에서 자녀를 발생할까요?" - spytała ze zdziwieniem.
- "Matka Carroll kazała się jej wynieść…" - powiedział.
- "왜?" - zdumiała się - "임신이되었다?"
- "Co? Gdzie tam… Jej matka jest po prostu świrnięta…" - pokręcił głową.
- "Halo? Bonnie?" - Marcelina siedziała poi turecku na swoim łóżku trzymając przy twarzy włączony telefon. O krawędź mebla oparta była jej ulubiona, czerwona gitara basowa w kształcie topora.
- "Cześć Marcy" - z głośników urządzenia dobiegł miły głos - "Co tam?"
- "Nie uwierzysz…" - mruknęła czarnowłosa.
- "Zobaczymy…" - zaśmiała się.
- "Simon znalazł sobie dziewczynę…"
- "Czy to znaczy, że będziemy mieli więcej gości na święta?"
Prognoza Paula w pełni się sprawdziła - goście nie zdołali dotrzeć w zapowiedzianym terminie. Babcia skontaktowała się ponownie z panią domu i zapewniła, że przyjadą najszybciej jak się da, a na noc zatrzymują się u jednej z licznych jej przyjaciółek.
Następny dzień zaczął się więc jak praktycznie każdy inny. No może wyjąwszy fakt późnego opuszczania łóżka. No bo komu chce się wcześnie wstawać, kiedy ma się wolne? Na pewno nie Paulowi i Carroll, którzy, mimo że obudzili się już jakieś pół godziny temu, wciąż leżeli zawinięci w ciepłą kołdrę i własne ramiona.
Dopiero zdecydowane pukanie do drzwi i nawoływanie mamy Paula zmusiło ich do wstania, ubrania się w coś mniej piżamowego niż wyblakłe koszulki z krótkim rękawkiem i zejścia do kuchni w celu zjedzenia śniadania. Po skonsumowaniu większej części jajecznicy z boczkiem usłyszeli wjeżdżający na podjazd samochód. Natychmiast zerwali się od stołu i oparli się kuchenny blat, nad którym znajdowało się wychodzące na trawnik przed domem okno.
Przez grubą warstwę śniegu zalegającą na brukowanej uliczce z mozołem przebijał się zadbany, ale niezwykle utytłany combi w kolorze oliwkowo-zielonym. Z trudem otwierając drzwi wydostały się z niego dwie postacie - dzieciak w grubej kurtce, który natychmiast rzucił się w śnieg oraz starsza kobieta ciągnąca za sobą pękatą torbę. Trochę im zajęło przedarcie się od pozbawionego białego puchu fragmentu ścieżki. W końcu zadzwonił dzwonek do drzwi, a pani Miles pośpieszyła wpuścić krewnych.
- "Agnieszka! Córeczko kochana!" - rozległ się radosny okrzyk - "Jak ja cię dawno nie wdziałam! Daj buziaka!"
- "Cześć mamo…" - westchnęła Aga, po czym, wnioskując z chwili ciszy, dała się wycałować swojej matce.
- "A gdzie jest twój mąż i mały Paul?" - zapytała tonem zatroskanej babci.
Paul przewrócił oczami i wyszedł niechętnie z kuchni. Nieco zdezorientowana Carroll podreptała niepewnie za nim, starając się nie wystawać za bardzo zza jego pleców.
- "O! Kochany wnuczek!" - zawołała starsza pani. Była niewysoka, tęga i miała lokowane, prawie idealnie białe włosy. Ubrana była w spódnicę w kwiatki i wiśniowy sweter, który wyglądał jak zrobiony na drutach. Promieniowała od niej czysta babciność - "Jak wyrosłeś! Chodź, daj babci buziaka" - chłopak został bezlitośnie uściśnięty i wycałowany w policzki, co przyjął z kamienną twarzą.
- "Cześć babciu" - powiedział uśmiechając się w końcu.
- "Och! A któż to?" - ponownie huknęła babcia. Niebieskowłosa słyszała te babcine okrzyki powitalne już dwa razy, a mimo wszystko wzdrygnęła się nieco przestraszona. Może dlatego, że tym razem zaskoczone powitanio-zawołanie było skierowane do niej - "Z kim mam przyjemność? Przedstawisz mi się młoda damo?"
- "Eemmm… Jestem Carroll" - wykrztusiła - "Carroll Nubes."
- "Hmmm…" - staruszka przyjrzała się jej dokładnie. Następnie zerknęła na Paula i uśmiechnęła się tak jakby nagle odkryła coś co naprawdę ją ucieszyło.
Nie odezwała się jednak więcej do wnuka, czy jego dziewczyny, a za to ruszyła w stronę kuchni, żeby napić się kawy i pogadać ze swoją córką. W momencie, kiedy po babci pozostał w przedpokoju tylko i wyłącznie babciny zapach, przez drzwi wejściowe wpadł uwalony śniegiem dzieciak. Ściągnął kurtkę, czapkę, szalik oraz rękawiczki i powiesił je na wieszaku rozsypując przy okazji biały pył wszędzie dookoła. Zimowych buciorów oczywiście nie zdjął i z każdym krokiem tworzył poczwarkę kałuży.
- "Cześć ciociu Agnieszko! Cześć Paul!" - wrzasnął na całe gardło nie przejmując się jak daleko od niego znajdują się wywoływani. Już chciał popędzić w sobie tylko znaną stronę, ale wpadł na wciąż mocno skołowaną Carroll. Znieruchomiał i z szeroko otwartymi ustami wlepił wzrok w jej włosy - "Dlaczego masz włosy pofarbowane na niebiesko?"
- "Nie są pofarbowane…" - skrzywiła się dziewczyna - "Urodziłam się z takimi…"
Kuzyn zrobił bezdźwięczne "łał" i opuścił nieco wzrok tak, że teraz patrzył na punkt położony o jakieś trzydzieści centymetrów niżej. Zanim zaczął się ślinić, dostał od Paula w tył głowy. Spojrzał na starszego kuzyna z pretensją.
- "Idź do kuchni" - warknął i zdecydowanym ruchem popchnął dzieciaka w tamtą stronę - "Mają pierniki."
Chłopiec stwierdził, że w tym momencie bardziej opłaca mu się zjeść kilka ciastek w spokoju niż zostać zbitym przez kuzyna, więc czym prędzej zniknął mu z przed oczu.
- "Idziemy na górę?" - zapytał brązowowłosy chłopak już spokojniejszym tonem, odwracając się do swojej dziewczyny.
- "Chętnie…" - uśmiechnęła się słabo.
Tymczasem w kuchni toczyła się poważniejąca z minuty na minutę rozmowa. Siedzący na blacie i zajadający ciasteczka z czekoladą dzieciak przysłuchiwał się jej z ciekawością.
- "Widzę, że mały Paul znalazł sobie pannę" - powiedziała babcia uśmiechając się szeroko.
- "Miła dziewczyna…" - westchnęła pani Miles - "Naprawdę do siebie pasują."
- "Mam nadzieję, że jest z dobrego domu" - wyraz twarzy babki Elżbiety stał się lekko tajemniczy. Aga doskonale znała tą minę. Jej matka wprost uwielbiała wiedzieć co się da o ludziach, którzy ja otaczali i tak właśnie wyglądała, kiedy zdobywała informacje. Oraz w kilku innych momentach…
- "Nie wiem wiele o jej rodzinie…" - mruknęła - "Wiem, że ma matkę, ale…" - przerwała patrząc gdzieś w bok.
- "Ale? Co "ale"?" - starsza kobieta uniosła siwą brew.
- "Carroll tak jakby chwilowo mieszka z nami…"
- "Coś się stało z jej matką?" - podpowiedziała babcia. W jej głosie pojawiło się wyraźne zainteresowanie.
- "Nie… Jej matka wyrzuciła ją z domu…" - powiedziała z pewnym smutkiem.
- "Za co?" - zdziwiła się, po czym mocno zniżyła głos - "Dziecko?"
- "Co?" - zmarszczyła brwi - "Gdzie tam! Jej matka jest po prostu świrnięta."
- "Rozumiem…" - pokiwała powoli głową notując to co właśnie usłyszała w pamięci - "A gdzie śpi w takim razie ta młoda dama?"
- "Z Paulem…" - odezwała się pani Miles od razu czując, że to co nastąpi wkrótce zdecydowanie nie ucieszy jej syna.
W tym momencie nieletni kuzyn zsunął się na podłogę i podreptał w sobie tylko znanym kierunku. Kobiety nawet na chwilę przerwały rozmowę by odprowadzić go wzrokiem. Wyglądały jakby dopiero co zorientowały się, że dzieciak siedział tuż obok i podsłuchiwał.
- "Tak nie można…" - kobiecina udała przerażenie - "Mają spać osobno… Dopóki będę nocować w tym domu."
Paul pewnie solidnie by się wkurzył gdyby to usłyszał. Dotarło to za to do uszu pewnej ciekawskiej osóbki, która wspinała się właśnie cichutko po schodach. Chłopiec nie przejął się jednak tą informacją. Miał własną misję do wykonania.
Gdy dotarł do szczytu schodów znów natrafił na niebieskowłosą dziewczynę. Carroll zerknęła na niego krzywo, po czym skręciła do łazienki. Kliknął zamek w zamykanych drzwiach. Dzieciak rozejrzał się dookoła by upewnić się, czy teren jest "czysty", po czym doczłapał na palcach pod wejście do pomieszczenia, w którym zniknęła wciąż tajemnicza dla niego panna. Położył się na podłodze i zajrzał przez otwory służące do usprawnienia przepływu powietrza. Na jego nieszczęście toaleta znajdowała się w takim miejscu, że nie zobaczył kompletnie nic. Niezadowolony wstał i ruszył w stronę pokoju swojego kuzyna, czyli w miejsce, do którego kierował się od początku. Pocieszał się tym co usłyszał podczas rozmowy jego babki z jego ciotką. Niebieskowłosa mieszkała w tym domu, co dawało mu wiele czasu.
Legowisko Paula wyglądało praktycznie tak samo jak w poprzednim miejscu jego zamieszkania. No… może było trochę większe i w mniejszym stopniu zabałaganione. Zalegały w nim za to ślady bytności samicy rodzaju ludzkiego. Objawiały się głównie porzuconym gdzieś pod ścianą stanikiem - Carroll nie przyniosła ze sobą wiele rzeczy.
Sam mieszkaniec izby siedział przed całkiem pokaźnych rozmiarów monitorem podłączonym do ukrytego w szarej obudowie komputera. Chłopak szukał czegoś w kilku folderach naraz.
- "Ej, Paul!" - zagadał chłopiec nie przechodząc przez próg.
- "Czego chcesz, Thomas?" - zapytał niezbyt przyjaznym tonem brązowowłosy. Nawet nie spojrzał w stronę kuzyna.
- "Mam jedno pytanko" - mruknął dzieciak wchodząc do pomieszczenia i rozglądając się po ścianach i meblach.
- "Dawaj…"
- "Czy twoja dziewczyna wszystkie włosy ma niebieskie?" - zapytał niewinnym głosikiem.
- "Pewnie…" - odpowiedział nie myśląc wiele Paul. Zaraz jednak znieruchomiał - "Zaraz co? Ty mały zboku!" - wrzasnął, po czym rzucił się na kuzyna niczym dziki kot. Złapał go za kołnierz i pasek, a następnie wyniósł do z pokoju i zaczął nieść w stronę schodów - "Skąd ty w ogóle to bierzesz?!"
- "Z internetu!" - zachichotał dzieciak próbując się jednocześnie wyrwać. Bezskutecznie.
Po drodze minęli wychodzącą z łazienki Carroll. Dziewczyna tylko uniosła brew i spojrzała pytająco na czerwonego z wściekłości chłopaka. Brązowowłosy nawet się nie zatrzymał. Szybkim krokiem zszedł po na parter, dotarł do drzwi wejściowych i otworzył je łokciem. Zamachnął się potężnie i wyrzucił małego Thomasa prosto w pryzmę śniegu. Odwrócił się na pięcie i wrócił do siebie.
- "Co się właściwie stało?" - zapytała siedząca po turecku na łóżku niebieskowłosa.
- "Śmierdziel zapytał mnie, czy wszystkie twoje włosy są niebieskie…" - westchnął włączając przygotowany wcześniej film. Zasunął okno i usiadł obok dziewczyny, która właśnie zrozumiała o co chodziło kuzynowi i zaczęła potężnie się czerwienić - "Ja już go nauczę szacunku…" - mruknął chłopak, po czym objął i pocałował w policzek swoją ukochaną.
Phoebe nie interesowała się świętami. Nie obchodziły jej żadne obchody ani prezenty. No może te ostatnie jednak trochę ją obchodziły, ale i tak były niczym w porównaniu do sztucznych ogni. Siedziała właśnie w garażu jej ojca i nie zważając na zimno podziwiała olbrzymi zapas najróżniejszych fajerwerków, które zalegały w kilku miejscach pomieszczenia. Już nie mogła doczekać się odpalania i podziwiania ognistych kwiatów i kolorowych iskier, które już wkrótce miały rozświetlić niebo. Była pewna, że to co urządzi razem z tatą będzie najpiękniejszym, najgłośniejszym i najbardziej efektownym pokazem w okolicy, a może nawet w całym miasteczku. Szkoda tylko, że do ostatniego dnia roku był jeszcze dobry tydzień…
Paul rzeczywiście nie ucieszył się z żądania babci. Powiedział "dobranoc" do leżącej w jego łóżku Carroll, po czym naburmuszony, z poduszką pod pachą zszedł po schodach. Jego ojciec, który zaledwie godzinę wcześniej wrócił z pracy odprowadził go bezsilnym spojrzeniem. Na starszą kobiecinę nie było mocnych.
Chłopak rzucił jasiek na brzeg stojącej przed telewizorem sofy i rozwinął wzięty po drodze z garderoby rodziców gruby koc. Miał szczęście, że na meblu jest wystarczająco miejsca by wygodnie się ułożyć, co jednak nie zmieniało faktu, że nie uśmiechało mu się spać tutaj i to jeszcze samemu przez resztę świąt. Chcąc nie chcąc wsunął się pod ciepłą pościel i zamknął oczy.
Sen przyszedł szybko. Można nawet powiedzieć, że zadziwiająco szybko biorąc pod uwagę nastrój brązowowłosego. Jego świadomość powoli odpłynęła do świata marzeń sennych… i koszmarów.
Szkolne korytarze były niezwykle zatłoczone tego poranka. Zewsząd dochodziły niezrozumiałe rozmowy i migały barwne ubrania przechodzących uczniów. Wszystko jednak było mgliste i wyblakłe. Paul powolnym krokiem ruszył w tłum. Coś mu nie pasowało i straszliwie go niepokoiło. Nigdzie bowiem nie było widać niebieskowłosej.
Pod ścianą zauważył klęczącą postać. Po białej czapce rozpoznał Finna. Blondyn miał podarte ubranie i pełno siniaków na całym ciele. W miejscu prawej ręki znajdował się krwawy strzęp mięsa i skóry. Oderwaną kończynę chłopak ściskał w drugiej ręce. Starał się przymocować ją na nowo, ale jego wysiłki były z góry skazane na porażkę.
- "Siema Finn" - zagadał niepewnie brązowowłosy.
- "Siema stary…" - odparł klęczący oglądając się na przyjaciela.
- "Nie widziałeś Carroll?" - zapytał.
- "Mój tata uciekł…" - wymamrotał, po czym odwrócił się i wrócił do desperackich prób zamocowania kończyny.
Paul przełknął ślinę i wycofał się. Został na powrót pożarty przez tłuszczę. Gromada ludzi, niczym wielka, żywa rzeka, popchnęła go potwornie długim korytarzem. Czuł setki uderzających go i przepychających na boki łokci. W pewnym momencie ktoś podłożył mu nogę, co zaskutkowało nieprzyjemnym upadkiem na wyłożoną płytkami podłogę. Gdy tylko się podniósł zobaczył przed sobą ścianę płomieni. W samym jej środku stała dziewczyna. Miała wesoły wyraz twarzy, a jej rude włosy zachowywały się jak ogień. Phoebe zdawała się nie czuć bólu oparzeń, które powoli coraz gęściej pokrywały jej skórę. Jej ubranie powoli zmieniało się w popiół i opadało na ziemię.
- "Phoebe!" - chłopak starał się przekrzyczeć buzującą pożogę, które co jakiś czas rozbłyskiwały wszystkimi barwami tęczy - "Widziałaś gdzieś Carroll?"
Ruda otworzyła usta, ale w ich wnętrzu nie było już języka. Zastąpił go piekielnie gorący płomień, który zwęglał zęby i wargi. Phoebe zrobiła smutną minę i wskazała coś palcem.
Gdy tylko Paul spojrzał w tamtym kierunku, dookoła zrobiło się jakoś bardziej szaro. Przy okazji zniknął pożar razem ze stojącą wśród języków ognia postacią. Chłopak chcąc nie chcąc ruszył w stronę pokazaną przez płonącą dłoń. Wkrótce stanął przed dość przygnębiającym widokiem. Na podłodze, ze skrzyżowanymi nogami siedziała Lady. Miała na sobie swój standardowy, tęczowy ubiór. Do piersi przyciskała małe, białe zawiniątko wydając przy tym z siebie ciche dźwięki przywodzące na myśl łkanie. Na posadzce pod nią znajdowała się pokaźnych rozmiarów kałuża przezroczystej cieczy. Dopiero po chwili brązowowłosy spostrzegł, że owym płynem są łzy wylewające się dwoma nieprzerwanymi strumieniami z pustych oczodołów Azjatki.
Chłopak odetchnął ciężko, po czym ruszył w dalszą drogę nawet nie próbując zaczynać rozmowy z płaczącą. Otaczający go korytarz coraz mniej przypominał znajome wnętrze szkoły. Wił się jakby projektujący go architekt opróżnił przed pracą parę butelek pełnych wysokoprocentowych płynów. Okna i drzwi do klas pojawiały się bezładnie i losowo na ścianach. Niemożliwi do rozpoznania ludzie chodzili we wszystkich kierunkach nie zwracając najmniejszej uwagi na błądzącego. Jedną z takich osób był Jake, którego Paul prędzej usłyszał niż zobaczył.
- "Lady!" - wołał zachrypniętym głosem - "Laaadyyy!" - rozglądał się oszalałym wzrokiem w poszukiwaniu wołanej.
- "Jake?" - zaczepił go.
- "Widziałeś Lady?" - zapytał. Jego pełne obłędu oczy na krótką chwilę spotkały się ze spojrzeniem brązowowłosego.
- "Jest ta…"
- "Laaaadyyy!" - blondyn nie pozwolił mu dokończyć. Chwiejnym krokiem ruszył w dalsze poszukiwania.
Parędziesiąt metrów coraz dziwniejszego korytarza dalej, chłopak natknął się na kolejne znajome twarze. Na podłodze, oparta o ścianę siedziała Bonnibel. Jej puste, jasne oczy patrzyły gdzieś w sufit. Miała poderżnięte gardło, ale rana była czysta - ktoś wytarł krew. Nogi miała nienaturalnie wygięte - jej kości zostały połamane. Obok niej ucupnęła Marcelina. Tkwiła z czołem opartym o kolana i drżała jednocześnie głośno pochlipując.
- "Marcelina?" - zapytał ostrożnie Paul kładąc dłoń na jej ramieniu.
- "Tak?" - spojrzała na niego. Oczy miała czerwone od płaczu, a jej policzki błyszczały się od łez.
- "Czy widziałaś Carroll?" - chłopak nie był w stanie spytać o nic innego. Tylko to przychodziło mu do głowy.
- "Carroll?" - słowo, które wydobyło się z ust czarnowłosej zabrzmiało tak smutno, że brązowowłosy chciał zacząć krzyczeć. Chciał wrzeszczeć i bić powietrze. Chciał skruszyć głową te głupie, krzywe mury, które go otaczały. Chciał rozerwać na strzępy każdego błądzącego z martwym spojrzeniem ucznia. Chciał, żeby wszystko to… zniknęło…
Jego życzenie spełniło się. Potworne obrazy pękły niczym bańka mydlana i rozpłynęły się niczym wieczorne cienie w świetle porannego słońca. Powoli otworzył oczy. Dookoła wciąż było ciemno, ale wśród tej ciemności zobaczył zatroskaną twarz otoczoną aureolą niebieskiej czupryny.
- "Chmurko…" - wyszeptał siadając na krawędzi sofy.
- "Co się stało?" - zapytała z niepokojem. Odłożyła szklankę z wodą na stojącą pomiędzy telewizorem, a zajmowanym przez Paula meblem ławę i zbliżyła się.
Chłopak bez słowa objął ją w pasie i przyłożył głowę do jej płaskiego brzucha. Ciepło ciała i zapach dziewczyny wygnały z jego umysłu resztki koszmaru.
- "Zły sen?" - jedna drobna dłoń wplątała się w jego włosy, kiedy druga delikatnie głaskała jego plecy.
Lekko kiwnął łepetyną. Miał wrażenie, że gdyby spróbował się odezwać to by się natychmiast rozpłakał. Carroll wyplątała się z uścisku i ukucnęła przed nim. Mieli teraz twarze na tej samej wysokości. Niebieskowłosa spojrzała mu w oczy, po czym delikatnie pocałowała w czoło.
- "To był tylko sen…" - szepnęła mu do ucha.
Paulowi udało się dospać do rana w spokoju.
Pierwszą rzeczą jaką ujrzała Carroll po zejściu do słabo oświetlonej porannym słońcem kuchni był oparty o blat stołu Paul. Chłopak z kwaśną miną przeżuwał lichą kanapkę.
- "Cześć" - przywitała się z ostrożnym uśmiechem - "Co jest?"
- "Bolą mnie plecy… I kark… Spanie na kanapie to zło!" - pokręcił głową, po czym spojrzał w kierunku dziewczyny i uśmiechnął się nieco słabo - "Zrobiłem ci jedzonko" - powiedział wskazując stojący na blacie obok zlewu talerz z dwoma okazałymi kanapkami.
- "Jesteś kochany" - niebieskowłosa objęła go delikatnie za szyję i cmoknęła w policzek. Chwyciła naczynie ze śniadaniem, zajęła miejsce naprzeciw siedzącego i wgryzła się w smakowicie wyglądającą porcje.
- "Dzień dobry dzieciaczki" - przywitała się pogodnie babcia pojawiając się w tym momencie w wejściu do pomieszczenia. Przyciągnęła ze sobą niepowtarzalną babciną aurę, która zdążyła się wzmocnić od zeszłego dnia i powoli utrwalała się w okolicach, w których starsza pani przebywała najczęściej. Człowiek zaczynał odczuwać niespodziewane otrzymanie jakiejś słodkiej przekąski za najnormalniejszą rzecz na świecie.
- "Cześć babciu…" - mruknął brązowowłosy.
- "Dzień dobry pani" - grzecznie odpowiedziała dziewczyna.
- "Och! Mów do mnie "babciu", kochana" - kobiecina obdarzyła ją szerokim, babcinym uśmiechem.
- "Emmm… Dobrze…" - zdziwiła się nieco.
Pani Elżbieta spokojnym krokiem podeszła do jednego z blatów i włączyła wypełniony do połowy wodą, elektryczny czajnik. Z szafki wyciągnęła filiżankę, z innej puszkę kawy, a z jednej z szuflad łyżeczkę. Carroll, widząc to, nieco się zdziwiła. Jej samej zapamiętanie co gdzie leży w kuchni zajęło dobry tydzień, a ta kobieta znalazła wszystko od razu, choć była tutaj dopiero jeden dzień.
Staruszka, nie zdradzając po sobie czy czuje się obserwowana, kontynuowała przygotowywanie napoju. Z lodówki wyciągnęła śmietankę, a do filiżanki wsypała czubatą łyżeczkę brązowego granulatu. Gdy tylko podgrzewana woda zaczęła bulgotać, kawa została zalana. Chwilę później trafiła do niej niewielka ilość śmietanki.
- "Paul?" - babcia odezwała się mieszając parującą ciecz. Łyżka uderzała w ścianki naczynia wystukując dziwną, prawie nieuchwytną melodię - "Byłbyś tak miły i mógłbyś przynieść moje okulary? Chciałabym poczytać gazetę, a moje oczy nie są już tak sprawne jak dawniej…"
- "Pewnie…" - chłopak podniósł się z krzesła - "Gdzie leżą?"
- "Gdzieś na wierzchu. Nie przeoczysz ich" - odpowiedziała pogodnie. Chłopak skinął głową i odszedł.
Kobiecina spokojnie zajęła miejsce przy stole, po skosie od niebieskowłosej. Podmuchała na ciepły napój i siorbnęła niewielki łyk, po czym spojrzała prosto w niebieskie oczy dziewczyny. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w zaskoczoną i nieco przestraszoną osóbkę, która właśnie zdała sobie sprawę, że przez coś niemożliwego do zidentyfikowania nie jest w stanie odwrócić się, czy choćby spuścić wzroku.
- "Widziałam cię wczoraj w nocy…" - zaczęła babcia. Jej rozmówczyni poczuła się jeszcze bardziej niekomfortowo - "Spokojnie! Nie masz się czego bać" - uśmiechnęła się zauważywszy zmianę - "Nie zamierzam cię wyzywać. Właściwie cały ten cyrk ze spaniem osobno to miał być test. Zaskakująco szybko go zdaliście."
- "Test?" - wyszeptała Carroll. Starsza kobieta znów zaczęła ją przerażać, choć z drugiej strony wciąż była tą samą, miłą, troskliwą i babciną. Dziewczyna trochę się pogubiła - babcia była jednocześnie kimś komu od razu chciało się zaufać i kimś kto kryje przed światem jakąś niepokojącą tajemnicę.
- "Tak. Chciałam po prostu sprawdzić, czy aby na pewno do siebie pasujecie" - odparła spokojnie. Zrobiła krótką przerwę na kolejny łyk kawy - "Czy Paul często miewa koszmary?"
- "Nie wiem…" - mruknęła dziwiąc się samej sobie, że jest w stanie tak otwarcie się wypowiadać - "Czasem mam wrażenie, że zrywa się w środku nocy, ale za słabo, żeby mnie całkiem obudzić. Coś wspominał kilka razy… No i to wczoraj…"
- "A jak ostatnio z jego… hmm… chorobą?" - zapytała wciąż wpatrując się w rozmówczynię.
- "Ostatnio ten… drugi… się nie za często odzywa…" - stwierdziła z zaskoczeniem. Nie zwróciła na to jakoś wcześniej uwagi. Dopiero teraz coś podsunęło jej mózgowi te dość oczywiste zjawisko.
- "Ten "drugi" bawi się w horrory" - staruszka pokręciła głową - "Mam dla ciebie bardzo ważne zadanie droga panno" - intensywność spojrzenia nagle wzrosła - "Zrób wszystko co się da, żeby ten biedny chłopak nie oszalał…"
- "D-dobrze…" - zapewniła nieco bardziej przestraszona Carroll.
- "Nie musisz nawet mówić "dobrze"" - zaśmiała się kobiecina - "Doskonale wiem, że świetnie się nim zaopiekujesz… Ale mam jedno pytanie… Twoja matka jest dość nieprzyjemną osobą, prawda? Jak się nazywa?"
Wysoka kobieta z popielatymi włosami wyszła spod prysznica znacząc podłogę mokrymi plamkami i odciskami bosych stóp. Ściągnęła z wieszaka szary ręcznik, wytarła się nim, a następnie zawinęła dookoła głowy. Naciągnęła na siebie szlafrok o kolorze platyny i przepasała się puchową szarfą.
Bujając biodrami wyszła z wypełnionej ulotną parą łazienki. Przed drzwiami czekały na nią porzucone w nieładzie, pluszowe kapcie. Wsunęła w nie jeszcze lekko wilgotne stopy i ruszyła do kuchni zerkając po drodze na powieszony wysoko na ścianie zegar. Z zadowoleniem stwierdziła, że ma jeszcze ponad dwie godziny.
Opłukała jeden z zalegających w zlewie kubków, a pozostałe na nim resztki lekko zajeżdżającej chemią wody strzepała na wyłożoną jasnymi kafelkami podłogę. Z jasno-brązowej szafki wydobyła nieco sfatygowaną puszkę przeznaczoną na kawę. W środku nie znalazła wiele owego dobra luksusowego.
- "Carroll! Idź do…" - gwałtownie przerwała wołanie. Przypomniała sobie, że jej córka już od dłuższego czasu z nią nie mieszka. Zanotowała sobie w pamięci, że musi wstąpić do sklepu.
Pomijając takie sytuacje oraz fakt, że musiała sama zajmować się wszystkim w domu, cieszyła się ze swojej decyzji. Dziewczyna przypominała jej swojego ojca - dupka, z którym popielatowłosa kobieta przez jakiś czas żyła.
Śmiało można było powiedzieć, że ona i ojciec Carroll byli parą ludzi dla siebie stworzonych. Na ich nieszczęście owe stworzenie polegało na praktycznie identycznych charakterach - obydwu równie parszywych. Rozstali się na jakieś siedem miesięcy przed narodzinami niebieskowłosej, więc facet nawet nie wiedział, że ma dziecko.
Przypadkowy, zamaszysty ruch ręką posłał zahaczony szerokim rękawem kubek na płytki. Naczynie roztrzaskało się na malutkie kawałki i zmieniło kuchnię w pole minowe. Kobieta przeklinając pod nosem posprzątała i ruszyła do swej sypialni, rezygnując tym samym z porannej kawy.
Stanęła przy podwójnym łóżku ściągnęła kapcie. Puszysty szlafrok zsunął się na dywan, a obok niego wylądował szary ręcznik. Popielatowłosa zbliżyła się nago do stojącej pod ścianą komody, nad którą wisiało sporych rozmiarów lustro. Wydobyła z jednej z licznych szuflad mebla suszarkę do włosów i podłączyła ją do sieci elektrycznej. Głośny szum wiatraczka umilkł równie szybko jak się rozpoczął. Nieprzyjemny chrobot jaki wydało urządzenie tuż przed zatrzymaniem się sugerował poważniejszą awarię.
Kobieta powtórnie zaklęła i zaczęła energicznie wycierać wilgotną fryzurę przyniesionym z łazienki ręcznikiem. Po dłuższej chwili, w końcu zadowolona z wyniku starań, zaczęła się czesać. Ta czynność również zajęła całkiem sporo czasu. Nałożenie makijażu i ubranie się we wcześniej przygotowany strój nie przysporzyło większych problemów.
W końcu mogła wyruszyć. Przed wyjściem jeszcze raz spojrzała na zegar, którym poinformował ją, że została jej godzina. Wiedząc w jakim stanie są ulice miasteczka, kobieta nieco przyspieszyła. Narzuciła płaszcz i wyszła, zakluczając za sobą drzwi. Nie przewidziała, że znajdująca się na chodniku, ubita warstewka śniegu może być aż tak ślizga. Poleciała na bok czując jednocześnie pulsujący ból w kostce.
- "Betty wydaje się miła…" - powiedziała różowowłosa dziewczyna przesiadująca na obrotowym fotelu. Siedziała odwrotnie niż powinna, dzięki czemu mogła położyć brodę na rękach opartych o oparcie mebla. Z uśmiechem przyglądała się strojącej gitarę basową czarnowłosej, która zajęła miejsce na nakrytym różową pościelą łóżku.
- "Mało powiedziane…" - mruknęła Marcelina - "Ona jest miła jak przedszkolanka."
- "No właśnie… Więc o co chodzi?"
- "To po prostu takie…" - przez chwilę szukała odpowiedniego słowa wpatrując się przy tym gdzieś w ścianę nad Bonnibel - "Takie… dziwne… Simon tak nagle znajdujący sobie dziewczynę? Przecież on nawet nie potrafi rozmawiać z kobietami, których nie zna bez jąkania się i czerwienienia…"
- "Nawet najbardziej nieśmiałe osoby w końcu sobie kogoś znajdą…" - uśmiechnęła się lekko wbijając wzrok w podłogę i swoje własne, ubrane w jasno-różowe skarpetki stopy - "Spójrz na Carroll… Spójrz na mnie!"
- "W przypadku Carroll, to raczej ktoś ją znalazł" - zachichotała - "A ty wcale nie jesteś taka nieśmiała."
- "Jestem…" - powiedziała cicho.
- "To, że cały czas coś czytasz i mało się odzywasz, nie znaczy, że jesteś nieśmiała" - zaśmiała się czarnowłosa - "Zresztą wydaje mi się, że ty to zaczęłaś."
Bonnibel tylko uniosła brew widząc wyraz twarzy swojej dziewczyny.
