6. Kreatywne spędzanie czasu
Brązowowłosy chłopak przywitał pokryte śniegiem osiedle niewielkich domków przeciągłym ziewnięciem. Przeciągnął się po raz ostatni i poprawił zielonkawy, stylizowany na wojskowy plecak, w którym zawsze nosił wszystkie szkolne graty. Rozejrzał się dookoła mając nadzieję, że zobaczy wychodzącą z sąsiedniego domostwa czarnowłosą, bladą dziewczynę, z którą chodził do jednej klasy. Carroll jeszcze nie wyzdrowiała, choć "magiczna" zupa babci mocno poprawiła jej stan. Niebieskowłosa musiała spędzić jeszcze co najmniej jeden dzień z dala od chłodu i powszechnie występujących w miejscach publicznych takich jak szkoła zarazków, więc Paula czekał dość nudny marsz. Liczył na towarzystwo Marceliny, która zwykle wychodziła o tej samej godzinie. Tym razem jednak po przyjaciółce nie było śladu, a czas mijał. Chłopak westchnął i zerkając na zegarek ruszył w drogę samemu.
Kilkanaście minut wypełnionego głębokimi przemyśleniami wleczenia się po pokrytym cienką warstewką lodu chodniku dotarł pod szkołę. Po raz kolejny - sam nie potrafił powiedzieć po raz który - zmierzył budynek wzrokiem. Gmach był równie nudny jak zwykle. Śnieg zalegał równą, białą pierzyną na dachach dwóch masywnych skrzydeł odchodzących od wyższej, środkowej części, na której znajdowała się tablica głosząca nazwę szkoły. Przez położone tuż pod tablicą podwójne drzwi co chwila wchodził jakiś uczeń. Wszyscy szczelnie opatuleni w kurtki, czapki i szale oraz wyposażeni w ponure miny i podkrążone oczy.
Paul nie wyglądał zresztą lepiej. Nieprzespane noce piękności zdecydowanie szkodzą. Podobnie powroty do wczesnego wstawania po dłuższej przerwie. Chłopak mógł się tylko cieszyć, że nie zaziębił się ani nie złapał tego samego co Carroll.
- "Co tam, Paul?" - znajomy acz trochę zmęczony głos i przyjacielskie szturchnięcie w ramię poprzedziły pojawienie się czarnej czupryny wystającej spod czerwonej czapy - "Czemu gapisz się na szkołę? Planujesz wagary?" - w jasno-brązowych, prawie czerwonych oczach zabłysła łobuzerska iskierka.
- "Siema Marcelino" - odparł odwracając się w stronę dziewczyny - "Właśnie zrezygnowałem. Pewnie byś ze mną polazła, a wtedy Bonnibel pewnie by mnie zabiła. Podejrzewam, że ma lochy pod tym swoim pałacykiem" - zaśmiał się.
- "To całkiem prawdopodobne, wiesz?" - wyszczerzyła się błyskając przy okazji wypielęgnowanymi zębami.
- "Tak właściwie to gdzie się podziewałaś? Wyglądasz na nieźle wymęczoną" - zauważył. Dziewczyna rzeczywiście nie wyglądała najlepiej. W jej oczach było wyraźnie widać zmęczenie.
- "Byłam przez całe święta u Bonnie" - odparła. Obydwoje ruszyli spokojnym krokiem w stronę szkoły - "Stało się trochę naprawdę porąbanych rzeczy… Jedna właściwie… Później ci opowiem. Gdzie masz Carroll tak właściwie?"
- "Leży chora…" - westchnął żałośnie - "A ty gdzie masz swojego różowego nerda?"
- "Podobnie. Leży w łóżku. Ale nie jest jakoś mocno chora" - odpowiedziała.
Weszli na korytarz i zaliczyli szybki kurs do szatni i z powrotem. Bieganie do piwnicy było nieco denerwujące na dłuższą metę i już tydzień od rozpoczęcia się sezonu kurtkowego wszyscy chcieli jak najszybszego powrotu lata i miłego, ciepłego słoneczka.
- "Zombie…" - mruknęła Marcelina spoglądając na tłum śniętych uczniów przelewający się powoli we wszystkie strony.
- "Świt żywych trupów" - dodał Paul torując sobie drogę przez obojętną na wszystko tłuszczę.
- "Niektórzy są nawet jeszcze bardziej martwi" - zaśmiała się czarnowłosa ujrzawszy osoby stojące pod ich klasą.
Byli to Finn i Jake w towarzystwie Phoebe i Lady. Bracia wyglądali jakby przejechały po nich schody ruchome, a później poprawił słoń. Ich blond fryzury były rozczochrane tak, że każdy kosmyk sterczał w inną stronę. Mieli podkrążone oczy i sprawiali wrażenie jakby każdy głośniejszy dźwięk sprawiał im ból. Opierali się o ścianę niczym skrajnie wymęczeni.
Ruda nie wyglądała wcale lepiej. Całą twarz miała w plastrach, a do tego było jej strasznie zimno. Ubrana była w gruby sweter z pofarbowanej na pomarańczowo wełny, a i tak chowała dłonie pod pachami.
Stojąca tuż obok Koreanka była w najlepszym stanie z całej czwórki, ale wciąż coś nie grało w jej osobie. Poza jej nagłą obecnością w szkole oczywiście.
- "Cześć wszystkim. Dlaczego jesteś ubrana w ogrodniczki?" - zapytała Marcelina unosząc lekko brew.
- "익숙한" - odparła wielbicielka tęcz.
- "Mówi, że się przyzwyczaja" - przetłumaczył zmęczonym głosem Jake.
- "Och… Okej…" - czarnowłosa pokiwała powoli głową, po czym odwróciła się w stronę pozostałych - "Nawet nie chcę wiedzieć co ci to zrobiło, Phoebe… A wy co?" - zmierzyła wzrokiem chłopaków - "Opiliście nowy rok?"
- "Nie krzycz tak…" - odpowiedział z trudnością starszy.
- "Uznamy to za tak" - uśmiechnął się Paul.
- "A gdzie macie Bonnibel i Carroll?" - wtrąciła się ruda.
- "Chore są…" - mruknął chłopak.
- "Leżą w łóżeczkach" - dodała Marcelina przeciągając się tak mocno, że aż strzeliły jej kości.
- "I piją rosołek" - dokończył brązowowłosy.
- "Pozdrówcie je w takim razie" - uśmiechnęła się Phoebe. Plaster na jej policzku częściowo się odlepił ukazując drobną ranę po poparzeniu.
- "Gdybym teraz zjadł rosół…" - wymamrotał niemrawo Finn - "...to pewnie bym się zrzygał…" - wzdrygnął się, a następnie skrzywił słysząc głośny, irytujący dźwięk dzwonka.
- "Okej. Czas iść na lekcje" - oznajmiła rudowłosa chwytając swojego chłopaka za mechaniczną rękę i ciągnąc go w stronę klasy - "Do zobaczenia później."
Po kilku minutach korytarz prawie opustoszał - pozostali tylko przyjaciele i ich koledzy z grupy. Zanim pojawił się nauczyciel minęło jeszcze więcej czasu, ale w końcu przed salą pojawił się brodaty mężczyzna w granatowej marynarce. Miał krzywo zawiązany krawat, a jego białe, średniej długości włosy były wygniecione tak jakby dosłownie przed chwilą wstał z łóżka. Otworzył drzwi do klasy kluczem z plastikowym breloczkiem i masując twarz dłonią kazał uczniom wejść do środka, po czym sam zawlókł się do swego biurka.
- "Dzień do…" - zmarszczył brwi zastanawiając się, czy ten dzień aby na pewno jest dobry - "...bry klaso…" - otrzymał w odpowiedzi "dzieeeeń dooobry", którym nie powstydziłoby się żadne przedszkole - "Usiądźcie" - znaczna część klasy już dawno siedziała. Niektórzy zdążyli nawet zasnąć. Profesor Iceking rozejrzał się powoli po zmęczonych twarzach - "O! Widzę, że panna Mu w końcu pojawiła się w szkole" - stwierdził patrząc na Lady - "A w zamian za to zniknęło kilku… nastu innych uczniów" - klasa rzeczywiście była obecna najwyżej w połowie - "Panna Bubblegum, panna Nubes… eeetam… Nieważne… Nie chce mi się sprawdzać obecności…" - westchnął odchylając się do tyłu. Obrotowy fotel, na którym siedział zaskrzypiał ostrzegawczo.
W tym momencie nastąpiło całkowite rozprężenie. Wszyscy, których jeszcze obchodziła lekcja właśnie sobie odpuścili i dołączyli do przyciszonych rozmów, czy po prostu padli twarzą na ławkę i zaczęli cicho pochrapywać. Najgłośniejszą paplaninę słychać było z przednich ławek, w których jeszcze w zeszłym roku szkolnym, za karę zostały usadzone LSP i jej najlepsze psiapsióły, co wcale nie zmniejszyło to poziomu hałasu na lekcjach. W tym właśnie momencie ubrane podobnie dziewuchy odwróciły się w stronę pozbawionej ładu klasy i rozpoczęły plotki na żywo, których zapewne bardzo brakowało im podczas świątecznej przerwy. Spojrzenia złośliwych oczek umieszczonych w nieco pulchnych twarzach zaczęły przemykać od ucznia do ucznia towarzysząc tańczącym jednocześnie za pulchnymi policzkami językom. Zadziwiająco dużo niedyskretnych zerknięć skierowanych było w stronę Lady, Marceliny i Paula. Każde było jednak nieco inne i inne były tony głosów używane przy obgadywaniu konkretnych uczniów. Dla Koreanki, która właśnie z zapałem coś rysowała, zarezerwowane były rozbawione spojrzenia i chichot, który zapewne komentował dobór ubrań. Czarnowłosa otrzymywała tylko pogardę i szepty pełne nieukrywanej złośliwości, które cichły kiedy tylko dziewczyna podnosiła wzrok. Z jakiś nie do końca jasnych - zwłaszcza dla relatywnie nowego brązowowłosego - powodów plotkary bały się bladolicej gitarzystki.
Wszystko co dostawał od ekipy LSP Paul było dziwne. Maksymalnie przyciszone głosy i specyficzne spojrzenia, których chłopak za nic nie potrafił rozgryźć. Nie zastanawiał się jednak nad tym wszystkim specjalnie długo. Nigdy nie obchodziło go co inni o nim myślą, zwłaszcza jeśli chodziło o wymyślające niestworzone historie naczelne plotkary szkoły. Brązowowłosy miał znacznie lepsze rzeczy do roboty i do rozmyślania, choć w tym akurat momencie nie był w stanie zmusić się do robienia czegokolwiek konstruktywnego. Ta pogłębiająca się powoli acz nieubłaganie apatia została brutalnie przerwana przez warknięcie i wibracje umieszczonego w prawej kieszeni spodni chłopaka telefonu. Paul leniwym ruchem wyciągnął urządzenie i położył je na blacie swej ławki. Niewielkim przyciskiem na boku obudowy obudził komórkę i kilkoma ruchami palca wywołał SMS-y. Uśmiechnął się widząc, że wiadomość przyszła od Carroll, opisanej w pamięci telefonu jako "Chmurka".
C: "Nie mogę spać ;_;"
Chłopak zaczął jeździć opuszkami kciuków po wyświetlającej się na ekranie klawiatury.
P: ":C"
P: "Czemu?"
C: "A ja wiem? Obudziłam się i nie mogę zasnąć z powrotem… ;_;"
P: "Nie wyłaź tylko na dwór, bo się znów rozchorujesz :P"
C: "Nie zamierzam :P"
C: "Na razie nie zamierzam nawet z łóżka wychodzić…"
P: "Dobre podejście :D"
P: "Poczytaj sobie książkę labo coś… Leży ich tam sporo dookoła"
Dziewczyna podniosła wzrok znad ekranu telefonu i rozejrzała się po pokoju. Tuż obok łóżka, na stoliku nocnym stała całkiem pokaźnych rozmiarów wieża z książek, która rosła w tym miejscu już od dłuższego czasu. Szanse na jej obalenie i uprzątnięcie były znikome bez jakiś zachęt z zewnątrz.
C: "Ok :P Znajdę sobie coś do roboty"
P: "Ja za to chyba trochę pośpię… Lekcje i tak zapowiadają się dość… spokojnie... "
C: "Miłego spania w takim razie 3"
P: ":D"
Carroll z uśmiechem odłożyła telefon na brzeg szafki i ponownie przyjrzała się wielkiej konstrukcji z książek. Kilka tytułów wydrukowanych na mniej lub bardziej wytartych grzbietach budziło u dziewczyny wspomnienia ciekawych opowieści. Swoją drogą zanim lepiej poznała Paula, nigdy by nie przyszło jej na myśl, że może tyle czytać. Chłopak wyglądał jej raczej na kogoś, kto spędza większość czasu poza domem i jest uznawany za jednego z tych "fajnych dzieciaków". Uśmiechnęła się wiedząc jak bardzo się wtedy myliła. Pasjonat wąskiej dziedziny motoryzacji, niepoprawny nerd i człowiek uzależniony od pomagania innym - taki właśnie był jej chłopak.
Po raz kolejny zmierzyła wzrokiem mebel. Na jego krawędzi leżała książka, w którą wetknięto prowizoryczną zakładkę zrobioną ze złożonej kilka razy kartki papieru wyrwanej z zeszytu w kratkę. Dzieło było całkiem stare. Jego okładka była wykonana z grubej tektury pokrytej jakimś rodzajem materiału. W górnej jej części znajdował się wyszywany złotą nicią tytuł - "Legenda o królu Arturze". Dziewczyna pogładziła wolumin. Jego powierzchnia była zaskakująco gładka. Zdawało się, że nitki składające się oprawę są niezwykle drobne, albo układają się wszystkie w jedną linię.
Westchnęła i usiadła na brzegu łóżka. Nie chciało jej się spać i czuła się znacznie lepiej niż poprzedniego dnia. Gorączka zniknęła zabierając ze sobą wszelkie bóle, a przy okazji również katar. Częściowo. Carroll wciąż raz na jakiś czas musiała chwycić za chusteczkę, żeby oczyścić nos.
Nie miała też wielkiej ochoty na czytanie. Bała się tykać wieży z książek w obawie przed katastrofą budowlano-biblioteczną, a "Legenda…" była jakaś dziwna. Coś odpychało ją od pamiątki po dziadku Paula. Do tego stopnia, że nie była w stanie otworzyć jej i zacząć choćby zerkać na tekst.
Postanowiła nie drążyć tematu i pójść znaleźć coś do zjedzenia. Rozejrzała się po podłodze w poszukiwania jakichkolwiek kapci. Wciąż nie załatwiła sobie własnych, a nie chcąc pogorszyć swego stanu zdrowia musiała założyć coś na bose stopy. Wybór padł na włochate papucie Paula, które miały naśladować wyglądem łapy Vookich z Gwiazdowych Bojów. Klasyk science fiction zapowiadał się swoją drogą całkiem interesująco. Dziewczyna nie mogła się doczekać kiedy będzie miała w końcu okazję go obejrzeć. Zwłaszcza, że wielkimi krokami zbliżała się premiera nowej części serii. Tym razem tworzonej przez całkiem inne studio i przy okazji wywołującej każdym nowym zwiastunem burzliwe dyskusje wśród fanów.
Brązowe kapcie okazały się przyjemnie puszyste i cieplutkie. Poprawiła zsuwającą się z ramienia, luźną bluzkę zanim zdążyła odsłonić cokolwiek co nie powinno być odsłaniane publicznie, po czym wzdrygnęła się nieco. W domu było dość chłodno. Zwłaszcza dla kogoś, kto spędził tyle czasu pod ciepłą kołdrą, a do tego w gorączce. Bez dłuższego namysłu założyła ciemno-szarą bluzę należącą do Paula. Ciuch sięgał jej trochę za połowę uda, więc dokładnie ukrywał wszystko co miała na sobie. Pasowało jej to, bo nie były to rzeczy wyjątkowo reprezentacyjne. Przez chwilę nawet przemyślała przebranie się w coś świeżego i może nieco bardziej dziennego, ale stwierdziła, że jest na to zbyt leniwa, a niedługo i tak znów położy się do łóżka i owinie w pościel.
Szurając nieco przydużymi papuciami o wyłożoną panelami podłogę, Carroll wyszła z pokoju i skierowała swe kroki w kierunku schodów. Po drodze zaszła na moment do łazienki by się nieco odświeżyć - z ust zajeżdżało jej czymś w rodzaju ziół, ale nie była w stanie uznać tego zapachu za przyjemny. Parę minut później, kiedy w ustach czuła tylko obrzydliwy smak miętowej pasty, który prawdopodobnie prześladować będzie ją przez całe śniadanie, ruszyła do kuchni. Zastała w niej mamę Paula, która z lekko nieobecnym wzrokiem popijała kawę i starała się nie przysypiać.
- "Dzień dobry" - przywitała się niebieskowłosa, po czym natychmiast dobrała się do lodówki i zaczęła przeszukiwać jej zawartość w poszukiwaniu czegoś ciekawego do zjedzenia.
- "Cześć Carroll…" - odparła niemrawo pani Miles pomiędzy kolejnymi siorbnięciami.
Dziewczyna wyłowiła z pomiędzy pozostałości po świątecznych potrawach kilka plasterków jakieś wędliny i powąchała je krytycznie. Zapach nie zdradzał żadnych oznak przeterminowania, więc mięsko zostało zaakceptowane do procesu przygotowywania śniadanka. Następnie dołączył do niego żółty, dziurawy ser. Wszystkie składniki wylądowały na skibkach chleba, które umieszczono na zdobionym kwiatowymi wzorkami talerzyku. Zadowolona niebieskowłosa zabrała przygotowany w ten sposób posiłek i ruszyła w drogę powrotną do pokoju.
- "O! Widzę, że mój przepis wciąż działa!" - dotarł do niej uradowany głos babci Paula, która właśnie wkroczyła do kuchni - "Wyglądasz już jak zdrowa, moja droga."
- "Dzień dobry pa... emm… babciu" - przywitała się nieco niezręcznie. W odpowiedzi otrzymała promieniujący czystą babcinością uśmiech - "Rzeczywiście jest znacznie lepiej."
- "Cudownie" - wzrok starszej pani przeszedł na przysypiającą kobietę - "A ty co kochana? Znów się nie wyspałaś?"
- "Nigdy się nie wysypiam, mamo…" - westchnęła - "A tak właściwie to kiedy planujesz wyjechać?"
- "Dziś po południu" - odparła babcia wyciągając z jednej z szafek kolorowy kubek.
- "Tak szybko?" - zdziwiła się jej córka.
- "Muszę jeszcze odwiedzić Maję i tego jej mężusia, a potem odwieźć tego brzdąca."
- "Właśnie… ciekawe co tam u Majy… Muszę kiedyś do siostrzyczki zadzwonić…" - siorbnęła powoli kawę.
Carroll, czując się nieco pomijana i wręcz słysząc burczenie w swoim brzuchu, wycofała się powoli z kuchni. Mniej więcej w połowie drogi do schodów poczuła na sobie czyiś wzrok. W drzwiach pokoju, który służył za sypialnię dla gości stał Thomas. Dzieciak wpatrywał się w dziewczynę dość… dziwnie. Niebieskowłosa uniosła tylko brew i przyspieszyła kroku. Wkrótce znalazła się w pokoju Paula i usiadła wygodnie na łóżku, opierając się o przygotowane wcześniej, postawione na sztorc poduszki. Zanim jednak zdążyła wziąć choćby najmniejszy kęs, kątem oka spostrzegła, że jej telefon domaga się uwagi. Malutka diodka znajdująca się u dołu ekranu mrugała na biało oznajmiając przyjście wiadomości tekstowej. Carroll wzięła urządzenie w dłoń i obudziła je wciskając przycisk znajdujący się z boku obudowy. Na wyświetlaczu wyświetlił się nadawca wiadomości - Bonnibel.
B: "Co u ciebie?"
C: "Staram się wyzdrowieć"
B: "O… Ciebie też nie ma w szkole?"
C: "Yep"
B: "To nawet lepiej… Nie będę ci zakłócała żadnych lekcji"
C: "Zaraz… Czyli CIEBIE też nie ma w szkole?"
B: "Niestety..."
C: ":O"
B: "No co?"
C: "Ostatnio kiedy nie było cię w szkole, byłaś zamknięta we własnym pokoju przez swojego ojca… Sądziłam, że nic poza czymś takim nie może cie powstrzymać od edukowania się…"
B: "Marcy mnie poprosiła, żebym nie szła… Zresztą zaraz się dowiesz dlaczego"
B: "Bo mam jedno, dość ważne pytanie"
C: "?"
B: "Czy ten typek, który ci się włamał do domu, miał oboje oczu?
C: "Miał…"
C: "Ale potem dostał w jedno widelcem"
C: "Wątpię, żeby po czymś takim mógł je zachować :I"
C: "Brrr… właśnie to sobie przypomniałam :/"
B: "Czyli to ten sam... "
B: "Wczoraj napadł mnie taki typ. Opaska na oku, zarost…"
B: "Ogólnie takie szemrane indywiduum"
C: "Nic ci nie jest?"
B: "Drobne skaleczenie i trochę stresu. Uciekłam"
C: "To dobrze…"
C: "Ale ciekawa sprawa…"
C: "Paul wie?"
B: "Nie wiem"
B: "Ale pewnie niedługo się dowie, bo Marcy obiecała mu powiedzieć"
C: "Super… Będzie trzeba coś z tym zrobić…"
B: "Trzeba się naradzić"
C: "Nom..."
C: "I wprowadzić resztę ekipy w temat"
B: "Wieczorek filmowy w piątek?"
C: "Czemu nie"
C: "A teraz wybacz, bo muszę coś zjeść zanim zejdę tutaj z głodu"
B: "Smacznego :)"
C: "Dzięki :D"
Niebieskowłosa odłożyła telefon i poświęciła chwilkę na rozmyślania. Kolejny atak tego obrzydliwego gostka nie był niczym dobrym. Zwłaszcza, że jego celem była jedna z jej przyjaciółek. W głębokim zamyśleniu wgryzła się w kanapkę.
Schody ciągnęły się w nieskończoność. Stopnie i półpiętra wykonane z jakiegoś pseudo-kamiennego materiału przemykały mu pod nogami od dłuższego już czasu, a końca wciąż nie było widać. Chłopak miał do tego dość przerażającą świadomość uciekających nieubłaganie sekund. Nie mógł się spóźnić. Nie mógł zawieść. Nie wybaczył by sobie tego do końca życia.
Prawie wywrócił się o jeden ze schodków, który był chyba nieco wyższy od swoich braci. Całe szczęście udało mu się zachować równowagę i nie rozbić zębów na zimnym kamieniu. Sprawne siekacze są w życiu dość przydatne.
Odczuł wielką ulgę kiedy w końcu stanął przed drzwiami. Nie potrafił zapamiętać ich koloru ani kształtu klamki, ale za to nieprzyjemnie się przekonał, że uparcie nie chcą się otworzyć. Z wściekłością i godnym podziwu zapałem zaczął kopać w nie tuż przy miejscu, w którym powinien znajdować się zamek. Wsłuchując się w ciche trzeszczenie kopanego drewna próbował sobie przypomnieć po jaką cholerę właściwie to wszystko robi, ale wszystkim na czym potrafił się skupić było myślenie o upływającym czasie i czymś ważnym, co czeka na niego za drzwiami oraz zadawanie kolejnych ciosów zamkniętemu przejściu.
Głośniejszy trzask i wąska smuga światła rozjaśniająca półmrok klatki schodowej oznajmiły, że drzwi są już otwarte. Chłopak natychmiast popchnął je i wypadł na dach. Dookoła było widać praktycznie tylko niebo, które, choć kompletnie zakryte ciemnymi chmurami, emitowało całkiem spore ilości światła. Do tego wiał całkiem silny wiatr. Wiar, który szarpał niebieskim ubraniem i włosami znajomej postaci stojącej na krawędzi.
Oczy brązowowłosego rozszerzyły się ze strachu. Chciał coś krzyknąć, ale dosłownie nie miał języka w gębie. Chciał rzucić się i powstrzymać niebieskowłosą, ale kości w jego nogach zlały się w jedną całość uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Wtedy dziewczyna odwróciła się. Na jej twarzy jednocześnie gościł smutny grymas i szeroki, kpiący uśmiech.
- "Och… Ktoś chyba się spóźnił… Jaka szkoda…" - powiedziała nieswoim głosem, nie otwierając ust, po czym zrobiła krok do przodu i…
- "Pobudka! Zaraz dzwonek będzie…" - Paul poczuł nieprzyjemne dźganie w okolicach żeber. Podniósł powoli głowę z ławki i powoli rozejrzał się dookoła.
Osobą dźgającą, czyli przerywaczem drzemki, który za karę otrzymał ponure spojrzenie, była Marcelina. Nikt nie miał jej za złe tego, że właśnie wstała z krzesła i chodzi po klasie. Pytanie tylko czy dlatego, że nauczyciel jest dla niej kimś w rodzaju przybranego wujka, czy może dlatego, że cała klasa miała głęboko w poważaniu jakiekolwiek ewentualne pretensje dotyczące ich zachowania. Sam wychowawca miał zresztą podobne podejście. W tym właśnie momencie spał odchylony w tył na obrotowym fotelu, chrapiąc z cicha. Nie obudził się nawet kiedy ktoś postanowił zrobić mu dowcip, czego wynikiem był ozdobiony różową gumką warkoczyk upleciony z białej brody. Autorką żartu była najprawdopodobniej lekko nadpobudliwa dziewczyna o przezwisku Football, która właśnie siedziała razem z bratem bliźniakiem i trzymała się za brzuch trzęsąc się ze śmiechu.
Po drugiej stronie klasy spokojnie chrapał sobie Jake. Jego osoba podczas spania była bezpieczna - pilnowała tego Lady, która spędziła tą pseudo-lekcję czytając coś, czego okładkę starała się usilnie ukryć za podręcznikiem od historii. Minę miała dość zaniepokojoną.
Paul zaczął się zastanawiać, czy jego przypadkiem nie dopadł żaden dowcipniś, ale wszystko wskazywało na to, że jednak nie. Widocznie dziwna sława jaką osiągnął dzięki paplaninie produkowanej przez LSP chroniła jego i jego rzeczy przed straszliwymi pomysłami jakie rodziły się w pokręconych umysłach klasowych żartownisiów.
Spojrzał na Marcelinę, która cierpliwie czekała aż przestanie się rozglądać po klasie jak nałogowy zjadacz podejrzanych grzybków i zastanowił się dlaczego właściwie czarnowłosa obudziła go przed dzwonkiem. Po chwili stwierdził, ze właściwie najłatwiej będzie…
- "Czemu budzisz mnie przed dzwonkiem?" - ...spytać.
- "Z czystej złośliwości" - pokazała bielutkie ząbki - "I dlatego, że musimy pogadać, więc na przerwie nigdzie nie uciekaj."
- "Ok…" - w tym momencie, w połowie słowa, Paulowi brutalnie przerwał dzwonek. Chłopak cierpliwie odczekał aż przestanie hałasować niczym wychowane bezstresowo dziecko, po czym dokończył - "...ej… I tak nie zamierzam nigdzie uciekać… Choć coś mi mówi, że dziś się wynudzimy…" - wrzucił zeszyt i piórnik do torby, po czym założył ją sobie na ramię wstając jednocześnie ze średnio wygodnego krzesła.
Razem z Marceliną i wlekącymi się w pewnej odległości Jake'owi i Lady ruszył przez wypełnione poruszającymi się chaotycznie we wszystkie strony uczniami korytarze. Kierowali się w stronę sali gimnastycznej. Na miejscu zastali otwarte drzwi i pana Ballesa, który surowym spojrzeniem zagonił ich do szatni. Dzień właśnie miał okazję przestać być nudny. Wszystko miało okazję się zmienić na gorsze.
Paul, wspólnie z chłopakami ze swojej i Finna klasy, wszedł do szatni i położył swój plecak na ławce. Wyciągnął z niego worek z ciuchami na wf, ale zanim zdążył cokolwiek z niego wypakować, telefon w jego kieszeni zaczął wibrować. Wydobył urządzenie i uruchomił je przyciskiem. Przyszła wiadomość od Carroll.
C: "Nie mam ochoty na czytanie :I"
C: "Jakieś pomysły?"
P: "W jednej z szuflad w szafie jest takie pudełko"
P: "W środku jest stara, przenośna konsola i trochę gier"
P: "Ostatnio działała"
C: "O… Ogarnę"
C: "Dzięki"
P: "Nie ma za co"
P: "Trzymaj kciuki, żebym przeżył na wf-ie"
C: "Spoko :D"
Niebieskowłosa porzuciła telefon na łóżku gdy tylko przestały przychodzić wiadomości, po czym przeczołgała się po kołdrze i zeskoczyła na podłogę. Otworzyła szafę i zaczęła przeszukiwać duże szuflady znajdujące się tuż nad podłogą. Szybko odnalazła średniej wielkości kartonowe pudełko z koślawym napisem "Gamedude" na górze. Dziewczyna wydobyła je spomiędzy zalegających dookoła gratów i zdmuchnęła z niego kurz, którego zdążyła zebrać się całkiem gruba warstwa. Prychając po dostaniu sporą ilością pyłu w twarz, wróciła z powrotem do swojego ciepłego gniazdka. Położyła karton na kolanach i paznokciem przerwała kawałek starej taśmy klejącej, która powstrzymywała pojemnik przed otwarciem się. Wewnątrz znajdowało się kilka kartridżów i sama konsolka, którą też Carroll zaraz wyciągnęła by się jej dokładnie przyjrzeć. Kształt urządzenia z grubsza opisać można było jako prostokątny, choć idealnym prostokątem to on nie był. Obudowa była niebieska i pół-przezroczysta, dzięki czemu widać było znajdujące się wewnątrz części. W środkowej części konsoli znajdował się ekran, a po jego bokach dwa zestawy przycisków. Po jednej stronie krzyżak i dwa mniejsze, opisane "start" i "select", a po drugiej kolejne dwa z literkami "A" i "B", pod którymi znaleźć można było głośnik. U góry urządzenia umieszczono dwa triggery.
Dziewczyna ponownie obejrzała gadżet ze wszystkich stron aby odnaleźć jakiś przełącznik służący do uruchamiania. Jak na złość konsolka nie zareagowała. Szybko okazało się, że powodem tego był brak baterii. Nie było ich też w pudełku.
Carroll westchnęła ciężko, ale nie zamierzała odpuszczać. Wskoczyła w puszyste kapcie i podreptała znów do kuchni. Ani po drodze, ani na miejscu nie zastała żywego ducha czym za bardzo się nie przejęła. Zaczęła systematycznie przeszukiwać szuflady w kuchni, ciesząc się, że jest tak niewiele. Po obojętnym zerknięciu na sztućce, przegrzebaniu tony przeróżnego śmiecia i ukłuciu się pinezką znalazła w końcu opróżnioną do połowy paczkę baterii AA. Wyciągnęła dwa paluszki i ściskając je w dłoni pobiegła z powrotem na górę, gdzie umieściła je w odpowiedniej części urządzenia.
Konsola rzeczywiście działała. Teraz pozostawało tylko wybrać grę. Niebieskowłosa znów zajrzała do pudełka i zaczęła wyciągać kolejne kartridże w niewielkich opakowaniach. Dwie części gry "Legend of Zolda" zachęcały obrazkami z mieczami, tarczami oraz ubranym na zielono blondynem, który straszył jakiegoś przeciwnika zaciętą miną i bojową pozą. Dwie biegnące postacie na tle dżungli zdobiły okładkę gry "Steel Slug". Ubrany na zielono, wąsaty hydraulik w towarzystwie innych, barwnych stworów, oraz siedzący w niewielkim pojeździe znaczył swą osobą pudełka od "Luigi Party" oraz "Luigi Kart". Chłopak w jakimś rodzaju niebieskiej, futurystycznej zbroi zacięcie szczerzył zęby z okładki "Robo Mana".
Dziewczynie najbardziej jednak do gustu przypadły stwory z opakowania gry "Pouchmon", której Paul posiadał kilka części. Po krótkim zastanowieniu wybrała tą z podtytułem "Emerald" i wydobyła kartridż z pudełka. Przez chwile przyglądała mu się zastanawiając się w jakim miejscu konsoli trzeba go umieścić, ale szybko wszystko ogarnęła i już po chwili musiała stwierdzić, że jednak nie zanudzi się do powrotu Paula.
Jak na każdym wf-ie, w okolicach czwartego okrążenia dookoła sali gimnastycznej, Paul dysząc ciężko stwierdzał, że jedyna rzecz związana z wysiłkiem fizycznym w jakiej jest dobry to bicie się. W podobnym stanie była Marcelina, która szczerze nienawidziła zajęć prowadzonych przez Roberta Ballesa. Gorzej wyglądali tylko Jake oraz Finn, który normalnie znosił te lekcje całkiem dobrze. Nikt jednak nie jest w stanie znosić czegoś takiego na kacu. Bracia wkrótce padli wyczerpani na podłogę i nie pomogły im ani krzyki nauczyciela ani doping ze strony siedzących na trybunach Phoebe i Lady, które na swoje szczęście miały zwolnienia z ćwiczeń.
Przezywany Robotem zastępczy wuefista postanowił w końcu przerwać katorgę i z doskonale skrywaną satysfakcją popatrzył na wymęczonych uczniów. Jedyną osobą, która nie zdradzała wyraźniejszych oznak zmęczenia była Football. Z rękami wspartymi na biodrach i całkowicie niedyskretnym uśmiechem czekała na kolejne polecenia. O dziwo jej brat i nieodłączny towarzysz, BMO, wyglądał niewiele gorzej. Mimo siedząco-leżącego stylu życia miał podobną do siostry wytrzymałość.
- "Skoro już się pięknie rozgrzaliśmy..." - odezwał się nauczyciel nie przerywając żucia gumy. Był od tej czynności uzależniony i to prawdopodobnie od bardzo dawna. Potrafił bowiem mówić bardzo wyraźnie mimo pełnych ust i nieustannie ruszającej się szczęki. Jeśli prawdą było to, że żucie gumy do pewnego stopnia wzmacnia właściwości ludzkiego mózgu, to pan Balles miał tego boosta dwadzieścia cztery godziny na dobę i siedem dni w tygodniu - "...to czas zająć się czymś konkretnym. Dopiero co wróciliście z przerwy świątecznej, więc będzie to piłka nożna" - wiele osób odetchnęło z ulgą. Nadpobudliwa dziewczyna z klasy Paula wyszczerzyła się i wykonała triumfalny gest - "Drużyny będą dwie, bo jest was niewielu" - jego mina świadczyła o ogromnej chęci dodania czegoś w rodzaju "wy leniwe…". Pozostała część wypowiedzi nie wpadła nikomu do głowy - nikt właściwie nie potrafił sobie wyobrazić klnącego Robota - "Wybierać będą panowie Miles i DiDoggio."
Paul wzruszył ramionami i wyszedł z tłumu uczniów by stanąć obok wuefisty. Podążył za nim Jake, który po całym tym bieganiu wyglądał gorzej niż rano. Blondyn wygrał standardowy pojedynek w papier-nożyce-kamień i wybierał pierwszy. Do jego drużyny trafił Finn, co w ich aktualnym stanie prawdopodobnie przesądzało ich los. Brązowowłosy wybrał Marcelinę i Football. Późniejsza selekcja zawodników była mniej lub bardziej losowa i poszła całkiem szybko. Wkrótce drużyny rozstawiły się na połowach i rozpoczęła się rozgrywka. Football szybko przejęła inicjatywę i w towarzystwie kilku graczy z jej drużyny zaatakowała bramkę przeciwnika.
Korzystając z sytuacji, Marcelina zbliżyła się do stojącego na obronie i wpatrującego się sceptycznie w szalejących z piłką zawodników Paula.
- "Pamiętasz tego gościa, który włamał się do Carroll?" - zapytała.
- "Jak mógłbym zapomnieć?" - odparł ponuro chłopak.
- "Wczoraj napadł na Bonnibel…"
- "Nic jej nie jest?" - spytał zaniepokojony.
- "Nic poważnego. Skaleczenie i trochę stresu" - odpowiedziała.
- "Trzeba coś zrobić z tym gościem…"
- "Trzeba, trzeba…" - pokiwała głową - "Bonnie napisała mi na przerwie, że w piątek zrobi naradę połączoną z wieczorkiem filmowym."
- "Zaprasza wszystkich?"
- "Kiedyś w końcu trzeba im powiedzieć…"
- "Hej! Zakochana para!" - huknął pan Balles, który niespodziewanie wyrósł kilka metrów za nimi - "Grać, nie gadać!" - znajdująca się po drugiej stronie boiska LSP nadstawiła uszu.
- "O przepraszam!" - czarnowłosa odwróciła się w jego stroną marszcząc brwi - "Nie jesteśmy "zakochaną parą"! Obydwoje mamy dziewczyny!" - powiedziała nie przejmując się za bardzo możliwą reakcją nauczyciela.
- "Okej…" - mruknął kręcąc głową - "Ale grajcie. Od gadania jest przerwa."
- "Dobra, do… umpf!" - gorliwe zapewnienia przerwało jej nagłe pojawienie się dzikiej piłki. Futbolówka uderzyła ją z całkiem dużą siłą w brzuch pozbawiając ją oddechu.
- "Sorki!" - dało się słyszeć głos z połowy przeciwnika.
- "Wszystko w porządku?" - zapytał wuefista patrząc jak Paul pomaga wstać Marcelinie, która została powalona na tyłek siłą trafienia.
- "Tak… wszystko okej…" - odparła masując brzuch. Zrobiła mały rozbieg i z całej siły posłała piłkę w stronę najbliższego, kompetentnego sojuszniczego zawodnika - "Teraz to się wkurzyłam…"
Brązowowłosy maszerował przez śnieg z ponurą miną. Lekcje, które miały miejsce po wf-ie nie były wcale takie złe, ale powrót do domu był potwornie nudny. Marcelina poszła prosto do domu Bonnibel, więc jedyną rzeczą jaką mógł się zająć Paul podczas wleczenia się po pokrytych antypoślizgowym piaskiem chodnikach było podziwianie otaczającego go świata. Problem w tym, że środowisko o tej porze roku nie prezentuje się szczególnie imponująco. Gołe, przykryte odrobiną bielutkiego puchu drzewa, zaspy brudnego śniegu wymieszanego z błotem zalegające przy krawężnikach i trawniki ukryte pod skalaną odciskami ludzkich stóp, białą pierzyną były głównymi atrakcjami podarowanymi ludzkości przez zimę. Paul z prawdziwą ulgą powitał drzwi swego domu. Dokładnie wytarł buty o wymęczoną warunkami pogodowymi wycieraczkę i przekroczył próg.
- "Hej! Wróciłem!" - zawołał ściągając kurtkę i wieszając ją na znajdującym się tuż przy wejściu wieszaku.
- "Hej!" - głos jego mamy dotarł do niego z głębi domu.
- "Hej wnuczku" - babcia wychyliła się z kuchni - "Szybko się przebierz i przyprowadź swoją Carroll na obiad."
Kuzyn Thomas całkowicie zignorował przywitanie, a niebieskowłosa była zapewne zbyt pochłonięta graniem, żeby zauważyć, że chłopak przyszedł.
Paul kręcąc z uśmiechem głową zrzucił ciężkie, zimowe buciory, które w praktyce były tylko ocieplaną wersją tych, które nosił normalnie i popędził na górę. Uchylił drzwi swego pokoju i wślizgnął się do wnętrza. Zastał swoją dziewczynę ukrytą mniej więcej do połowy pod kołdrą. Obok niej, na łóżku leżało pudełko wypełnione grami na Gamedude'a, z których jedna leżała luzem, tuż przy pudełku. Na brzegu mebla wisiała ciemno-szara bluza z kapturem, którą najwidoczniej używała Carroll zanim system grzewczy domu zdążył się rozkręcić. Dziewczyna słysząc skrzypnięcie drzwi podniosła wzrok znad trzymanej w dłoniach konsolki i obdarzyła chłopaka pogodnym uśmiechem.
Brązowowłosy odwzajemnił uśmiech w nieco bardziej zmęczonej wersji, po czym dowlókł się do łóżka porzucając po drodze plecak i położył głowę na brzuchu leżącej. Niebieskowłosa zachichotała czując lekki chłód płynący od ucha Paula, a następnie odłożyła trzymane urządzenie i rozczochrała brązową czuprynę.
- "Słyszałaś co przydarzyło się Bonnibel?" - zapytał chłopak po chwili odpoczynku i cichego zachwycania się przyjemnym ciepłem płynącym od ciała dziewczyny.
- "Tak" - odpowiedziała - "Sama do mnie napisała."
- "Trzeba coś ogarnąć…" - mruknął - "I chyba mam nawet już zaczątek pomysłu…"
- "Hm?"
- "Jak oceniasz swoje umiejętności rysownicze?" - spytał zerkając jej prosto w niebieskie oczy.
- "Całkiem znośnie" - odparła krzywiąc się nieznacznie.
- "Musi wystarczyć" - pokazał jej język - "A teraz pozwól mi do kogoś zadzwonić" - usiadł na brzegu łóżka i wyprostował nogę, żeby wydobyć telefon z kieszeni.
- "Do kogo?"
- "Do Bonnibel. Przygotuje opis tamtego typka. Ona ma fotograficzną pamięć…" - zamilkł na chwilę wybierając numer z listy kontaktów - "A przynajmniej tak twierdzi..."
Po chwili wypełnionej monotonnym sygnałem, w głośniku urządzenia odezwał się głos. Nie należał jednak do Bonnibel, a do tego był dość… dziwny…
- "Halo? Fu Mafcelina. O fo chofi, Paul?"
- "Mam jedną sprawę do… Czemu właściwie tak brzmisz?" - zmarszczył brwi.
- "Jak bfmie? Bfmie… Bfmię…" - zapytała niewyraźnie.
- "No tak jakbyś miała jakiś kołek zamiast języka…"
- "Aaa… O fo fi fofi… fofzi… pfff…" - wydała dziwny dźwięk, który miał wyrażać frustrację, ale zabrzmiał nieco zabawnie.
- "Nom… O to mi chodzi" - zaśmiał się lekko.
- "Fo Fen… No… Fa dufo fbiewania i fifen… cfifień… tfifień dyfif… dykfi… pff..." - powiedziała z trudem.
- "Fair enough…" - wzruszył ramionami. Nie mógł powstrzymać uśmiechu - "Ciężkie musiały to być ćwiczenia."
- "Nie fyoffafaf… fyobfafaf fobie…" - odparła z perfekcyjnym spokojem. Gdzieś w tle dało się słyszeć przyciszony chichot.
- "Okej…" - Paul cudem powstrzymał się od śmiechu - "Wracając do tematu… Mogłabyś poprosić ode mnie Bonnibel, żeby przygotowała jak najdokładniejszy opis tamtego typa? Mam pewien pomysł."
- "Ofej."
- "Do zobaczenia."
- "Fa."
Rozłączył się, odłożył telefon na stolik nocny i odwrócił się z powrotem do Carroll.
- "No… To teraz byle do piątku."
Podoba mi się ten rozdział... Choć napisałem go w dwa dni.
Ciekawe, czy wyłowicie z niego wszystkie easter eggi... Niektóre są dość oczywiste.
Ah... Przy okazji chciałbym życzyć wszystkiego najlepszego jednej z czytelniczek, na której urodziny wyrobiłem się z rozdziałem. Wszystkiego najlepszego Kalahari! Twoje sprawdzanie błędów naprawdę się przydaje... Można wręcz powiedzieć, że jesteś w tej materii niezastąpiona :P
No... To teraz tylko jedna rzecz pozostała: mam nadzieję, że czytało wam się miło. Zachęcam do pisania recenzji. Serio... dajcie jakiś feedback... Pytania też są mile widziane. Wszystko to naprawdę potężnie pomaga w pisaniu.
~MasterSkorpius
