Sorki... (przeczytajcie notkę na dole).
10. Czy piraci śnią o jednookich owcach?
Pod koniec w miarę ciepłego tygodnia ostatki niepokonanego dotychczas śniegu zniknęły pokrywając okolicę kałużami brudnej wody. Pogoda całkiem szybko zmierzała ku lepszemu. Pomijając może opady deszczu, które zaczęły się w środowe popołudnie, na jakąś godzinę przed końcem szkolnych zajęć i ciągnęły się aż do czwartkowego wieczora. Na dworze zrobiło się przez to równie nudno co w szkole.
Poza tym, przez te kilka dni nie działo się nic konkretnego. Nauczyciele prowadzili lekcje jak zwykle. Uczniowie zachowywali się całkiem normalnie… No… może poza LSP, która wydawała się dziwnie spokojna. Jakby na coś czekała. Na coś, czego zdarzenie się było pewne w stu procentach. Paulowi to zachowanie wydało się dość dziwne, ale nie poświęcił mu wiele uwagi. Miał ważniejsze rzeczy na głowie.
Głównie świrów, którzy chcieli porwać jego przyjaciółki. Swoją drogą szóstka dziwnych typków siedziała od poniedziałkowego incydentu cicho. Ciężko było stwierdzić, czy coś knują, czy może zrezygnowali z całego tego uprowadzania i wynieśli się z miasta. Chłopak liczył na to drugie.
Podobnie zresztą Carroll, z którą brązowowłosy dzielił się spostrzeżeniami i rozmyślaniami na bieżąco. Obydwoje nie mieli jednak złudzeń. Życie nie jest takie proste. Nawet teraz, w drodze do domu, czuli jakieś nieprzyjemne napięcie. Mieli nadzieję, że na miejscu zniknie i pozwoli się im cieszyć weekendem.
Wypełniony rozmowami marsz przez miasteczko, w którym zwyczajowo towarzyszyła im Marcelina trwał jakieś piętnaście minut. Na jego końcu, po pożegnaniu z czarnowłosą, Paul i Carroll przedreptali ostatnie kilka metrów do drzwi domu. Chłopak wyłowił z kieszeni klucz i otworzył nim drzwi, które widocznie zamknął któryś z jego rodziców.
Obydwoje weszli do środka i szybko pozbyli się kurtek oraz butów, po czym rzucili plecaki w pobliże schodów. Wypełnienie żołądków było ważniejsze niż dbanie o porządek.
- "Jesteśmy!" - zawołał Paul wchodząc do kuchni. Jego wzrok natychmiast spoczął na przymocowanej magnesem do lodówki kartce - "Moment…" - mruknął pod nosem mając wrażenie, że o czymś zapomniał.
Napisana pismem jego mamy notka poinformowała go, że tak rzeczywiście było. Jego rodzice wyjechali na weekend i pozostawili instrukcje na temat odgrzewania jedzenia, które pozostawili w lodówce oraz poprosili o to, żeby w sobotę zrobić zakupy. Na samym dole ojciec chłopaka dopisał zdanie, w którym przypominał, że nie chce jeszcze mieć wnuków. Paul uśmiechnął się krzywo.
- "Nie mów mi, że zapomniałeś" - zaśmiała się Carroll obejmując go od tyłu za szyję i opierając się podbródkiem o jego bark. Musiała stanąć na palcach, żeby to zrobić - "Dobrze, że zostawili ci notatkę" - pocałowała go w policzek, po czym puściła i usiadła na brzegu stołu - "To co dziś jemy?"
Paul otworzył drzwiczki lodówki i rozejrzał się po szklanych półkach. Na środkowej stał całkiem duży, srebrny garnek nakryty talerzem. Chłopak podniósł naczynie i zajrzał do środka.
- "Spaghetti?" - zapytał przechylając głowę w stronę dziewczyny.
- "Super" - wyszczerzyła białe ząbki.
Chłopak uśmiechnął się i wyciągnął garnek z lodówki, po czym postawił go na kuchence gazowej i zdjął z niego talerz. Odkręcił gaz, a następnie podpalił go iskrą. Niebieski płomień zaświecił pod metalowym naczyniem i zaczął podgrzewać umieszczone w nim jedzenie. Brązowowłosy uruchomił wyciąg, a z szuflady wyciągnął drewnianą łychę i zaczął mieszać nią spaghetti.
Carroll tym czasem zniknęła na chwilkę z kuchni. Wzięła porzucone plecaki i zaniosła je na górę, gdzie rzuciła je w kąt pokoju, który dzieliła z Paulem. Następnie wyciągnęła z szafy świeże spodnie oraz koszulkę i szybko się w nie przebrała. Gdyby było cieplej, to pewnie jeszcze wzięłaby prysznic, ale w obecnej sytuacji wymiana ubrań wystarczyła. Na koniec ściągnęła skarpetki i plaskając bosymi stopami o podłogę zaniosła kupkę brudnych rzeczy do łazienki, gdzie wrzuciła je do wiklinowego kosza na brudy.
Po powrocie do kuchni wyciągnęła z jednej z szafek talerze i rozłożyła je na stole. Następnie dołożyła do nich sztućce i szklanki. Do tych ostatnich nalała sok pomarańczowy, którego karton znalazła w lodówce. Po zakończeniu tych małych przygotowań usiadła na krawędzi blatu jednej z szafek i powróciła do obserwowania gotującego chłopaka.
- "Tak właściwie…" - odezwała się nagle - "To jest spaghetti, czy tylko sos?"
Paul przestał na chwilę mieszać i zerknął do garnka. W myślach zaśmiał się sam z siebie. Mieszał to już od kilku minut, a nie zapamiętał, czy w potrawie znajduje się już makaron.
- "Jakiś makaron tam jest…" - odparł gmerając łyżką w czerwonej masie - "Jakby co zjemy z chlebem."
Niebieskowłosa rozejrzała się dookoła w poszukiwaniu chlebaka. Metalowe, zaokrąglone pudło stało jakiś metr od niej. Wyciągnęła rękę i podważyła palcem wieko, które odsunęło się i schowało w górnej części przedmiotu. Wewnątrz leżało smutne pół bułki, które zdążyło pewnie już mocno zaschnąć oraz trochę mniej niż pół bochenka krojonego chleba zawiniętego w foliową siatkę.
- "Okej, da się przeżyć" - powiedziała dziewczyna zamykając chlebak - "Nigdy nie jadłam spaghetti z chlebem zamiast makaronu…"
Na szczęście okazało się, że rodzice Paula przewidzieli to jak trudno niektórym zapamiętać o przygotowaniu makaronu i zrobili to wcześniej. Ba! Nawet wrzucili go do garnka z sosem bo gdyby umieścili go w misce i wetknęli do lodówki, to dzieciaki pewnie rzeczywiście zjadłyby spaghetti z chlebem.
Pochłanianie nałożonych na głębokie talerze porcji zajęło Paulowi i Carroll dobre piętnaście minut. Kiedy skończyli wyglądali… mało reprezentacyjnie. Chłopak miał na policzku ślad po kawałku makaronu, a dziewczyna plamkę sosu na nosie. Do tego obydwoje mieli okolice ust tak czerwone, że na pierwszy rzut oka można było sobie pomyśleć, że jedli surowe mięso albo coś w tym rodzaju.
- "Co teraz robimy?" - zapytał Paul po tym jak wytarli twarze papierowymi ręcznikami i uprzątnęli kuchnię - "Oglądamy jakiś film?"
- "Nie" - uśmiechnęła się dziewczyna.
- "Nie?"
- "Teraz idziemy wziąć prysznic" - odparła, po czym złapała go za rękę i pociągnęła w stronę schodów.
- "Na chuj my tu czekamy?" - warknął typek z długimi, rozczochranymi włosami w kolorze jasno-brązowym. Wyprostował nogi i oparł je o znajdującą się przy przeciwległej ścianie busa ławeczkę. Musiał przesunąć tyłek na samą krawędź siedziska, żeby to osiągnąć, ale widocznie było mu tak wygodnie.
- "Przecież powiedziałem ci jaki mamy plan" - odpowiedział zielonowłosy. Jemu też nie chciało się czekać, ale narzekanie byłoby w tej sytuacji strzałem w stopę.
- "Planu, który wymyśliła jakaś pierdolona smarkula?" - pokręcił głową Urwipaluch - "Dlaczego jej wtedy nie złapałeś? Byśmy mięli sprawę załatwioną i nie siedzielibyśmy teraz w tym walonym gracie."
- "Ile razy mam jeszcze to powiedzieć?" - westchnął ciężko - "Gdybym pamiętał, że to ta od dziennikarzy to bym ją zabrał. Nie jestem Pirat, żeby rzucać się na każdą dziewuchę, która wygląda wystarczająco młodo."
Chłopak wyślizgnął się z kabiny prysznicowej i znacząc podłogę kropelkami przeszedł przez łazienkę w stronę miejsca, w którym powieszone były ręczniki. Wszystkie były w różnych odcieniach brązu i miały wyszyte kremowe wzorki. Brązowowłosy zabrał swój i dokładnie się wytarł, po czym leżącą na podłodze szmatą starł wszystkie zostawione wcześniej krople wody. Z innej części posadzki pozbierał porzucone ubrania i nie przejmując się za bardzo tym, czy były czyste, czy nie, wrzucił je do kosza na brudy.
Przed wyjściem z pomieszczenia obejrzał się jeszcze na kabinę prysznicową. Szumiała w niej woda, a górą uciekała para. Przez mleczne szkło widać było niewyraźną sylwetkę Carroll. Paul uśmiechnął się i wymaszerował na korytarz zamykając za sobą drzwi. Podreptał po ciepłej, wyłożonej drewnianymi panelami podłodze w stronę swego pokoju, gdzie szybko dobrał się do szafy i założył pierwsze z brzegu gacie oraz świeżą koszulkę. T-shirt był biały, a z przodu miał nadrukowany zielony motocykl z koszem. Chłopak zwykle nosił go jako piżamę.
Nie minęła nawet minuta, a w wejściu do pokoju dało się słyszeć plaskanie bosych stóp o podłogę. Podobnie jak Paul, Carroll była zbyt leniwa, żeby owinąć się ręcznikiem. Jej paradowanie po domu na golasa nie uszło uwadze brązowowłosego. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech, którego nie byłby w stanie powstrzymać nawet gdyby chciał.
- "Nie szczerz się tak tylko mi podaj jakieś ciuchy" - dziewczyna mimowolnie uśmiechnęła się, a jej policzki zrobiły się czerwone niczym pomidory. Nie przejmując się specjalnie zasłanianiem czegokolwiek oparła ręce na biodrach - "Dalej."
Paul westchnął ciężko i z najsmutniejszą miną jaką potrafił zrobić otworzył szafę. Z odpowiedniej półki wyciągnął pierwsze z brzegu majtki (nie trzeba było wybierać - wszystkie były niebieskie), po czym rzucił je w stronę dziewczyny. Niebieskowłosa złapała je i naciągnęła na krągłą pupę. Następnie wróciła do pozycji, w której stała wcześniej i znów spojrzała na swojego chłopaka.
- "Górę też poproszę" - powiedziała z trudem powstrzymując śmiech.
Chłopak po raz kolejny westchnął - przeciągle i głośno. Znów zwrócił się w stronę mebla i po chwili grzebania w ubraniach wyciągnął błękitną koszulkę. Zamknął szafę, przedreptał przez pokój i podał ciuch dziewczynie, a następnie usiadł na łóżku.
Carroll rozwinęła T-shirt. Na piersi nadrukowany był symbol plemienia wody z popularnej kreskówki. Powstrzymując się od proszenia o drugi fragment bielizny założyła bluzkę i usiadła obok chłopaka.
- "To co teraz?" - zapytała - "Film?"
- "Yep" - przytaknął brązowowłosy. Podniósł się z łóżka i uklęknął przy jednej z szuflad. Otworzył ją i po chwili wyciągnął kartonik, w którym znajdowało się sześć plastikowych pudełek z płytami. Z uśmiechem pokazał przód opakowania niebieskowłosej. Duże żółto-czarne litery tworzyły tytuł: "Gwiazdowe Boje". Dziewczyna skomentowała wybór uniesionym w górę kciukiem.
Po wybraniu filmu zeszli na dół. Paul od razu skręcił do salonu, gdzie z pudełka wyciągnął płytę z filmem. Następnie włączył cały sprzęt potrzebny do oglądania. Niezbyt duży, ale za to całkiem płaski (bo pozbawiony plastikowego dupska kryjącego kineskop) telewizor wypełnił nieco ciemne pomieszczenie szarawym światłem. Chłopak umieścił czarny dysk z żółtym napisem na szufladce, która wyjechała z odtwarzacza DVD. Gdy film zaczął się odtwarzać brązowowłosy wcisnął pauzę i usiadł na kanapie.
Carroll tymczasem kończyła przeszukiwanie kuchni w poszukiwaniu jakiś przekąsek. Wyniki nie były zbyt zadowalające. Po przetrząśnięciu każdej szafki, szuflady i lodówkowej półki okazało się, że jedyną rzeczą jaka się nadawała były płatki śniadaniowe. Jak na złość tylko resztka. Zniechęcona dziewczyna wzięła karton soku pomarańczowego z lodówki i ruszyła do salonu.
Wskoczyła na kanapę i ułożyła się wygodnie obok chłopaka, który odpauzował film. Po chwili przez ekran zaczęły przepływać charakterystyczne żółte napisy. Uwagę niebieskowłosej na chwilę odwróciło leżące na podłodze pudełko.
- "Czwarta część?" - zapytała unosząc brew.
- "Ją nakręcili pierwszą. Potem piątą i szóstą, a parę lat później prequele" - odparł Paul - "Oglądamy w tej kolejności głównie dlatego, że oryginalna trylogia jest lepsza."
Dziewczyna pokiwała głową i skupiła się na oglądaniu. Na chwilę przynajmniej. Nagle przypomniała sobie coś co usłyszała tydzień wcześniej i jakoś nie mogła zmusić się, żeby tą nagłą myśl porzucić. To całkowicie niezwiązane z obecną sytuacją wspomnienie do tego stopnia utrudniało jej koncentrowanie się na filmie, że w końcu poddała się i postanowiła podpytać Paula.
- "Hej…" - szepnęła.
- "Hm?"
- "Jak byłam chora to twoja babcia wspomniała o jakieś Majy..." - powiedziała cicho - "Trochę późno pytam, ale… kto to jest?"
- "Maja? To siostra mojej mamy" - odparł - "Moja ciotka. Mieszka w takiej niewielkiej mieścinie nad morzem. Prowadzi antykwariat. Ah… I ma męża, który też ma na imię Paul. Jest archeologiem."
- "Och… Twój wuja nazywa się Paul?" - uniosła brew.
- "Ta… Podczas imprez rodzinnych bywa śmiesznie" - uśmiechnął się połową twarzy - "A… Taka mała ciekawostka. Maja odziedziczyła talent po babci."
- "Talent?"
- "Nie zauważyłaś?" - zdziwił się nieco chłopak - "Pomyśl sobie… Zupa, która skróciła twoją chorobę do kilku dni. Cała ta nienaturalnie silna aura…"
- "Nooo… Do czego zmierzasz?"
- "Moja babcia jest wiedźmą" - zaśmiał się krótko - "I ciotka też."
Carroll zrobiła wielkie oczy. Przez chwilę wpatrywała się tak w chłopaka nie odzywając się ani słowem.
- "No co? To tylko taka dyskretna pseudo-magia. Dużo tradycji z przeszłości, trochę wrodzonego talentu… Dużo jest takich ludzi" - powiedział.
- "A ty?" - zapytała. Jej oczy wciąż były wielkości spodków - "Odziedziczyłeś coś takiego po babci?"
- "Ten "talent"..." - wyraźnie zaakcentował to słowo - "...ma znacznie większą szansę na bycie odziedziczonym przez kobietę. Gdybym miał siostrę, to pewnie coś by potrafiła" - przez chwilę się nad czymś zastanawiał - "Choć ten drugi twierdzi, że potrafimy przepowiadać przyszłość, czy coś w tym guście…"
Paul otworzył oczy. Nad sobą widział biały, oświetlony porannym słońcem sufit swego pokoju. Taka spokojna pobudka była dość niecodzienną ostatnimi czasy sytuacją. Jedynymi fragmentami snów jakie przypominał sobie z minionej nocy były eksplodujące planety oraz Carroll pod prysznicem. Uśmiechnął się i zerknął w dół. Obejmowana przez niego lewą ręką niebieskowłosa wtuliła się w jego pierś. Twarz miała pogodną i oddychała spokojnie. Nogami oplotła nogi chłopaka. Pod kołdrą było ciepło i przyjemnie choć ogrzewanie nie zdążyło się jeszcze załączyć.
Brązowowłosy ziewnął przeciągle. Nie wyspał się tak bardzo jakby tego chciał. Cały wieczór zszedł na rozmowach, przytulaniu i oglądaniu Gwiazdowych Bojów, które udało im się obejrzeć w całości podczas jednego, długiego maratonu. Sama noc też jakoś nie sprzyjała wypoczynkowi. Mimo to chłopak nie narzekał. Było warto.
Gdy ponownie zerknął w dół napotkał na parę niebieskich oczu, które wpatrywały się prosto w niego. Uśmiechnął się.
- "Hej Chmurko" - pocałował dziewczynę w czoło - "Wyspana?"
- "Nie powiedziałabym" - odparła lekko zaspanym głosem.
- "Chyba wypadałoby się przejść do tego sklepu…" - mruknął chłopak opierając głowę o poduszkę.
- "Ja zostanę… Muszę się trochę ogarnąć" - powiedziała Carroll puszczając chłopaka, przeciągając się i przy okazji zabierając spory kawałek kołdry - "Kup coś fajnego."
- "Okej" - odparł Paul siadając na krawędzi łóżka.
Krótką chwilę później podniósł tyłek z materaca i przeciągnął się aż coś mu strzeliło w plecach. Ściągnął piżamową koszulkę i rzucił ją na łóżko, po czym podreptał w stronę szafy, z której wyciągnął skarpetki, zielony T-shirt, jeansy oraz szarą bluzę z kapturem. Raz dwa się ubrał, a następnie wziął telefon i ruszył w stronę wyjścia z pokoju. Zanim znalazł się na korytarzu, kątem oka zobaczył Carroll podnoszącą kawałek pozwijanego, niebieskiego materiału.
Zanim zszedł na dół wstąpił jeszcze do łazienki, gdzie załatwił wszystkie sprawy związane z poranną toaletą. Po kilku minutach w końcu znalazł się w kuchni. Zajrzał do lodówki i zanotował sobie w myślach czego w niej brakuje. Następnie jeszcze raz zerknął na notkę pozostawioną przez rodziców. Wspomnieli w niej, że zostawili trochę kasy na zakupy. Chłopak szybko ją znalazł i upchnął w kieszeni. Zabrał jeszcze klucze, po czym ruszył do wyjścia. Przy drzwiach wyjściowych szybko założył kurtkę oraz buty.
- "Wychodzę!" - krzyknął.
- "Okej!" - dało się słyszeć nieco przytłumiony przez ściany głos Carroll.
Brązowowłosy odkluczył drzwi, wyszedł i zamknął je za sobą. Przedreptał przez prowadzącą do wejścia dróżkę i ruszył chodnikiem w stronę osiedlowego sklepu.
Pogoda nie była zbyt przyjemna. Na niebie wisiały szare chmury, a powiewy zimnego wiatru wywoływały nieprzyjemne dreszcze. Do tego nikt nie chodził, czy jeździł po ulicy. Widocznie wszyscy, którzy musieli gdzieś się wybrać już to zrobili, a cała reszta jeszcze smacznie spała. Choć wcale nie było tak wcześnie…
Chłopak usłyszał gdzieś za sobą pomruk silnika. Nawet się nie obejrzał. Pewnie, któryś z sąsiadów postanowił jednak ruszyć tyłek z domu. Skręcił w jedną z bocznych uliczek i przeszedł przez pustą ulicę. W kilka krótkich chwil przeszedł ostatnie dzielące go do sklepu metry.
Osiedlowy sklep prawdopodobnie "od małego" dążył do bycia supermarketem. Szło mu to całkiem nieźle. Aktualnie można tam było kupić wszystko co było potrzebne do utrzymywania życia w przeciętnym domu. Do tego dochodziły produkty czystko "rozrywkowe", faktycznie rozrywkowe, egzotyczne, a nawet do pewnego stopnia luksusowe. Dało się tam również znaleźć chemię i wyroby papierowe potrzebne w łazienkach oraz leki bez recepty.
Paul wszedł przez przesuwane, reagujące na ruch drzwi. Widok tego rodzaju wejścia do sklepu zawsze przypominał mu pewną komedię i jego ojca cytującego tekst z owej komedii za każdym razem gdy na takie drzwi trafił.
Wewnątrz sklepu przywitał go rząd kas i niewielkie przejście skonstruowane z pomalowanych srebrną farbą barierek, obok którego ustawiono dwie wieże z plastikowych koszyków na zakupy. Chłopak wziął jeden i przeszedł przez obrotowe coś, które w nieudolny sposób kontrolowało przepływ ludzi przez sklep. Pomiędzy uginającymi się od najróżniejszych towarów półkami spacerowało kilkoro mieszkańców osiedla. Każdy z nich co chwilę się zatrzymywał i wrzucał coś do koszyka. Paul był w stanie rozpoznać kilka twarzy, ale nie kojarzył nikogo z nazwiska, czy dokładnego miejsca zamieszkania. Choć to ostatnie mógłby pewnie sprecyzować opierając się na tym kto jakim samochodem jeździ.
Brązowowłosy zatrzymał się przy jakieś półce wyrywając się przy okazji z zamyślenia. Zerknął na równo rozłożone produkty przywołując w pamięci listę zakupów. Okazało się, że nie potrzebował nic z tego co miał przed sobą. Inaczej się za to sprawa miała z tym co miał za sobą. Z wielkiej pionowej lodówy, od której całkiem potężnie wiało chłodem, wydobył dwa kartony mleka, kilka owocowych jogurtów, trzy różne gatunki pociętego na plasterki sera w plastikowych opakowaniach oraz pudełko jajek. Wszystko to wpakował do koszyka, po czym ruszył na poszukiwanie chleba. Po drodze wziął z półek ketchup oraz butelkę wody mineralnej.
Wracając w stronę kas naszedł go pewien ciekawy pomysł. Ponownie zatrzymał się przy lodówce i po krótkich poszukiwaniach wyciągnął z niej kartonik z napisem fondue. Przeskanował wzrokiem instrukcję przygotowania i przeszedł się do działu z przyprawami gdzie dorzucił do koszyka kilka saszetek z różną zawartością. Zahaczył jeszcze o alejkę z pieczywem, po czym ruszył do kasy uważając, żeby niczego po drodze nie strącić wystającą z koszyka bagietką ukrytą w długim, papierowym rękawie.
Przy kasie uprzejmie przywitała go niewyspana, ale jeszcze nie znudzona kasjerka. Poruszając się niczym automat przeskanowała kody kreskowe wypakowanych przez Paula produktów, po czym poinformowała go o tym ile musi za nie zapłacić. Chłopak wyciągnął z kieszeni zwinięte w nieregularne "coś" banknoty i wyłożył odpowiednią sumę na plastikową podkładkę stojącą tuż obok skanera kodów. Ubrana w sygnowane logo sklepu wdzianko kobieta szybko wydała mu resztę, po czym zaczęła obojętnie rozglądać się po sklepie czekając na kolejnych klientów. Brązowowłosy spakował tymczasem nowo nabyte dobra do foliowych siatek i ruszył do wyjścia czując jak plastikowe uszka wżynają mu się w dłonie.
Przez te kilkanaście minut, które spędził w sklepie wędrując między regałami i pakując kolejne rzeczy do plastikowego koszyka z logiem sklepu nadrukowanym na boku niewiele się zmieniło. Ulice wciąż były puste. Żadnych samochodów, żadnych pieszych. Tylko chłodny wiatr poruszający gałęziami roślin, którym udało się przetrwać zimę.
Dotarł do domu w kilka minut. A to co zastał gdy tylko postawił stopę na swym trawniku sprawiło, że po plecach spłynął mu lodowaty pot.
- "Nie…" - szepnął praktycznie bezgłośnie.
Drzwi, które pozostawił zamknięte były teraz uchylone. Zamek był wyraźnie uszkodzony.
Wbiegł do środka. Zakupy porzucił zaraz przy wejściu. Na chwilkę wszedł do kuchni gdzie uzbroił się w nóż.
- "Carroll!" - zawołał na całe gardło - "Chmurko!"
Nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Coraz bardziej poddenerwowany przebiegł przez wszystkie pokoje. Sprawdził dosłownie każdy kąt i zakamarek, w jakim mógłby się ktoś schować. Zauważył przy okazji, że z domu nie zniknął żaden cenny przedmiot.
Po powrocie na dół natknął się na coś czego wcześniej nie zauważył. Na środku podłogi w pseudo-korytarzu na dolnym piętrze leżała zwinięta na pół kartka A4. Usiadł po turecku na ciepłych, drewnianych panelach pokrywających podłogę, podniósł kawałek papieru i rozwinął go. Wewnątrz była wiadomość wyklejona literami wyciętymi z gazety.
"PrzYnies nAM 1milion waluty w UżywanyCh banknotAch o noMinałach nie wyzszych niŻ 100 jeżeli chcEsz zobaczyć nieBieskowłosa PanienkĘ żywa. CzekamY w szkole W Ooo. Nie dzwoń na PolicJę. Przyjdź SA.m. maSZ 8 Godzin."
Chłopak przez chwilę wpatrywał się w notatkę z wściekłością, po czym odrzucił ją na bok. Kawałek papieru opadł powoli na podłogę, a brązowowłosy przeciągle zawył.
Zrobił to tak głośno, że obudzona jego poprzednimi krzykami mieszkanka sąsiedniego domu wreszcie postanowiła podnieść się z łóżka. Czarnowłosa przeciągnęła się i ziewnęła niczym jakiś zaspany potwór. Powlokła się w stronę okna i przez nie wyjrzała. Nie zobaczywszy nic ciekawego chciała wrócić pod kołdrę, ale zaczęło ją męczyć dziwne przeczucie. Szybko naciągnęła jakieś skarpety, szare, dresowe spodnie z miękkiego materiału i szary sweter z czerwoną głową kota na piersi, po czym popędziła na poszukiwanie kapci łapiąc po drodze telefon. Chwilę później wyszła na zewnątrz. Przywitał ją chłodny wiatr i normalna jak na sobotni poranek pustka. Podreptała w stronę domu Paula, bo właśnie stamtąd słyszała krzyki. A przynajmniej tak się jej wydawało…
Nieco się zdziwiła gdy zastała drzwi wejściowe szeroko otwarte. Przeszła przez próg i już chciała zawołać któregoś z domowników, ale zdążyła spostrzec brązowowłosego siedzącego na środku podłogi. Chłopak oddychał powoli skupiając wzrok na jednym punkcie gdzieś na ścianie przed sobą.
- "Paul?" - zapytała Marcelina zbliżając się spokojnym krokiem do miejsca, w którym siedział.
Paul nie odezwał się. Wskazał tylko kciukiem kartkę, która leżała tuż obok jego nogi. Dziewczyna podniosła ją i usiadła obok. Szybko przeczytała wyklejoną literami z gazety wiadomość. Szeroko otworzyła oczy.
- "Zabrali Carroll?" - zapytała z przerażeniem w głosie. Chłopak tylko kiwnął głową - "Co zamierzasz zrobić?"
- "Uratować ją, a co innego" - zaśmiał się histerycznie.
Wstał i zaczął chodzić dookoła. Po drodze zamknął drzwi i zaniósł zakupy do kuchni.
- "Uratować i się zemścić" - powiedział.
- "Samemu?" - dziewczyna uniosła brwi - "Może zadzwonimy na policję…"
- "Czytałaś notatkę, prawda?" - zapytał. Powoli odzyskiwał spokój. Nie dał temu drugiemu najmniejszej szansy na przejęcie kontroli - "Zresztą podejrzewam, że policja niedługo i tak się tam zjawi. W soboty, w szkole siedzi przecież stróż. Włączy alarm gdy tylko zobaczy uzbrojonych intruzów."
- "Czyli naprawdę zamierzasz pójść sam?"
- "Nie. Zaraz zadzwonię po… wsparcie…" - mruknął chłopak. Z kieszeni wyciągnął telefon i przez chwilę przeszukiwał listę kontaktów. W końcu znalazł odpowiedni numer i połączył się.
- "Hunson Abadeer, tak słucham?" - odezwał się głos w niewielkim głośniku położonym w górnej części czarnej obudowy.
- "Dzień dobry. Z tej strony Paul Miles. Pamięta mnie pan?" - spytał Paul. Jego głos był idealnie spokojny. Jakby kompletnie nic się przed kilkoma minutami nie stało. Marcelina popatrzyła na niego dziwnie.
- "Pewnie, że cię pamiętam chłopcze. Jesteś przyjacielem mojej córki, prawda?" - zaśmiał się mężczyzna.
- "Mam nadzieję, że panu nie przeszkadzam, ale mam pewną sprawę" - kontynuował chłopak.
- "Nie przeszkadzasz chłopcze. Właśnie skończyłem jeść śniadanie i zastanawiam się co zrobić z tym… eee… pięknym dniem" - przedostatnie słowo zdecydowanie nie było szczere - "Jaka to sprawa?"
- "Delikatna. Słyszał pan może o ostatnich zdarzeniach w Ooo?"
- "Masz na myśli tego mordercę-gwałciciela i tych debili, którzy okradli bank?" - w głosie mężczyzny pojawiło się lekkie obrzydzenie.
- "Tak. Jednak z naszych obserwacji wynika, że obydwa przestępstwa zostały popełnione przez tą samą grupę przestępców" - powiedział - "Grupę, która od jakiegoś czasu planowała porwanie. Aż do dziś udawało się utrzymać sytuację pod kontrolą."
- "Co się stało?" - zaciekawił się mafiozo.
- "Te dupki porwały moją dziewczynę."
- "I chcesz ją odbić?" - domyślił się pan Abadeer - "Nie ma problemu chłopcze. Pomogę ci."
- "Dziękuję. Mieszkam w domu obok domu Marceliny" - poinformował Paul.
- "Wiem gdzie to jest. Już się zbieram. Do zobaczenia wkrótce" - rozłączył się.
Brązowowłosy kilkoma puknięciami w dotykowy ekran powrócił do ekranu domowego, po czym uśpił telefon i wsunął go do kieszeni spodni.
- "Kto to był?" - zapytała mająca silne podejrzenia Marcelina.
- "Twój tata" - odparł krótko chłopak. Czarnowłosa zbladła (choć przy jej cerze była to zmiana ledwie zauważalna).
- "Co to kurwa był z tym stróżem" - dziewczyna usłyszała czyiś wściekły, teatralny szept.
- "Nie musisz szeptać" - odezwał się inny głos. Ktoś otworzył tylne drzwi samochodu - "Nikogo tu nie ma."
- "Już nikogo tu nie ma" - odparł poprzedni - "Bo puściliście wolno tego pierdolonego stróża. Zaraz przyjedzie tu nam policja."
- "I tak by przyjechali" - do rozmowy dołączył gruby, męski głos. Wyraźnie słychać było, że się zbliża - "Sukinsyn włączył alarm gdy tylko nas zobaczył" - dziewczyna poczuła jak samochód lekko osiadł gdy ktoś wlazł do środka. Nagle ten sam ktoś złapał ją za kostkę wielką łapą i przeciągnął po plastikowej podłodze. Pisnęła, ale wydobywający się z jej ust odgłos był przytłumiony przez kawałek szmatki, który służył jako knebel - "To ta?" - wypowiadający te słowa facet musiał być całkiem spory. To tego znajdował się całkiem blisko. Niebieskowłosa zadrżała - "To nie jest żadna z tych, które omawialiśmy…"
- "Przekazałem wam awaryjny plan" - odezwał się typek, który wcześniej powiedział, że nie trzeba szeptać - "Ktoś zapłaci za tą każdą sumę jaką zechcemy."
- "Niech ci będzie" - westchnął olbrzym. Z łatwością zarzucił sobie dziewczynę na ramię. Carroll wydała z siebie przytłumiony krzyk. Bycie podrzucaną mając zasłonięte oczy i sklejone taśmą dłonie oraz stopy nie było przyjemnym przeżyciem.
- "Gdzie reszta?" - zapytał ten, który wcześniej szeptał. Dziewczyna musiała przyznać, że miał całkiem zabawny głos.
- "W środku" - odparł trzymający ją facet.
Usłyszała jak ktoś zatrzaskuje drzwi od samochodu, po czym poczuła, że jest gdzieś niesiona. Chciało jej się płakać. Nie miała zielonego pojęcia gdzie jest, a ludzie, którzy ją porwali wydawali jej się przerażający, mimo że wiedziała kim są. Bała się, że coś jej zrobią jak będzie walczyć, więc nie wierzgała ani nawet nie próbowała krzyczeć. Coraz bardziej bolał ją brzuch i nie była pewna, czy jest to spowodowane nerwami, czy tym, że wbija się w niego bark wielkiego faceta. Miała nadzieję, że zjawi się jakakolwiek pomoc.
Nagle poczuła dziwnie znajomy zapach. I nie chodziło tu o smród potu, który przebijał się przez obrzydliwy perfum olbrzyma, który właśnie ją niósł. Pomieszczenie, w którym właśnie się znaleźli wypełnione było gryzącym w nos aromatem(?) płynu do podłóg jakiego używały szkolne sprzątaczki w piątek po południu. Zapach czuć było jeszcze w poniedziałkowy poranek i ciężko było go pomylić z jakimś innym. Bez wątpienia znajdowali się właśnie w szkole.
Tylko dlaczego w szkole? To dość idiotyczny pomysł na miejsce do przetrzymywania porwanej osoby. Tak trudno było się domyślić, że budynek jest strzeżony i zaraz po tym jak wmaszeruje do niego sześciu bandziorów, uruchomi się alarm? Policja pewnie była już w drodze. Z tą myślą dziewczynie nieco ulżyło. Nieco.
Marsz przez korytarze szkoły nie trwał długo. Po kilku minutach od wejścia usłyszała skrzypienie zawiasów przy drzwiach do jakieś klasy. Chwilę później posadzili ją na krześle. Ktoś przeciął taśmę trzymającą jej stopy, po czym przykleił ją do metalowych nóg mebla. Wzdrygnęła się czując chłód stykającej się ze skórą powierzchni.
- "Kogo my tu mamy!" - usłyszała czyiś zachrypnięty głos oraz obrzydliwy śmiech. Nie spodobał się jej ten śmiech, o nie. Zwłaszcza, że doskonale wiedziała do kogo należy.
- "Nie waż się jej nic robić, Pirat" - skarcił go ktoś wyraźnie starszy od pozostałych. Dziewczyna przypomniała sobie siwego typka.
- "Nic się nie bój staruszku" - zarechotał Pirat - "Będę jej pilnował jak oczka w głowie."
- "Tylko nie odwalaj tu żadnych zboczonych numerów" - prychnął z pogardą jeden z typków, którzy rozmawiali na zewnątrz.
- "Weź spierdalaj Śmieszek" - warknął jednooki. Dziewczyna poczuła ciarki na plecach. Właśnie zdała sobie sprawę z tego, że zostawiają ją z tym świrem sam na sam. Kolejka górska emocji.
- "Dobra chłopaki, wypad" - zawołał olbrzym - "Rozstawić się po budynku. Pirat, ty zostajesz tutaj. Żadnych zabaw z zakładniczką, zrozumiano?" - obdartus mruknął coś niewyraźnie - "Nowy, rusz dupsko. Bierz klamkę i idź na pozycję."
Przez chwilę słychać było oddalające się kroki oraz ich echo niosące się po korytarzach. Dziewczyna przełknęła głośno ślinę czując obecność mordercy w pomieszczeniu.
- "Zostawili nas sam na sam, mała" - odezwał się gdy kroki ucichły - "Tym razem nie masz ani swojego pupilka rycerzyka ani żadnego widelca" - jego ochrypły głos był dziwnie... obślizgły.
Zbliżył się do krzesła, do którego była przywiązana i nachylił się nad nią. Szorstką dłonią chwycił ją za podbródek i policzki. Zacisnął palce i obrócił jej głowę na bok.
- "Masz gładką skórę" - dziewczyna skrzywiła czując smród alkoholu w jego oddechu. Puścił ją, po czym przeczesał palcami jej niebieskie włosy - "Nie farbowane… Ciekawe czy…" - powiedział cicho. Nie dokończył. Tylko zaśmiał się lekko. Carroll coraz bardziej chciało się płakać.
Mężczyzna wyplątał paluchy z jej czupryny. Jego łapa powędrowała powoli w dół. Dziewczyna wydała z siebie przytłumiony okrzyk kiedy jednooki złapał ją za pierś.
- "Oho" - zaśmiał się obleśnie - "Widzę, że lubisz dać sobie trochę wolności" - złapał za krawędź koszulki, pociągnął i zajrzał do środka - "Cuda" - zarechotał.
Niebieskowłosa chciała krzyczeć, ale knebel wszystko tłumił. Chciało jej się rzygać i była bliska płaczu. 'Niech ktoś tu do cholery przyjdzie...'.
- "Jaka szkoda, ze wcześniej nie miałem okazji" - mężczyzna wyprostował się i odszedł od krzesła. Dało się słyszeć skrzypienie jakiegoś stołu, czy biurka, na którym usiadł - "Nawet jeśli dostaniemy kasę, zabiję cię" - powiedział radosnym tonem.
- "Mam jedną prośbę, Marcy" - odezwał się Paul wracając z garażu. W ręce niósł ciężki klucz francuski, który położył na stole gdy tylko wszedł do kuchni.
- "Hm?" - siedząca na blacie jednej z szafek dziewczyna spojrzała na niego pytająco. Chyba już się pogodziła z tym, że jej ojciec miał niedługo przyjechać.
- "Mogłabyś popilnować domu? Tak trochę nie mam jak zakluczyć drzwi" - mruknął zerkając w stronę wejścia. Zamek był uszkodzony do tego stopnia, że drzwi nie za bardzo chciały pozostać zamknięte.
- "Spoko. Nie ma problemu" - odparła - "Mogę ściągnąć tu Bonnie? Miała do mnie później wpaść."
- "Możesz" - odpowiedział, po czym oparł się o framugę wejścia do kuchni i spojrzał w kierunku uszkodzonego zamka - "Trzeba by to jakoś ogarnąć…" - wymamrotał sam do siebie - "Rodzice się wkurzą…"
- "Teraz się o to martwisz?" - Marcelina zmarszczyła lekko brwi unosząc wzrok znad telefonu, na którym właśnie pisała SMS-a.
- "A o co mam się martwić?" - zapytał spokojnym głosem Paul - "W sprawie Carroll nic teraz nie zrobię. Nie ważne jak bardzo bym chciał" - w jego głosie pojawiła się ledwo zauważalna nuta smutku. Czarnowłosa poczuła się trochę źle.
W pomieszczeniu, a właściwie nawet w całym domu zapadła niezręczna cisza. Przerwał ją dopiero dźwięk samochodu zatrzymującego się przed domem i następujące po nim pukanie do drzwi. Pukanie, które sprawiło, że wejście powoli i z cichym skrzypieniem stanęło otworem. Paul uśmiechnął się półgębkiem widząc stojącego za progiem, lekko zdziwionego Hunsona Abadeera.
Mężczyzna był bledszy od swej córki. Włosy miał za to równie czarne. Nosił czarny garnitur, niebieską koszulę i czerwony krawat, do którego przypięta była złota spinka. Jego postać budziła automatyczny respekt. A właściwie budziłaby gdyby nie cała ta sytuacja z drzwiami.
- "Eeem… Witam" - odezwał się nieco zdezorientowany mężczyzna.
- "Dzień dobry" - przywitał się Paul.
- "Cześć tato" - Marcelina wychyliła się z kuchni i uśmiechnęła niezręcznie.
- "Cześć Marcy!" - Hunson uśmiechnął się szeroko i wszedł do środka. Widocznie obecność jego córki dała mu trochę pewności siebie.
Co nie zmieniło tego, że przez następne kilka minut nikt nie miał pomysłu co powiedzieć. W końcu brązowowłosy nie wytrzymał.
- "Tak trochę brakuje nam czasu na kawę, czy coś w tym rodzaju, a rozmowa nie specjalnie się klei…" - powiedział - "Przydałoby się już zbierać" - podniósł klucz francuski ze stołu - "Marcelina popilnuje domu."
- "Zepsuli zamek?" - spytał retorycznie mężczyzna - "Mogę kogoś ściągnąć, żeby to szybko naprawił" - wyłowił z kieszeni telefon i przez kilka minut pisał SMS-a. Nie był zbyt wprawiony w obsłudze tego typu urządzeń - "Okej, załatwione. Mój znajomy podjedzie tu za kilka minut i to naprawi. Nie będzie nawet trzeba zmieniać kluczy."
- "Dziękuję" - skinął głową Paul. 'Jeśli się wszystko uda, to moi rodzice nie zorientują się, że cokolwiek się stało...'.
- "W takim razie zbierajmy się już" - Hunson zatarł ręce.
Wyszli z domu i przeszli po dróżce aż do stojącego częściowo na chodniku, czarnego, luksusowego wozu. Światła zamrugały, a zamki w drzwiach odblokowały się gdy jego właściciel wyciągnął z kieszeni pilot i wcisnął jeden z umieszczonych na nim przycisków. Następnie mężczyzna obszedł samochód i zajął miejsce kierowcy. Pochylił się nad siedzeniem i otworzył drzwi po drugiej stronie, po czym machnął zachęcająco dłonią w stronę Paula.
Chłopak usiadł na wygodnym, pokrytym skórą fotelu i zamknął za sobą drzwi. Mafiozo wsadził kluczyk w stacyjkę i przekręcając go odpalił silnik.
- "Dokąd?" - zapytał.
- "Szkoła" - odparł brązowowłosy - "I lepiej podjechać od tyłu. Te obdartusy nas nie zauważą i nie będziemy zwracać uwagi policji."
- "Policji?" - uniósł brew. Przerzucił bieg i wycofał się na drogę, po czym ruszył w stronę miasta.
- "Prawdopodobnie już się zjawili. Porywacze mieli genialny pomysł, żeby zabunkrować się w szkole, która jest pilnowana dwadzieścia cztery na dobę" - wyjaśnił - "Stróż pewnie włączył alarm kiedy tylko ich zobaczył."
- "Widzę, że jesteś nieźle przygotowany, chłopcze" - pokiwał głową mężczyzna.
- "Wiedza ogólna plus trochę podsłuchiwania…" - mruknął Paul - "Gdybym był naprawdę przygotowany, to nie musiałbym teraz ratować mojej dziewczyny."
- "Mimo wszystko" - wzruszył ramionami - "Rozmyślałeś kiedyś na temat znalezienia pracy, w której mogłyby ci się przydać takie umiejętności?"
- "Nie za bardzo" - skrzywił się lekko - "Tam w lewo" - wskazał uliczkę, do której się zbliżali.
- "Nie naciskam" - Hunson skręcił w lewo.
Paręset metrów przed nimi widać było alejkę otoczoną drzewami. Z jednej strony, za pniami znajdowała się siatka płotu odgradzającego teren boiska szkolnego od świata zewnętrznego.
- "To tu" - oznajmił chłopak, a kierowca zatrzymał się pod pozbawionymi liści roślinami.
Mężczyzna otworzył schowek znajdujący się przed fotelem pasażera i wyciągnął z niego foliową torbę, która na pierwszy rzut oka zajmowała całą przestrzeń małej skrytki. Za nią leżały cztery różne pistolety. Paul rozpoznał wśród nich Glock'a i Colta M1911. Pozostałe dwa były rewolwerami, które dla chłopaka nie były wystarczająco charakterystyczne, żeby skojarzyć je z czymkolwiek. Hunson wziął Colta i nakręcił na jego lufę wyciągnięty z innej skrytki tłumik. Następnie wytrzasnął skądś dwa magazynki, z których jednym załadował broń, a drugi upchnął gdzieś pod garniturem.
- "Wybierz sobie jednego, chłopcze" - zachęcił wskazując malutką zbrojownię.
- "Raczej podziękuję. Prędzej strzelę sobie przez przypadek w stopę niż w cokolwiek trafię" - nie było to zbyt dalekie od prawdy - "Myślę, że poradzę sobie z tym" - pomachał ciężkim kluczem francuskim.
Obydwaj wysiedli z pojazdu i zamknęli drzwi. Paul zaczął iść wzdłuż płotu.
- "Oficjalnie nie ma tu żadnego wejścia" - odezwał się - "Ale za tym płotem jest boisko, a piłki lubią z niego wylatywać. Poprzedni wuefista poprosił więc o dyskretną furtkę, która jest… o tam" - wskazał ukrytą za krzakiem furtkę wykonaną z metalowej siatki oraz stalowych płaskowników.
Zbliżyli się do przejścia i odsunęli gałęzie odsłaniając kawałek łańcucha, na którym wisiała kłódka. Te rzeczy służyły tylko i wyłącznie za ozdobę - nauczyciele zawsze byli zbyt leniwi, żeby biegać po klucz za każdym razem gdy jakiś uczeń wykopie piłkę za płot. Furtka otworzyła się więc bez najmniejszego problemu.
W kilkanaście sekund przetruchtali przez boisko i zatrzymali się przy drzwiach na salę gimnastyczną. Niestety były one zakluczone. Nie było to w najmniejszym nawet stopniu dziwne. Tak jak wszystko wewnątrz było na weekend otwarte, tak wszystko na zewnątrz powinno być zamknięte.
- "Ręce do góry! Odwróćcie się w moją stronę!" - wrzasnął ktoś za ich plecami zanim zdążyli nawet pomyśleć o wyważaniu.
Paulowi zrobiło się nieco zimno, ale powoli odwrócił się w stronę tajemniczego napastnika. Okazał się nim typek w karmazynowym garniturze i brązowym płaszczu. Miał białe włosy, dość ciemną karnację i celował do nich z bliżej niezidentyfikowanego pistoletu. No chyba, że pan Abadeer nauczył się w swym ciekawym życiu rozpoznawać broń od frontu.
Brązowowłosy zresztą skupił się bardziej na twarzy napastnika. Mógł przysiąc, że już gdzieś tego typka widział. Nie był tylko w stanie z niczym go skojarzyć. Może poza tym, że kolorowy garnitur dawał mu wygląd alfonsa.
- "Abadeer i Miles" - powiedział kiwając głową. Paul zaczął poważnie zastanawiać się, czy przypadkiem nie spotkał tego typka wcześniej - "Co panowie tutaj robią?"
- "Włamujemy się do szkoły, w której aktualnie znajduje się sześciu kryminalistów, w tym jeden morderca-gwałciciel" - odezwał się równie szybko co bezczelnie Paul - "Ach… i jeszcze zakładnik. A właściwie zakładniczka. Carroll Nubes, siedemnaście lat, niebieskie włosy" - im bliżej końca wypowiedzi był tym bardziej wściekle jego głos brzmiał.
- "Ale…" - zająknął się zbity z tropu facet z pistoletem. Nie zdążył się jeszcze przed nimi popisać odznaką, a fakt, że szansa na to zaczęła się oddalać nie był dla niego zbyt wesoły.
- "Żadnych ale" - chłopak postanowił trochę zaszaleć - "Może nam pan pomóc uratować moją dziewczynę, odejść albo nam przeszkodzić" - jego groźna mina oraz następne słowa należały raczej do tego drugiego, który nieco wydostał się spod kontroli - "Ale wtedy nie ręczę za siebie" - 'Chciałem powiedzieć coś innego, ale... close enough' 'Nie dziękuj'.
- "Czyli jesteście tu po to, żeby odbić zakładnika?" - uniósł brew.
- "A po jaką cholerę miałbym pakować się w gówniane sprawy jakiś obdartusów?" - skrzywił się Hunson Abadeer. Widocznie stwierdził, że jest za mało zaangażowany w rozmowę - "Pomagam przyjacielowi mojej córki. Mam u niego całkiem spory dług. Zresztą całe miasto ma…"
- "Okej…" - Rootbeer postanowił nie dopytywać się o szczegóły. Nie chciał wiedzieć - "Jako że jestem z policji i powinienem chronić zdrowie i życie obywateli…" - zrobił małą przerwę. Jakby się nad czymś zastanawiał.
- "Chodź już pan…" - westchnął Paul opuszczając ręce - "Jak to skończymy to zrobi pan z siebie bohatera."
Inspektor jeszcze przez chwilę celował w ich kierunku. Wyraźnie widać było, że ciężko rozmyśla. Wizja zostania bohaterem okazała się jednak zbyt kusząca. Mamrocząc pod nosem jakieś przekleństwa opuścił pistolet, po czym podszedł do drzwi i wyłamał kopniakiem zamek.
- "Po jaką cholerę ja tu siedzę…" - westchnął ciężko rozczochrany typek siedzący na krześle na środku korytarza.
Doskonale wiedział, że powinien siedzieć odwrotnie i obserwować, czy nikt nie wchodzi tylnym wejściem. Miał to głęboko w… nosie. Naciągnął na oczy swoje przyciemniane gogle i wycelował pistolet w ścianę. Nawet gdyby chciał nie mógłby z niego wystrzelić bez uprzedniego odbezpieczenia. Zamiast tego wydał z siebie serię dźwięków typu "pif", czy "paf" naśladując ruchami nadgarstków odrzut.
Przypięta do jego paska krótkofalówka nagle zaszumiała.
- "Urwipaluch! Mam nadzieję, że pilnujesz tylnego wejścia. Nie chcę tu mieć antyterrorystów na plecach" - odezwał się głos w urządzeniu. Mężczyzna leniwym ruchem podniósł je do ust i nacisnął przycisk na boku czarnej obudowy.
- "Nie bój żaby, Starszy. Wszystko mam pod kontrolą" - puścił przycisk i powrócił do celowania w pustkę - "Antyterrorka…" - prychnął z pogardą - "Co jeszcze… Może wojsko?"
BANG!
Mężczyzna przewrócił się na podłogę razem z krzesłem. Na zimną, pseudo-kamienną powierzchnię poleciało kilka kropelek krwi. Pistolet wyślizgnął się z jego rąk i poleciał gdzieś w kąt.
- "Miles! Ty kretynie!" - wrzasnął Rootbeer nachylając się nad powalonym - "Mogłeś go zabić!"
- "Mało mnie to obchodzi szczerze mówiąc" - mruknął Paul ważąc w dłoni metalowe narzędzie - "On by mnie zastrzelił bez wahania."
- "Przykuj go do jakieś rury detektywie" - polecił mafiozo.
- "Nie ma co marnować kajdanek" - pokręcił głową - "Typ się nie obudzi przez kilka godzin. I nie jestem detektywem, tylko inspektorem."
- "Jak tam sobie chcesz…" - wzruszył ramionami czarnowłosy - "A jak tak właściwie wygląda sytuacja z policją? Że specjalnych się tu spodziewają?"
- "Przed szkołą rozstawiło się pięć radiowozów…"
- "Wszystkie pięć?" - roześmiał się w głos Hunson. Inspektor, któremu w tak nieuprzejmy sposób przerwano zrobił strasznie obrażoną minę.
- "Ruszamy się" - chłopak zatrzymał nadchodzącą dyskusję wskazując kciukiem w kierunku, w którym powinni się udać.
Mafiozo i gliniarz wymienili spojrzenia, po czym ruszyli za brązowowłosym, który już zaczął oddalać się korytarzem. Dogonili go w kilka sekund, po czym zaczęli uważnie rozglądać się dookoła, przyglądając się dokładnie każdemu szczegółowi otoczenia. Zupełnie jakby spodziewali się jakieś zasadzki. Paul chciał powiedzieć, że trochę przeceniają tych typów, ale dał sobie spokój widząc, że mężczyźni zaczynają między sobą rywalizować i takimi uwagami tylko pogorszy sytuację.
- "Jak tam, Góra?" - cała trójka zastygła w bezruchu słysząc głos zakłócony charakterystycznym szumem krótkofalówki.
- "Całkowicie czysto" - odpowiedział czyiś gruby głos. Wyraźnie dochodził zza rogu korytarza.
Paul na placach przeszedł kilka metrów dzielących go od zakrętu i ostrożnie wyjrzał zza winkla. Przy ścianie stał potężny, zwalisty koleś. W wielkim łapsku ściskał strzelbę i właśnie kończył przyczepiać krótkofalówkę z powrotem do pasa. Chłopak postanowił skorzystać z sytuacji. Wyskoczył na faceta zamachując się kluczem. Trafił prosto w jego broń. Olbrzym nie był na to przygotowany i wypuścił strzelbę na podłogę. Posypały się z niej jakieś części.
Góra spojrzał pełnym wściekłości wzrokiem na znacznie mniejszego od niego chłopaka. Jednym uderzeniem posłał go na ziemię i sprawił, że brązowowłosy przesunął się na plecach aż pod najbliższą ścianę.
- "Ty! Paker!" - zawołał Hunson wychodząc zza winkla. Wycelował olbrzymowi prosto między oczy.
- "Ja się tym zajmę" - tuż przed czarnowłosym pojawił się inspektor. Ściągnął płaszcz i górę od garnituru, po czym przybrał pozycję zawodowego boksera - "No dalej! Dawaj!" - krzyknął w stronę góry mięcha.
Zwalisty typ tylko się roześmiał, po czym wydając z siebie wyłącznie jakieś nieartykułowane pufnięcia i stęknięcia zamachnął się i wyprowadził cios. A cóż to był za cios! Mógłby zapewne powalić słonia, a już na pewno niezbyt przypakowanego inspektora policji ubierającego się jak alfons. Gdyby trafił.
Rootbeer okazał się bowiem diabelnie szybki. Przepłynął w powietrzu obok rozpędzonej pięści, która swoją wielkością dorównywała głowie paroletniego dziecka, po czym skręcając całe ciało i robiąc krok do przodu wystrzelił swą pięść prosto w przypominający nieco jakąś bulwę nos pakera. Dało się usłyszeć całkiem głośne pęknięcie, a jego głowa odskoczyła w tył. Facio zatoczył się nieco, ale zaraz odzyskał równowagę. No cóż… nie na długo.
Spróbował bowiem wyprowadzić kolejny cios. Tym razem pięść leciała wolno niczym mucha w smole, a do tego ciągnęła za sobą olbrzymie cielsko. Gdy w końcu zderzył się z podłogą, po korytarzu poniósł się dźwięk przypominający plaśnięcie jakie wydaje z siebie zrzucony z drugiego piętra worek z mięsem. A przynajmniej z tym sobie to skojarzył Hunson. Paul i inspektor Rootbeer nigdy nie słyszeli takiego plaśnięcia, więc pewnie pomyśleli o czymś innym.
- "Nieźle" - pokiwał głową brązowowłosy. Otrzepał się z mniej lub bardziej urojonego kurzu i podniósł swój klucz.
- "Ojciec mnie tego nauczył" - pochwalił się gliniarz. Z trudem wykręcił wielkie łapska za plecy pakera i skuł je kajdankami.
- "Szkoda, że go zepsułeś…" - powiedział nieco zawiedziony czarnowłosy - "Bo tak właściwie to nie wiemy, w którym pomieszczeniu jest zakładniczka."
- "Zostało jeszcze czterech" - wzruszył ramionami inspektor. Podniósł swoje ubrania, złożył je w schludne kostki i położył pod ścianą niedaleko od miejsca, w którym padł olbrzym.
Jak na zawołanie gdzieś z oddali dało się słyszeć wyraźne, niesione echem kroki. Policjant i mafiozo skinęli na siebie głowami i wyciągnęli broń. Celując przed siebie zaczęli powoli maszerować w kierunku źródła dźwięku. Paul podążył za nimi starając się wydawać jak najmniej odgłosów.
Wkrótce do kroków dołączyła całkiem wyraźna rozmowa.
- "Serio nigdy nie miałeś w ręce pistoletu, Nowy?"
- "Jakoś nie… Zawsze brałem jakąś pałę, czy kijaszek…"
- "Kurwa… Nie dziwię się, że cię przymknęli."
- "Właściwie to zwiałem do wiezienia, żeby nie musieć się opiekować synem."
- "Źle cię oceniłem…" - westchnął pierwszy głos - "Jesteś po prostu dupkiem…"
- "Tak wiem… I tchórzem…" - wymamrotał Nowy.
- "Ty… Weź się mi tu nie rozklejaj. Stary… Mamy tu patrolować, a nie ryczeć" - głosy zbliżały się coraz bardziej. Ich właściciele prawdopodobnie byli tuż za rogiem.
Zaraz przy zakręcie Hunson oraz Rootbeer zatrzymali się i przypadli do ściany. Wyskoczyli gdy dwójka patrolujących korytarze gaduł wystarczająco się zbliżyła.
- "Rzucić broń!" - rozkazał całkiem profesjonalnie inspektor.
Zielonowłosy oraz brodacz, którzy właśnie wyszli zza rogu natychmiast rzucili broń pod nogi, podnieśli ręce do góry i zastygli w bezruchu. Miny mięli nietęgie. Chyba nie spodziewali się zobaczyć tu osławionego Hunsona Abadeera. Oraz jakiegoś typa w spodniach, które upodabniały go do alfonsa.
- "Masz jeszcze jakieś kajdanki?" - czarnowłosy zerknął w stronę gliny. Inspektor tylko pokręcił głową.
- "Mam taśmę" - odezwał się idący spokojnym krokiem Paul. Zatrzymał się za mężczyznami i spojrzał na dwie ofermy wpatrujące się z przerażeniem w bladego faceta - "Ej, wy! Kopnijcie broń w naszą stronę."
- "Róbcie co mówi" - zażądał zimno Hunson.
Bandyci natychmiast zrobili to co im kazano. Nie stawiali się również kiedy chłopak polecił im usiąść plecami do siebie i skrępował ich taśmą. Zeskanowany uważnym spojrzeniem brązowowłosego brodacz dostał również dwa kawałki taśmy zaklejające usta.
Paul obszedł jeńców i zatrzymał się przed zielonowłosym. Ukucnął i uśmiechnął się uroczo.
- "Wydajesz się znacznie bardziej rozgarnięty niż twój kumpel" - powiedział - "Wołają na ciebie Śmieszek, prawda?" - facio zrobił zdziwioną minę, ale zaraz gwałtownie pokiwał głową - "Z tego co wiem przetrzymujecie tutaj kogoś wbrew jego woli…"
- "Eeem…" - wydusił z siebie zielonowłosy.
- "Doskonale wiem, że tak jest…" - westchnął głęboko chłopak - "Zostawiliście mi kartkę… Zresztą wiesz…" - warknął - "Włamywanie się ludziom do domów jest naprawdę niegrzeczne…"
Bandyta przełknął głośno ślinę. Czy dlatego, że miał przed sobą wściekłego typka uzbrojonego w klucz francuski, czy może dlatego, że patrzył się na niego sam Hunson Abadeer? Kto wie…
- "A teraz gadaj" - kontynuował Paul - "Gdzie trzymacie zakładniczkę."
- "W jednej z klas. Numer dwadzieścia sześć" - powiedział szybko.
- "Grzeczny chłopiec" - zaśmiał się brązowowłosy. Następnie odwinął kawałek taśmy i zakleił typowi usta - "Miłego dnia."
- "To co teraz?" - zapytał mafiozo.
- "Wy pójdziecie poszukać pozostałej dwójki" - oznajmił chłopak. Czuł się nieco dziwnie wydając polecenia dorosłym, uzbrojonym mężczyznom - "Ja idę po Carroll."
- "Pierdolona nuda…" - westchnął ciężko Pirat ruszając stołem, na którym siedział. Mebel zaskrzypiał niepokojąco. Stary szkolny sprzęt ledwo wytrzymywał codzienne odpały uczniów, a co dopiero ciężki tyłek jakiegoś faceta.
Jednooki zeskoczył na podłogę i zaczął spacerować dookoła krzesła, na którym siedziała dziewczyna. Słysząc głośne kroki, niebieskowłosa zaczęła ruszać głową jakby w poszukiwaniu źródła dźwięku. Kilka warstw sztucznego materiału wciąż jednak zasłaniało jej oczy, więc nie miała szans na podziwianie widoków.
- "Te pedały bawią się w policjantów i złodziei, a ja muszę pilnować tej dziwki" - warknął wściekle, po czym podszedł do krzesła i złapał dziewczynę za koszulkę - "Może się trochę zabawimy?" - zarechotał przechylając zakładniczkę i zajęte przez nią krzesło do tyłu. Nachylił się tuż nad nią zionąc prosto w jej twarz okropnym smrodem przetrawionego alkoholu. Carroll zaczęła szybko kręcić głową i próbować się cofnąć, choć tak średnio mogła się ruszyć.
- "Pirat!" - dało się słyszeć zakłócony szumem głos. Ciężko było go przez to opisać - "Odbiór. Mów do krótkofalówki ośle."
- "Argh…" - obdartus wydał z siebie nieartykułowany dźwięk, po czym odczepił czarny gadżet od paska i nacisnął przycisk umieszczony na boku obudowy. Odstawił krzesło do uprzedniej pozycji i cofnął się o krok - "Czego?"
- "Chciałbym ci przypomnieć, że masz tylko i wyłącznie pilnować zakładniczkę. Żadnych zabaw" - powiedział poważnym głosem typ po drugiej stronie krótkofalówki.
- "Weź się, Starszy… Co ja jestem? Jakiś zbok?" - warknął - "Jestem profesjonalistą."
- "Taa… Bądź uważny. Nie mogę skontaktować się z Urwipaluchem. Bez odbioru" - urządzenie ucichło.
- "Debil pewnie zasnął" - pokręcił głową Pirat chowając krótkofalówkę. Spojrzał z wściekłością na zakładniczkę. Miał ochotę kopniakiem posłać krzesło na podłogę, ale coś go powstrzymało.
Z cichym skrzypnięciem otworzyły się drzwi. Mężczyzna odwrócił się w tamtą stronę spodziewając się, że któryś z jego kumpli przyszedł sprawdzić co robi. W progu stał jednak ktoś inny.
Wysoki, brązowowłosy chłopak ubrany w bojówki, ciemno-szarą bluzę z kapturem i ciężkie, wojskowe buciory. W ręce ściskał klucz francuski, którego końcówka była nieco upaprana w czyjeś krwi. Na twarzy miał szeroki i dość niepokojący uśmiech.
- "Zasnął" - potwierdził spokojnie. Carroll natychmiast odwróciła się w stronę wejścia i wydała z siebie radosny dźwięk. Zaraz zdała sobie jednak sprawę, że coś jest odrobinę nie tak. Głos jej chłopaka był nieco inny niż zwykle. Brzmiał jakby nakładała się na niego jego lekko zniekształcona wersja.
- "Jak się tu dostałeś gnojku?" - wrzasnął zdziwiony bandyta. Wyciągnął nóż i odwrócił się w stronę dziewczyny - "Rusz się, a ją zarżnę jak prosiaka."
Mężczyzna nie zdążył zbliżyć się do zakładniczki. Musiał cofnąć się, żeby uniknąć oberwania rozpędzonym, metalowym narzędziem w czoło. Paul stanął przed krzesłem zasłaniając niebieskowłosą. Nie zamierzał jednak tak tkwić. Zrobił szybki wypad w przód i zdzielił przeciwnika w dzierżącą nóż dłoń. Ostrze poleciało pomiędzy ustawione w bezładny stos meble.
Jednooki wrzasnął z bólu i potrząsnął dłonią. Następnie bez żadnego ostrzeżenia rzucił się na brązowowłosego i wytrącił mu broń z ręki. Walczący stracili równowagę i wylądowali na ziemi. Pirat praktycznie natychmiast przejął inicjatywę. Usiadł chłopakowi na brzuchu i zaczął go okładać pięściami po głowie. Z każdym otrzymanym ciosem Paul uśmiechał się coraz szerzej.
W pewnym momencie złapał nadlatującą pięść, a drugą ręką z całej siły uderzył w wyprostowany łokieć przeciwnika. Mężczyzna odruchowo cofnął rękę przerywając jednocześnie poprzednią czynność. Pozostawiło go to odsłoniętego. Poleciał do tyłu po tym jak oberwał w nasadę nosa.
Brązowowłosy zrzucił z siebie bandziora, po czym wstał i chwycił go za szmaty. Podniósł go prawie bez trudu i zaciągnął w stronę stosu mebli, gdzie rzucił nim o usypany na kupę szkolny sprzęt. Następnie kopnął go kilka razy w różne miejsca ciała. Celował głównie w stawy. Ostatnie kopniaki trafiły prosto w krocze jednookiego, który natychmiast skulił się i zaczął jęczeć z bólu. Na koniec Paul wyciągnął z kieszeni bluzy rolkę z resztką taśmy i skleił typowi ręce oraz nogi.
Wyprostował się i odetchnął ciężko. Miał podbite oko i bolała go twarz, ale nie za bardzo się tym przejmował. Odwrócił się i podszedł do siedzącej na krześle dziewczyny. Nachylił się nad nią i delikatnie odwiązał materiał zasłaniający jej oczy. Carroll uśmiechnęła się natychmiast gdy go zobaczyła. W jej oczach pojawiły się łzy.
- "Skłamałabym gdybym powiedziała, że wiedziałam, ze przyjdziesz" - powiedziała gdy zdjął jej knebel - "Tak się cieszę, że przyszedłeś" - nie wiedziała co jeszcze powiedzieć.
Paul nie odezwał się tylko nachylił i pocałował dziewczynę prosto w usta wplątując jednocześnie palce w jej włosy. Zostaliby w tej pozycji pewnie na dłuższy czas gdyby nie pewien uzbrojony intruz.
- "Ręce do góry i nie ruszać się, bo zabiję dziewczynę" - doszło ich warknięcie od strony drzwi.
W progu stał wysoki, chudy jak tyczka, siwy koleś z rewolwerem w łapie. Odrzut tej armaty mógł pewnie zdmuchnąć go przy strzale. A co najmniej połamać chude paluszki.
Chłopak powoli odsunął się od niebieskowłosej i uniósł ręce w górę. Zaraz jednak wyszczerzył się najszerzej jak potrafił. Tuż obok głowy ostatniego z bandytów pojawiła się przedłużona tłumikiem lufa.
- "Broń na ziemię, ręce do góry i ani drgnij!" - wrzasnął gwałtownie Hunson Abadeer - "Ha! Pierwszy raz mam okazję coś takiego powiedzieć" - zaśmiał się patrząc jak starszy facet podnosi ręce.
Z tyłu pojawił się inspektor. Wykręcił ręce siwego za jego plecy i pociągnął go do tyłu.
- "Wszystko okej, chłopcze?" - zapytał mafiozo zaglądając do pomieszczenia - "O! Witam panienkę."
- "Eeem… Dzień dobry?" - odpowiedziała niepewnie Carroll.
- "Wszystko w porządku. Załatwiłem tego… przedostatniego" - wskazał kciukiem za siebie. Następnie wyciągnął z kieszeni spodni nóż i zaczął ostrożnie przecinać taśmę, która unieruchamiała dziewczynę. Skrzywił się widząc, że nie miała na sobie żadnego długiego rękawa, czy skarpet.
- "Jak wrócę do domu, to będę musiała wziąć prysznic i spalić ciuchy" - wzdrygnęła się. Zaczęła ścierać resztki kleju z taśmy, który pozostał na jej nadgarstkach.
- "Coś ci zrobił?" - w głosie Paula znów zabrzmiała ta dziwna nuta. Nawet Hunson to zauważył.
- "Obmacywał… I groził" - skrzywiła się - "Ale nic mi nie będzie."
Chłopak odetchnął głęboko. Powstrzymał się od kopnięcia jednookiego w twarz. Zamiast tego z całej siły przytulił niebieskowłosą.
- "Wracajmy do domu…" - wyszeptał.
Sprawę bandytów pozostawili całkiem zadowolonemu inspektorowi Rootbeerowi, który w między czasie wrócił po górę od swojego garnituru. Gliniarz powiedział, że da im kilka minut na wyjście z budynku, po czym wyjdzie do funkcjonariuszy "kontrolujących" sytuację z ulicy przed szkołą. Wspomniał, że zabierze ze sobą siwego, który był prawdopodobnie szefem ekipy bandytów. Głównie dlatego, że zabrakło kajdanek i taśmy, żeby typka unieruchomić.
Hunson oraz niosący Carroll Paul ruszyli w tym czasie do tylnego wyjścia. Minęli po drodze dwóch związanych typów, którzy odprowadzili ich przestraszonymi spojrzeniami oraz dwóch nieprzytomnych, którzy nie odprowadzili ich wcale. Raz dwa przeprawili się przez boisko i przeszli za płot odgradzający szkołę od świata zewnętrznego. Następnie zniknęli wewnątrz czarnego, luksusowego wozu i odjechali z piskiem opon.
Paul nieco się zdziwił gdy popchnięte łokciem drzwi nie otworzyły się. Podobnie było kiedy nacisnął na klamkę. Wtedy przypomniał sobie, że Hunson napisał do jakiegoś typka, który miał naprawić zamek.
- "Mogłabyś zapukać?" - zapytał Carroll, którą ze względu na brak jakiegokolwiek obuwia trzymał właśnie na rękach.
- "Poprosiłeś kogoś, żeby popilnował domu?" - zapytała wyciągając rękę i pukając do drzwi.
- "Marcelinę" - odparł chłopak.
Jego słowa potwierdziła czarnowłosa dziewczyna, która pojawiła się w progu kilkanaście sekund później. Gdy tylko ujrzała przyjaciół uśmiechnęła się szeroko i gwałtownie odwróciła do wnętrza domu by wykrzyczeć krótkie "Bonnie!". Następnie przepuściła chłopaka, który zaraz postawił niebieskowłosą na podłodze.
Po chwili w korytarzu pojawiła się różowowłosa. Natychmiast rzuciła się na Paula i Carroll. Mocno ich wyściskała powtarzając jednocześnie jak bardzo się cieszy, że nic im nie jest.
Brązowowłosy był szczęśliwy. Miał ochotę się porzygać, ale był szczęśliwy. Podobnie zresztą czuła się jego dziewczyna. Tyle, że ona miała coraz silniejszą potrzebę wzięcia gorącego prysznica i spalenia ciuchów, które miała na sobie.
Bardzo was przepraszam za to opóźnienie. Przez sobotnią burzę miałem problemy z prądem (burza opóźniła Burzę... lul) i z internetem, a dziś musiałem zrobić kilka rzeczy i nie mogłem się skupić od rana na pisaniu. Daję wam jednak drugi najdłuższy rozdział jaki w życiu napisałem i mam nadzieję, że czekanie się wam opłaciło :P.
Ważna wiadomość: chciałbym życzyć wszystkiego najlepszego kirakorze, która kilka dni temu świętowała urodziny. Powiedzmy, że ten rozdział ma taką jakby dedykację dla ciebie, kira :P.
Mam nadzieję, że wam się podobało. Napiszcie co sądzicie. Jutro pewnie wrzucę epilog. Dziś już nie mam siły.
~MasterSkorpius
PS Jeżeli gdzieś będzie brakowało jakiegoś fragmentu tekstu, to napiszcie o tym w komentarzu. Naprawię to. lubi czasem ucinać drobne fragmenty tekstu.
