Rozdział 4: Jak myślenie może doprowadzić do odpowiedzi

Harry leżał w swoim łóżku z baldachimem, wpatrując się w ciemność. Od strony Neville'a dochodziło ciche pochrapywanie, reszta współlokatorów również spała głęboko. Oprócz Rona. Przyjaciel jeszcze nie wrócił ze szlabanu z Filchem i Harry miał poczucie winy. Teoretycznie wszyscy troje zdawali sobie sprawę z konsekwencji, ale to wcale nie poprawiało jego samopoczucia. To byłoby jakieś osiągnięcie - zmusić Mistrza eliksirów do zmiany ich kary. Był pewien, że dałoby się to zrobić. Musi przechytrzyć Snape'a drugi raz w tym tygodniu. Gdyby tylko wiedział, jak to zrobić...

Uśmiechnął się szeroko i zaplótł ręce za głową, rozkoszując się nocą. Jeśli tylko mógłby być z kimś szczery w tej kwestii - a był pewny, że nie powie o tym nawet Ronowi i Hermionie - to ten wieczór uważał za niezwykle udany. Dobrze, że jego przyjaciół nie było obok, bo zadowolony uśmiech chłopaka niechybnie zdradziłby, że spędził swój szlaban nie do końca tak, jak myśleli. Ale co zrobić, kiedy on naprawdę dobrze się bawił, próbując pokonać Snape'a w potyczkach słownych. Ten wieczór był jakiś dziwny, tak przynajmniej powiedzieliby Ron i Hermiona. Pewnie patrzyliby na niego w osłupieniu, a z ich twarzach malowałby się szok. Hermiona westchnęłaby i zapytała, jak to się stało i czy to wszystko było tak okropne, jak ona myśli.
A on wzruszyłby ramionami i odpowiedział od niechcenia:

— Och, cały ten szlaban ze Snapem to właściwie jakiś dowcip. Tak naprawdę, nie musiałem zbyt wiele robić. Pozwolił mi usiąść, byłem całkiem arogancki, nieco wredny i trochę go omamiłem. Potem otwarcie rozmawialiśmy, jak mężczyzna z mężczyzną. Opowiedział nawet kawał, a ja się zaśmiałem. I dzieliliśmy ten dziwny, zaskakujący i magiczny moment w rodzaju, motylków w brzuchu, kiedy jesteś szczęśliwy, zdezorientowany i nerwowy, i to wszystko w tym samym czasie. Atmosfera była napięta niczym struna gitary. Wręcz czułem, jak drży i nagle pęka bez powodu. Nagle wszystko wróciło do normy, ale tak nie było. Sądzę, że nigdy nie wróci do normy. Oczywiście, nie mam pojęcia, co to wszystko oznacza, a może wiem, tylko nie chcę się do tego przyznać nawet przed samym sobą. I stałem się lepszy od Snape'a w zgryźliwych uwagach. Czułem się tak, jakbym mógł latać i to był najlepszy moment w moim cholernym życiu. A także puścił mnie wcześniej, bo… tak myślę, że chyba mnie lubi, ale nie chcę się nad tym teraz zastanawiać. Było tego całkiem dużo, nie? I nudne. A jak wam poszedł szlaban?

Och, tak. To byłaby wspaniała rozmowa. Na ich twarzach pojawiłoby się niedowierzanie, później zmieszanie, a na koniec wstręt, i to wszystko w ciągu zaledwie kilku minut. Tak, stanowczo nigdy bym im o tym nie powiedział.

Stłumiwszy jęk, przewrócił się, chowając twarz w poduszkę.

Merlinie, co z nim było nie tak? Oczywiście, musiało być coś nie w porządku, jeśli myślał w ten sposób. Może był pod wpływem zbyt wielkiego stresu? Tak, to zapewne to. Ludzie zawsze robią dziwne rzeczy, gdy są zestresowani, a on zawsze był pod dużą presją. Hmm… to mogło być to.

Uścisnął nasadę nosa, zastanawiając się głęboko.

Nie myślał o tym. Nie pomyślałby o tym. To wszystko.

Przestań używać głowy, Harry. Właśnie, wystarczy nie myśleć i oderwać się od tego. Snape powiedziałby, że jesteś w tym DOBRY. O, cholera! Miałem nie myśleć o Snape'ie! Myśl o czymś innym! O dziewczynach, quidditchu. O zabijającym cię Voldemorcie – łapiącym, torturującym i mordującym cię na wiele interesujących sposobów. Wszystko będzie mniej niepokojące, niż to o czym pomyślał TERAZ.

W końcu poddał się i wstał z łóżka. To, o czym myślał, było niemal tak złe, jak śmierć Syriusza. Przynajmniej inni współczuliby mu z tego powodu, nawet jeśli nie wolałby tego dostrzegać.

To wszystko zaczynało zakrawać o obsesję, w dodatku na punkcie Snape'a, co prawdopodobnie nikomu innemu wcześniej się nie zdarzyło. Czy kiedykolwiek Snape był na tyle nie-niemiły i nie-okropny dla kogoś, żeby można to było nazwać lubieniem?

Harry prychnął.

Cholernie mało prawdopodobne, ale… właściwie? Nigdy nie wiadomo, co nie?

Nagle uderzyło Harry'ego to, jak mało wiedział o tym człowieku.

Z kim spędzał wolny czas, co robił dla przyjemności, dlaczego tak bardzo pragnął posady nauczyciela OPCM? Czy Śmierciożercy urządzają popołudniowe herbatki? Przypuszczał, że tak. Dobrze, nie urządzali typowych herbatek, ale coś musieli przecież robić, poza torturowaniem mugoli i knuciem, jak Czarny Pan może zyskać przewagę. A może robili coś takiego dla rozrywki? Mógł to sobie nawet wyobrazić:

— Potem zdarzyła się najśmieszniejsza rzecz. Nie uwierzysz w to! Mężczyźnie odpadła głowa! Tak, dokładnie o tym mówię! Tak bardzo się śmiałem, że narzędzie do miażdżenia kciuków wypadło mi z ręki. A ty co robiłeś w piątek z Lucjuszem? Ach, rzeczywiście. Kradzież z włamaniem to prawdziwa przyjemność, jednak jeśli nie grabisz i nie gwałcisz, to nie czujesz, że żyjesz.

Westchnął. Miał nadzieję, że Snape w ramach szpiegowania nie bawił się razem z nimi. Ale przecież chyba nie miał innego wyjścia. Gdyby odmówił udziału w imprezie, wiedzieliby, dlaczego. Odgadliby. Odgadliby wszystko.

Harry poczuł ucisk w żołądku.

Myślenie w niczym mu nie pomagało. Prawdopodobnie, Snape nie miał żadnych prawdziwych przyjaciół. Szpiedzy nie miewają przyjaciół, nie mogą sobie pozwolić na takie ryzyko. W szkole nie był zbyt lubiany, więc raczej też był samotny. Prawda?

Nagle Harry doznał olśnienia. Nie znał odpowiedzi na większość dręczących go pytań, ale... znał kogoś, kto mógł odpowiedzieć na przynajmniej jedno z nich.

Czuł się o niebo lepiej, kiedy wkładał na siebie pelerynkę niewidkę. Wymknąwszy się z dormitorium, prześlizgnął się przez pusty pokój wspólny i wyszedł ostrożnie przez przejście pilnowane przez Grubą Damę. Korytarze były puste i ciche, właśnie takie, jakie być powinny. Zamierzał właśnie kogoś obudzić, ale nie wydawało mu się to czymś niewłaściwym. Być może Snape miał rację, kiedy twierdził, że Harry jest skoncentrowany wyłącznie na sobie. Ale przecież mała pogawędka nie mogła nikomu zaszkodzić...

Gdzieś tam skrzywiony, ponury Filch pilnował, aby Ron i Hermiona robili coś nudnego i bardzo obrzydliwego. Może też Snape jeszcze nie spał i spacerował po swoich komnatach, a czarne, ciężkie szaty unosiły się za nim, trzepocząc złowieszczo.

Na usta wypłynął mu mimowolny uśmiech, kiedy szedł korytarzem, próbując nie robić żadnego hałasu. Brawura i poczucie zagrożenia narastały w nim, a on czuł się zupełnie jak w domu. Wreszcie był w domu, w Hogwarcie, wreszcie był sobą. Tak właśnie powinno być. Snape go prowokuje, więc Harry robi coś głupiego bez cienia namysłu.

Z łatwością skradał się nocą przez ciemne korytarze, w dół schodów, gdzie kroki rozbrzmiewały echem. Szedł tam, gdzie można spotkać pewnego wilkołaka.