9. Brudne zagrywki
Wysoka, czarnowłosa dziewczyna z gitarą na plecach szła spokojnym krokiem po pokrytym resztkami śniegu chodniku. Przekroczyła świeże ślady kół motocykla z koszem odciśnięte w brudnym, niegdyś białym puchu i wdepnęła w kolejną mikro-zaspę, która upaćkała jej wysokie, czerwone buty jeszcze bardziej. Przeklęła pod nosem i pomachała nogą, żeby strącić plamki prawie czarnego pseudo-błocka. Weszła na wybrukowaną ścieżkę prowadzącą do jej domu. Przed wejściem zatrzymała się na chwilę by wytrzeć podeszwy o brązową, nieco przemokniętą i brudną wycieraczkę, na której widniał napis "Welcome" złożony z fantazyjnie powyginanych liter. Kiedy była już pewna, że nie będzie musiała ścierać z podłogi tego co nałapała podeszwami przez całą drogę, nacisnęła na klamkę i weszła do środka.
Zaraz za drzwiami ściągnęła gitarę z pleców i oparła ją o najbliższą ścianę. Następnie ściągnęła buty, co zajęło jej dobre kilka minut. Na koniec pozbyła się kurtki obojętnie rzucając ją na wieszak. Pozbywszy się odzieży wierzchniej chwyciła za bas i ruszyła w stronę swojego pokoju. W połowie drogi przez salon zatrzymała się. Coś było troszeczkę nie tak jak powinno być.
Na ustawionej tyłem do dziewczyny kanapie ktoś leżał. Widać było tylko jasno-brązowe włosy i okryte jeansami kolana tego kogoś, ale ten widok wystarczył, żeby stwierdzić, że leżącym nie jest Simon.
Nagle na oparciu ukazała się ręka w rękawie zielonego swetra. Wspierając się na niej, z mebla podniosła się trzymająca opasłą książkę, uśmiechnięta Betty.
- "O… Cześć Marcelino" - przywitała się zamykając księgę i siadając wygodniej - "Simon pojechał po zakupy."
- "Cześć Betty" - odpowiedziała czarnowłosa zastanawiając się kiedy właściwie jej opiekun zdążył zaprosić swoją panienkę. Bo po co ją zaprosił, to potrafiła sobie wyobrazić. Choć po Simonie nigdy by się tego nie spodziewała.
- "Gdzie byłaś?" - zapytała poprawiając okulary, które przekrzywiły się gdy podniosła się z pozycji półleżącej. W jej głosie dało się słyszeć tylko i wyłącznie ciekawość, więc Marcelina postanowiła opowiedzieć.
- "U Bonnibel. Mieliśmy wieczorek filmowy" - końcówkę jej wypowiedzi zagłuszył warkot silnika pojazdu wjeżdżającego na sąsiednią posesję. Odruchowo spojrzała w stronę najbliższego okna. Przez kilka sekund przyglądała się Paulowi wjeżdżającemu motocyklem do garażu, który otworzyła Carroll - "Dobra… Muszę wziąć prysznic" - powiedziała, po czym odwróciła się i weszła na schody. Betty wzruszyła ramionami, po czym z powrotem położyła się na kanapie i otwarła książkę.
Marcelina tym czasem zdążyła już dotrzeć do swojego pokoju. Odłożyła gitarę na stojak ustawiony pod ścianą, a z kieszeni wyciągnęła telefon, który następnie położyła na biurku. Zbliżyła się do umieszczonej we wnęce ściany szafy i szeroko otworzyła przesuwane drzwi. Jakiś t-shirt złośliwie postanowił wyskoczyć ze swojego miejsca, ale dziewczynie udało się go złapać zanim zderzył się z podłogą. Odłożyła go na miejsce i rozejrzała się po pełnych ciemnych i czerwonych ubrań półkach. Po kilku minutach zastanowienia wybrała ciemne jeansy i szarą koszulkę oraz wzięła zestaw świeżej bielizny. Następnie zamknęła szafę, której przemieszana zawartość szykowała się do skoku i udała się w kierunku łazienki.
Gdy znalazła się wewnątrz zamknęła za sobą drzwi, a zawieszone na przedramieniu, zwinięte w kostki ubrania odłożyła na kosz na brudy, w którym zaraz umieściła ściągnięte z siebie brudne ciuchy. Klapiąc bosymi stopami o chłodne płytki, którymi wyłożona była podłoga w łazience, czarnowłosa przeszła w stronę położonej w rogu kabiny prysznicowej. Stanęła w białym brodziku i chwyciła za czerwoną gąbkę upchniętą za metalową rurkę, która służyła chyba głównie do ozdoby, bo nie płynęła nią woda, a oparcie się o nią zakończyło by się pewnie małą katastrofą. Odkręciła na chwilę wodę by namoczyć trzymany kawałek syntetycznej pianki, po czym oblała go żelem pod prysznic. Kilka chwil później całe jej blade ciało pokryte było warstwą piany. Wycisnęła resztkę pieniącej się wody z gąbki i stanęła pod deszczownicą. Po namyśle cofnęła się na chwilę, ustawiła odpowiednią temperaturę wody i dopiero wtedy weszła w strumień ciepłych kropelek, które zaczęły spływać po jej włosach, a następnie szyi i plecach, zmywając pianę. Przez chwilę jeszcze skupiła się na dokładnym wtarciu szamponu w czarną, gęstą czuprynę, po czym po prostu zamknęła oczy i pozwoliła, żeby krople swobodnie uderzały w jej twarz. Fala ciepłej cieczy spływającej w dół po jej skórze pozwalała się zrelaksować jak mało co.
Wciąż nie mogła się jednak pozbyć jednej uporczywej myśli z głowy. Cały ten plan Paula… Niby był okej, ale jakoś tak nie do końca trzymał się kupy. Brakowało w nim informacji. Dużo informacji. Skąd się wziął ten typ? Gdzie go można znaleźć? Kim są jego cele? Czy pracuje sam? Marcelina powoli przyzwyczajała się do noszenia noża w kieszeni…
Miała nadzieję, że coś się w sprawie niedługo ruszy. Najlepiej zanim kolejna dziewczyna zostanie znaleziona w parku martwa i… 'Brrr...' czarnowłosa wzdrygnęła się i oparła czołem o mokre płytki, którymi wyłożone były ściany łazienki. Woda uderzała teraz prosto w jej kark, a jej długie, czarne włosy spłynęły na boki szyi. Nie chciała, żeby coś złego przytrafiło się jej przyjaciółkom… Nie chciała, żeby coś przytrafiło się Bonnie…
Najgorsze było jednak to, że już coś się przytrafiło Carroll… I już się coś przytrafiło Bonnie. Całe szczęście nie stało im się nic bardzo złego. Nie znaczyło to jednak, że można było się od tak po prostu przestać przejmować. Ten typ wciąż może gdzieś się włóczyć… Przecież nikt go jeszcze nie złapał.
Wyprostowała się i zakręciła wodę. Starła nadmiar wilgoci z oczu, po czym odgarnęła mokre włosy na plecy. Wyszła z kabiny i zostawiając mokre ślady przedreptała dwa metry, które dzieliły ją od rurowego kaloryfera, na którym suszyły się ręczniki. Ściągnęła z niego jeden - w kolorze czerwonym - i w kilka chwil starła z siebie całą wodę, która powoli kapała z jej skóry prosto na płytki. Następnie energicznie wytarła włosy, a żeby pozbyć się z nich resztek wilgoci wzięła z szafki suszarkę, podłączyła ją do kontaktu umieszczonego obok lustra i skierowała na siebie. Ciepły podmuch zaszumiał w jej uszach przeczesując czarną czuprynę.
Stwierdziwszy, że jest już wystarczająco sucha, założyła na siebie przygotowane wcześniej ubranie i wytarła mokrą podłogę mopem wyciągniętym z ustawionej w kącie pomieszczenia szafki. Zadowolona z efektu schnących powoli smug wyszła z łazienki i skierowała się do swojego pokoju. Kątem oka spostrzegła, że jej telefon coś od niej chce. Mała diodka umieszczona na dole ekranu mrugała na biało. Nawet nie zastanawiając się któż to mógł do niej napisać, podeszła do biurka i podniosła urządzenie. Wiadomości były dwie. Obydwie od Carroll. Otworzyła aplikację od wiadomości tekstowych.
C: "Jesteś?"
C: "Napisz jak będziesz miała chwilę"
Marcelina wzruszyła ramionami i wywołała klawiaturę ekranową.
M: "Co tam?"
Na odpowiedź nie musiała czekać. Właściwie to nawet nie spodziewała się po niebieskowłosej takiej prędkości.
C: "Mamy ważne wieści"
M: "?"
C: "Tylko obiecaj, że zareagujesz spokojnie"
C: "I nie będziesz robić nic nieprzemyślanego"
M: ":I"
M: "?"
C: "Zdobyliśmy kilka interesujących i ważnych informacji"
C: "Po pierwsze ten jednooki typek jest częścią jakiegoś gangu, czy czegoś tam"
C: "Jest ich sześciu"
C: "I pomieszkują w starym tartaku, czy co to tam jest"
C: "Po drugie coś szykuj"
C: "Szykują*"
C: "Porwanie konkretnie"
C: "Celują w dzieciaka z bogatą rodziną, więc…"
M: "Bonnie…"
C: "nom…"
M: "Kurwa kurwa kurwa kurwa"
C: ":I"
C: "Paul gada z Bonnie. Nic jej nie będzie jeśli będzie się tego spodziewać i odpowiednio się zabezpieczy"
M: "Dlaczego piszesz o tym tak spokojnie!? ;_;"
C: "Bo ci goście nie zdążyli jeszcze zdecydować kogo porwą"
M: "Ugh…"
M: "Dobra…"
M: "Dzięki za info…"
M: "Muszę trochę pomyśleć…"
C: "Ok, do zobaczenia"
Czarnowłosa wyrzuciła telefon z trzęsących się dłoni, po czym zaczęła chodzić w kółko po pokoju. W głowie miała kompletny mętlik. Po chwili zatrzymała się, a następnie rzuciła za urządzeniem, które szczęśliwie wylądowało na łóżku. Wywołała aplikację SMS-ową i z listy kontaktów wybrała Bonnibel. Zaczęła nerwowo "tapać" w dotykową klawiaturę. Palce latały jej tak bardzo, że co chwilę musiała poprawiać to co napisała, a autokorekta z każdym głupawym błędem coraz bardziej zbliżała ją do eksplozji.
M: "Bonnie? Wszystko okej? Carroll właśnie do mnie napisała i, że Paul pisał do ciebie o tym typku i, że będą chcieli cię porwać"
Nie wiedziała jakim cudem udało jej się w końcu napisać to wszystko poprawnie. Ręce wciąż jej się trzęsły jakby przed chwilą kopnął ją prąd. A przynajmniej tak to sobie wyobrażała. Nigdy nie poraził jej prąd, więc nie wiedziała jak to by naprawdę wyglądało. Pewnie zdecydowanie bardziej martwo. Albo przynajmniej niebezpiecznie.
B: "Marcy"
B: "Proszę, uspokój się"
B: "Nic mi nie jest"
B: "Omówiłam już nawet sprawę z Peppermintem"
B: "Więc nic mi nie będzie"
M: "Jesteś pewna? :C"
B: "Jestem w stu procentach pewna"
B: "Ale jeśli ty nie jesteś, to możesz przyjść"
B: ":P"
M: "3"
B: "3"
Marcelina odetchnęła ciężko i padła na łóżko. Telefon wysunął się z jej dłoni i wylądował na kołdrze. Następne kilka minut spędziła na wpatrywaniu się w sufit.
- "Marcelina zareagowała nieco gwałtownie…" - mruknęła Carroll patrząc na ostatnie wiadomości od czarnowłosej dziewczyny. Uśpiła telefon i położyła go na biurku, po czym odwróciła się fotel, na którym siedziała w stronę leżącego na łóżku Paula. Chłopak skończył pisać z Bonnibel już dobre kilka minut wcześniej i teraz wpatrywał się w niebieskowłosą.
- "Można się było tego spodziewać" - powiedział - "Bonnibel powiedziała wszystko Peppermintowi. Będzie ją woził do szkoły i z powrotem. W domu raczej jej nic nie grozi."
- "Ci goście musieliby być niezłymi kretynami, żeby próbować ją porwać z jej domu…" - zaśmiała się dziewczyna.
- "Szczerze mówiąc nie zdziwiłbym się gdyby spróbowali" - uśmiechnął się krzywo. Odwrócił się na plecy i spojrzał na biały sufit - "Tak właściwie… Było coś zadane?"
- "Prawie zapomniałam o szkole… Ona się ostatnio wydaje tak trochę mało ważna…" - westchnęła wstając po cichu z obrotowego fotela - "Ale wydaje mi się, że nic nam nie zadali" - położyła się obok i oparła głowę na jego piersi.
- "To świetnie" - uśmiechnął się wplątując palce w jej niebieską czuprynę. Zaczął ja delikatnie głaskać po głowie. Dziewczyna z trudem powstrzymywała się od mruczenia niczym zadowolony kot - "Będziemy mieli więcej czasu dla siebie…"
Poniedziałek w szkole upłynął zadziwiająco spokojnie. Lekcje wyjątkowo odbywały się tak jak powinny, na przerwach było wyjątkowo spokojnie. Śpiochy spały, plotkary paplały, a dowcipnisie dowcipkowały. Nawet LSP ograniczyła się do posyłania złośliwych spojrzeń oraz szeptania i chichotania w towarzystwie swoich "przyjaciółek".
Paul po raz kolejny wbił wzrok w swój zeszyt. Mętne notatki, które w nim stworzył nieco go irytowały. Wiedział, że nie będzie się w stanie nic z nich nauczyć, a za nic nie chciało mu się od kogoś odpisywać. Nawet jeżeli zeszyty Carroll miał zaraz pod nosem praktycznie przez cały czas. 'A nie była to jedyna zaleta mieszkania z niebieskowłosą' - uśmiechnął się połową ust.
Miał całkiem dobry humor jak na ten dzień tygodnia. Głównie dzięki naprawdę miło spędzonej większej części minionego dnia. O bieganiu po lesie zdążył już zapomnieć, więc po umyśle obijały mu się już tylko te miłe wspomnienia.
Mimo to od rana miał jakieś dziwne wrażenie, że to wszystko to tylko cisza przed burzą. Coś mówiło mu, że stanie się coś niedobrego. Przez to nie mógł się do końca skupić na lekcjach. Nawet wspominanie wczorajszego wieczoru mu nie pomagało. Choć to akurat było dość logiczne…
Zerknął na siedzącą przed nim czarnowłosą dziewczynę. Siedziała dziwnie sztywno i chyba cały czas pilnowała Bonnibel. Chłopak wcale się jej nie dziwił. Gdyby ktoś go poinformował, że jakieś świry chcą porwać jego dziewczynę, to pewnie też zacząłby się poważnie martwić. I nosić ze sobą nóż. Tak jak robiła to Marcelina. Paul pomyślał, że powinien jej później powiedzieć, żeby lepiej go chowała. Nie warto wylądować na dywaniku u dyrektora za taką bzdurę. No… powiedzmy "bzdurę"...
Nie chciało mu się notować ani słuchać co ma do powiedzenia belfer. Nie był też jakoś w nastroju na obserwowanie kolegów z klasy. Pozostało mu więc tylko i wyłącznie ucięcie sobie krótkiej drzemki. Podparł się na łokciach układając dłonie w ten sposób, że palce zasłaniały oczy. Dzięki temu wyglądał jakby wpatrywał się w zadumie w zeszyt, co było w pełni dozwolone. A przynajmniej żaden z nauczycieli się jeszcze nie przyczepił.
Odpłynął do krainy snów dość szybko. Nawet nie zauważył kiedy widok leżącego na ławce zeszytu zmienił się w ciemność, w której powoli zaczął się materializować obraz. Zobaczył dziwnego, podobnego do jakieś egzotycznej jaszczurki stwora, który zakradał się do niewielkiej jaskini. Wewnątrz czekał olbrzymi wąż o białych łuskach w czerwone pasy. Miał ostre kły i białe gałki oczne. Owijał się dookoła dużego, różowego cukierka zawiniętego w przezroczysty papierek. Gdy tylko spostrzegł mniejszego gada, zasyczał i pokazał zęby, z których kapał jad. Spanikowany jaszczur uciekł w popłochu. Dreptał przez kilka minut po piaszczystym pustkowiu. Przeszedł przez jakąś dziwną, fioletową chmurę i zaczął się rozglądać. Z jego pyska ciekła gęsta ślina, a jego oczy błyszczały jakby miał jakiś pyszny kąsek tuż przed nosem. Powoli zbliżył się do niewielkiego jeziorka i wbił wzrok w…
Paul nie zdążył zobaczyć w co takiego. Nauczyciel powiedział coś głośniej i wyrwał chłopaka ze snu. Brązowowłosy rozejrzał się zdezorientowany po klasie. Belfer całe szczęście nie krzyknął na niego. Po prostu podkreślił jakąś ważną część lekcji. Przecierając oczy i zastanawiając się o co właściwie chodziło w jego śnie zerknął na tył klasy. Siedząca tam Carroll posłała mu słodziutki uśmiech i mrugnięcie okiem. Chłopak również się uśmiechnął. Jego dziwne przeczucia nagle wyparowały.
Samochód Pepperminta wjechał powoli na podjazd. Brama za nim zaczęła się zamykać, a ta przed nim leniwie odsunęła się pod górę odsłaniając wjazd do wnętrza garażu. Pojazd wjechał do środka i zatrzymał się dokładnie półtora metra od przeciwległej do wjazdu ściany. Przejazd zamknął się za nim pogrążając pomieszczenie w ciemności. No… przynajmniej do momentu, w którym zaskoczyło automatyczne oświetlenie.
Z samochodu wysiadł lokaj oraz różowowłosa dziewczyna. Obydwoje udali się do domu przez drzwi umieszczone w ścianie garażu. Po drodze kontynuowali rozmowę rozpoczętą jeszcze w samochodzie.
A przynajmniej tak to sobie wyobrażała trójka facetów siedząca z tyłu białego dostawczaka i obserwująca sytuację zza przyciemnianej szyby. Kiedy ruch w pobliżu willi się uspokoił wszyscy odsunęli się od okna i zajęli miejsca na zamocowanych pod burtami fotelach.
- "Okej… Zrobimy tak" - odezwał się zielonowłosy - "Urwipaluch zostajesz w aucie. Bądź gotowy do odjazdu. Ja i Pirat..." - jednooki mruknął coś niewyraźnie - "...wchodzimy do środka, dajemy w mordę staruszkowi, a dziewczynie zaklejamy usta…" - pokazał rolkę szarej taśmy - "...sklejamy ręce i wynosimy" - pozostali kiwnęli głowami na znak, że się zgadzają. Nieogolona morda Pirata wyrażała jednocześnie wyraźne niezadowolenie. Fakt, że to Śmieszek dowodził niezwykle go irytował - "Kurwa… Wciąż jakoś mi nie pasuje, że porywamy dzieciaka…" - westchnął.
- "Cipa jesteś" - zarechotał jednooki - "Zostaw porywanie mnie."
- "Tylko jej nie obmacuj za bardzo jak będziesz ją niósł" - skrzywił się. W odpowiedzi otrzymał tylko parszywy uśmiech - "Dobra, zbieramy się. Urwipaluch? Droga czysta?"
- "Żadnych pieszych, żadnych wozów" - odparł - "Czysto."
Zielonowłosy kiwnął głową, po czym otworzył przesuwane drzwi i wyskoczył z pojazdu. Tuż za nim podążył jednooki. W kilka sekund dobiegli do furtki i dalej, po chodniku wybrukowanym kolorowymi płytkami, aż do wejścia. Pirat położył łapę na klamce i ostrożnie nacisnął. Ku jego zaskoczeniu drzwi były zamknięte. Spojrzał ze zdziwieniem w stronę towarzysza, który uderzył się otwartą dłonią w czoło, po czym nacisnął dzwonek. Gdzieś z głębi domu dało się słyszeć wyraźne, melodyjne dzwonienie, które brzmiało dość… drogo…
Po krótkiej chwili dało się słyszeć kroki, a następnie kluczyk chrzęszczący w zamku. Drzwi zaczęły się powoli otwierać.
- "Teraz!" - wrzasnął Śmieszek, po czym zamachnął się ręką.
Dwie pięści w tym samym momencie poszybowały przez wejście, prosto w stronę otwierającego. Obydwie trafiły w pustkę. Mężczyźni mimo to wpadli do środka. Stanęli w pięknie urządzonym przedpokoju. Przed nimi, na jasno-różowym dywanie stał facet w granatowym garniturze. Miał białe włosy z wyraźnymi paskami czerwieni. Patrzył pozbawionym emocji wzrokiem na nieproszonych gości.
- "Proszę natychmiast wyjść" - oznajmił stanowczo.
- "Zamknij ryj panie burżuj!" - warknął Pirat. Zaczął wymacywać schowany w kieszenie brudnych spodni chiński scyzoryk.
W tym momencie na końcu korytarza prowadzącego w głąb domostwa pojawiła się różowowłosa dziewczyna. A właściwie to tylko jej głowa, bo panienka wyglądała zza rogu. Sądząc po jej na wpół otwartych ustach chciało coś powiedzieć, ale zrezygnowała w momencie, w którym zorientowała się, że spoczywa na niej wzrok dwóch podejrzanych indywiduów. Zaraz po tym odkryciu czym prędzej wycofała się za ścianę.
Jednooki nie był w stanie dłużej się powstrzymywać od działania. Dał sobie spokój z szukaniem noża i ruszył w stronę miejsca, w którym przed sekundą widział różowowłosą. Nie zdążył zrobić nawet dwóch kroków gdy na jego drodze stanął białowłosy lokaj.
- "Proszę natychmiast wynieść się z tego domu" - w jego głosie brzmiała wyraźna, zimna groźba. Jego oblicze wciąż nie wyrażało nic poza całkowitym spokojem. Wyglądało to całkiem niepokojąco.
Obdartus nie za bardzo się przejął słabo skrywaną groźbą i zaczął wykonywać manewr wymijający. Tym razem nie zdołał zrobić nawet kroku. Lokaj błyskawicznie machnął ręką i na ułamek sekundy dotknął klatki piersiowej wyglądającego jak przeciętny żul mężczyzny. Serce jednookiego zatrzymało się na chwilę, a jego ciało padło bezwładnie na podłogę. Po kilku sekundach facetowi wrócił oddech. Dysząc ciężko zaczął czołgać się w stronę wyjścia.
Śmieszek nie miał najmniejszej ochoty pomagać towarzyszowi. Nie chciał się też mścić za dokonane mu krzywdy. Jednak plan od początku przewidywał zbicie lokajowi mordy, więc nie miał dużego wyboru. Osłaniając pierś przedramionami ruszył w kierunku stojącego w bezruchu białowłosego. Gdy znajdował się wystarczająco blisko wyprowadził cios, który powinien powalić przeciętnego mężczyznę na ziemię. Ku swemu zaskoczeniu i przerażeniu zorientował się, że jego pięść trafiła w pustkę. Lokaj stał kilkanaście centymetrów w lewo od miejsca, w którym znajdował się jeszcze ułamki sekund temu. Ponownie machnął ręką, ale tym razem celował w głowę. Gdy tylko jego palce na ułamek sekundy dotknęły czoła zielonowłosego, facet cofnął się o krok, a jego twarz zbladła i zastygła w grymasie strachu.
W jego mózgu eksplodowała fala ciemności. Czuł jakby jego świadomość została wciągnięta do najgłębszych odmętów piekieł. Oblicza mrożących krew w żyłach demonów przemknęły przez jego umysł odciskając bolesne wspomnienia. Psychika mężczyzny zatrzęsła się w posadach, ale jakimś cudem utrzymała względny pion. Wzdrygnął się, po czym zamrugał. Nie znajdował się w kotle pełnym wrzących, płynnych metali zmieszanych z duszami potępionych gdzieś w najciemniejszych i najzimniejszych czeluściach piekieł, ale w pięknie urządzonym przedpokoju pokaźnej willi. Przed nim wciąż jednak stał ów przeklęty lokaj. Wciąż wpatrywał się tym zimnym, spokojnym spojrzeniem prosto w oczy zielonowłosego.
Niedoszły porywacz zaczął się wycofywać. Po drodze złapał czołgającego się i dyszącego ciężko Pirata za kołnierz syfiastej kurtki, podniósł go z podłogi i pociągnął za sobą. Zataczając się na boki wyszli przez drzwi i ruszyli w kierunku furtki, a potem prosto do stojącego po drugiej stronie ulicy wozu. Urwipaluch otworzył im przesuwane drzwi i umożliwił wtoczenie się do środka, po czym odjechał z piskiem opon.
Bonnibel ponownie wyjrzała zza rogu. Odetchnęła z ulgą widząc, że w korytarzu jest tylko i wyłącznie Peppemint. Lokaj spokojnym ruchem zamknął drzwi i przekręcił kluczyk w zamku. Następnie odwrócił się, uśmiechnął się do swej podopiecznej i zniknął gdzieś w kuchni.
Różowowłosa zabrała porzuconą wcześniej na kanapie książkę, założyła różowe kapcie i szurając nimi po podłodze ruszyła w kierunku schodów. Chwilę później znajdowała się już w swoim pokoju. Odłożyła całkiem słusznej grubości tytuł na szczyt bezładnego stosu ułożonego na biurku, po czym chwyciła za telefon, który akurat ładował się gdzieś w kącie. Wyszukała na liście kontaktów numer opisany "Marcy" i puknęła w niego palcem, dzięki czemu przeszła do kolejnego menu. Usiadła pod ścianą, tuż obok gniazdka, do którego podłączona była ładowarka. Wzięła głęboki oddech, po czym dotknęła opuszką palca wskazującego zieloną ikonkę z słuchawką tradycyjnego telefonu, która wyświetlała się na ekranie. Rozpoczęło się połączenie.
- "Marcy? Cześć… Muszę ci coś opowiedzieć…"
- "Peppermint ich wykurzył?" - spytał Paul usłyszawszy relację z poprzedniego popołudnia. Bonnibel pokiwała energicznie głową - "Nieźle…"
Dzień był tak straszliwie zawalony najróżniejszymi szkolnymi sprawami, że udało im się pogadać dopiero po tym jak zadzwonił ostatni dzwonek, a wszyscy uczniowie wylali się z budynku na pokryte wyjątkowo upartymi resztkami śniegu ulice. Przyjaciołom nigdzie się nie spieszyło. Szli spokojnym krokiem przez opustoszały korytarz i prowadzili spokojną rozmowę.
- "Czy to znaczy, że nasz problem zniknął sam?" - zapytała Phoebe - "W sensie… Ci goście powiedzieli, że kogoś porwą, a potem stąd odjadą. Bonnibel nie byli w stanie porwać, a reszta z nas jest względnie bezpieczna… Czy to znaczy, że można pozostawić tą sprawę samej sobie."
- "Nie" - brązowowłosy pokręcił głową. Pchnął frontowe drzwi budynku i przytrzymał je dopóki wszyscy nie przeszli.
- "Po pierwsze ci goście wspominali to tobie, Phoebe" - odezwała się Carroll - "Chodź wyraźnie bali się twojego ojca…"
- "Po drugie nie zamierzam pozwolić tym gnojkom od tak sobie zniknąć" - dokończył ponuro Paul.
- "Pomożemy jak tylko będziemy w stanie" - zawołał przepełniony optymizmem Finn.
- "Ale teraz wszyscy rozejdziemy się do domów" - Jake szturchnął go w ramię, po czym skręcił w stronę swego miejsca zamieszkania.
- "Na razie!" - zawołał młodszy blondyn. Pozostali również się pożegnali.
- "Dziś idziecie sami do domu" - poinformowała Paula i Carroll Marcelina - "Ja jadę do Bonnie" - wskazała samochód Pepperminta i stojącą obok różowowłosą - "Do jutra."
- "Do jutra" - odpowiedzieli, po czym ruszyli w swoją stronę.
Nikt z całego tego towarzystwa nie zobaczył białego dostawczaka stojącego w alejce po przeciwnej stronie ulicy. Nikt również nie zwrócił uwagi na siedzącą na ławce przed szkołą dziewczynę. Była dość pulchna, miała fioletowe włosy oraz ubranie i pewnie nieźle by się wściekła, że nikt na nią nawet nie spojrzał, gdyby nie to, że właśnie zbierała materiały do plotek. Albo nawet do czegoś więcej. W jej przystosowanym do knucia i złośliwości umyśle powstawał powoli plan. Okrutny i nieetyczny plan.
Podniosła się z drewnianego, pomalowanego ochronną farbą drewna i na chwilę skupiła swoje spojrzenie na białym vanie, którego zauważyła gdy tylko przekroczyła próg szkoły i wyszła z tłumu odchodzących uczniaków. Jak gdyby nigdy nic weszła na chodnik i oddaliła się w losowym kierunku. Upewniwszy się, że nikt jej nie śledzi, po kilkuset metrach przeszła przez ulicę i zaczęła spokojnym krokiem zbliżać się do busa.
Gdy znalazła się już naprawdę blisko, nachyliła się tak, żeby nie było jej widać przez okna i zaczęła się skradać. Obeszła pojazd dookoła i przyłożyła ucho do nieco uwalonej karoserii. Z wnętrza dało się słyszeć ledwie wyraźną rozmowę.
- "To kogo do jasnej cholery mamy porwać?" - zapytał pierwszy głos. Był wyraźnie zniecierpliwiony.
- "A ja wiem? Tej Bubblegum nie ma co tykać…" - odpowiedział drugi - "Wszędzie jeździ z tym swoim lokajem-ochroniarzem. Pirat wciąż się nie pozbierał…"
- "Gówno mnie obchodzi ten frajer…" - warknął ten pierwszy - "Pirat znaczy się… Tego lokaja nie chcę już w życiu na oczy widzieć…"
- "To co? Może ta od właściciela stacji paliw?" - zaproponował ten drugi.
- "Nie zbliżam się do tych piromanów…" - wymamrotał - "Kto do cholery w tym mieście jest na tyle bogaty, żeby było warto mu porywać dzieciaki?"
Na twarzy fioletowowłosej pojawił się złośliwy uśmieszek. Odsunęła się od dostawczaka i wytarła lekko uwalone ucho wnętrzem dłoni. Następnie wyprostowała się i zapukała w szybę pojazdu.
Z wnętrza doszła kwiecista wiązanka przekleństw, a cały wehikuł zakołysał się jakby ktoś w środku podskoczył i zrobił fikołka. Po chwili przesuwane drzwi otworzyły się ujawniając dość ciemne wnętrze i dwa parszywe pyski.
- "Przez przypadek usłyszałam waszą rozmowę" - skłamała. Starała się brzmieć tak niewinnie jak się tylko dało.
- "I co zamierzasz z tym zrobić?" - zapytał facet, który otworzył drzwi. Miał krótkie, zielone włosy i mimo zimna nosił białą koszulkę z krótkim rękawem. Na ramieniu miał zawiązaną ciemno-zieloną chustkę.
- "Zamierzam wam pomóc" - uśmiechnęła się szeroko.
- "Zamierzasz dać się porwać?" - zapytał z pewną nadzieją w głosie drugi typek. Miał długie, jasno-brązowe włosy, które od dawna nie widziały grzebienia. Na czole nosił przyciemniane gogle z okrągłymi szkłami.
- "Podchodzicie do tego całego porywania źle" - dziewczyna całkowicie zignorowała pytanie rozczochranego - "Chcecie porwać kogoś z bogatej rodziny, prawda?"
- "Robimy to dla kasy… Oczywiste, że chcemy porwać jakiegoś bogacza" - wzruszył ramionami zielonowłosy. Również całkowicie zignorował kumpla.
- "Może lepiej byłoby porwać kogoś, za kogo ktoś inny zapłaci dowolną cenę" - uśmiechnęła się złośliwie - "Kogoś kto jednocześnie nie ma krewnych zdolnych gonić za wami na koniec świata."
- "Co masz na myśli?" - facet w t-shirt'cie uniósł brew.
Fioletowa dała mu ręką znak, żeby się pochylił, po czym przez dobrą minutę szeptała mu coś do ucha. Na twarzy mężczyzny pojawiło się coś w rodzaju obrzydzenia. Rozczochrany tym czasem wyciągnął jakieś luźne notatki i zaczął je przeglądać.
- "Jesteś okropnym człowiekiem" - mruknął ponuro zielonowłosy odsuwając się gdy skończyła mówić - "Ale dzięki za radę… Skorzystamy z niej…"
- "Nie ma za co" - uśmiechnęła się szeroko i niewinnie. Następnie odwróciła się i jakby nigdy nic odeszła w sobie tylko znaną stronę.
- "Ej, stary" - rozczochrany po chwili szturchnął kumpla w ramię i pokazał mu zadrukowaną tekstem i pojedynczym zdjęciem kartkę - "To była ta od dziennikarzy."
- "Kurwa…" - mruknął pod nosem zielonowłosy przyglądając się zdjęciu. Po chwili oddał kartkę kumplowi - "Nieważne. Mamy nowy plan. Chociaż za cholerę mi się on nie podoba…"
- "Cześć! Już jesteśmy!" - zawołał Paul wieszając kurtkę na ustawionym w przedpokoju wieszaku.
- "Hej!" - przywitała się jego mama - "Za godzinę będzie obiad."
Z kuchni dochodził ciężki smród spalenizny. Słychać było jak wyciąg chodził na najwyższych obrotach by pozbyć się okropnego smrodu z powietrza.
- "A co będzie na obiad?" - zapytał ostrożnie brązowowłosy wchodząc do kuchni. Pani Miles stała nad zlewem i energicznie zdrapywała coś czarnego z patelni.
- "Pizza" - odpowiedziała nie przerywając skrobania - "Zaraz zamówię."
- "Yay! Pizza!" - dało się słyszeć głos Carroll dochodzący z przedpokoju. Paul uśmiechnął się lekko.
Zmywająca kobieta zaśmiała się tylko i pokręciła głową. Następnie porzuciła niedomytą patelnię i odwróciła się w stronę syna.
- "Wyjeżdżamy z twoim ojcem na weekend" - powiedziała - "Poradzicie sobie sami przez dwa dni?"
- "Pewnie" - odparł chłopak - "Bez problemu" - w wejściu do kuchni pojawiła się głowa Carroll. Dziewczyna z zaciekawieniem przysłuchiwała się rozmowie.
- "Zadzwonicie jak będziecie mieli jakiś problem" - powiedziała bardziej do siebie niż do syna, czy jego dziewczyny - "Zostawimy wam trochę pieniędzy na jedzenie."
Ugh... Pisałem to zdecydowanie za długo... Ale w końcu udało mi się pokonać moją blokadę pisarską (że tak niezręcznie przetłumaczę angielski zwrot). Mam nadzieję, że czytało wam się miło. Napiszcie coś. Recenzję, jakieś pytanie... cokolwiek...
Koniec się zbliża tak btw.
