5. Uroki wolności
Dziewczyna po raz kolejny głośno westchnęła i zmięła częściowo zarysowana kartkę. Kulka papieru dołączyła do pozostałych, które wypełniały stojący pod ścianą kosz i zalegały na podłodze dookoła - rysowniczka nie była zbyt dobra w rzucaniu. Wzięła następną czystą stronę z malejącego powoli stosika i odgarnęła niebieską grzywkę za ucho. Zaczęła szkicować coś przypominające okrąg.
Dźwięk otwieranych drzwi sprawił, że zadrżała jej ręka i prosta kreska zmieniła się w coś bliskiego błyskawicy. Carroll tylko spojrzała na swój rysunek z rezygnacją i odwróciła się w stronę wejścia. Do pokoju wchodził właśnie Paul. Jego brązowa czupryna była rozczochrana jakby przed chwilą ściągnął z głowy jakąś czapkę. Całą twarz miał zarumienioną od zimna.
- "Gdzie byłeś?" - zapytała dziewczyna.
- "Odśnieżałem" - odparł chłopak siadając po turecku na łóżku i zerkając na budzik stojący na stoliku nocnym. Uśmiechnął się lekko.
- "Po ciemku?" - uniosła podejrzliwie brew.
- "Lepiej późno niż wcale" - zaśmiał się - "Zresztą niedługo się przekonasz."
- "Niedługo to będzie nowy rok" - niebieskowłosa zakręciła się na obrotowym fotelu, który zajmowała.
- "Właśnie" - pokiwał powoli głową, po czym zerknął na biurko, z którego ktoś odgarnął większość klamotów, żeby zrobić miejsce do rysowania - "Co rysujesz?"
- "Próbuję narysować człowieka…" - westchnęła - "Ale jakoś mi nie idzie…" - zerknęła na przepełniony kosz.
- "Nie może być tak źle" - uśmiechnął się Paul nie zwracając uwagi na kupę zmiętych kartek. Podniósł się z pościeli i spojrzał na obrazek, nad którym pracowała Carroll - "Mówiłem. Rysujesz lepiej ode mnie."
- "Nigdy nie widziałam twoich rysunków…" - odparła patrząc na chłopaka.
- "A chcesz zobaczyć?"
- "Pewnie" - zaśmiała się.
Brązowowłosy sięgnął w kierunku stojącej przy biurku półki i ostrożnie wyciągnął z niej pomięty zeszyt na spirali. Jego szara okładka trzymała się tylko w połowie, a do tego była klejona taśmą. Położył brudnopis przed niebieskowłosą. Dziewczyna powoli otworzyła na pierwszą stronę.
Znalazła tam ścianę niemożliwego do odczytania tekstu - literki były drobne niczym ziarenka maku, a do tego koślawe i przekrzywione. Na środku kartki słowa zgrabnie opływały rysunek przedstawiający rycerski hełm. Był wykonany czarnym długopisem i miał całkiem nieźle wykonane cieniowanie. Dalej odnalazła odręczny schemat jakiegoś urządzenia. Obrazek był mocno pobazgrany w wielu miejscach. Wyglądało to jakby naniesiono na niego wiele poprawek, które w końcu zmyły się w niewyraźne bazgroły.
Stronę drugą ktoś wyrwał nie dbając za bardzo o wygląd zeszytu. Na dole pozostał spory fragment wewnętrznego rogu kartki z malusieńkim kawałkiem jakiegoś rysunku. Wyrwana karta odsłoniła narysowaną długopisem ilustrację drzewa z siedzącym pod nim człowiekiem. Miał twarz zasłoniętą czapką.
- "Nieźle" - dziewczyna pokiwała z uznaniem.
Wtem ponownie otworzyły się drzwi. Na wysokości klamki pojawiła się głowa mamy Paula.
- "Zaraz północ dzieciaki! Dołączycie do nas?" - zapytała z szerokim uśmiechem.
- "Nie" - odparł spokojnie chłopak.
- "Żałujcie" - zaśmiała się kobieta. Następnie pokazała im język i zniknęła pozostawiając za sobą uchylone drzwi.
- "Nie dołączymy?" - Carroll uniosła brew.
- "Nie. Zrobimy coś innego. Lubisz fajerwerki?" - zapytał.
- "Pewnie."
- "To chodź. Musimy ciepło się ubrać" - uśmiechnął się, po czym chwycił niebieskowłosą za rękę i wyprowadził ją z pokoju.
Zbiegli po schodach i skierowali się w stronę korytarzyku znajdującego się przed wyjściem z domu. Założyli ciepłe buty, zimowe kurtki i czapki, po czym ruszyli w stronę przejścia na podwórze znajdujące się na tyłach budynku. Brązowowłosy pstryknął przełącznikiem i zapalił znajdującą się na zewnątrz lampkę.Przepuścił dziewczynę w drzwiach, a następnie sam wyszedł i zamknął je za sobą. W grubej (ale nieco cieńszej niż przed świętami) warstwie śniegu zalegającej na trawniku wyryta została ścieżka prowadząca przez pół podwórka. Na jej końcu znajdowało się niewielkie, również pozbawione białego puchu pole. Postawiono na nim dwa leżaki. Strasznie gryzły się z zimowym otoczeniem.
Paul i Carroll usiedli wygodnie i spojrzeli w niebo. Nie musieli długo czekać. Wkrótce usłyszeli dochodzące z domu, przytłumione odliczanie. Kiedy doszło do zera na niebie pojawiły się kolorowe iskry fajerwerków.
Ostry, drażniący alarm wyrwał Paula ze snu. To budzik oznajmiał wszem i wobec, że właśnie wybiła godzina ósma. Chłopak powoli usiadł na łóżku jednocześnie wymacując przycisk wyłączający denerwujący dźwięk. Przeciągnął się ziewając i potarł oczy. Odwrócił się do śpiącej obok niego dziewczyny.
- "Chmurko… Pobudka…" - szepnął - "Obudź się…" - niebieskowłosa mruknęła coś niewyraźnie - "Dalej. Obudź się. Ja pójdę zrobić śniadanie."
Wysunął się spod kołdry i stanął na podłodze. Wzdrygnął się czując przejmujący chłód i zaczął szukać włochatych kapci. Odnalazł je pod bluzką Carroll, którą z uśmiechem złożył i położył na fotelu. Wyszedł z pokoju.
Po wizycie w łazience chłopak zszedł do kuchni i zaczął rozglądać się za czymś do jedzenia. W chlebaku odnalazł dwie bułki. Były one jednak tak twarde, że pewnie bez problemu mógłby sprać nimi kuzyna na kwaśne jabłko. Na szczęście tuż obok znalazł bochenek względnie świeżego chleba. Zabrał cztery kromki i wrzucił je do tostera przy okazji chyba po raz pierwszy doceniając pomysł swojego taty na zakup urządzenia z czterema miejscami na tosty. Pozostawiwszy pieczywo sam na sam z opiekaczem zajrzał do lodówki w poszukiwaniu czegoś co mogłoby posłużyć za dodatek do chleba. Pierwszą rzeczą, która rzuciła mu się w oczy był biały, śmietankowy serek. Ku radości Paula okazał się zdatny do spożycia i tylko odrobinę napoczęty. Minutę wpatrywania się w śnieg za oknem później mógł już wyciągnąć gorący chleb z tostera i rozsmarować na nim ser. Następnie ułożył jedzenie na dużym talerzu i powoli ruszył w stronę swojego pokoju.
Po drodze zaczął się zastanawiać dlaczego w domu jest tak cicho i dlaczego jeszcze nie spotkał nikogo z członków rodziny. Po chwili przypomniał sobie jednak w jakim stanie byli jego rodziciele i babcia po północy oraz fakt, że imprezowali jeszcze przez kilka godzin. Pokręcił z uśmiechem głową. Rodzinka musi odespać i jeszcze przeżyć kaca. Aktualny stan młodszego kuzyna całkowicie go nie obchodził.
Spokojnym krokiem minął łazienkę, za której drzwiami słychać było dźwięk szorowania szczoteczką po zębach i wszedł do pokoju. Kołdra leżała odrzucona na jedną stronę łóżka zdradzając brak Carroll. Paul wyrównał pościel, odłożył talerz tuż pod poduszką dziewczyny. Nie czekając na jej przyjście wziął książkę w starej, acz solidnej oprawie ze stolika nocnego oraz kanapkę i rozpoczął śniadanie. Księga, którą czytał nosiła tytuł "Legenda o królu Arturze" i była prezentem od babci. Wcześniej należała do aktualnie nieżyjącego dziadka chłopaka, który chyba od zawsze interesował się rycerstwem i wpoił wnukowi wiele idei, które brązowowłosy do dziś kultywował.
Nie zdążył sobie jednak wiele poczytać, bo tak mniej więcej w połowie kanapki, w drzwiach pojawiła się niebieskowłosa. Nie wyglądała za dobrze i najpewniej podobnie się czuła, ponieważ po doczłapaniu do łóżka tylko głośno kichnęła i zaryła w nie nosem.
- "Chmurko?" - Paul uniósł brew i odłożył książkę oraz śniadanie. Nachylił się nad dziewczyną - "Żyjesz?"
W odpowiedzi otrzymał tylko niewyraźne jęknięcie. Chwycił niebieskowłosą za ramię i bez trudu odwrócił ją twarzą do góry. Miała nieco podrażniony nos i lekko podkrążone oczy, a poza tym była wyraźnie blada. Chłopak przyłożył dłoń do jej czoła. Było cieplejsze niż kaloryfery jak na ten moment.
- "Super…" - westchnął ciężko, po czym zrobił miejsce na łóżku (odłożył talerz na stolik nocny) i ułożył poduszki w wygodne oparcie - "Oprzyj się i właź pod kołdrę."
Dziewczyna wymamrotała coś niewyraźnie, po czym w ślimaczym tempie schowała się pod kołdrą. Paul położył jej na kolanach talerz z kanapkami.
- "Najedz się" - polecił. Zabrał nadgryzione przez siebie pół kromki i ruszył w stronę wyjścia - "Zaraz przyjdę."
Wyszedł z pokoju przeklinając w myślach samego siebie i swoje "genialne pomysły". Szybko się jednak uspokoił. Tylko mu tego brakowało, żeby jakiś drugi głos w jego głowie zaczął go krytykować. Wmaszerował do kuchni zjadając jednocześnie ostatni fragment kanapki. Przy lodówce stała jego mama. Zdawała się być ledwie przytomna, więc Paul bez słowa przemknął za jej plecami, po czym dopadł szafki z opatrunkami i medykamentami. Zaczął przegrzebywać pełne leków, plastikowe pudełka. Szybko odnalazł termometr i kartonik z chusteczkami higienicznymi. Wkrótce dołączył do nich listek jakiś tabletek na przeziębienie. Przy okazji odpadło kilka nieco przeterminowanych lekarstw i jedna nieszczelna buteleczka z syropem, która cała się kleiła i pachniała syntetyczną truskawką.
- "O… Cześć synku…" - odezwał się zmęczony głos za plecami chłopaka.
- "Cześć mamo" - odpowiedział zamykając szafkę i organizując potrzebne przedmioty w zgrabny stosik.
- "Co to?" - kobieta podniosła tabletki i przyjrzała się im z bliska - "Jesteś chory?"
- "Nie… Ale Carroll nie wygląda najlepiej" - odparł.
- "Nie karm jej takimi śmieciami" - rzuciła lekiem w stronę kuchennego blatu. Nie trafiła. Kawałek plastiku odbił się od szafki, spadł na podłogę i z rozpędu wsunął się pod stół. Pani Miles przez chwilę wpatrywała się w listek ze zdziwioną miną - "Zrobię jej trochę rosołu… Mamy gdzieś jeszcze jakieś zmrożone warzywa…"
- "Nie wiem jak rosół miałby pomóc, ale okej…" - wzruszył ramionami i udał się z powrotem do swojego pokoju.
Carroll zastał żującą powoli drugą kanapkę. Położył chusteczki na łóżku i nachylił się nad dziewczyną. Starając się nie zwracać uwagi na brak stanika, zsunął nieco bluzkę z jej ramienia i delikatnie umieścił termometr pod jej pachą.
- "Zimne..." - wzdrygnęła się nieco.
- "Sorki… Pewnie przez to siedzenie na zimnie jesteś chora…" - mruknął Paul - "To był głupi pomysł… Przepraszam…"
- "Nie szkodzi…" - nabrała powietrza, żeby kichnąć, ale zdążyła zasłonić nos i usta chusteczką - "Było fajnie."
- "Moja mama zrobi ci rosół" - uśmiechnął się.
- "Miło…"
Peppermint krzątał się po kuchni już od jakieś godziny Wyjątkowo nie miał na sobie swojej granatowej marynarki, ale za to założył prosty fartuch w tym samym odcieniu. Własne śniadanie już zjadł, a teraz przygotowywał kanapki dla swojej podopiecznej i gości, których liczba swoją drogą zdążyła się zmniejszyć z trzech do tylko jednego.
- "Cześć…" - do pomieszczenia weszła Bonnibel. Ziewnęła szeroko.
- "Cześć królewno" - odparł z uśmiechem mężczyzna. Dowcip z "królewną" ciągnął się już od kilkunastu lat - "Gdzie panna Marcelina?"
- "Jeszcze nie wstała. Ma problemy z wczesnym wstawaniem" - mruknęła. Sama z kolei miała problem raczej odwrotny. Spanie nie było jej mocną stroną.
- "Musi się pospieszyć jeśli chce zdążyć na śniadanie…" - zaśmiał się lokaj, który właściwie ostatnio z służby awansował na pana domu. Podał różowej talerzyk z pokaźną bułą wypakowaną różnymi składnikami i wrócił do grzebania w lodówce.
- "Dzięki" - powiedziała z uśmiechem, po czym wgryzła się w swoje śniadanie.
- "Och…" - mężczyzna podrapał się po głowie - "Chyba zapomniałem kupić mleka."
- "Mogę się przejść do sklepu" - zaproponowała dziewczyna.
- "Zrobisz to?" - ucieszył się - "Miło z twojej strony. Ja mam dużo rzeczy do zrobienia."
- "Nie ma sprawy."
Peppermint zostawił banknot na stole i zniknął gdzieś w głębi domu. Bonnibel spokojnie dokończyła posiłek, po czym wstała od stołu, ubrała się w ciepłe ciuchy, wzięła pieniądze i wyszła mając nadzieję, że zdąży wrócić zanim Marcelina wypełźnie spod kołdry.
Słusznie jednak mówią, że nadzieja matką głupich (chodź Bonnie głupia nie była), bo jakąś minutę po tym jak różowa zniknęła za drzwiami, po schodach, plaskając bosymi stopami o podłoże, zwlokła się czarnowłosa. Jej włosy były tak rozczochrane, że zdawały się mieć dwa razy większą objętość niż zwykle. Nieco przygarbiona doszła do wejścia do kuchni, gdzie zatrzymała się i zaczęła rozglądać dookoła wciąż mocno czułymi na światło oczami.
- "Bonnie?" - zawołała starając się zabrzmieć na tyle głośno, żeby ktokolwiek ją usłyszał. Wyprostowała się z wysiłkiem.
- "Panna Bonnibel wyszła do sklepu" - usłyszała głos Pepperminta za plecami.
- "A kiedy wróci?" - zapytała Marcelina. Ziewnęła przeciągle.
- "Niedługo" - odparł - "Chodź do kuchni. Zrobiłem śniadanie."
Śniegu zdawało się być mniej niż przed świętami. Najbardziej widoczne było to w mieście, gdzie chodniki i ulice zostały względnie odgarnięte. Nie znaczyło to jednak, że w stu procentach nadawały się do użytku. Mimo rozsypanego wszędzie żwiru wciąż łatwo było się wywalić na śliskim podłożu i co najmniej nieźle obić tyłek.
Bonnibel nie zamierzała sobie dziś obijać tyłka. Zwłaszcza o twardy bruk. Starała się więc poruszać ostrożnie, ale jednocześnie w miarę szybko. Minęła już pierwszą przecznicę i właśnie skręcała w nieco gęściej zabudowaną część miasteczka. Sklep był już widoczny.
Dopiero teraz dziewczyna spostrzegła jak pusto jest dookoła. Na ulicach nie było dosłownie ani jednej żywej duszy. Raczej nie była winna temu wczesna pora. Bardziej prawdopodobnym winnym był dzień - pierwszy dzień nowego roku. Leżące gdzieniegdzie resztki fajerwerków świadczyły o tym, że okoliczni mieszkańcy nie mieli wiele czasu na odpoczynek minionej nocy i teraz zapewne odsypiali.
Rozejrzała się na prawo i lewo przy przejściu dla pieszych, po czym przemknęła na drugą stronę. Samochody też gdzieś poznikały. Tylko kilka - mniej lub bardziej zaśnieżonych - stało przy krawężnikach.
W końcu zatrzymała się przed sklepem. Spożywczo-monopolowy, otwarty dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu i w większość świąt. Różowa naprawdę współczuła pracownikom. Co oczywiście nie przeszkadzało jej w korzystaniu z ich usług. Weszła do środka, gdzie od razu przywitał ją dźwięk zawieszonego nad wejściem dzwonka i powiew ciepłego powietrza. Rozejrzała się uważnie po pomieszczeniu. Przed nią rozciągały się półki pełne kolorowych towarów. Daleko, pod przeciwległą ścianą stała wielka lodówka z produktami mlecznymi. Od kasy znajdującej się po prawej od wejścia właśnie odchodził jakiś szemrany typek. Mijając ją, spojrzał na nią dziwnie i uśmiechnął się. Dziewczyna pomyślała, że ten uśmiech wcale nie był oznaką uprzejmości, a nawet był dość obrzydliwy. I to wcale nie przez kilkudniowy zarost na nieco fioletowej mordzie, opaskę na oku ani butelkę wódki w dłoni.
Głośno przełknęła ślinę i ruszyła prosto do stojącej na tyłach chłodziarki. Szybko odnalazła poszukiwane mleko i ruszyła w stronę kasy.
Za ladą stała kompletnie znudzona dziewczyna z krótkimi włosami, które przez wątpliwy stan fryzury zdawały się układać w kocie uszy. Ubrana była w t-shirt z logiem sklepu założony na ciepłą bluzę z wzorkiem wyglądającym jak zżółkłe bandaże. Na piersi miała przypięty identyfikator, na którym ktoś, tuż pod imieniem, napisał czarnym flamastrem "Me-Mow". Skierowała znudzone spojrzenie niezwykłych, różowych oczu prosto na Bonnibel.
- "Dzień dobry" - powiedziała nieco nieśmiało różowowłosa stawiając kartonik z mlekiem na ladzie.
- "Dobry…" - odpowiedziała kasjerka głosem świadczącym, że ten dzień jest dla niej zdecydowanie nie dobry. Od niechcenia zeskanowała kod kreskowy ze spodu opakowania i klepnęła kilka przycisków kasy - "To będzie trzy pięćdziesiąt… Coś jeszcze?"
- "To wszystko, dziękuję" - zapłaciła i szybko zapakowała mleko do siatki - "Reszty nie trzeba" - rzuciła przez ramię oddalając się w stronę drzwi.
- "Twoja wola" - wzruszyła ramionami Me-Mow - "Dzięki za napiwek…"
Bonnibel wyszła ze sklepu i rozejrzała się dookoła. Wciąż było pusto i cicho. I zimno. Mróz niemiłosiernie szczypał w jej nos i policzki. Nie spostrzegłszy faceta, na którego wpadła w spożywczaku, ruszyła w stronę domu. Znów przemknęła przez przejście dla pieszych i zaczęła iść chodnikiem wzdłuż trzypiętrowych budynków mieszkalnych, których jakiś geniusz architektoniczny nabudował całkiem sporo w tej okolicy.
Nagle jakaś ciemna sylwetka zagrodziła jej przejście. Bonnibel zrobiła dwa kroki do tyłu i uniosła wzrok, żeby zobaczyć porośniętą czarną szczeciną mordę, która wciąż rozszerzała się w tym samym, obrzydliwym uśmiechu. Nie trzymał już w ręce butelki z alkoholem. Zastąpił ją krótki, ale za to ostry i szpiczasty nożyk.
- "Gdzie się panienka wybiera?" - zapytał przesłodzonym głosem.
- "Jak najdalej stąd…" - odpowiedziała zdecydowanie. Mimowolnie cofnęła się jeszcze o krok.
- "A ja jednak myślę, że panienka nigdzie się stąd nie wybiera" - odparł wyciągając wolną rękę w jej stronę.
Różowowłosa poczuła nagły zastrzyk adrenaliny. Wyskoczyła do przodu, sprzedając jednookiemu cios w zdrowe oko. Facet zawył i machnął kilka razy nożem na ślepo. Jedno z cięć zahaczyło o ramię przebiegającej obok dziewczyny. Bonnibel nawet tego nie poczuła starając się zachować równowagę na pokrytym warstewką lodu chodniku. Po kilkunastu metrach zaczęła czuć wyraźne kłucie w płucach - aktywność fizyczna zawsze była jej słabą stroną. Po chwili dołączył piekący ból w barku. Towarzyszyło mu dziwne, rozchodzące się pod kurtką ciepło. Przez to wszystko po jej policzkach zaczęły powoli płynąć łzy. Przebiegła przez przejście dla pieszych nawet się nie rozglądając. Kilkanaście sekund później wpadła do swojego domu i zatrzasnęła za sobą drzwi. Oparła się o nie i zjechała na podłogę. Upuściła ściskaną dotąd w dłoni siatkę z mlekiem na wycieraczkę, na której siedziała i delikatnie pomacała swoje ramię. Poczuła ciepłą wilgoć, a gdy uniosła palce do oczu zobaczyła krew. Powoli zaczęła odpływać. Ostatnią rzeczą jaką widziała zanim zemdlała była blada postać.
- "Bonie? Wszystko okej? Bonnie? O Globie! Bonnie!"
- "Ech Phoebe, Phoebe…" - westchnął ciężko barczysty rudzielec podnosząc się od stołu.
Jego córka pojawiła się właśnie w wejściu do pomieszczenia. Miała na sobie pomarańczowy sweter i jeansy. Na twarzy miała kilka niewielkich plastrów.
- "Cześć tato" - mruknęła - "Skąd taka reakcja?"
- "Wiesz… Nie jest mi miło patrzeć jak zdobywasz kolejne poparzenia…" - pokręcił głową zbliżając się do jednej z kuchennych szafek. Otworzył ją i zaczął czegoś szukać - "Jeszcze poprzednia rana nie zdążyła się zagoić… Właśnie" - zerknął na dziewczynę - "Jak tam ręka?"
- "Dobrze… Już nie piecze…"
- "Super" - uśmiechnął się - "Ale naprawdę zaczynam się o ciebie martwić… Nie wiem jak przeżyłaś tamto ostatnie…"
- "Tato… To był tylko jeden fajerwerk…"
- "Może i jeden, ale wybuchł ci prosto w twarz" - spojrzał poważnie na rudą - "Ciesz się, że skończyło się tylko tymi małymi oparzeniami."
- "To był tylko mały wypadek…" - jęknęła.
- "Nie ważne już" - westchnął mężczyzna - "A teraz chodź tutaj. Trzeba zmienić ci te opatrunki. Zaczynam powoli nabierać wprawy w łataniu rannych przez te twoje zabawy" - zaśmiał się krótko.
Phoebe westchnęła, zbliżyła się do ojca i dała sobie ściągnąć plastry z czoła i policzków.
- "Nie wygląda to źle" - pokiwał głową - "Teraz ten żel przeciw oparzeniom, a za pół godziny nowe plastry."
Rudowłosa w odpowiedzi tylko zrobiła niezadowoloną minę.
- "Co robisz?" - pani Miles wyraźnie drgnęła słysząc nagle za sobą głos swojej matki.
- "Mamo… Nie skradaj się tak, proszę cię…" - odetchnęła ciężko - "Robię rosół dla Carroll…"
- "Rozchorowała się?" - zapytała z troską w głosie babcia.
- "Trzydzieści osiem i pół stopnia…" - w kuchni nagle pojawił się Paul. Pomachał ciepłym termometrem, po czym zaczął "strząsać" słupek rtęci do normalnej temperatury - "Cześć babciu."
- "Cześć wnuczku" - odpowiedziała kobiecina, po czym zajrzała do wielkiego garnka, w którym powoli powstawał rosół - "To ma cokolwiek pomóc?" - zapytała krytycznie. Odwróciła się do wnuka - "Paul, przynieś mi proszę taka brązową torbę z mojego pokoju."
Chłopak kiwnął głową i zniknął z kuchni. Szybkim krokiem dotarł do pokoju gościnnego, w którym zdecydowanie dominował charakterystyczny, babciny zapach. Na turystycznym, składanym łóżku stojącym pod ścianą na lewo od drzwi wciąż spał Thomas. Leżał rozwalony na pół materaca i zaplątany w jasno-zieloną kołdrę. Z na wpół otwartych ust zwisała kropla śliny.
Paul z trudem powstrzymał ochotę obudzenia złośliwego dzieciaka kilkoma kopniakami. Zamiast tego rozejrzał się w poszukiwaniu wspomnianej przez babcię torby. Nie musiał szukać długo. Bagaż leżał oparty o szafę stojącą przy wejściu. Był niewielki, brązowy i wykonany w stylu mającym kojarzyć się zapewne z Indianami. Miał jeden pasek służący do przenoszenia i niezliczoną ilość frędzelków pokrywających głównie kawałek materiału, który zakrywał zamek.
Chłopak pochylił się i ujął torbę w dłonie. Spróbował ja podnieść, ale za nic nie chciała oderwać się od podłogi. Zdawała się być albo przyklejona do jasnych paneli podłogowych albo wypełniona po brzegi sztabami ołowiu. Brązowowłosy ukucnął przed bagażem i szturchnął go palcem. Zawartość wydawała się być raczej miękka.
- "Super…" - westchnął - "Babcia prosi o torbę, ale system przeciw kradzieży zostawia włączony…" - pokręcił głową, po czym powtórnie spróbował ruszyć pakunek.
Tym razem, ku jego zaskoczeniu, torba ruszyła się z miejsca. Uniósł brew i podniósł bagaż nieco wyżej. Zważył go w rękach. Teraz ważył tyle co nic. Prawie jak wypełniony suchymi liśćmi. I najprawdopodobniej tak właśnie było, ponieważ gdy chłopak zbliżył go do twarzy, w jego nos uderzył intensywny zapach ziół. Powstrzymując kichnięcie zastanowił się czego właściwie innego się po swej babci spodziewał. Ruszył z powrotem do kuchni.
- "O, dzięki kochany" - kobiecina rozczochrała mu i tak niezbyt uładzone włosy, po czym odebrała swoją torbę. Otworzyła ją i zaczęła grzebać w szeleszczącej zawartości. Po chwili uniosła wzrok na Paula i jego matkę. Zmarszczyła brwi - "Sio z kuchni."
Pierwszą rzeczą jaką poczuła po obudzeniu się był ból. Bolała ją głowa i czuła się przy tym jakby przed chwilą zeszła z wirującej z szaloną prędkością karuzeli. Chwilkę później odczuła nieprzyjemne pieczenie w mięśniach nóg i wyraźniejsze przy prawie każdym ruchu kłucie w ramieniu. Stopniowo zaczęły powracać do niej wspomnienia sprzed… Właśnie? Ile czasu właściwie była nieprzytomna?
Powoli otworzyła oczy. Zaraz ukuło ją odbijające się od różowych ścian światło. Zamrugała kilka razy, żeby odzyskać ostrość i spojrzała na wiszący na ścianie zegar. Zbliżała się siedemnasta, więc nie było tak źle. Jeżeli oczywiście wciąż był ten sam dzień.
Kątem oka spostrzegła czarny, nieregularny kształt, a po chwili zdała sobie sprawę, że czuje delikatny ucisk na prawym ramieniu i piersi oraz w okolicach brzucha i pleców. Lekkie przekrzywienie głowy ujawniło wtuloną w nią, bladą dziewczynę z czarnymi włosami. Czarnowłosa poczuła chyba ruch, bo nieco poluźniła uścisk i odsunęła się od niej, by spojrzeć jej prosto w twarz. Uśmiechnęła się szeroko.
- "Bonnie!" - Marcelina znów przytuliła swoją dziewczynę. Tym razem z całych sił oraz z dodatkowym pocałunkiem - "Obudziłaś się!"
- "Na to wygląda…" - mruknęła Bonnibel pozbawionym energii głosem - "Wszystko mnie boli…"
- "Zemdlałaś zaraz po wejściu do domu" - powiedziała puszczając różowowłosą i siadając po turecku obok niej na łóżku - "I masz straszną ranę na ramieniu…" - różowa spojrzała na nią z przerażeniem - "No dobra… Nie jest taka straszna. Peppermint powiedział, że jest na tyle płytka, że nie potrzeba szyć."
- "Super…" - odetchnęła z ulgą.
- "A teraz opowiadaj" - czarnowłosa wbiła w nią swoje przenikliwe spojrzenie - "Co się stało?"
Bonnibel westchnęła ciężko i poprosiła Marcelinę, żeby pomogła jej ułożyć poduszki i jakoś usiąść. Kiedy znajdowała się już we w miarę wygodnej pozycji westchnęła ponownie i w końcu zaczęła opowiadać. Powiedziała jak szła do sklepu i kogo w nim spotkała. Opisała mężczyznę, który zatrzymał ją na ulicy i bieg do domu. Na końcu tylko wzdrygnęła się i przytuliła się do bladej dziewczyny.
- "Będzie trzeba powiedzieć o tym jutro Paulowi" - mruknęła Marcelina. W jej głosie dało się usłyszeć złość.
- "Rosół!" - do Carroll dobiegł wesoły głos dochodzący od drzwi.
Paul, który wreszcie przebrał się w jakieś mniej piżamowe wdzianko, wszedł do pokoju z drewnianą tacką, na której stała niewielka miseczka z parującą cieczą. Odłożył ją na biurku, po czym założył na jedną dłoń kuchenną rękawicę i chwycił w nią wypełnione zupą naczynie. W drugą rękę wziął łyżkę i usiadł na krawędzi łóżka.
- "Dziwnie to pachnie" - niebieskowłosa zmarszczyła nosek. Zapach był tak potężny, że prawie natychmiast przeczyścił jej zatoki. Musiała szybko się wysmarkać, bo pewnie kichnęła by sobie do obiadu.
- "Babcia przejęła gotowanie… Pododawała jakiś swoich czarów-marów i teraz tak pachnie" - powiedział spokojnie chłopak. Przybliżył się do dziewczyny i nabrał pełną łyżkę dziwnego rosołu.
- "Będziesz mnie karmił?" - zapytała uśmiechając się i unosząc brew.
- "Jeśli nie masz nic przeciwko" - pokazał jej język.
Coś było nie tak… Widział tylko ciemność. Bolało go całe ciało, przy czym najmocniej odzywały się nadgarstki i kostki. Spróbował się ruszyć, ale osiągnął jedynie to, że zabolało go mocniej. Zorientował się, że jest skrępowany. Nagle odzyskał czucie w ustach. Miał w nich suchą szmatkę, która miała zapewne służyć za knebel.
Zamrugał oczami licząc, że odzyska również zmysł wzroku. Widzieć cokolwiek zaczął jednak dopiero po chwili, kiedy nad jego głową zapaliła się pojedyncza, podłużna świetlówka. Siedział na charakterystycznym, prostym krześle. Identycznym do tych na jakich przesiadywał co dzień w szkole. Jego stopy i dłonie przywiązane były do metalowej ramy mebla. Informacje te wpłynęły do jego głowy w dość trudny do wytłumaczenia sposób. Na pewno nie zobaczył tego wszystkiego na własne oczy, bo od momentu, w którym zapaliło się światło nie mógł poruszyć choćby palcem.
Żółtawa plama blasku powoli rozszerzyła się na całe pomieszczenie, ukazując szkolną salę. Znajomą szkolną salę.
Wszystkie stoły i krzesła odsunięte były pod ściany. Widoczne kątem oka okno było szczelnie zasłonięte. Pod tablicą leżały jakieś czarne torby.
Nie interesowało go jednak za bardzo otoczenie. Dziwniejsze były bowiem długie, niebieskie kosmyki zsuwające się na czoło. Poczuł jak robi mu się zimno.
- "I co chcesz osiągnąć?" - zapytał mężczyzna wychodzący zza jego pleców. Był to znajomy jednooki typek z niechlujnym, kilkudniowym zarostem. Rękawy jego koszuli w kratę były podwinięte ponad łokcie. W zakrwawionej ręce trzymał krótki nóż. Uśmiechał się swoim obrzydliwym, kpiącym uśmieszkiem. Jedyną rzeczą, która się nie zgadzała był głos. Ten nie był przepity i chrapliwy, ale czysty i spokojny. Jednocześnie jednak dało się w nim wyraźnie wyczuć wściekłość, nieskażony niczym szał - "Sam nic nie zrobisz…"
Doskonale poznawał ten głos. Wiele już razy słyszał go w swojej głowie i koszmarach. Pragnął odpowiedzieć, chciał się kłócić… Wciąż jednak mógł tylko patrzeć.
- "Daj sobie pomóc! Wiem, co o mnie myślisz, ale przecież ja chcę tylko jak najlepiej… Tak będzie łatwiej… Tak będzie bezpieczniej… Nie bądź durnym bohaterem..." - mówił zbliżając się powoli do krzesła. W dłoni ważył ostrze - "Daj sobie pomóc…" - ostrze przejechało po jego gardle. Wszystko zaczęło się powoli rozmywać.
Paul otworzył oczy. Przed sobą widział sufit własnego pokoju, a jedynym bólem jaki odczuwał był ból ręki, którą swoim ciężarem wciskała w materac leżąca obok Carroll. Chłopak westchnął głęboko i przejechał wolną dłonią po twarzy. Przysunął się delikatnie do dziewczyny, objął ją i zagrzebał nos w jej rozczochranych, niebieskich włosach. Ich przyjemny zapach uspokajał nerwy i pozwolił mu ponownie zasnąć.
Mam wrażenie, że pisanie notek na końcu rozdziału wejdzie mi niedługo w nawyk... Tym razem tylko mała ciekawostka, czy może raczej uspokojenie własnego sumienia... Przez moje przeklęte lenistwo musiałem nieco skrócić ten rozdział. "Brakujące" parę linijek trafi w okolice początku następnego, gdzie zresztą o wiele lepiej będzie pasować. Tia...
No i oczywiście bardzo miło byłoby zobaczyć jakieś recenzje :P. Możecie zresztą również zadawać pytania dot. świata, czy fabuły. Nie gwarantuję, że na nie odpowiem (nie będę przecież zdradzał dalszego ciągu), ale postaram się odpisać na każdą recenzję.
