7. Pora ruszyć tyłek.
Szturchnięcie, chyba w policzek, zakłóciło sen chłopaka. Senne twarze sennych postaci i senne ściany sennych budowli powoli zaczęły pękać i rozmywać się w sennym bezkresie. Wszystko uleciało, a brązowowłosy odzyskał świadomość i był prawie gotowy by otworzyć oczy.
Kolejne szturchnięcie palcem w policzek i wyraźny nacisk na okolice brzucha i klatki piersiowej tylko zachęciły go do uniesienia powiek by zobaczyć co też postanowiło go obudzić. Tuż przed sobą ujrzał parę lekko zaspanych, niebieskich oczu wpatrujących się prosto w niego. Leżąca na nim Carroll, z lekko złośliwym uśmieszkiem, po raz kolejny dotknęła jego policzka.
- "Bawisz się w kota?" - zapytał, po czym pocałował dziewczynę w czoło.
- "Przespałeś budzik" - pokazała mu język.
Paul zerknął w stronę nocnego stolika, na którym stał niewielki zegar z białą tarczą z czarnymi, arabskimi liczbami. Nie był w stanie rozczytać godziny - jego oczy jeszcze nie przyzwyczaiły się do światła i nie do końca zdążyły złapać ostrość.
- "Jak bardzo?" - zapytał nie chcąc czekać na leniwy organizm.
- "Nie martw się, nie spóźnimy się do szkoły" - uspokoiła go, po czym wyprostowała się, zeszła z jego brzucha i stanęła na podłodze. Nasunęła włochate kapcie na stopy - "Jeżeli się nieco pospieszymy" - wyszła z pokoju kierując się w stronę łazienki. Po chwili do uszu chłopaka doszły przytłumione dźwięki szumiącej w rurach wody.
Wstał i przeciągnął się strzelając kręgosłupem, po czym odwrócił się w stronę łóżka i zaczął wyrównywać pościel. Gdy wszystko zostało położone tak jak leżeć powinno, podszedł do biurka i w kilka chwil spakował dwa zestawy odpowiednich książek do dwóch plecaków. Ułożył dwa, świeżo naładowane telefony oraz zegarek na blacie, w widocznym miejscu. Następnie zerknął na wysoki stos książek zalegający na stoliku nocnym. Po raz kolejny zanotował sobie gdzieś w głębi mózgu, że musi je ułożyć gdzieś na półkach. Wiedział jednak, że już za kilka godzin straci większość swej produktywności i nie zrobi z tym nic, a następnie, następnego poranka znów zauważy bałagan i znów zaplanuje sprzątanie. Uśmiechnął się ponuro.
W tym momencie do pokoju wróciła Carroll. Wyglądała na znacznie bardziej rześką niż kilka minut wcześniej, choć jej fryzura wciąż wyglądała jak stóg siana. Wyszczerzyła się świeżo umytymi zębami do Paula, po czym stanęła przed szafą, ściągnęła bluzkę i rzuciła ją na łóżko. Chłopak zużył całą dostępną siłę woli, żeby powstrzymać się od zostania i poobserwowania niebieskowłosej dziewczyny stojącej wyłącznie w dolnej części jej bielizny. Założył porzucone przez nią kapcie i poczłapał do łazienki, gdzie w kilka minut uporał się z poranną higieną. Wrócił następnie do pokoju i szybko przebrał się w coś bardziej wyjściowego niż ciuchy, w których spał. Wziął torbę, wsunął telefon do kieszeni, założył zegarek na nadgarstek i ruszył na dół.
W kuchni dołączył do Carroll, która kończyła właśnie szykować kanapki. Odłożył torbę pod ścianę i usiadł na krześle przy stole. Chwilę później dziewczyna postawiła przed nim talerz ze śniadaniem, a sama usiadła obok i zaczęła jeść.
- "Nie obudziłem się jak zadzwonił budzik?" - upewnił się brązowowłosy. Siedząca obok skinęła głową żując powoli chleb z serem - "Dziwne…" - mruknął i wgryzł się w swoją porcję.
- "Racja. Trochę dziwne" - potwierdziła przełykając - "Zwykle budzisz się nawet przed budzikiem… Nie pamiętam kiedy ostatnio obudził mnie budzik…"
- "Znów mi się coś śniło…" - powiedział pomiędzy kolejnymi porcjami - "Wolę się budzić przed budzikiem…"
- "Nie obudziłeś się pod koniec snu? W sensie… Sen cię nie obudził?" - uniosła brew. Chłopak zwykle właśnie tak się budził. Czy to rano, czy to w środku nocy, zrywał się do pozycji siedzącej, chwilę rozglądał się po pokoju, po czym przytulał się do niebieskowłosej i natychmiast zasypiał.
- "Nie… Niestety. Nie pamiętam co mi się śniło. Wiem tylko, że nie było to miłe i że on tam był…" - westchnął.
- "On? Dlatego się tak dawno… hmmm… nie odezwał?"
- "Pewnie tak. Nie wiem czego chce w tych snach… Nie rozumiem tego wszystkiego. Jakby coś chciał powiedzieć… Ale ja tego nie rozumiem…" - pokręcił głową.
- "Musisz mi opowiedzieć następny taki sen" - uśmiechnęła się delikatnie - "Może razem coś wymyślimy."
- "Jak zapamiętam" - uśmiechnął się do niej.
- "Już idę, Bonnie…" - powtórzyła Marcelina po raz kolejny oglądając się przez ramię - "Czekałam tylko chwilę na Paula i Carroll. Łażenie do tej szkoły samemu jest nudne… Mam na myśli samą podróż… Tak… Dzięki tobie mam wystarczająco dużo wrażeń" - uśmiechnęła się szeroko - "Dobra… Rozłączam się. Nie chcę wywalić się na tym błocku… Pa. Do zobaczenia w szkole" - puknęła palcem ikonkę czerwonej słuchawki wyświetlającą się na dotykowym ekranie i wsunęła urządzenie do kieszeni ciemnych jeansów.
Rozejrzała się krytycznie. Śnieg zaczął się topić dziwnie wcześnie. Normalnie o tej porze roku powinno go być naprawdę dużo, a teraz jakoś postanowił sobie zniknąć. Powoli zmieniał się w pokrywającą wszystko warstwę brudnego, chlupiącego pod butami błocka, które brudziło wszystko z czym się zetknęło. Do tego wciąż było na tyle zimno, że nie dało się obyć bez zimowej kurtki. Czapka i szalik, a czasem nawet rękawiczki również były wymagane, żeby przetrwać chłód.
Dziewczyna miała przy sobie jeszcze jedną rzecz, której normalnie by nie nosiła. W jej kieszeni znajdował się czarny nóż motylkowy ze zdobioną rękojeścią. Kupiła go dawno temu. W czasach, których nie lubiła wspominać. Jedynym powodem do posiadania go wtedy była możliwość popisywania się przed kolegami. Pewnego dnia nóż wylądował na dnie szuflady, gdzie miał pozostać na wieczność. Pojawiło się jednak dość wyraźne niebezpieczeństwo. I to nie tylko dla niej, ale także dla jej przyjaciół i dla Bonnibel. Nie chciała, żeby komukolwiek z nich stała się krzywda, więc zdecydowała się zabrać ten ostry kawałek metalu w charakterze samoobrony.
Dotarła przed szkołę, do której powoli wchodzili uczniowie. Wyglądali znacznie lepiej niż na początku tygodnia. Byli tacy… mniej niezadowoleni. Jak najedzone świeżymi mózgami zombie.
Marcelina obejrzała się w stronę z której przyszła i uśmiechnęła się pod nosem. W oddali widziała dwie, przybliżające się całkiem żywo postacie. Nie za bardzo chciało się jej czekać i nie była do końca pewna, że to jej przyjaciele, więc po prostu ruszyła do szkoły. Szybko udała się do szatni mieszczącej się w szkolnej piwnicy. Przeciskając się między strumieniem uczniów w kurtkach i tych, którzy się już odzieży wierzchniej pozbyli dotarła do pomieszczenia przydzielonego dla jej klasy i powiesiła swoje ubrania na jednym z haczyków.
Kiedy po kilku długich chwilach wydostała się z "podziemi" i wyszła na normalny korytarz, spotkała czekającą na nią Bonnibel. Dziewczyna stała przy ścianie, w rękach trzymała swoją różową torbę i uśmiechała się do nadchodzącej czarnowłosej.
- "Hejka" - powiedziała radośnie Marcelina, po czym pocałowała różowowłosą w policzek. Kilku uczniów obejrzało się w ich kierunku. Większość z nich była zaskoczona albo głupawo się uśmiechała. Tylko jakiś młodzik z włosami upiętymi w kucyk skrzywił się z obrzydzeniem i czym prędzej odmaszerował w tłum.
- "Gotowa na wieczorek filmowy?" - zapytała niższa dziewczyna nie zwracając najmniejszej uwagi na reakcje uczniów.
- "Pewnie" - uśmiechnęła się - "Wracam z tobą i pomogę ci w ogarnianiu… czegokolwiek…"
- "Super. A teraz chodź do klasy zanim zadzwoni dzwonek."
Ruszyły w głąb korytarza kontynuując rozmowę i nie zauważając czającej się gdzieś pomiędzy ludźmi fioletowowłosej, pulchnej dziewczyny, która od początku się im przypatrywała.
LSP, a właściwie Elisabeth Smith-Patrick, naczelna plotkara szkoły czuła się ostatnio ignorowana. Jeszcze niedawno była tematem rozmów większości uczniów. Prawie wszyscy podświadomie się jej bali wiedząc, że może im solidnie zepsuć reputację. Uporczywie wciskała się ludziom w życia prywatne i często z sukcesem podrywała chłopaków, którzy według niej byli tego warci. Albo byli dobrymi ofiarami przyszłych dowcipów.
Ostatnio jednak cała szkoła zaczęła gadać o grasujących po mieście przestępcach, na co dziewczyna nie mogła mieć najmniejszego wpływu. Były jednak jeszcze inne tematy, które poruszano zdecydowanie zbyt często. Świrnięty chłopak, który ma znajomości w mafii i obija twarze wszystkim łobuzom. Para lesb całujących się na środku korytarza. Koreanka, która zachowuje się jakby szykowała się na dziecko, ale jak na razie nikt nie jest w stanie tego potwierdzić.
I pomyśleć, że Elisabeth, czy jak zwali ją rodzice - Lisa - sama rozsiała wszystkie te plotki i fakty, umiejętnie podsycając ogień przy każdej rozmowie z którąś z niezliczonych psiapsiółek.
Teraz trochę żałowała całej tej paplaniny, ale jednocześnie w jej głowie krystalizował się genialny plan odzyskania popularności. Potrzebowała tylko zdobyć jedno serce, a wcześniej pozbyć się jednej przeszkody z drogi. Nie specjalnie przejmowała się faktem, że usunięcie owej przeszkody prawdopodobnie ową przeszkodę zabije.
Teraz tylko brakowało jej do szczęścia okazji. Okazji, która zdawała się właśnie do niej zbliżać.
- "Szlag…" - warknął pod nosem Paul - "Poczekaj chwilę, okej?" - zwrócił się do towarzyszącej mu Carroll, która tylko przewróciła oczami uśmiechając się z politowaniem - "Zaraz wrócę" - powiedział i oddalił się truchtem w stronę łazienki.
Niebieskowłosa westchnęła i oparła się o ścianę nieopodal. Zaśmiała się w myślach. Który to już raz jej chłopak opijał się sokiem przed wyjściem z domu i musiał lecieć do łazienki zaraz po przyjściu do szkoły.
Rozejrzała się po tłumie śniętych uczniów, którzy powoli przesuwali się w stronę swoich klas. Co jakiś czas przez korytarz przemykał ktoś w kurtce, zostawiając za sobą szlak brudnych, mokrych śladów, którymi pokryta była już cała podłoga przy wejściu.
- "O! Witaj Carroll" - usłyszała ledwie znajomy głos tuż obok.
- "Och… Emm… Cześć LSP" - odparła spojrzawszy na pulchną plotkarę, która właśnie się do niej podkradła. Nie czuła się ani trochę komfortowo w rozmowie z kimś jej pokroju.
- "Co tam u ciebie?" - zapytała przymilnie.
- "Emm... Nic nowego."
- "A gdzie ten twój Paul?"
- "W kiblu" - wzruszyła ramionami. Zaczęła odczuwać jakąś dziwną satysfakcję w odpowiadaniu tej dziewczynie w jak najbardziej złośliwy sposób.
- "Wiesz co?" - coś nieco zmieniło się w jej głosie - "Myślę, że nie jesteś jego warta."
- "Co?" - zaskoczona niebieskowłosa uniosła brwi.
- "To co słyszałaś. Jesteś nikim. Taki facet jak on tylko marnuje się będąc z kimś takim jak ty" - powiedziała. Na jej twarzy zagościł złośliwy uśmieszek.
- "Jesteś żałosna" - westchnęła Carroll.
- "I kto to mówi? Ktoś kto chciał skoczyć z dachu szkoły" - zaśmiała się - "Jaka szkoda, że wtedy nie skoczyłaś."
Niebieskowłosa poczuła się naprawdę nieswojo. Chciała coś powiedzieć, ale nie potrafiła znaleźć słów. Przez chwilę miała wrażenie, że znów jest tą żałosną dziewczynką, która spędza przerwy siedząc w kącie korytarza i gapiąc się dyskretnie na przechodzących ludzi.
- "Auu!" - Elisabeth jęknęła z bólu czując, że czyjaś dłoń zacisnęła się jej na karku. Jej rozmówczyni uniosła wzrok i ujrzała stojącego za fioletowowłosą Paula. Uśmiechnęła się.
- "Nieładnie tak mówić do ludzi, wiesz?" - chłopak odezwał się spokojnym głosem, od którego LSP poczuła ciarki na plecach - "To naprawdę nie jest miłe."
- "Mogę?" - Carroll spojrzała na niego błagalnie. Gdy tylko otrzymała pozwolenie, zamachnęła się i trzasnęła policzek plotkary otwartą dłonią.
- "Auu! Ty dziwko!" - syknęła uderzona.
- "Po prostu odejdź panienko tłusta. Skup się na knuciu głupawych planów, które nie są związane z moimi bliskimi" - warknął brązowowłosy odpychając oburzoną dziewczynę jak najdalej od siebie.
Objął Carroll, pocałował ją w policzek i poprowadził ją w stronę klasy.
- "Zrobiłaś co?" - Bonnibel otworzyła szeroko oczy i spojrzała prosto na niebieskowłosą.
- "No… Dałam LSP z liścia w twarz" - powtórzyła straciwszy nieco pewności siebie.
Pozostali po raz kolejny zanieśli się śmiechem. Takie wydarzenie było zdecydowanie okazją do radości.
- "Jesteś świetna" - Marcelina poklepała ją po łopatce - "Co nie zmienia faktu, że prawdopodobnie masz przerąbane" - uśmiechnęła się smutno.
- "Tłusta plotkara nic nie zrobi" - mruknął Paul - "A nawet jeśli…" - wyszczerzył się nieprzyjemnie.
Gdzieś z tyłu dało się słyszeć głośne tupanie. To biegł Finn z dwoma kurtkami - jedną na grzbiecie, a drugą, należącą do Phoebe, pod pachą. Z trudem przeciskał się przez tłum płynący powoli do wyjścia ze szkoły. Ludzie przechodzący korytarzem aż promienieli radością. Powietrze wypełniały śmiechy i głośne rozmowy udających się do domu uczniaków. Co poniektórzy zerkali na stojących z boku, ustawionych w kółku przyjaciół.
- "Durne kurtki…" - wymamrotał z niezadowoleniem Finn - "Czemu nie może być znowu ciepło?"
- "Lepiej żeby było zimno i śnieżnie niż nijako i błotniście" - mruknął Jake.
- "Ja bym tam wolała, żeby było znów lato" - wtrąciła się Phoebe zakładając przyniesioną przez Finna kurtkę.
W tym momencie wszyscy byli gotowi do wymarszu, a tłum wychodzących znacznie zmalał. Przyjaciele powoli ruszyli w stronę wyjścia.
- "Wszyscy gotowi na dzisiejszy wieczorek?" - odezwała się w pewnej chwili Bonnibel.
- "Musimy jeszcze kupić jakieś przekąski" - odparł Jake - "Wstąpimy gdzieś po drodze."
- "Pamiętajcie o filmach" - dodała Marcelina. Wcześniej wpadli bowiem na pomysł, aby każdy przyniósł jakiś film. Później wybiorą jeden z nich do obejrzenia.
- "Musiałbym zajrzeć do szuflady" - powiedział Paul - "Jakieś filmy się tam znajdą."
Chwilę później dotarli do chodnika przed szkołą. Tutaj wszyscy rozchodzili się na lewo i prawo, drepcząc w topiącym się śniegu. Przyjaciele też się rozdzielili odchodząc każdy w stronę swego domu. No… prawie każdy. Marcelina poszła bowiem razem z Bonnibel aby pomóc jej w przygotowaniach.
Około czterdziestoletni mężczyzna w białej, rozpiętej pod szyją koszuli i karmazynowych spodniach odchylił się na obitym sztuczną skórą fotelu biurowym. Przeczesał krótkie, białe loki dłonią, po czym pomasował się po twarzy. Mało ostatnio spał i powoli zaczynał odczuwać zmęczenie. Zerknął na stojący na zawalonym papierami biurku kubek i skrzywił się. Resztka kawy znajdująca się na dnie była zapewne zimna jak lód i nie nadawała się do spożycia.
Rozejrzał się po pomieszczeniu, które otrzymał w charakterze biura. Wcześniej był to pewnie jakiś magazyn, albo coś w tym rodzaju. W pokoju nie było okna, a wszystkie znajdujące się w nim meble zostały tu wniesione na jego oczach. One przynajmniej były porządne. Ciężkie drewniane biurko, fotel z pseudoskóry, metalowa szafka na dokumenty i mały stołek, na którym postawiono rachityczną paprotkę w czymś czemu było bliżej do słoika niż doniczki. O zrobionym z aluminium i plastiku, składanym krześle przeznaczonym dla gości oraz mrugającej żałośnie lampce biurowej mężczyzna wolał nawet nie myśleć. Korkową tablicę i wieszak, który teraz zajmowały prochowiec i karmazynowa marynarka musiał sam sobie załatwić.
Opuścił wzrok na dokumenty, które całą swą papierowatością zajmowały mu powierzchnię blatu biurka. Większość z nich była notatkami na temat sprawy gwałciciela, napadu na bank oraz eksplozji przy transformatorach. Ani on ani policja z Bananowem na czele nic w tych sprawach nie wskórali. Zero pomysłów, zero śladów. Mieli tylko rysunki oparte na opisach podejrzanych. I to tylko dwóch z pięciu, czy sześciu. Było jeszcze kilka wskazówek z cechami charakterystycznymi. Dwaj pozostali uczestnicy napadu na bank zostali określeni jako wysoki i siwowłosy oraz zielonowłosy. Pozostała dwójka była zamieszana w eksplozję, ale nikt nie widział ich twarzy.
Co do gwałciciela, sprawa była nieco bardziej skomplikowana. Nikt go tak naprawdę nie był w stanie opisać, a jak na razie zgłoszono tylko jeden jego atak. Dawało to pewną nadzieję na spokój, ale winnego wciąż trzeba było dopaść.
Kompletnie inną sprawą był dzieciak, który tak bardzo przyciągnął uwagę inspektora. Chłopak z dziwnym spojrzeniem. Cieniutka teczka spoczywająca na brzegu blatu była pełna notatek go dotyczących. Było tam też kilka zdjęć. Na większości z nich brązowowłosy uczniak był w towarzystwie niebieskowłosej, niewysokiej panienki o raczej dość przeciętnej budowie ciała. Nosiła się na niebiesko i była prawdopodobnie kimś bliskim dla chłopaka. Na kilku fotkach udało się mężczyźnie uchwycić grupkę nastolatków, z którymi często przebywał. Nie miał za bardzo czasu, żeby przyjrzeć się im dokładnie, ale już na pierwszy rzut oka rozpoznał córkę byłego burmistrza oraz córkę przywódcy miejscowej mafii.
Westchnął ciężko i rozmyślając, czy śledzenie dzieciaka ma właściwie jakikolwiek sens podniósł tyłek z fotela. Chwycił za kubek z resztką lodowatej kawy i ruszył ku wyjściu. Po drodze wylał płyn do doniczki z paprotką. 'Czas się trochę przespać' - pomyślał.
Równocześnie ze zmniejszaniem się stosu części powiększał się uśmiech na twarzy chłopaka. Element za elementem, śruba za śrubą, motocykl stawał się kompletny i prawdopodobnie sprawny. Prawdopodobnie, bo Paul wcale, a wcale nie ufał schematom i instrukcjom wykopanym na ruskich forach. Nie do końca ufał również translatorowi ani swoim umiejętnością językowym. Wszystko jednak pasowało do siebie i wyglądało całkiem estetycznie.
Brązowowłosy sięgnął za siebie i pomacał podłogę w poszukiwaniu kolejnej części do zamontowania. Nie znajdując niczego obejrzał się za siebie. Na gładkim betonie leżała tylko jedna, średniej wielkości nakrętka. Chwycił ją i przyjrzał się jej brudnej, metalowej powierzchni. Oznaczenia wybite na brzegach były częściowo zatarte, ale całość była w całkiem dobrym stanie. Umieścił ją w przeznaczonym na nią miejscu i mocno dokręcił.
Podniósł się z chłodnej podłogi i spojrzał na wynik swojej pracy. Motocykl wyglądał tak jak zanim coś wewnątrz się zepsuło i trzeba było się do niego dostać. Paula przepełniała duma, ale wiedział, że to nie jest jeszcze czas na świętowanie. Wziął kanister z benzyną i uzupełnił bak, a następnie chwycił za kierownicę i siedzisko, po czym z całej siły "kopnął" maszynę. Silnik nie zareagował, ale chłopak się nie poddawał. Doskonale wiedział, że odpalenie czegoś takiego za pierwszym razem graniczyło z cudem. Spróbował jeszcze raz, a potem następny i następny, aż w końcu, po jakiś pięciu kopnięciach motocykl zaskoczył, a niewielki garaż wypełnił głośny warkot silnika.
- "Tak!" - wrzasnął radośnie Paul. Najchętniej wyprowadziłby maszynę na drogę i zrobił ze dwa kółka dookoła osiedla, ale pogoda nie za bardzo na to pozwalała. Błocko co prawda nie było problemem dla samego motocykla, ale chłopakowi nie za bardzo chciało się zmywać cały ten syf z siebie i pojazdu.
Zadowolony z siebie zgasił silnik i poszedł do domu. Wspiął się po schodach i wstąpił do łazienki, by zdrapać z rąk czarny, śmierdzący smar. Zajęło mu to dobre dziesięć minut skrobania skóry niewielką szczotką. Normalnie pewnie robiłby to dłużej, ale trzeba było ruszyć się w końcu do Bonnie, a czasu pozostało już niewiele.
Wszedł do swojego pokoju i skierował się w stronę szafy. Po drodze rozczochrał włosy siedzącej przy otwartej szufladzie biurka Carroll. Dziewczyna przewróciła oczami i uśmiechnęła się lekko, po czym wróciła do przeglądania plastikowych pudełek z filmami, których stosy powoli rosły dookoła jej nóg.
Chłopak ściągnął nieco ubabraną bluzę i spodnie oraz w miarę czystą koszulkę, po czym wydobył z szafy świeży zestaw ciuchów. Zawahał się przez chwilę przy stosie bluz.
- "Założyć koszulę?" - zastanowił się na głos jednocześnie zasięgając opinii u niebieskowłosej.
- "Załóż" - odparła dziewczyna. Normalnie pewnie zażartowałaby mówiąc coś w rodzaju "idź bez", ale była zbyt zajęta przeglądaniem opisów na pudełkach.
- "Wybrałaś coś?" - zapytał zakładając koszulę w czarno-zieloną kratę. Ukucnął obok Carroll.
- "Pan Nikt brzmi ciekawie" - podniosła odłożony na bok film i odwróciła się w stronę chłopaka.
- "Dobry wybór" - uśmiechnął się - "Bierzemy to, czy szukasz jeszcze chwilę?" - założył zegarek, który chwilę wcześniej zabrał z blatu biurka, po czym spojrzał na jego tarczę - "Wiesz co? Bierzemy ten film."
- "Nie ma czasu?"
- "Nie ma czasu" - przytaknął.
Chwilę później znaleźli się przy drzwiach wyjściowych. Założyli kurtki i buty i już zbierali się do wyjścia, kiedy z kuchni wychylił się tata Paula.
- "Gdzie idziecie?" - zapytał.
- "Na wieczorek filmowy do Bonnibel" - odparł chłopak - "Wrócimy jutro rano."
- "Okej… Podwieźć was?"
- "Właściwie czemu nie" - uśmiechnął się brązowowłosy.
- "Truskawki?" - Bonnibel z zaskoczeniem wpatrywała się w stos białych paczuszek z grafikami przedstawiającymi truskawki, które chwilę przed chwilą czarnowłosa wysypała ze swojego plecaka prosto na kuchenny stół.
- "Suszone. Truskawkowe czipsy" - uśmiechnęła się szeroko Marcelina - "Przyniosłam też film" - pomachała plastikowym pudełkiem z jakimiś czterema postaciami na okładce.
- ""Co robimy w ciemności"" - przeczytała różowa - "O czym to?"
- "Komedia o wampirach" - wyszczerzyła się.
- "Lepsze to niż horror" - cmoknęła wyższą dziewczynę w policzek, po czym wyciągnęła z jednej z szafek dużą miskę i zaczęła wsypywać do niej zawartości kolejnych paczuszek. Czerwone, suche plastry owoców z szelestem utworzyły stosik w przeźroczystym naczyniu. Kiedy tylko skończyły się paczki, nakryła miskę talerzem.
- "Po co ten talerz?" - zapytała Marcelina z udawanym zdziwieniem.
- "Bo chcemy podzielić się truskawkami z resztą" - odparła różowowłosa dźgając czarnowłosą delikatnie w czubek nosa - "A teraz otwórz tamtą szafkę i wypakuj słodycze" - wskazała jeden z wiszących na ścianie mebli kuchennych. Sama za to wyciągnęła kolejne dwie miski i postawiła je na stole.
- "Pomóc w czymś?" - w wejściu do kuchni pojawił się Peppermint. Z pewnym zaniepokojeniem spojrzał na miski i Marcelinę otwierającą właśnie zębami paczkę krówek.
- "Poradzimy sobie" - odparła z uśmiechem Bonnibel.
- "Dofłafnie" - dodała czarnowłosa wciąż próbując rozerwać folię.
- "Dobrze…" - kiwnął głową. W tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi - "W takim razie pójdę otworzyć" - powiedział, po czym, wciąż nieco zaniepokojony, ruszył otworzyć.
Za drzwiami stały dwie osoby. Po prawej całkiem wysoki chłopak z brązowymi włosami i w pseudowojskowej, ciepłej kurtce. W jednej dłoni ściskał plastikowe pudełko, a w drugą trzymał za rękę niebieskowłosą dziewczynę, która starała się utrzymać jedną tylko kończyną dwie duże paczki czipsów i butelkę z gazowanym napojem.
- "Dzień dobry" - powiedzieli prawie jednocześnie.
- "Witam" - odpowiedział spokojnie mężczyzna - "Wnioskuję, że przyszliście do panny Bonnibel. Proszę wejdźcie" - odsunął się nieco na bok, po czym zwrócił się do Carroll wskazując na niesione przez nią przedmioty - "Pomóc?"
- "Poradzę sobie" - odparła szybko łapiąc jednocześnie wysuwającą się z jej uchwytu butelkę - "Gdzie jest Bonnie?"
- "Panna Bonnibel jest w kuchni" - poinformował Peppermint wciąż utrzymując całkiem formalny ton głosu.
Dwójka podążyła w tamtą stronę i zastała Bonnibel, która starała się utrzymać miskę pełną jakiegoś czerwonego jedzenia jak najdalej od dobierającej się do niej Marceliny. Czarnowłosa robiła minę przywodzącą nieco na myśl proszącego szczeniaczka, jednocześnie łaskocząc i całując różową.
- "Ekhem, ekhem…" - Paul wyraźnie oznajmił swoją obecność przerywając tym samym zabawę dziewczynom, które natychmiast po usłyszeniu jego głosu odwróciły się w ich stronę z zaskoczeniem wypisanym na twarzach.
- "Aleś im przerwał…" - pokręciła głową Carroll udając dezaprobatę. Zbliżyła się do stołu i odłożyła na niego cały przyniesiony towar, którego oddania komukolwiek odmawiała przez całą drogę - "Było siedzieć cicho i pozwolić im w spokoju dokończyć" - pokazała mu język nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
- "Siemka" - Marcelina zdobyła się w końcu na powiedzenie czegokolwiek. Powoli odsunęła się od Bonnibel odpuszczając chwilowo przejmowanie jedzenia.
- "Cześć" - różowa poszła jej przykładem.
- "Co wy robiłyście przez cały ten czas?" - zapytał Paul - "Napełniłyście ledwie dwie i pół miski słodyczami w czasie, w którym ja zdążyłem złożyć motocykl, a Carroll przeanalizować opisy większości filmów z mojej kolekcji."
- "I jeszcze zdążyliśmy wstąpić do sklepu" - dodała niebieskowłosa - "Gdzie macie miski?"
- "Tamta szafka" - odparła Bonnie. Carroll wyciągnęła jedno naczynie i zaczęła wsypywać do niego czipsy.
- "Byłyśmy wcześniej trochę zajęte" - odpowiedziała z perfekcyjnym spokojem Marcelina.
Niedługo później na miejsce przybyli pozostali. Prawie każdy z nich przyniósł coś do jedzenia i film. Finn i Jake mieli nachos i jakieś krakersy oraz film zatytułowany "Canon Barbarzyńca". Lady przyniosła kilka porcji dziwnych, azjatyckich słodyczy, ale nie miała ze sobą żadnego filmu. Phoebe za to przyniosła "Gorący podmuch", czyli coś o strażakach i żadnego jedzenia.
W kilka minut udało im się ogarnąć całe przyniesione jedzenie i przenieść się na kanapę umiejscowioną przed telewizorem. Tam zaczęła się krótka dyskusja dotycząca wyboru filmu, która zakończyła się w miarę zgodną decyzją powierzenia selekcji gospodarzowi, czyli Bonnibel. Po dłuższym zastanowieniu i przeczytaniu opisów, dziewczyna zdecydowała się na film przyniesiony przez Paula i Carroll.
- "Zanim zaczniemy oglądać musimy przedyskutować jedną rzecz" - odezwała się Bonnibel umieściwszy płytę z filmem w napędzie odtwarzacza.
- "Co? Przecież wybraliśmy już film…" - zapytał Jake. Kiedy, tak jak teraz, zapychał się śmieciowym żarciem, bywało że przestawał logicznie myśleć.
- "Nie o film chodzi, Jake" - powiedział poważnym głosem Paul podnosząc się z kanapy i stając obok Bonnibel - "Zapewne pamiętacie o tym co się stało na początku zimy?"
- "Ten gwałt i zabójstwo? Pamiętamy…" - pokiwała głową Phoebe.
- "나는 신문에서 읽고" - dodała Lady.
- "Część z was zapewne nie wie o innych przewinieniach naszego mordercy" - chłopak spojrzał po twarzach siedzących przed nim osób - "Gość nosi na twarzy przepaskę na oko. Wiecie dlaczego?" - czwórka niedoinformowanych przyjaciół pokręciła powoli głowami - "Typek włamał się w środku nocy do domu Carroll, gdzie został przeze mnie nieco obity, a od wcześniej wspomnianej dostał widelcem w oko" - Koreanka i ruda nieco zbladły, a bracia szeroko otworzyli usta. Carroll tylko skrzywiła się na wspomnienie nieprzyjemnej sytuacji.
- "Pamiętacie jak ostatnio nie było mnie w szkole?" - różowa przejęła pałeczkę - "Dzień wcześniej napadł na mnie tamten mężczyzna. Jak widać żyję, a jedyną pamiątką po spotkaniu jest rozcięcie na ramieniu" - reakcja była podobna jak po wypowiedzi Paula.
- "Jak widzicie ten gnojek zaczął nieźle się panoszyć" - kontynuował brązowowłosy - "Trzeba coś z tym zrobić. Zaczniemy od przygotowania jego portretu. Tym zajmą się Carroll i Bonnibel. Resztę trzeba jeszcze przemyśleć…"
- "Dlaczego się właściwie tym zajmujemy?" - wtrącił się Jake - "Nie uważasz, że to trochę ponad nasze siły?"
- "Jeśli ktoś jest zagrożeniem dla mojej dziewczyny i przyjaciół, to nie za bardzo obchodzi mnie, że jest ponad moje siły" - odparł chłopak.
- "Tylko postaraj się nas nie pozabijać" - mruknęła Phoebe.
- "Nie dopuszczę do tego" - wyszczerzył się.
Przez następne piętnaście minut wszyscy gapili się na powstający powoli rysunek przedstawiający nieprzystojną mordę oprycha. Carroll nie czuła się ani trochę komfortowo rysując w tak licznym towarzystwie. Całe szczęście fotograficzna pamięć Bonnie nie pozostawała wiele miejsca na wyobraźnię, więc narysowanie portretu było całkiem łatwe. Gotowe dzieło Paul złożył wpół i schował do kieszeni.
Następnie różowowłosa uruchomiła odtwarzacz i zapuściła film. Po jego zakończeniu odpalili jeszcze jeden - ten przyniesiony przez Marcelinę. Późnym wieczorem odbyła się jeszcze długa, ale nie wnosząca wiele dyskusja na temat planów załatwienia wspomnianej wcześniej sprawy. Zakończyła się pełnym frustracji stwierdzeniem o braku informacji i rozpoczęciem przygotowań do snu. Wszyscy porozkładali się tak jak poprzedniego razu, z tą różnicą, że kanapę zajęli Lady i Jake, a fotel Paul i Carroll.
Noc była ciemna, cicha i pełna rozmyślań o nadchodzących wydarzeniach. Paul był prawie całkowicie pewien, że tym razem nawet schowanie się za włosami Carroll nie pomoże przeciwko koszmarom. Coraz mniej głupio było mu myśleć o tym, że wolał jak jego "drugie ja" gadało do niego zamiast mieszać w snach.
'Prawda? To były czasy...'
Było blisko... Prawie się spóźniłem... Ale nic. Mam nadzieję, że się podobało i zachęcam was do pisania recenzji, pytania o fabułę, followowania, czy lajkowania.
Nie mam pojęcia kiedy będzie następny rozdział... mam trochę zawalony tydzień... ba... nawet miesiąc... Tak więc... no cóż... do zobaczenia kiedyś... ~MasterSkorpius
