Rozdział 2: Sarkastyczny rodzaj Piekła
— Naprawdę wysadziłeś pracownię eliksirów? — zapytał Seamus.
Był wyraźnie zaniepokojony, jednak w jego oczach można było dostrzec rozbawienie.
— Oczywiście, że nie — odpowiedział stanowczo Ron. — Nie ma szans, żebyśmy się do tego przyznali.
— Tylko to, co dało się zniszczyć: rzeczy łatwopalne albo łamliwe — wtrącił Harry. — To znaczy: to jest loch. Kamienne ściany, podłogi. Jak wielkie szkody mogliśmy tak naprawdę wyrządzić? Właściwie, pracownia wciąż stoi.
Ginny Weasley spiorunowała Harry'ego wzrokiem.
— Dlaczego musiałeś pójść i zrobić coś tak głupiego? — zapytała. — Mieliśmy razem sprawdzić, jak działa zaklęcie Reflacto! To, które zawsze schrzanię! Za każdym razem, zamiast odbić, nasilam efekty wymierzonych we mnie klątw! Przysięgałeś na wszystkie świętości, że dziś wieczorem mi pomożesz!
Wzruszył bezradnie ramionami.
— Byłem przekonany, że już śpisz i nie kontaktujesz — odpowiedział, przez co otrzymał bolesne uderzenie w żebra spiczastym łokciem Weasleya.
Chociaż Ron strzegł swojej młodszej siostry bardzo zazdrośnie, wywrócił tylko oczami. Musiał wiedzieć, że Harry tak naprawdę jeszcze nie spał z Ginny.
Dean Thomas pokręcił głową z niedowierzaniem.
— Żadnych eliksirów przez co najmniej dwa miesiące — powiedział z zachwytem. — To tak jakbym umarł i poszedł do nieba. Jak ty to zrobiłeś? I dlaczego, do cholery, to zrobiłeś? To nie tak, że jestem niewdzięczny — dodał pośpiesznie — ale jeśli się nad tym poważnie zastanowić, to dwa miesiące bez eliksirów nie są warte szlabanu do końca roku.
Harry ponownie wzruszył ramionami, patrząc w dal zdegustowany.
— To był tylko żart. Wiesz, nigdy wcześniej nie zrobiliśmy czegoś tak sobie, tylko po to, by o nas mówili.
— Nie jestem co do tego przekonany — odpowiedział zamyślony. — Wydaje mi się, że robisz wiele szalonych rzeczy, po prostu zazwyczaj robisz je ze… szlachetnych pobudek, czy coś w tym stylu. Myślę, że tak naprawdę nigdy nie zrobiłeś niczego takiego bez konkretnego powodu. — Harry wolałby, żeby Dean nie skupiał się tak na analizowaniu jego postępowania.
— Nie mogę uwierzyć, że nie jesteście na nas źli za utratę tych wszystkich punktów — powiedziała pośpiesznie Hermiona. — Chodzi mi o to, że iż przez to jesteśmy ostatni w rankingu o Puchar Domu. Mamy szczęście, że nie zostaliśmy zawieszeni.
— Cóż… — westchnął Seamus — większość Gryfonów jest na was wściekła, na przykład Parvati i Lavender.
— Mi to mówisz? — wtrącił Ron. — Słyszałeś, co Parvati mi wczoraj powiedziała?
I to w dodatku przy McGonagall!
— I ktoś dziś rano wrzucił mi do owsianki śpiewającą sardynkę — dodała ponuro Granger. Starała się przyjąć całą sytuację honorowo i śmiać się z chłopakami, jednak łatwo można było zauważyć, że w duchu żałuje tego wybryku.
— W każdym razie nadal nie rozumiem, dlaczego wy dwaj się na nas nie gniewacie.
Dean i Seamus uśmiechając się, zerknęli na siebie. Kiedy ten pierwszy wzruszył ramionami, drugi spróbował wyjaśnić.
— Wyraz jego twarzy… — powiedział. — Widzieliśmy akurat jego minę i reakcję na dym, wydobywający z jego klasy… Merlin jeden wie, ile punktów stracił Gryffindor na eliksirach tylko dlatego, że Snape miał taki kaprys. Ten jeden raz przynajmniej wiemy, za co nas ukarał.
— No — dodał Dean, wzrok miał nieobecny, ale wciąż się uśmiechał. — I zawsze przecież okropnie traktował Harry'ego, odejmował mu punkty bez żadnej przyczyny i tym podobne. Myślę, że Gryffindor wreszcie zrobił COŚ – coś wielkiego, czym odwdzięczyliśmy się za te wszystkie lata.
— Dean chce powiedzieć — wtrącił Seamus — że to jest doskonałe, najbardziej satysfakcjonujące „odwal się", jakie Gryffindor mógł dać temu tłustowłosemu dupkowi. A on całkowicie na to sobie zasłużył.
OoO
Gdzieś po godzinie ich pierwszego szlabanu z Filchem, Hermiona nie potrafiła ukryć swego rozgoryczenia. Woźny oznajmił im, iż wypuści ich dopiero wtedy, gdy przywrócą całą klasę do poprzedniego stanu (kawałki szkła zostały usunięte za pomocą magii, ale wszystko inne trzeba było wysprzątać ręcznie). W końcu głośno westchnęła, dając upust buzującym w niej emocjom.
— Nie mam pojęcia, co sobie myślałam — jęknęła, kręcąc głową. Wycisnęła wodę z gąbki do wiadra. — Trzysta punktów! Szlaban przez cały rok! Dlaczego dałam się na to namówić? — nieszczęśliwa, wróciła do szorowania sadzy na posadzce.
— To nie moja wina — Ron skrzywił się. — Pamiętasz, że to był pomysł Harry'ego, nie mój? Poza tym myślałem, że z nim rozmawiałaś. Miałaś być tą rozsądną! Dlaczego nas nie uprzedziłaś, co się stanie?!
— Zrobiłam to — odpowiedziała uszczypliwe, odsuwając włosy z twarzy namydloną ręką. — Ty idioto, mówiłam ci o tym! A właściwie, dlaczego to zawsze ja mam być tą rozsądną? Może chociaż raz też chciałabym się dobrze bawić? A może uważasz, że mnie już nie wolno?! I, w ogóle, dlaczego siedzisz, zamiast mi pomóc z tą podłogą?! Doskonale wiesz, że Filch może wrócić w każdej chwili i kiedy zobaczy, że siedzisz i nic nie robisz… — dramatycznie zawiesiła głos i powróciła do szorowania posadzki.
— Oczywiście, że nie wolno ci się bawić — odpowiedział, powstrzymując się od śmiechu. — Jesteś głosem rozsądku. Inaczej byśmy się z tobą nie przyjaźnili.
— Więc to tak? — wykrztusił, gdy namydlona gąbka uderzyła go w twarz. — Następnym razem gdy wpakujesz nas w jakiś bałagan, będziesz sobie radzić sama!
Hermiona potrząsnęła głową, rozdarta między rozbawieniem a złością. To był właśnie cały Ron. Ostatnio wciąż ją drażnił swoim lekkim podejściem do życia.
— Zaskoczyłaś mnie — dodał cicho. Jego głos zabrzmiał wyjątkowo poważnie, dlatego Hermiona spojrzała na niego pytająco. — Myślałem, że mogę się zgodzić bez żadnych konsekwencji, bo potem ty ustawisz go do pionu, że porozmawiasz z nim jeszcze raz i wyjaśnisz mu wszystko jak krowie na rowie. A ty tak po prostu pozwoliłaś nam na to.
— Przecież to nie tylko moja wina — odpowiedziała, marszcząc czoło. Rzuciła gąbkę i usiadła obok niego, opierając plecy o ścianę. Przygryzła wargę, próbując zebrać myśli.
— Ja po prostu… nie wiem. Wyglądał na takiego zadowolonego, gdy o tym mówił. Bałam się, że ponownie popadnie w marazm, jeśli go powstrzymamy.
— Tak, chyba wiem co masz na myśli. — Wzruszył ramionami.
Po tym, co się stało w wakacje, Harry zachowywał się dziwnie. W jednej chwili wybuchał, a w następnej kompletnie zamykał się w sobie. Wtedy też zaczęły się te dziwne pomysły. Chciał znaleźć sposób na przywrócenie Syriusza do życia albo chociaż na kontakt z nim. Ron i Hermiona nie pozwolili mu na to. Uważali, że nie jest to najlepsze rozwiązanie, a na pewno nie pomogłoby Harry'emu powrócić do równowagi emocjonalnej. Ostatnim razem, kiedy mu odmówili… wycofał się całkowicie. Nie odzywał się przez miesiące. Prawie nie spał, jadł niewiele. Odpowiadał tylko na pytania dorosłych. Powstrzymywał się od rozmów. Jedynie Mistrz Eliksirów przez większą część czasu powodował u niego pewne emocje. A kiedy w końcu Harry przełamał swoje milczenie, poruszył temat wysadzenia w powietrze klasy Snape'a. Ron chętnie na to się zgodził. Nie dbał o konsekwencje, wszystko było lepsze od tej uciążliwej ciszy.
— Tak. Zaczął się ponownie odzywać — zwrócił na to uwagę.
To była prawda — kiedy ich dwójka zaakceptowała ten plan, Harry znów wydawał się być sobą. Z entuzjazmem uknuł intrygę, by zaleźć za skórę Snape'owi.
— Tak, zdaje się, że jest z nim lepiej — przyznała.
Ron objął ją, uśmiechając się szeroko.
— W takim razie było warto — powiedział stanowczo.
Hermiona spoglądała na niego przez dłuższy moment.
— Może dla nas. Harry w tym momencie ma szlaban ze Snapem. Zastanawiam się, czy zgodziłby się z tobą... — uśmiechnęła się cierpko.
Weasley, słysząc to, skrzywił się.
— Nie mam pojęcia. Skazany na Snape'a przez większą część nocy. To istny koszmar. Profesor potrafi być naprawdę paskudny. Mam nadzieję, że nie zrobi mu nic okropnego.
OoO
Harry stał sam przed tablicą w sali transmutacji - pracownia eliksirów chwilowo została wyłączona z użytkowania - i przepisywał jedno zdanie. Snape nie był zainteresowany pilnowaniem chłopaka i ten pomyślał nawet, że gdyby oszukiwał i skopiował tekst zaklęciem, nauczyciel by nie zauważył.
Spojrzał na pięćdziesiąt linijek, które napisał do tej pory. Zostało mu jeszcze kilkaset. "Przestanę być skończonym imbecylem", w koło Macieju. Zmarszczył brwi. Plan legł w gruzach. Snape miał być na niego zły, wręcz tak wściekły, że miał zrobić coś… coś nieprzemyślanego. Co prawda, Harry nie miał pojęcia, co mogłoby to być, ale na pewno coś spektakularnego. Zamiast tego… ustawił go po prostu przed tablicą i kazał przepisywać w kółko to samo zdanie. Dupek, tlustowłosy drań, łajdak, ostatnia świnia… Każdy inny by dawno stracił nad sobą panowanie, a ten nic! Bezczelny – przeklinał w myślach, wpatrując się bezproduktywnie w tablicę.
Odwrócił się szybko, gdy otworzyły się drzwi. Profesor wszedł, taksując podejrzliwie pomieszczenie.
— Zamierzasz gapić się na mnie jak ciele na malowane wrota, czy wrócisz do pracy? — spytał melodyjnym i jednocześnie aroganckim głosem. — Jestem pewny, że mogę wymyślić o wiele zabawniejszą karę. Będzie to dla mnie prawdziwą przyjemnością.
Następnie wyminął chłopaka i usiadł za biurkiem McGonagall. W najlepsze wyciągnął jakąś książkę i zaczął czytać, kompletnie ignorując Pottera.
Harry zmrużył oczy. Nie lubił być ignorowanym. Zamiast kontynuować pisanie, usiadł w ławce, nonszalancko oparł nogi na blacie drugiej i próbował udawać, że nie patrzy na profesora. Grzywka nieposłusznie opadła mu na oczy, więc niedbale dmuchnął na nią i potrząsnął głową.
Snape powoli podniósł wzrok. Harry uciekł wzrokiem i serce mu załomotało, kiedy profesor zmarszczył złowrogo brew. Ale mimo wszystko udawał, że nie zauważa spojrzenia nauczyciela. Właściwie, właśnie przestało go interesować, jakie klątwy rzuca Mistrz Eliksirów, kiedy jest wściekły.
— Co pan właściwie robi, panie Potter? - Snape wysyczał przez zaciśnięte zęby.
Harry wzruszył ramionami.
— Wydaje mi się, że nie jest już pan na mnie wściekły. Najwyraźniej uspokoił się pan od rana. Uznałem więc, że mogę się trochę poobijać, bo i tak mi się to upiecze — podzielił się swoimi refleksjami, nawet nie patrząc na profesora.
Pozwolił sobie na leniwy uśmiech, gdy zobaczył lekkie zaskoczenie, malujące się twarzy Snape'a. Może to był najlepszy sposób – profesor, kiedy był wściekły, zawsze go przerażał i Harry tracił nad sobą kontrolę, wychodząc na kompletnego idiotę. Natomiast umiarkowanie zirytowany Mistrz Eliksirów mógł być nawet zabawny. Harry kątem oka obserwował jego mocno zaciśnięte dłonie i zmarszczone brwi, tak jakby mężczyzna głowił się nad szczególnie trudną zagadką.
— Myślę, że ostatnio nie unikasz odpowiedzialności za większość swoich wybryków — powiedział cicho Snape, patrząc na Harry'ego niemal oskarżycielsko.
— W takim razie był pan cały roztrzęsiony, ponieważ poszedłem i zniszczyłem pana cenne laboratorium, a teraz jest pan wściekły, bo tego nie zrobiłem? Bardzo dojrzale. — Posłał mu wredny uśmieszek.
Ćwiczył w lustrze tę minę tysiące razy w trakcie wakacji. Wiedział, że nie uśmiecha się tak jak, nie przymierzając, Malfoy, ale teraz był naprawdę wściekły, a grymas wychodził mu lepiej, kiedy towarzyszyły mu prawdziwe emocje.
Usta Snape'a ułożyły się w wąską linię, a oczy zmrużyły się jeszcze bardziej.
— W co ty pogrywasz, Potter — pretensjonalnie przeciągnął sylaby.
— Wie pan, o czym mówię — odpowiedział Harry.
Udało mu się nawet brzmieć na znudzonego.
To było fantastyczne! Faktycznie miał przewagę. To było takie ekscytujące! Na Merlina, miał nadzieję, że nie przesadzi.
— Nie wysadziłem pańskiej durnej klasy. Jestem pewien, że doskonale pan o tym wie. Do tej pory na pewno znalazł pan wszystkie eliksiry. Musiałby pan być kompletnym kretynem, jeśli nie wiedziałby pan, jakie konsekwencje dla zamku niósłby za sobą wybuch, te wszystkie reakcje chemiczne.. już nie wspominam, że żadne z nas nie znajdowałoby się w tak dobrej kondycji — uśmiechnął się do niego złośliwie.
O tak, był cholernie dobry.
— A jaki — Snape wstał i podszedł do ławki Harry'ego, patrząc na niego z góry z założonymi rękami — dokładnie był sens udawania, że wysadzacie salę eliksirów? No, panie Potter? Wiem, że jest pan szkolnym rekordzistą w robieniu niewiarygodnie głupich, niebezpiecznych, a zarazem bezsensownych rzeczy. Czyżbyś po prostu nie chciał przerywać dobrej passy? — Jego głos był zimny i opanowany, a Harry pomyślał, że chyba zaraz straci nad sobą kontrolę.
— Przecież pan wie, o co chodzi — rzucił. — Nawet mi pan to powiedział. Właściwie, wrzeszczał pan jak opętany. Mam świadków, którzy mogą to potwierdzić.
Snape uśmiechnął się szyderczo.
— Cały ten wysiłek tylko po to, by zwrócić na siebie moją uwagę? Pochlebiasz mi. Ale proszę cię, to żałosne — wypluł. — Jaki był cel tego niewyobrażalnie nieinteligentnego aktu, co tak naprawdę tobą kierowało?
— Właśnie dlatego to zrobiłem! — krzyknął. — Najpierw przerywa pan nasze lekcje oklumencji, obraża mnie i rzuca złośliwymi komentarzami, a przez resztę czasu mnie pan ignoruje. Wyrzucił mnie pan, gdy czekałem po zajęciach, by zadać panu pytanie. Trzy razy! To było bardzo ważne pytanie!
— Biedny, rozpuszczony Harry jest nieprzyzwyczajony do tego, że nie wszyscy w magicznym społeczeństwie mu się podlizują i go rozpieszczają. Rozumiem. — Kąciki jego ust uniosły się w nieprzyjemnym uśmiechu. — Dobrze zakładałem, że to może być jakiś absurdalny, egoistyczny motyw. Naprawdę, Potter, twoja oligofrenia jest tylko trochę mniejsza od twojego przytłaczającego zadufania. Ale różnica między nimi jest naprawdę ledwie zauważalna.
Harry poczuł jak jego twarz staje się czerwona. Nie pomógł mu wcale fakt, że nie miał mglistego pojęcia, co może oznaczać „oligofrenia". A przecież ostatnio z nudów czytał słownik, kiedy został zamknięty w starym pokoju Dudleya.
— Z pewnością nie jestem… ee… z pewnością tak nie jest… — wydukał, świadomy, że właśnie zaczyna tracić przewagę.
Wargi Snape'a drgnęły na to stwierdzenie.
— Masz na myśli, że twoja oligofrenia znacznie przewyższa zadufanie? — spytał cierpko.
Chłopak, chociaż wydawało się to niemożliwe, poczerwieniał jeszcze bardziej.
— Mam na myśli, że chciałem z panem porozmawiać, a pan tak po prostu... no, nieważne. I wie pan co, ma pan rację! Jeśli chce mnie pan ignorować, to proszę bardzo. Ja wychodzę.
Ze spuszczoną głową skierował się w stronę drzwi.
— To byłoby wysoce niewskazane, biorąc pod uwagę, że nadal jesteś w trakcie szlabanu za swoje niedawne ekscesy.
Kiedy Harry usłyszał te słowa, wzdrygnął się gwałtownie i zatrzymał. Niski, aksamitny głos, którym operował nauczyciel, przywodził mu na myśl gorzką czekoladę.
— Dobrze pan wie, że tak właściwie nic nie zrobiliśmy. Zmusiłem Rona i Hermionę, żeby w ogóle zgodzili się mi pomóc w realizacji tego głupiego pomysłu, a i tak w efekcie rzuciliśmy tylko drobne zaklęcie. Potem był wielki huk, mnóstwo popiołu, sadzy i trochę zatrzęśliśmy posadzką. Czar zadziałał jakoś inaczej. Hermiona chyba nazwała to falą uderzeniową, czy jakoś tak. Przedtem starannie oznakowaliśmy wszystkie pańskie eliksiry i inne mikstury i zabezpieczyliśmy je, żeby nie stałaby się im żadna krzywda. Właściwie, dlaczego w ogóle zostaliśmy ukarani?
— Właściwie, dlaczego nie dasz mi szczerej odpowiedzi co do twojej motywacji? — odpowiedział pytaniem na pytanie Snape. — „Potrzebowałem uwagi" jest, nawet jak na ciebie, zbyt infantylne, by było wiarygodnym, Potter.
— Dałem panu szczerą odpowiedź — odpowiedział Harry, a jego głos był kompletnie pozbawiony emocji. — Nie dbam o to, czy mi pan wierzy. Chciałem tylko zadać jedno pieprzone pytanie. Może pan mówić czy robić cokolwiek pan zechce, proszę mnie ukarać, jak pan tylko sobie życzy. Ja już panu dziękuję. — Obrócił się ponownie i wyszedł flegmatycznym krokiem.
Przysiągłby, że usłyszał, jak pozostawiony samemu sobie Snape westchnął ciężko. Ale mimo wszystko nie mógł uwierzyć, kiedy usłyszał głos nauczyciela:
— Potter, wracaj tutaj. Jeśli musisz zadać to nieszczęsne pytanie, zrób to teraz. Bądź świadomy, że nie dam ci drugiej szansy.
Harry nawet się nie spostrzegł, kiedy stał z powrotem na progu klasy.
