8. Gumowe ucho

- "W takim razie dlaczego mi się wpierdalasz w sny?" - zapytał prawie spokojnie Paul. Otworzył oczy. Leżał albo raczej wisiał w idealnie ciemnym pomieszczeniu. Dookoła niego nie było nic. Nawet światła.

- "Bo chcę ci pomóc kretynie!" - odparł głos dochodzący z niesprecyzowanego bliżej miejsca w pustce rozciągającej się przed chłopakiem.

- "Musisz mnie nazywać kretynem?" - westchnął brązowowłosy - "Jesteśmy praktycznie tą samą osobą."

- "Robię za twój głos samokrytyki. Gdyby nie ja, to byłbyś zadufanym w sobie dupkiem."

- "Gdyby nie ty, to nie musiałbym spędzać tyle czasu u psychoterapeuty" - odparował - "A teraz wytłumacz proszę, jak niby mi pomagasz… Zwłaszcza tymi snami, w których widzę jak moi przyjaciele umierają albo dzieją się inne nieprzyjemne rzeczy."

- "To proste! - zaśmiał się serdecznie - "Po prostu przygotowuję cię na najgorsze."

Gdyby nie fakt, że wszystko działo się w mrocznej pustce i Paul nawet nie był pewien, czy dysponuje twarzą, to pewnie zrobiłby jakąś niezbyt zachwyconą minę.

- "Mogę się już obudzić? Chciałbym zresetować ten sen…" - zawołał w nicość - "Może dostanę coś ciekawego…"

- "A co byś niby chciał? Carroll pod prysznicem?" - zakpił.

- "A czemu niby nie!" - odpowiedział Paul. Gdyby miał dostęp do ciała, to pewnie spojrzałby na rozmówcę wyzywająco - "To nieskończenie lepszy widok niż mroczna pustka!"

- "Właściwie to całkiem dobry pomysł…" - mruknął - "Ale to później. Teraz trochę ci pomogę."

- "…"

- "Nie martw się. To będzie coś co przyda ci się naprawdę niedługo. I nie będzie o umieraniu."

- "Dobra… Dawaj… Im szybciej dasz mi w spokoju śnić tym lepiej…" - westchnął z rezygnacją.

Chłopak poczuł solidny grunt pod stopami. Zaskoczony rozejrzał się gwałtownie. Stał na zarośniętej dróżce w środku lasu. Na ziemi zalegały resztki śniegu. Drzewa, które rosły dookoła były jakby rozciągnięte - nienaturalnie wysokie i wygięte. Wyglądały jakby obserwowało się je przez jakąś dziwną soczewkę.

Chwilę zajęło mu zorientowanie się, że otoczenie jest zapętlone. Nie ważne w którą stronę się oglądał widział identyczną ścianę lasu i identyczną ścieżkę. Ścieżkę, której końca nie dało się dojrzeć.

- "Nad czym się tak zastanawiasz?" - zapytał głos dochodzący zza pleców chłopaka. Z przestrzeni, która była dla niego całkowicie nieosiągalna - "Rusz tyłek. I tak możesz iść tylko naprzód."

- "Weeź… Daj mi w spokoju popodziwiać widoki" - wyszczerzył się Paul.

Po chwili jednak ruszył spokojnym krokiem przed siebie. Drzewa przemykały na krawędzi jego pola widzenia jakby jechał motocyklem, a nie szedł "z buta". Albo i nie z buta, bo nie był właściwie w stanie stwierdzić, czy w ogóle ma coś na nogach. Był odcięty od większości doznań zmysłowych. Nie czuł dotyku, zapachu, smaku… Słyszał tylko swój głos i swój drugi głos. No i oczywiście widział. Wszystko na co mu pozwolono patrzeć.

Po dłuższym zastanowieniu stwierdził, że było to całkiem dziwne. Jego sny w ogóle były dość dziwne. Chodziło oczywiście o formę, bo treść to się rozumiało samo przez się…

- "Prawda? Nasz mózg potrafi odwalić naprawdę pojebane rzeczy" - zaśmiał się. Jego głos wciąż docierał z wciąż nieosiągalnego, ogólnie pojmowanego "tyłu".

- "A nie ma przypadkiem małej pomocy z twoich wirtualnych rąk?" - zapytał chłopak unosząc brew.

- "Ojtam… Tylko taką malutką. Malusieńką…"

- "Powiesz wreszcie po jaką cholerę mnie ciągniesz po tym lesie?" - Paul zniecierpliwił się i wreszcie zadał pytanie, które wisiało na końcu jego języka od dobrych kilku minut.

- "Nie ciągnę cię. Sam przecież idziesz" - głos starał się stłumić złośliwy ton. Robił to dość nieudolnie.

- "Ale ty mnie prowadzisz. Zaginając przestrzeń tego wyśnionego lasu… Gdzie mnie prowadzisz?" - nie odpuszczał.

- "Do tartaku. Albo drewutni… Nie wiem co to jest" - odparł - "Nie znam się na przemyśle drzewnym…"

- "Ja też nie" - dodał całkowicie niepotrzebnie i nie do końca świadomie Paul.

- "Mniejsza o nazwę… Budynek na polanie z drewnem w środku" - kontynuował - "W środku coś ważnego."

- "Drewno?"

- "Dużo. Ale też trochę ludzkiej chciwości, okrucieństwa i innych negatywnych emocji."

Część wypowiedzianych słów była prawdą. Co najmniej senną. Na końcu dróżki rzeczywiście stał budynek. Był całkiem duży i w całości wykonany z drewna, które w świetle tej wirtualnej scenerii wydawało się mieć bardzo ciemno czerwony kolor. W ścianie, którą konstrukcja odwrócona była w kierunku ścieżki ziały dwa otwory pozbawionych szyb okien. Niedaleko leżał stos ściętych pni pokrytych cienką warstwą mocno nadtopionego śniegu.

Chłopak poczuł jak ktoś popycha go w kierunku okien. Nie mając właściwie wielkiego wyboru zbliżył się do budowli i zajrzał do środka. Wewnątrz zobaczył niewielki płomień wiszący tuż nad podłogą. Dookoła niego siedziało sześć postaci. nie sposób było ich rozpoznać. Nie miały żadnych znaków charakterystycznych, a ich twarze były całkowicie gładkie. Dłuższą chwilę zajęło Paulowi dojrzenie faktu, że nie wszyscy są tacy nieokreśleni. Jeden z ludzkich kształtów grzejących się przy lewitującym płomieniu miał na głowie przepaskę na oko zrobioną z nieco brudnej szmatki.

Brązowowłosy cofnął się o krok i na krawędzi swego pola widzenia spostrzegł wznoszący się na niebie księżyc. Bezdźwięczny rozkaz z głębin podświadomości nakazał mu się odwrócić. Na leśną dróżkę, którą tutaj przyszedł, padał jego cień. Zupełnie tak jakby budynek za nim nie istniał.

Mroczny kształt był olbrzymi i nie do końca zgadzał się z kątem padania światła księżyca. Do tego wpatrywał się w chłopaka parą pokaźnej wielkości, jasno-zielonych oczu.

- "Czy to prawda? Jesteś tego pewien?" - Paul wskazał kciukiem w miejsce, w którym powinien znajdować się budynek.

- "To prawda najprawdziwsza. Pewien jej jestem tak bardzo jak tego, że obudzisz się dziś z nosem we włosach twojej dziewczyny, a za budzik będzie służył ci jej głos" - odparł głos tonem pełnym powagi.

- "Skąd to wiesz?" - zapytał chłopak.

- "Skąd to wiesz? A bo ja wiem? Może część rodziny, w której zdarzyło ci się przyjść na świat jednak w końcu doczekała się jakiegoś spadku po babuni…"

- "Masz na myśli to, że jestem…"

- "Prorokiem?" - nie pozwolił mu dokończyć - "Lubię tak myśleć… Znaczyłoby to, że ja też jestem prorokiem. Choć to słowo brzmi mi trochę zbyt wyniośle…"

Najbliższe drzewo przewróciło się z ledwie słyszalnym trzaskiem. Za jego przykładem poszły kolejne rośliny. Spadając wykrzywiały się i rozciągały jakby rzeczywiście stały za jakąś soczewką.

- "Oho… Faza nam się kończy. Może ci się poszczęści i dostaniesz sen o Carroll w kąpieli?" - zaśmiał się, mrugnął wielkim okiem, po czym zniknął razem z całą resztą widowiska.


- "Hej! Śpisz?" - teatralny szept wypowiedziany znajomym głosem zburzył ostatki snu Paula.

Chłopak otworzył oczy i tuż przed sobą ujrzał niebieską czuprynę zasłaniającą mu widok na pomieszczenie, w którym się znajdował. Na przedramieniu, którym obejmował półleżącą przed nim dziewczynę poczuł dotyk drobnej dłoni.

- "Nie" - odpowiedział cicho.

- "Jakieś złe sny?" - zapytała troskliwie.

- "Pamiętam tylko jeden" - odpowiedział zgodnie z prawdą - "Ale on nie był zły. Był nawet… dość pomocny."

- "Hm?"

- "Przejdziemy się dziś na spacer" - uśmiechnął się.

- "O… Dokąd?" - spytała zaciekawiona.

- "Jeszcze nie wiem dokładnie."

- "To przez ten sen?" - więcej było w tej wypowiedzi stwierdzenia niż pytania.

- "Mhm…"

- "Okej… Bardzo chętnie przejdę się na spacer" - odpowiedziała uśmiechając się.

Obydwoje ponownie odpłynęli do krainy snów. Nie zwrócili nawet uwagi, że znów zamykają im się oczy. Ich drzemka nie trwała jednak długo. Dość brutalnie zakłócił ją głos należący do różowowłosej dziewczyny, która właśnie wparowała do pomieszczenia służącego dla gości filmowego wieczorku za sypialnię.

- "Śniadanie!" - zawołała. Wcale nie głośno, ale wystarczająco by obudzić choć część przyjaciół.

Pierwsi zerwali się oczywiście Finn i Jake. Bracia mniej lub bardziej delikatnie porzucając swoje dziewczyny poderwali się z miejsc, które przez ostatnie kilka godzin służyły im za łóżka i minęli ubraną w różową koszulkę i szarawo-różowe, dresowe spodnie Bonnibel. Zniknięcie w kuchni nie zajęło im więcej niż kilka sekund.

Gospodyni ziewnęła i spróbowała zrobić cokolwiek ze swoją różową czupryną, która była w dość mało reprezentacyjnym stanie. Jednocześnie rozejrzała się po powoli budzących się osobach. Niezadowolona Phoebe pomagała niepotrzebującej pomocy i równie niezadowolonej Lady podnieść się z kanapy. Carroll wstała z fotela i oczekująco wpatrywała się w przeciągającego się Paula. Pozbieranie się i ogarnięcie tej czwórce zajęło dwie długie minuty.

W końcu udało im się jednak doczłapać od kuchni i zająć miejsca przy stole, obok Finna i Jake'a, którzy zbliżali się już do końcówek swoich porcji. Bonnibel włączyła telewizor i wyszukała kanał informacyjny, na którym w tych właśnie godzinach leciały wiadomości, po czym odebrała od Marceliny talerz ze swoją racją żywnościową - całkiem sporym stosikiem jajecznicy z boczkiem. Sama czarnowłosa zepchnęła resztkę zawartości patelni na swoje naczynie i zdjęła kuchenny fartuch, który chronił ją i jej odsłonięty przez krótką bluzkę na naramkach brzuch przed jakimikolwiek "atakami" kuchenki elektrycznej i przygotowywanego na niej jedzenia. I prawdopodobnie umożliwiający również Bonnie skupienie uwagi na tym co robi, bo kiedy tylko blada dziewczyna pozbyła się kawałka materiału, gospodyni znacznie straciła na prędkości i dokładności w kwestii kierowania widelca w stronę ust.

Rozmowy przy stole jakoś się nie kleiły. Wszystkie tematy - plotki, komentarze do wiadomości wyświetlanych na ekranie telewizora, czy cokolwiek o szkole - wyczerpywały się zdecydowanie za szybko i kończyły niezręczną ciszą. Przyjaciele wciąż nie mogli do końca pozbyć się myśli o dyskusji z dnia poprzedniego. Chyba pierwszy raz od zawsze wszyscy ucieszyli się z tego, że rozchodzą się do domów.

Towarzystwo powoli zniknęło z kuchni. Pozostali tylko Bonnibel i Paul, który zatrzymał się w wejściu. Chłopak odczekał kilka chwil opierając się o framugę, po czym zrobił kilka kroków wgłąb kuchni.

- "Hej, Bonnibel" - zwrócił uwagę dziewczyny.

- "Tak?" - spojrzała na niego przez ramię nie przerywając układania świeżo wyciągniętych ze zmywarki talerzy w szafce.

- "Czy gdzieś w okolicy jest tartak, albo inny budynek tego rodzaju?" - zapytał - "W lesie. Prawdopodobnie opuszczony."

- "Chyba masz na myśli stary tartak. Jest coś takiego" - odparła, po czym zmierzyła Paula wzrokiem - "A czemu pytasz?"

- "Bo mi się przyśnił" - odpowiedział z rozbrajającą szczerością - "Wiesz może jak tam dojść? Najlepiej jakąś pseudo-spacerową pseudo-dróżką."

- "Chcesz tam iść, bo ci się przyśniło?" - uniosła brwi. Energiczne kiwnięcie głową od brązowowłosego przekonało ją, że mówi serio - "Okej… Dobra, powiem ci."

Wytłumaczenie drogi trwało ledwo minutę. Okazało się, że dojście nie jest skomplikowane, a wejście do lasu znajduje się całkiem blisko domu chłopaka.

- "Tylko nie wpadnij w jakieś kłopoty" - zakończyła swoją wypowiedź różowowłosa.

- "Spoko. Nie zamierzam" - Paul uśmiechnął się i ruszył w kierunku salonu. W wyjściu z kuchni zatrzymał się i obejrzał przez ramię - "Ale jak nie wrócimy do jutra… Ja i Carroll w sensie. Jak nie wrócimy do jutra, to narób trochę szumu."

Wyrazu twarzy Bonnie nie dało się nazwać radosnym.


- "Aaa… To po to była ci ta biała plandeka…" - powiedziała Carroll wpatrując się w Paula ukrywającego dokładnie motocykl pod płachtą z białego, gumowatego tworzywa. Albo raczej szarawego. Plandeka była potwornie uwalona czymś szarym. Okazało się to jednak jej dużym plusem. Po ułożeniu na jej wierzchu kilku znalezionych w okolicy gałązek, zakamuflowana maszyna wyglądała jak krzak przywalony zaspą śniegu, który bardzo chciałby się roztopić.

- "Nie chcę, żeby ktoś go ukradł" - wzruszył ramionami chłopak cofając się o kilka kroków i oceniając swoje dzieło.

- "Dlaczego więc nim nie pojedziemy?" - zapytała dziewczyna stając obok.

- "Bo to miał być spacer" - odparł z uśmiechem, objął na chwilę niebieskowłosą, po czym chwycił ją za dłoń i delikatnie pociągnął za sobą w stronę leśnej dróżki.

Wszystko wyglądało prawie tak samo jak we śnie, który Paul pamiętał aż podejrzanie dobrze. Była długa, pokryta topniejącym śniegiem dróżka i ściany wysokich drzew po jej obu stronach. W oddali majaczył kawałeczek pomalowanej na czerwono ściany.

Wszystko to działo się jednak w dzień, a nie w nocy jak to miało miejsce w nocnej wizji. Las nie był nienaturalnie rozciągnięty i droga do celu była znacznie krótsza. Nikt też nie zapętlał rzeczywistości. No i co najważniejsze - chłopak nie słyszał żadnego niepokojącego głosu. Jedynie ten znajomy, miły i przyjemny dla ucha. Dochodzący z ust idącej obok niebieskowłosej, którą miał szczęście nazywać swoją dziewczyną.

Odruchowo zerknął w jej stronę z lekkim uśmiechem na twarzy. Kiedy tylko znalazła się w zasięgu jego wzroku, zbladł, a jego uśmiech zniknął. Na ułamek sekundy Carroll zmieniła się. Miała włosy zgolone "na jeża" na kawałku czaszki, tuż nad uchem, w którym znajdowały się dwa kolczyki w kształcie małych pierścieni. Zamiast swojej lekko za ciepłej jak na tą pogodę kurtki zimowej miała na sobie czarną skórzaną. Do tego na jej twarzy widać było lekki i na szczęście całkiem dobrze wyglądający makijaż.

Przywidziało mu się? 'Co to do cholery było?'

- "Wszystko ok?" - zaniepokoiła się Carroll. Rozejrzała się dla pewności dookoła - "Zbladeś…"

'Alternatywa stary… alternatywa'

'Hę?'

'Tak mogło być. Kiedyś, gdzieś...'

'O czym ty pierdolisz...'

'Tak byłoby gdyby zmienić parametry świata tylko odrobinę'

- "Tak… Wszystko okej…" - odpowiedział szybko chłopak usiłując jednocześnie przywołać jakiś pozytywny wyraz twarzy. Wyszło mu to nieco kulawo - "Wydawało mi się, że coś widziałem…"

- "Może już wracajmy?" - zapytała. W jej głosie pojawiła się nutka lęku. Chłopak poczuł za to lekkie ukłucie poczucia winy. Postarał się jednak je zignorować i tylko upewnił się, że zabrany z domu bagnet wciąż znajduje się na swoim miejscu pod kurtką. Na wszelki wypadek… Tylko na wszelki wypadek.

- "Już niedaleko. Chcę tylko coś sprawdzić" - odparł - "Potem jak najszybciej się zmywamy."

- "Okej" - Carroll uśmiechnęła się szeroko, a Paul poczuł się jeszcze gorzej. Po raz kolejny przeklął sam siebie za nie ostrzeżenie dziewczyny o możliwym niebezpieczeństwie.

Do tartaku, czy też innego cholerstwa związanego z przemysłem drzewnym, które wyrastało sobie ze środka całkiem pokaźnej polany dotarli kilka minut później. Budynek był pomalowany na czerwono, ale barwa w wielu miejscach wyblakła lub ubrudziła się. Obok stał stos zapomnianych pni, które zdążyły już częściowo spróchnieć. Kilka metrów od nich stała biała furgonetka ufajdana błockiem i pokraczne, szaro-brązowe kombi nieznanej Paulowi marki, które strasznie przypominało ćmę. Za nim stała jeszcze czerwona terenówka. Była pozbawiona jednego z przednich kół, a na śniegu obok niej leżał kawałek plandeki, na którym ktoś rozłożył części i narzędzia.

Ku niezadowoleniu chłopaka okna budynku zostały zabite dechami. Jedyny widoczny otwór był wybity w ścianie od strony samochodów. Wystawała z niego celująca w górę rura z malutkim, stożkowatym daszkiem na końcu. Wydobywał się z niej jasno-szary dym.

- "Teraz bądź najciszej jak potrafisz" - wyszeptał do Carroll.

Dziewczyna pokiwała energicznie głową i nie zdradzając po sobie lęku ruszyła za brązowowłosym, który lekko pochylony zbliżył się do położonej od strony ścieżki ściany. Chłopak podkradł się do pierwszego okna i przyjrzał się deskom, którymi było zasłonięte. Skrzywił się gdy okazało się, że pomiędzy kawałkami drewna nie ma odpowiednio szerokiej szczeliny. Mrucząc pod nosem jakieś niewyraźne przekleństwa przesunął się ostrożnie pod drugie okno. Ponownie podniósł się nieco i oparł o wystający fragment framugi, który w tych warunkach mógłby być nazwany parapetem, po czym przyjrzał się dokładnie deskom. Szeroki uśmiech pojawił się na jego twarzy gdy tuż przed swoim nosem spostrzegł całkiem sporą dziurę, przez którą było widać wnętrze.

Odwrócił się na chwilę by posłać uśmiech Carroll. Twarz dziewczyny zaczęła wyrażać zaciekawienie, ale Paul postanowił to chwilowo zignorować. Zajrzał przez otwór i rozejrzał się po wnętrzu. Było tam dość pusto. Kilka porzuconych stosów desek - tyle zostało z poprzedniego życia budynku. Poza tym było tam kilka czarnych toreb, ze dwie metalowe skrzynki i koza. Koza-piecyk, a nie koza-zwierzę oczywiście... Przymocowana do piecyka długa rura służąca za komin ciągnęła się pod sufitem aż do ściany, w której wybito niewielką dziurę.

Dookoła źródła ciepła, na składanych krzesełkach siedziało sześć osób. Sześciu facetów o podejrzanych mordach. Każdy trzymał w łapie puszkę piwa i co jakiś czas sączył z niej łyka albo dwa. Paul szybko namierzył jednookiego typka z kilkudniową szczeciną na policzkach. Morderca bawił się chińskim scyzorykiem.

Pozostałych chłopak nie potrafił rozpoznać. Był tam jeden siwy i znacznie wyższy od pozostałych. Wyglądał też na zdecydowanie starszego. Obok niego siedział człowiek-góra, który prawie dorównywał mu wzrostem. Miał twarz typowego draba, choć jego oczy zdradzały, że posiada trochę intelektu.

Dalej przesiadywał nie wyróżniający się za bardzo typek z krótkimi, zielonymi włosami. Mimo panującego na zewnątrz chłodu miał na sobie krótki rękaw w jasno-szarym kolorze i żadnej bluzy, czy kurtki. Na ramieniu zawiązaną miał ciemno-zieloną chustę i popalał papierosa.

Kolejny typek miał jasno-brązowe, dość długie włosy, które wyglądały jakby przeszło przez nie tornado. Na policzku miał naklejony plaster, a na czoło naciągnięte gogle z niewielkimi, okrągłymi, przyciemnionymi szkłami. Cały był upaćkany jakąś tłustą substancją. To i zatknięty za pasek klucz świadczyły o tym, że prawdopodobnie jest mechanikiem i człowiekiem, który zajmował się czerwoną terenówką. Trzymany w dłoni wojskowy detonator świadczył o tym, że był również saperem.

Ostatni z mężczyzn nieco odstawał od reszty. Nie miał spojrzenia ani wyglądu kogoś, kto byłby w stanie zabić bez namysłu. Miał za to całkiem pokaźnych rozmiarów brzuszek, którego czerwony sweter za nic nie mógł skryć. Miał też jasno-brązową, całkiem długą brodę. Brakowało mu jednak włosów - zastąpiła je błyszcząca w wydobywającym się z kozy ograniczonym blasku ognia łysina. Paulowi ten typek z kimś się kojarzył, ale jednocześnie był pewien, że nigdy w życiu kogoś takiego nie widział.

Chłopak odsunął się od okna i nachylił tak, że jego twarz znajdowała się ledwie kilka centymetrów od twarzy Carroll, która ukucnęła sobie pod ścianą.

- "Zajrzyj tam" - wyszeptał - "Tylko nie patrz się na nikogo bezpośrednio."

Zaintrygowana dziewczyna uniosła brew, po czym kiwnęła głową dając znak, że rozumie. Podniosła się powoli, odnalazła szczelinę, przez którą patrzył brązowowłosy i zajrzała do wnętrza. Cudem powstrzymała się od wydania jakiegoś dziwnego dźwięku gdy zobaczyła mężczyznę, którego pozbawiła oka siedzącego przy metalowym piecyku.

- "To co robimy, Starszy?" - odezwał się nagle człowiek-góra.

Niebieskowłosa natychmiast nachyliła się do swojego chłopaka.

- "Szybko. Zaczęli o czymś gadać" - szepnęła i pociągnęła Paula za sobą. Obydwoje przyłożyli uszy do mniejszych szczelin pomiędzy deskami. Po krótkiej wymianie spojrzeń Carroll wróciła do gapienia się przez otwór.

- "Nie ma sensu już tu siedzieć, Góra…" - odpowiedział siwy, tyczkowaty facet - "Nie ma tu już miejsca, które warto okradać."

'Góra… Starszy… cóż za kreatywny dobór przezwisk...' pomyślała dziewczyna robiąc niezbyt zachwyconą minę.

- "Pojedźmy gdzieś gdzie jest cieplej" - odezwał się łysol.

- "Czekaj, nowy" - jednooki typek "powstrzymał" go wyciągając rękę w jego kierunku - "Mam pomysł."

- "Jaki masz pomysł, Pirat?" - zapytał spokojnie Starszy.

- "Zdobędziemy jeszcze trochę kasy i wyjedziemy stąd zostawiając za sobą trochę syfu" - wyszczerzył się pokazując swoje niezbyt czyste zęby - "To będzie tak: porwiemy jakiegoś smarkacza…"

- "Znów dzieci, Pirat?" - skrzywił się zielonowłosy. Wyciągnął z ust peta i nachylił się by zgasić go o ziemię.

- "Spierdalaj Śmieszek" - warknął swym wyniszczonym przez alkohol głosem - "Porwiemy dzieciaka i będziemy chcieli za niego forsę."

- "Chcesz porwać jakieś dziecko dla okupu jak rozumiem?" - zapytał wciąż spokojnie siwy - "To nawet nie taki zły pomysł. Miejscowa policja jest dość nieudolna, a w okolicy mieszka kilka bogatych rodzin."

- "Jest ten typ od stacji benzynowych…" - zaproponował mechanik - "On ma chyba córkę."

- "Słyszałem, że gość to niezły kawał twardziela, a jego córka to mała piromaniaczka…" - skrzywił się łysy brodacz.

- "Ciota jesteś, nowy" - zarechotał Pirat.

- "Ma trochę racji…" - mruknął Starszy - "Nie chcemy, żeby zrobił się za duży syf."

- "To może ta parka dziennikarzy?" - odezwał się Śmieszek - "Też mają córę."

- "Co ty?" - jednooki spojrzał na niego z ukosa - "Co tak ci się nagle odmieniło?"

- "Forsa to forsa, nie?" - wzruszył ramionami, po czym pociągnął kilka łyków piwa. Zerknął do wnętrza puszki, a stwierdziwszy, że bardziej jej nie osuszy, położył ją na ziemi i zgniótł stopą. Wstał i podszedł do leżącej pod ścianą torebki foliowej, w której stało jeszcze kilka piw. Wziął sobie jedno.

- "Dziennikarze nie są wcale tacy bogaci na jakich wyglądają" - pokręcił głową starszy chudzielec.

- "Ano…" - mruknął Góra - "Burmistrz był bardziej kasiasty."

- "Ale ten mafioza wypierdolił go z miasta" - odezwał się gość w czerwonym sweterku.

- "Jego córka została. I opiekuje się nią zaufany lokaj, czy ktoś taki…" - powiedział Starszy. Po wyrazie jego twarzy dało się poznać, że nad czymś ciężko się zastanawia - "To może być dobre…"

- "To co? Dzieciak burmistrza?" - Pirat spojrzał na swojego szefa z nadzieją.

- "Jeszcze nie wiem" - odpowiedział siwy - "Trzeba przeprowadzić wywiad w terenie."

- "Hę?" - jednooki chyba nie zrozumiał do końca tego co właśnie usłyszał.

- "Trzeba poszukać więcej kandydatów" - odpowiedział spokojnie szef.

- "Sorki chłopaki" - łysy podniósł się z krzesła - "Muszę się pójść odlać" - skierował się do wyjścia.

- "Ej!" - zawołał za nim mechanik - "Tylko nie waż mi się szczać przy autach! Idź do lasu! Jak naszczasz gdzieś po tej stronie, to ci kutasa odstrzelę."

- "Dobra, dobra…"

- "O-o…" - szepnął Paul.

- "Wiejemy?" - zapytała cichutko Carroll.

- "Wiejemy" - odszepnął chłopak kiwając jednocześnie głową.

Kilka sekund później pędzili sprintem przez leśną dróżkę. Wierne tenisówki i ciężkie kamasze głośno rozchlapywały nadtopiony śnieg. Ciemne pnie drzew przemykały na krawędziach pola widzenia. Chwilę później byli już przy zakamuflowanym motocyklu. Szybko zrzucili z niego gałązki, a "białą" plandekę zwinęli w poręczną kostkę i wrzucili do bagażnika umieszczonego w koszu za miejscem dla pasażera. Miejscem, na które zaraz wskoczyła mocująca się z kaskiem Carroll. Paul, który swój kask miał już na głowie od względnie dłuższego czasu, kopnął maszynę. Silnik jakimś cudem zaskoczył za pierwszym razem, co pozwoliło się szybko ewakuować. Szybko, ale na pewno nie cicho. Ryk pędzącego motocykla rozniósł się po najbliższej okolicy i pewnie sprawił, że wielu ludzi rozejrzało się w poszukiwaniu źródła tego potwornie głośnego dźwięku.


- "Jest źle…" - powiedział Paul padając plecami na łóżko - "Jest bardzo źle..."

- "Co zrobimy?" - Carroll położyła się obok, kładąc głowę na jego ramieniu. Jej pytanie miało na celu głównie pomóc chłopakowi w procesie myślowym.

- "Nie wiem…" - pokręcił głową obejmując jednocześnie dziewczynę. W jego głosie pojawiły się ślady lęku - "To jest sześciu gości… Widziałaś te torby? I ten detonator? Jestem prawie pewien, że to oni są odpowiedzialni za ten syf z bankiem i eksplozją…" - położył wolną dłoń na twarzy - "Oni mówili o Phoebe i Bonnibel…"

- "Nie martw się" - przytuliła się do niego mocniej. 'Mówili też o LSP… ale tego nie powiem' pomyślała. Po chwili stwierdziła, że nie czuje się z tą myślą tak komfortowo jak przewidywała - "Coś przecież z tym zrobimy, prawda?" - uśmiechnęła się i pocałowała go w policzek.

Paul spojrzał na nią smutno, po czym objął ją drugą ręką i mocno przycisnął do siebie.

- "Przepraszam…" - szepnął jej do ucha. Kosmyki jej niebieskich włosów łaskotały go w nos, ale nie za bardzo go to obchodziło.

- "Za co?" - zapytała niepewnie po chwili ciszy.

- "Nie powiedziałem ci po co tam idziemy…" - odpowiedział. Ta jedna, mała, głupia sprawa prześladowała go praktycznie od momentu, w którym schował motocykl pod plandeką - "Gdyby coś ci się stało…"

Nie był w stanie dokończyć. Carroll uciszyła go pocałunkiem.

- "Ale nic się nie stało" - powiedziała cicho - "Nie musisz za to przepraszać… Nie ważne co by to było… poszłabym za tobą…"

O Smoku... Jakim ja jestem beznadziejnie leniwym człowiekiem... Do tego ten upał i kilka gier... Skupienie się na pisaniu niewykonalne...

No, ale w końcu udało mi się coś stworzyć :D. Rzeczy zaczynają się rozpędzać :D.

Postaram się przyspieszyć pisanie, ale na razie mogę tylko poprosić was o napisanie jakiejś opinii o tym co właśnie przeczytaliście. Przy okazji zapraszam was też na forum Polski Bastion Pory na Przygodę. Organizuję tam dwa konkursy fanartowe. Jeden z nich dotyczy mojej twórczości :D.

~MasterSkorpius