Rozdział 3: To spowiedź, czy po prostu cieszysz się na mój widok?

Harry wziął głęboki wdech przed ponownym wejściem do sali. Kiedy przekroczył próg, posłał profesorowi wyzywające spojrzenie.

Wyglądało na to, że nie zrobiło ono na mężczyźnie żadnego wrażenia.

— Zatem? — zaczął Snape stonowanym, ale pewnym głosem. — Powiedziałeś, że masz pytanie. Najlepiej zadaj je szybko, zanim pomyślę, że kłamałeś i chciałeś wyłącznie mojej uwagi. Jeśli tak jest, mam nadzieję, że będzie ci bardzo przykro.

Harry zamrugał parokrotnie. Ostatnia szansa.

Czy istnieje jakakolwiek możliwość, zastanawiał się, że tym razem nie zawalę sprawy?

Nabrał powietrza, po czym wydusił:

— Jestpantutajjedynymnauczycielem… — gwałtownie odetchnął, po czym kontynuował — dlategoty… Zgadza się pan? — zakończył nagle.

Zabrakło mu tchu i niemal zemdlał. Z pewnością to sknocił. Tak, na pewno to spartaczył i to na całej linii. Na sto procent.

Severus wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę.

— To była wężomowa, walijski, dialekt młodych Gryfonów czy po prostu jakiś bełkot? — zapytał uprzejmie, a jedna z jego brwi uniosła się elegancko.

Harry czuł, że na policzki ponownie wypływa mu rumieniec. Odchrząknął nerwowo.

— Jest pan tutaj jedynym nauczycielem, który pracował z… z Sam-Wiesz-Kim — wyjąkał, pamiętając o awersji Mistrza Eliksirów do imienia czarnoksiężnika. — I… ogólnie wiadomo, że chciałby pan nauczać Obrony Przed Czarną Magią. A samodzielnie niewiele mogę zrobić... — kontynuował. Zwracał uwagę na tempo swoich słów, żeby nie powtórzyć mało inteligentnego wybuchu.

— Ja… naprawdę chcę, żebyś mi pan pomógł, po… ponieważ mam dość tych wszystkich podejrzliwych spojrzeń i nie chcę, by ktoś jeszcze zginął z powodu mojej głupoty — wycedził ostatnie słowa przez zaciśnięte zęby, czekając na nieuniknione zniewagi z ust profesora.

Kiedy spojrzał na nauczyciela, mężczyzna milczał, wpatrując się w niego intensywnie i w skupieniu. Jego czarne oczy błyszczały. Harry bezskutecznie próbował wyczytać z nich najmniejszą wskazówkę.

— Wysadziłeś moje laboratorium, ponieważ chciałeś… mojej pomocy? Ty naprawdę myślisz, że w to uwierzę?!

Harry wzruszył ramionami, dając chwilowy upust rosnącej frustracji.

— Cóż, po prostu… Nigdy mi pan nie odpowiedział. Nie chciał mnie pan widzieć.

— Jeśli dobrze sobie dobrze przypominam — powiedział niemalże konwersacyjnym tonem — zarówno w trakcie wakacji, jak i już po rozpoczęciu roku szkolnego zwracałeś się do mnie wyłącznie w celu oskarżenia, oczywiście w możliwie jak najordynarniejszy sposób, o spowodowanie śmierci twojego nieodżałowanego ojca chrzestnego — Uniósł brwi. Harry był zaskoczony, że Snape'owi udało się powiedzieć to tak spokojnie. — Nie przypominam sobie, byś kiedykolwiek pytał się mnie o coś związanego z nauką. Tak naprawdę, jestem przekonany, że zawsze zwracałeś się do mnie tylko po to, żeby mnie obrazić, zresztą w wyjątkowo mało wysublimowany sposób.

— I vice-versa — odburknął pod nosem. Snape spojrzał na niego uważnie.

— Jak najbardziej. Mimo wszystko, z tego, co sobie przypominam, ani razu nie wspominałeś, że moja pomoc jest ci niezbędnie potrzebna. Mniemam, że żadna nasza dyskusja nie miała prowadzić w tym kierunku. Natomiast pamiętam dość monotonne monologi w rodzaju: „Jesteś bezwartościowym, tłustowłosym bękartem, nienawidzę cię. Nie, tak naprawdę, to brzydzę się tobą. Powinieneś umrzeć. To ty miałeś zginąć! Czy masz pojęcie, jak bardzo mnie wkurzasz? Za każdym razem, kiedy jestem blisko ciebie, marzę o tym, by rzucić na ciebie zaklęcie uśmiercające. Pewnego dnia pójdziesz do diabła i mam nadzieję, że będę tym, który cię do niego wyśle. Nawet przez pięć sekund nie wierzyłem, że jesteś po naszej stronie. Czekasz tylko na odpowiedni moment, by oddać mnie Voldemortowi. Szczerze cię nienawidzę."

Profesor powiedział to wszystko stonowanym, niemal znudzonym głosem, przywodzącym na myśl recytowanie z pamięci długiej listy zakupów. Harry był bardziej niż zdumiony.

Chłopak czuł się coraz bardziej zażenowany. Ze wstydu nie mógł spojrzeć Snape'owi w oczy. Pamiętał to wszystko?

On sam mógł sobie przypomnieć tylko, że Snape uparcie unikał wszelkich konfrontacji w cztery oczy, czym doprowadzał go do szału. Przecież nie można kogoś tak uparcie ignorować! Przygryzł wargę, grzebiąc w zakamarkach pamięci. Tak, właściwie, całkiem możliwe, że mówił coś podobnego...

— Ja tylko nie pozostawałem panu dłużny — usprawiedliwił się. Powrócił myślami do tego, co zawsze mówił mu Snape. Skrzywił się, kiedy zaczął recytować: — Jesteś paskudnym, okropnym bachorem. Nigdy nikogo nie słuchasz, bo ty przecież wiesz lepiej. Pełen arogancji, za to kompletnie pozbawiony zdrowego rozsądku. Będzie dla wszystkich lepiej, kiedy w końcu się załamiesz. Jesteś absolutnie, nieznośnym, odrażającym bachorem. Och, Potter, proszę cię. Spróbuj rzucić na mnie klątwę zabijającą. Nie zamierzam tracić na ciebie mojego czasu, skoro każdą głupotę potrafisz zniszczyć przez patologiczny brak samokontroli. Jakże nieprzyjemnie jest ujrzeć cię, czekającego ponownie po zajęciach. Jeśli, do cholery, stąd nie wyjdziesz i nie odpieprzysz się ode mnie, zaoszczędzę Czarnemu Panu problemu i po prostu sam cię zabiję... — Harry urwał nagle i zacisnął mocno zęby.

Przez chwilę wydawało się, że przez twarz Snape'a przemknął cień zaskoczenia, jednak jeszcze zanim chłopak skończył mówić, nauczyciel opanował się i z jego twarzy nie dało się nic odczytać.

— Przypuszczam, że czekasz na przeprosiny — zadrwił, patrząc Harry'emu prosto w oczy.

Potter jedynie wzruszył ramionami.

— Nie, tak naprawdę, to nie. Powywlekaliśmy sobie cały ten szlam i teraz jesteśmy kwita. Pan przynajmniej cokolwiek odpowiadał — dodał cicho, wbijając spojrzenie w sznurowadła. Severus ledwie słyszał jego słowa.

— Co właściwie masz na myśli? Nie przypominam sobie, byś prowokował w ten sposób innych nauczycieli. Nie zachowywałeś się w ten sposób wobec przyjaciół. Nawet twoi wrogowie mieli święty spokój. Twój niewłaściwie ukierunkowany i bezsensowny gniew był całkowicie skupiony na mnie. — Ramiona wciąż miał skrzyżowane, a Harry mimochodem zauważył, że profesor zaciska pięści.

Snape był przekonany, że chłopak zaprzeczy. Potter jednak uśmiechnął się bez przekonania i odpowiedział spokojnie:

— Tak, ponownie ma pan rację. Właśnie za to też chciałem przeprosić. Nikt inny nie reagował. To znaczy, przez pewien czas próbowałem zmusić innych do jakiejś sensownej reakcji, ale… Ilekroć traciłem nad sobą panowanie i wpadałem w szał przed kimś, to… ech. Dumbledore będzie po prostu stał i patrzył na mnie wyrozumiale, a później powie coś, co ma brzmieć mądrze, a tak naprawdę nie będę umiał znaleźć w tym sensu. Molly Weasley się speszy i zaniepokoi. Rona i Hermionę zranię. Tonks uda, że wszystko jest w porządku, Moody skrzywi się i będzie chciał coś powiedzieć, ale tego nie zrobi. A profe… ee, Lupin załamie się kompletnie. I tak już wygląda, jakby był na skraju wytrzymałości. — W tym momencie Harry wyglądał na winnego. — Byłeś jedynym, który był… normalny. Traktowałeś mnie... może nie, jak dorosłego, ale prawie. Nie byłeś wyrozumiały ani troskliwy. — Musiał ukryć uśmiech, kiedy wyobraził sobie Snape'a wyrozumiałego i troskliwego wobec kogokolwiek.

Odchrząknął, szurając butem po podłodze. Czuł się dziwnie zakłopotany.

Też byłem kiedyś młody i wredny i wiem, że coś knujesz, mówiło skupione spojrzenie Snape'a. A teraz dorosłem i jestem bardziej niż wredny, chciałoby się dodać.

— Mam nadzieję, że był to ostatni raz — stwierdził lakonicznie — kiedy ktokolwiek odważył się nazwać mnie normalnym.

Harry zaśmiał się głośno, co wyraźnie zdumiało Snape'a. Być może to był pierwszy i ostatni raz, kiedy zrobił coś, co wywołało u chłopaka prawdziwy śmiech. Szybko oprzytomniał i przywdział charakterystyczną pozę mizantropa, który lubi torturować szczeniaczki, jednak jego zaskoczenie nie umknęło uwadze chłopaka. Z jakiegoś powodu Harry czuł się przez to jeszcze bardziej onieśmielony. O wiele lepiej byłoby kłócić się teraz ze Snapem - sadystycznym demonem, wysłanym z najgłębszych czeluści piekła jedynie po to, by uprzykrzyć mu życie. Normalna rozmowa wydawała się jakoś nie na miejscu.

Obaj przez dłuższy czas milczeli, nie chcąc zakłócać niezręcznej ciszy, lub obawiając się tego, co po niej nastąpi. Harry starał się nie patrzeć na profesora. Drżał i wiercił się niespokojnie. Był tak zdenerwowany, że czuł, że za chwilę znów zacznie się śmiać i tym razem nie będzie w stanie się opanować. I jakby jeszcze tego było mało, nie miał żadnego powodu, żeby być zdenerwowanym. On tylko stał tutaj ze Snape'em, rozmawiając, sprzeczając lub obrzucając się sporadycznymi zniewagami. Co gorszego, niż zazwyczaj, może mu powiedzieć Mistrz Eliksirów? Potter stwierdził, że taki tok myślenia nie zmniejsza krępującego go napięcia. Ten prawie-żart, zresztą pierwszy chyba w życiu Snape'a (czy tacy ludzie w ogóle żartują?!) powinien przecież rozluźnić atmosferę, a nie sprawić, że była jeszcze bardziej napięta. Być może było to tak dziwne, że czuli się przez to skrępowani i nie mogli się do tego przyzwyczaić.

Popatrzył do góry poprzez gęste rzęsy, w celu rozpoznania, starając się napotkać spojrzenie Snape'a, ale gdy tylko to zrobił, mężczyzna gwałtownie odetchnął i szybko odwrócił wzrok.

Napięcie w pokoju było wyczuwalne, niczym cienkie nitki przędzy. Harry poczuł, jak jedna z nich pęka z trzaskiem wewnątrz niego. Zerknął szybko na Snape'a, sprawdzając, czy może też to zauważył. Mężczyzna stał z zamkniętymi oczami i wyglądał na zaskoczonego. Srebra nić pękła. Poczuł to?

— Ty… twój dzisiejszy szlaban właśnie się zakończył — powiedział łamiącym się głosem. — Wyjdź. Możesz… możemy jutro porozmawiać o tym, w jaki sposób będziesz bronić się przed czarną magią. — Z każdym słowem jego głos stawał się silniejszy. Otworzył oczy dopiero, kiedy skończył mówić.

Były takie jak zawsze. Harry spoglądał na niego przez dłuższy moment.

— Zamierzasz czekać do momentu, aż posunę się do rękoczynów i faktycznie wyrzucę cię z tego pokoju? — zapytał, marszcząc brwi.

Potter szybko pokręcił głową.

— Właśnie pomyślałem sobie, że… żadna z pańskich mikstur nie została w rzeczywistości uszkodzona, co nie? Rzuciliśmy kilka szklanek na podłogę, żeby się wydawało, że to eliksiry uległy zniszczeniu. A tak naprawdę wszystkie fiolki i menzurki schowaliśmy w magazynie i okryliśmy słomą. Sądziliśmy, że będą tam bezpieczne, ale czar wyszedł… trochę bardziej wybuchowo niż się spodziewaliśmy.

Severus Snape zacisnął wargi.

— Eliksiry były w porządku. Niezależnie od twojej głupoty — wymamrotał — mogłeś bez problemu wysadzić coś w klasie, skoro aż tak bardzo chciałeś ze mną porozmawiać. Mogłeś to zrobić nawet po zajęciach, skoro to było dla ciebie takie ważne.

Harry uśmiechnął się lekko, a Severus pochylił głowę, czekając na odpowiedź.

— Tak, ale kiedy się stało oczywiste, że nie będzie pan chciał ze mną więcej rozmawiać i nie mogłem wspomnieć o Voldemorcie w środku lekcji ani o tym, jak mogę zabić jego ludzi, postanowiłem spytać się o to prywatnie. Byłem wściekły, że nie chciałeś ze mną rozmawiać po zajęciach, więc… wyciąłem kawał godny Huncwotów. Musiałem zrobić coś imponującego, bo chciałem rozwiązać trzy różne kwestie. Pierwszą było zwrócenie na mnie pańskiej uwagi i jej utrzymanie. To musiało być coś, po czym zapomni pan, że ma ze mną nie rozmawiać. Drugą rzeczą było doprowadzenie do tego, żebyśmy zostali sami. Nie chciałem, by ktoś nam przeszkodził w rozmowie o Voldemorcie. Chciałem, żeby pan był rzeczywiście wściekły za to, co się stało, za ten wybryk. Musiałem zrobić coś, w czym nie przeszkodziliby inni nauczyciele. Innymi słowy, musiałem to zrobić, gdy był pan pobliżu. Byłem przekonany, że złapie mnie pan za szmaty i zaciągnie do izby tortur, wrzuci do jeziora, albo coś w ten deseń. W każdym razie, miał pan zrobić coś natychmiast, a ja od razu miałem powiedzieć to, co miałem do powiedzenia. Plan w obu tych przypadkach zakończył się porażką, ale zdałem sobie sprawę, że ten szlaban jest nawet lepszy, niż to, co zaplanowałem. Dzięki temu zdążył się pan uspokoić i mógł mnie pan wysłuchać. — Uśmiechnął się do profesora, który wpatrywał się w niego z niedowierzaniem.

— Widzę, że... włożył pan w to sporo wysiłku umysłowego, panie Potter. Aż trudno w to uwierzyć, że taki idiotyzm wymaga aż tyle myślenia. Równie głupiego myślenia, dodam. Tyle kombinowania, żeby osiągnąć szczyt kretynizmu. Zawsze byłem przekonany, że jeśli ktokolwiek jest do tego zdolny, to właśnie pan, panie Potter. Myślę, że nawet może pan na tym kiedyś zarobić... A trzecia rzecz, panie Potter? Co było trzecią rzeczą, którą chciałeś osiągnąć? — spytał bez typowej złośliwości, ale wciąż wyglądał na niewzruszonego i sceptycznego.

— Ach. Trzecia rzecz… cóż… nie była ona… konieczna, ale czułem, że potrzebuję czegoś specjalnego, z polotem. Zrobiłbym z siebie o wiele większego głupka, stercząc pod drzwiami pańskiego gabinetu i wydzierając się. Tak naprawdę chodziło o dumę, styl i o Syriusza. Czułem, że pochwaliłby to. W pewnym sensie, był to hołd.

— Wzruszające. — Snape wywrócił oczami, krzywiąc się.

— Taa. Chciałem zwrócić na siebie pańska uwagę, utrzymać ją i sprawić, że przestanie mnie pan ignorować. W dodatku, chciałem porozmawiać na osobności. Trzecią rzeczą było odwrócenie naszych ról. Przecież mogłem pana zaczepić w dowolnym miejscu, dopaść gdzieś po zajęciach, ale… gustowniej było zmusić pana, żeby pan sam do mnie przyszedł.

Snape oniemiał. Harry, widząc jego oszołomioną i raczej urażoną minę, uśmiechnął się anielsko i, odwracając się wdzięcznie na pięcie, skierował się z powrotem do wieży Gryffindoru.

W czasie, gdy Hermiona i Ron wciąż męczyli się na szlabanie u Filcha, martwiąc się o przyjaciela i zastanawiając się, jak paskudną karę otrzymał, Harry przemierzał puste korytarze tanecznym krokiem, uśmiechając się subtelnie i myśląc o swoim szlabanie. W sumie czuł, że wypadł całkiem dobrze.

PS: Szukam bety do Możemy być radioaktywni