Rozdział 5: Odwiedzając przerażającą, krwiożerczą bestię. Nie, nie Snape'a. Przynajmniej nie tym razem

Lupin wyglądał na wielce zdziwionego, kiedy otworzył drzwi.

— Harry? — Cofnął się, przecierając oczy.

Potter uznał, że jest to pozwolenie na wejście do jego komnat. Przygryzając dolną wargę, spojrzał na byłego profesora.

— No cóż… Muszę powiedzieć, że jest to dość niespodziewana wizyta.

Wilkołak z rozkojarzeniem przeczesał siwiejące już włosy. Zamrugał kilka razy, jakby liczył na to, że obraz młodzieńca przed nim zniknie. Młodzieńca z najbardziej nieuporządkowanymi włosami, z błyszczącymi od rozbawienia i planowanych intryg oczami. Stojącego przed nim boso, w czerwonej piżamie i z pelerynką niewidką, która wciąż częściowo zakrywała jego ramiona.

Harry starał się wyglądać na skruszonego, ale niedawne emocje, które mu towarzyszyły podczas skradania się szkolnymi korytarzami sprawiały, że nie mógł powstrzymać szerokiego uśmiechu, który zagościł na jego twarzy.

— Eee... Cześć — skinął uprzejmie głową. — Uprzedziłbym cię wcześniej o mojej wizycie, ale myślałem, że utknę na całą noc z Najbardziej Znienawidzonym Mistrzem Eliksirów. Nie sądziłem, że będę miał szansę wstąpić do ciebie. — Wzruszył ramionami, uśmiechając się ujmująco.

Lupin wyglądał na zaskoczonego tym, co usłyszał. Na jego twarzy wymalował się cały wachlarz różnych emocji. Najpierw pojawiło się zdezorientowane, co było całkowicie zrozumiałe. Jego potargane włosy jasno mówiły, że spał, nim pojawił się Gryfon. Harry znowu poczuł się winny, że obudził go ze snu, którego tak strasznie potrzebował. Następna była podejrzliwość. Harry pomyślał, że być może profesor zastanawiał się, dlaczego chłopiec wędrował sobie po szkole o tak późnej godzinie. Szybko jednak przyszło mu do głowy, że Lupin po prostu się niepokoił. Niemal ze sobą nie rozmawiali przez ostatnie miesiące i Harry nie szukał z nim kontaktu bez żadnej przyczyny. Potem na jego twarzy pojawiła się łagodność, ale tego rodzaju, że Potter zaczął podejrzewać, że były profesor faktycznie się martwi i dobrze to ukrywa.

— Ach, tak. Ja… słyszałem coś o tym. Czujesz się dobrze? Severus… nie uderzył cię ani nic, prawda? Harry, jeśli chcesz żebym interweniował, ja…

— Nie! Nie, nic w tym stylu, profe… Lupi… Re… Remusie. — W końcu udało mu się to wykrztusić.

To było dziwne uczucie.

Dlaczego tak trudno zwracać się do dawnego nauczyciela po imieniu, nawet jeśli sam o to prosi?

Można by rzec, że „profesor" było czymś więcej niż ulotną etykietą, a raczej stałą częścią osobowości człowieka.

Jakby to było zwracać się do Snape'a po imieniu? — zastanawiał się Harry.

Nie mógł sobie tego wyobrazić. Tak, jak nie mógł sobie wyobrazić mówienie do Dracona Malfoya „kotku". Powrócił do rzeczywistości.

— Um… Nie, nic takiego nie miało miejsca.

Wpatrywał się w starszego mężczyznę, obejmując wzrokiem głębokie bruzdy na jego twarzy, widoczne zmęczenie, które wydawało się nigdy nie znikać. Mógł też zobaczyć zmartwienie, wątpliwości co do swego życia, tak jakby Lupin unosił się w próżni, zawsze niechętny do jakiekolwiek dotyku, nawet najbardziej przypadkowego. A przede wszystkim dostrzegał jego aurę, na którą zawsze zwracał uwagę. Była mieszaniną smutku, łagodności oraz żalu, a także komfortu, kompetencji i wielkiej inteligencji.

— Czy… czy chciałeś ze mną o czymś porozmawiać? — zapytał delikatnie Lupin, unosząc brwi.

Jego dolna warga drżała i Harry zauważył, że jego dłonie, nad którymi zazwyczaj panował, co rusz zaciskały się i prostowały. W jego głosie był pewien ból, ale Harry był pewien, że wykrył w nim również krztynę nadziei.

Wszyscy muszą się naprawdę o mnie martwić — pomyślał. A Lupin wygląda na zdenerwowanego, jakbym zaraz miał odwrócić się, nakrzyczeć na niego i odtrącić go.

Harry zakaszlał, opuszczając wzrok na dłuższy moment.

— Ech. Może usiądziemy na chwilę? — zaproponował cicho, ryzykując.

— Oczywiście, Harry! Tutaj… w drugim pokoju. Tu. — Poprowadził go do wytartej kanapy i pary wyściełanych foteli.

Harry był pewny, że Remus mógłby znaleźć coś lepszego w Hogwarcie. Zastanawiał się, czy nawet meble mogą się dostosowywać do właściciela i jego nastroju. Te tutaj wyglądały na niemal tak samo utrudzone i zmęczone jak Lupin.

Zajął miejsce naprzeciwko mężczyzny i, unikając jego spojrzenia przez dość długi czas, starał się uporządkować swoje myśli. Jedno pytanie nie dawało Harry'emu spokoju, jednak nie wiedział, jak ubrać je w słowa, ani czy w ogóle powinien je zadawać. Snape chyba naprawdę miał rację i chłopak zastanowił się, czy ma wystarczy mu sił, by spytać Lupina wprost. Może te wszystkie szaleństwa nie wynikały wcale z odwagi, tylko z głupoty? W końcu głośno westchnął. Lupin, targany wątpliwościami, cierpliwie milczał i pozwolił znaleźć odpowiednie słowa. Harry był mu niezmiernie wdzięczny.

— Obiecasz mi coś? — zapytał nagle.

Jego zielone oczy błyszczały niepokojem.

Lupin zastanowił się głęboko, zanim lekko skinął głową.

— Zależy, o co prosisz. Wiesz, że są sprawy, nad którymi nie mam władzy, i rzeczy, których zwyczajnie nie mogę ci ofiarować? — Jego oczy były pełne troski i smutku.

— To nie jest nic takiego. Mam na myśli, że jeśli byś miał to na uwadze i byłbyś ostrożny, to wszystko.

Lupin zamrugał.

— Dobrze. — powiedział powoli — Co takiego mam ci obiecać, Harry?
Gryfon przygryzł wargę.

— Obiecaj, że nie będziesz się ze mnie śmiał. To znaczy, śmianie się ze mną jest w porządku, ale nie jak… Proszę, nie patrz na mnie jakbym był dzieckiem. Chciałbym tylko… żebyś mnie wysłuchał i potraktował mnie poważnie oraz… rozważył to, co powiem. Chcę, żebyś miał na uwadze również moje uczucia i przemyślenia, niezależnie od tego, kogo one dotyczą. Po prostu... traktuj mnie normalnie i posłuchaj, proszę — skończył niezbyt przekonująco.
Zgarbił ramiona i zacisnął mocno ręce na kolanach. Wiedział, że nie miał żadnego prawa, aby o to prosić. Mimo wszystko pamiętał, że Lupin zawsze traktował go poważnie i miał nadzieję, że tym razem również tak będzie.

Remus nie mógł mieć pojęcia, do czego Harry zdążał, ale na pewno przeczuwał, że to coś bardzo ważnego. Widać było, że stara się podejść do tej sytuacji delikatnie. Nigdy nie można być pewnym, w jakim nastroju znajduje się przedstawiciel nastoletniej grupy wiekowej i w związku z tym pewna ostrożność zawsze jest wskazana.

— Oczywiście, Harry — powiedział, kiwając z powagą głową. — Cokolwiek masz do powiedzenia, wiedz, że cię szanuję i każda rozmowa przeprowadzona między nami będzie się opierać na tym szacunku.

To było takie szczere i banalne, takie Lupinowe i Harry uśmiechnął się do niego szeroko. Remus zrelaksował się. Gdyby to był jakiś test, zdałby go celująco.

Uśmiechnął się zachęcająco do swego byłego ucznia.

— I nie kłóć się ze mną — dodał nagle Harry.

— Postaram się. — Zmarszczył brwi i spojrzał na niego poważnie.

Wyglądając na zdeterminowanego, Harry wziął głęboki oddech i Lupin pomyślał, że nigdy jeszcze nie widział, by chłopiec był tak podobny do swego ojca. Gryfon ze świstem wypuścił powietrze.

— Remusie, przepraszam — zaczął. — Wiem, że w tym roku powiedziałem i zrobiłem wiele rzeczy. Okropnych, strasznych i niewybaczalnych. Poczekaj. — Podniósł rękę, nie pozwalając sobie przerwać. — Wiem, co prawdopodobnie powiesz, coś o stresie, żalu i jak każdy sobie z tym radzi. O tym, jak wiele przeszedłem i że żadne dziecko nie powinno tyle przeżyć w tym wieku. Uwierz mi, znam to wszystko na pamięć. Mogę używać tych wymówek, kiedy rozmawiam z Ronem i Hermioną albo z Dumbledore'em, z Tonks i z każdym innym, to bez znaczenia. Ale przecież nie mogę tak tłumaczyć się przed tobą! Przecież przeżyłeś to samo, kiedy Syriusz umarł! Podejrzewam nawet, że przeżyłeś to gorzej, niż ja, bo przecież... no wiesz, to, że myślałeś, że jest tym, który zdradził moich rodziców, a on zrezygnował z bycia Strażnikiem Tajemnic, bo sądził, że ty nim zostaniesz. I… i nawet nie biorąc tego pod uwagę… nie było ci łatwo. Słyszałem, jak kiedyś mówiłeś o swoim dzieciństwie. O tym, jak nie miałeś przyjaciół, bo jesteś wilkołakiem. I jak bolesne są przemiany i jak bardzo bałeś się, że ktoś przez ciebie zginie. Że kogoś zabijesz. Zresztą, nieważne. Chodzi o to, że byłeś tam ze mną, widziałeś, jak ginie, obaj widzieliśmy to wszystko… Troszczyłeś i martwiłeś się o mnie i o innych, jak zawsze. Ja taki nie byłem. I ja… ja naprawdę podziwiam cię za cierpliwość. Byłem tak koszmarnym bachorem, że nie mam pojęcia, jakim cudem udawało ci się panować nad sobą w mojej obecności. Ja bym się dawno uderzył i, szczerze mówiąc, gdybyś mnie trzepnął, to nawet bym nie miał pretensji. Może przynajmniej bym się w końcu zamknął, albo chociaż zaczął mówić z sensem. Zrobiłbym cokolwiek, czego nie robiłem w tamtym czasie. Albo mogłeś poprosić o to Snape'a. Z przyjemnością by się tym zajął.

— Jeśliby kiedykolwiek podniósłby na ciebie rękę, wyrwałbym mu ją i zatłukłbym go na śmierć jego własnym ramieniem — powiedział stanowczo, wzburzony. — Wiem, że rzadko się widujemy i pojawiam się w Hogwarcie tylko w sprawach Zakonu, ale mam nadzieję, że jeśli coś takiego się zdarzy, powiesz mi. Nie uderzył cię, Harry? — kontynuował niespokojnie.
Chłopak potrząsnął stanowczo głową. Remus od razu się uspokoił. Wyglądał na zawstydzonego tym, jak się uniósł.

— Hmm... Nie, nigdy — zaczął mówić Harry. — Nieważne. Przecież wspierałeś mnie, chociaż ze wszystkim zostałeś sam. Ale jeśli kiedykolwiek będziesz chciał porozmawiać o Syriuszu, o tym, co się stało... Jeśli będziesz potrzebował otuchy, albo nawet kogoś, kto cię wysłucha, choćbyś miał krzyczeć… Mam na myśli, że wiem, jak się czujesz. Remusie, nie jesteś sam. Nie boję się ciebie, znam ryzyko, ale nie jestem tak głupi, by prowokować wilkołaka. Na pewno brakuje ci Syriusza i jest ci ciężko, o wiele bardziej niż komukolwiek. Wiem też doskonale to, teoretycznie nie powinno mnie to interesować, ale mimo wszystko... Chętnie cię wysłucham i pomogę w każdy inny sposób. Mam głęboką nadzieję, że ci to pomoże zrozumieć, że nie musisz się mną opiekować. Byłbym wdzięczny, gdybyś potraktował mnie jak dorosłego przez te kilka minut, chociaż wiem, że na to nie zasłużyłem. Byłbym wdzięczny gdybyś, uważał mnie za przyjaciela i zaakceptował moje przeprosiny. Ech… Wybacz mi, nawet jeśli na to nie zasłużyłem.

Spojrzał nieśmiało na Remusa i podał mu rękę, w końcu uważał się za dorosłego. Lupin, którego oczy były podejrzanie błyszczące, przyjął ją i przyciągnął Harry'ego do niedźwiedziego uścisk. Albo wilczego, jak kto woli. W każdym razie, żebra chłopaka uległy mało delikatnemu zmiażdżeniu, a tłumione pomruki wilkołaka wprawiały go w zakłopotanie, ale Harry zrozumiał, że prawdziwy mężczyzna może się czasem zawstydzić.
Remus uśmiechał się do niego promiennie znad filiżanki herbaty.

— Wiesz, wydawało mi się, że jesteś tak bardzo podobny do swojego ojca. Teraz uświadomiłem sobie, że jesteś podobny również do Syriusza i być może odrobinę do mnie. — Kąciki ust uniosły mu się do góry. — Do każdego z nas — dodał. — Właściwie, przypominasz mi Syriusza. Jamesa, oczywiście, też, wygląd robi swoje. Ale kim naprawdę jesteś? Wydaje mi się, że jesteś ulepiony z tej samej gliny co Syriusz. Masz upodobanie do dramatu i bez względu na wszystko chronisz swoich przyjaciół. Syriusz również taki był. Zawsze do przodu, pędził na oślep, jeśli ktoś tylko rzucił mu wyzwanie. I z przyjemnością wysadziłby salę eliksirów.

Po tych słowach Harry uśmiechnął się i wyprostował. Więc miał rację! Po chwili pochylił się z powrotem, chcąc usłyszeć coś więcej od Lupina. Tak rzadko mieli okazję porozmawiać szczerze w cztery oczy i Harry był spragniony każdego najdrobniejszego szczegółu. Obserwował, jak twarz wilkołaka łagodnieje pod wpływem wspomnień.

— Mimo wszystko, jesteś też bardzo podobny do Jamesa. Przede wszystkim z wyglądu, ale nie tylko. Postępujesz słusznie, nawet jeśli wymaga to dużej odwagi. Ja nigdy nie miałem tej cechy. Jesteś pełen zapału, jak my w twoim wieku, i tak samo tego nieświadomy. Dopiero, kiedy przestaliśmy sobie wzajemnie ufać, zrozumiałem, jak silni byliśmy we czwórkę — zatrzymał się, wolno sącząc herbatę.

Był nieobecny duchem.

— Nie jestem tak inteligentny jak ty — powiedział spokojnie Harry. Zastanawiał się, w czym, według Lupina, są podobni. — I nie jestem na tyle opanowany, by przemyśleć wszystko, jak ty to robisz. Nie zawsze wiem, co powiedzieć, gdy ktoś jest zdenerwowany i nie posiadam tyle samokontroli, co ty. Nie jestem w stanie być miły dla osób, które traktują niewłaściwie mnie lub moich przyjaciół. Nie jestem ani dojrzały, ani odpowiedzialny — podkreślił.
Lupin uśmiechnął się, a przy ostatnim stwierdzeniu nieznacznie uniósł brwi.

— Naprawdę tak myślisz? To, co powiedziałeś dzisiaj wieczorem, wymagało dużej dojrzałości. Myślę raczej, że musiałeś to dokładnie przemyśleć i włożyłeś w to spory wysiłek. Mógłbym wskazać wiele różnych sytuacji, kiedy potrafiłeś zachować spokój pomimo presji, jaką odczuwałeś. Masz niskie mniemanie o sobie, Harry. A co do tego, że nie wiesz, co powiedzieć, gdy ktoś jest wytrącony z równowagi, muszę ci po raz kolejny zwrócić uwagę, że bardzo dobrze poradziłeś sobie dzisiaj z taką sytuacją. Z ciężkim sercem myślę, że nie sprawiłem się najlepiej. Po wydarzeniach w Departamencie Tajemnic nie powiedziałem ci jednej ważnej rzeczy - tego, że zrobiłeś wszystko, co mogłeś. Całkowicie się załamałem, a ponieważ nie mogłem wymyślić niczego pocieszającego do powiedzenia, wycofałem się nic nie mówiąc. Obawiam się, że to wszystko źle załatwiłem.

— Nieprawda — zaprotestował ochryple Harry. — Zrobiłeś i powiedziałeś wszystko to, co było konieczne. Paradoksalnie, najbardziej podnosiło mnie na duchu to, że milczałeś. Tak, jakbyś wiedział, że powiedzenie kilku magicznych słów nie sprawi, iż poczuję się lepiej. Zamieszkałeś ze mną i byłeś obok, kiedy zabrakło Syriusza. Udawało ci się być uprzejmym w stosunku do Snape'a. Mam na myśli... jeśli TO nie oznacza, że jesteś urodzonym dyplomatą, to nie wiem co.

Lupin zaśmiał się krótko przy tym stwierdzeniu.

— Widzę, że jesteś również taktowny. Słyszałem także z wiarygodnych źródeł, że jesteś bardzo cierpliwy podczas tłumaczenia.

Harry uśmiechnął się powoli.

— Taaa, mówiono mi, że potrafię uczyć i jestem niezły w Obronie. Umiem zachęć kogoś, a przecież OPCM stosowałem w praktyce. Potrafię także dostosować zajęcia do ludzi, których próbuję uczyć. Chyba wiem, od kogo się tego nauczyłem. — Spojrzał przebiegle na Lupina znad swojej filiżanki herbaty i z rozbawieniem zauważył jego rumieńce.

Wilkołak wyglądał na lekko zakłopotanego, ale również na zadowolonego.

— Cóż... — odchrząknął. — Cieszę się, że mogę powiedzieć, iż nie byłem całkowicie bezużyteczny — powiedział z błyszczącymi oczami. Westchnął i oparł się wygodniej w fotelu. Przez kilka minut obaj siedzieli spokojni i zadowoleni.

— Harry? — zapytał w końcu Lupin.

— Mmm?

— Czy to dlatego mnie odwiedziłeś? By… przeprosić i prawdopodobnie porozmawiać o Syriuszu i innych takich? — Bursztynowe oczy wilkołaka patrzyły na niego przenikliwie, a w jego głosie brzmiało powątpiewanie.

— Eeee… nie, nie do końca — przyznał. — Chciałem z tobą porozmawiać o czymś innym, to naprawdę zwariowana sprawa. — Spojrzał na Remusa iskrzącymi oczami, uśmiechając się do niego pełen samozadowolenia. — Hej! Wiedziałeś od początku, prawda? — krzyknął. — Do końca życia byłbym przekonany, że cała ta rozmowa miała na celu nawiązanie porozumienia, wiesz, emocjonalnego.

— Faktycznie, to było oczyszczające — powiedział, uśmiechając się tajemniczo. —Wiedziałem, że nie przyszedłeś tylko przeprosić, że chodzi o coś ważnego.

— To nie jest naprawdę tak istotna sprawa — wymamrotał Harry. — Nie nazwałbym jej tak. Właściwie muszę stwierdzić, że wcale nie jest ważna — uspokajająco machnął ręką, ale nie patrzył Remusowi w oczy.

— Ach, naprawdę? To nie jest istotna sprawa, ale na tyle ważna byś przez nią nie mógł zasnąć, wyszedł z łóżka o drugiej w nocy i poszedł do swego byłego profesora Obrony Przed Czarną Magią z najbardziej wymownymi przeprosinami, jakimi mogłeś wymyślić, w nadziei, że może podzieli się z tobą swoimi spostrzeżeniami lub przemyśleniami w tej nieistotnej sprawie... Hmm?

W oczach Remusa pojawił się błysk i w tej chwili Harry mógł zobaczyć w nich wilka - nie wilkołaka, ale zwykłego wilka, które jest o wiele inteligentniejszy niż jakikolwiek pies. Dziki w swój naturalny sposób. Przez krótką chwilę Harry miał wrażenie, że te bursztynowe oczy błyszczą do niego, a na twarzy mężczyzny widzi wilczy uśmiech. Gdzieś w tle dostrzegał srebrną końcówkę machającego ogona. Potrząsnął głową i ta wizja odeszła.

— Coś się stało, Harry? — zapytał go Remus.

— Hmm? Och, nie. Nic. To jest to ważne, ale już wiem, że nie powinienem cię z tego powodu budzić.

— Czy nadal chcesz o tym porozmawiać?

— Coś w tym rodzaju. — Spojrzał z niepokojem na Remusa, zastanawiając się, czy nie powinien po prostu pozwolić biedakowi powrócić do spania. — Lupin kiwnął zachęcająco głową i Harry uznał, że dostał pozwolenie na dalsze mówienie. — Ech, Remusie, co byś zrobił… gdybyś chciał się zaprzyjaźnić z kimś, kogo nie zaakceptowaliby twoi przyjaciele? Z kimś, kto cię nie lubi, a może jednak lubi? I nie możesz tego stwierdzić, bo tak naprawdę się nie znacie. Nie jesteś pewien, czy powinieneś próbować go poznać, ponieważ twoi znajomi będą zdenerwowani i nie będą chcieli, byś się z nim zaprzyjaźnił. — Zastanawiał się, jak bardzo skomplikowanie brzmiało to dla Remusa i czy mógł to powiedzieć to prościej, nie dając mylnego wrażenia albo prawdziwego, co byłoby jeszcze gorsze.

— Hmmm… — zamyślił się Remus. — To brzmi identycznie jak to, co czułem do Severusa Snape'a, gdy uczęszczaliśmy do szkoły. – Wziął łyk herbaty, zamknął oczy i dzięki temu nie zauważył, że Harry zadławił się własnym językiem. Chłopak zapanował jednak nad sobą, zanim Lupin ponownie na niego spojrzał. — Tak naprawdę go lubiłem, ale Syriusz i James nie. Był bardzo inteligentny i w pewien sposób całkiem zabawny z tym swoim jadowitym językiem. Absolutnie mnie nie odstraszał, przynajmniej zanim nie nastąpił ten incydent w Wrzeszczącej Chacie. W poprzednich latach raczej mógłbym nazwać go przyjacielem, ale nigdy nie przeciwstawiłbym się w tym względzie twojemu ojcu i Syriuszowi. Obawiam się, że byłem zależny od ich przyjaźni i nie chciałem jej ryzykować. Starałem się być miły, chociaż jestem pewien, że nie doceniał tego. Ale czemu miałby to robić? — westchnął. — Biorąc pod uwagę, że nie byłem dobrym przyjacielem, nie takim jak dla Syriusza i Jamesa... no wiesz. Ale okazjonalnie z nami walczył, a czasami nawet dawał wsparcie. Tak jak wtedy, gdy Syriusz złapał go z Hue na modyfikacji czaru Squerpulus Evanescium. Myślę, że właśnie to zaklęcie sprawiło, że przez niemal cały miesiąc świecił w ciemnościach na fioletowo… Wtedy odwrócił się i wylał na nas Eliksir Uwielbienia, który jest tak samo niebezpieczny jak Eliksir Miłosny. James i Syriusz chodzili za nim przez dwa tygodnie głosząc, że jest następnym Mesjaszem i… — Remus mówił dalej, ale Harry starał się go nie słyszeć.

— Hmmm — odpowiedział, chcąc i nie chcąc jednocześnie to wiedzieć. Mógł zrozumieć, dlaczego Snape nie chciał, żeby ludzie się tym interesowali. Ciężko pracował, by spostrzegano go jako kogoś imponującego, potrafiącego zastraszyć. Starał się, by ludzie zapomnieli, że kiedykolwiek go tak traktowano. Byłby zdenerwowany, a nie używając eufemizmu, byłby „wkurwiony", gdyby wiedział, że Harry słyszał o tym wszystkim. — Nie miał żadnych przyjaciół? — przerwał wilkołakowi.

Remus wzruszył ramionami.

— Miał, kilku. Wszyscy byli Mrocznymi Czarodziejami i stali się w końcu śmierciożercami. Taki rodzaj ludzi jest mało lojalny w porównaniu do Syriusza lub Jamesa. Mogli mu pomóc uknuć kilka mściwych podstępów, ale nigdy nie zrobiliby czegoś, co mogłoby zwrócić na nich uwagę. Przypominam sobie, że Rosier od czasu do czasu rzucał złośliwą uwagę, ale nigdy nie stanął w obronie Snape'a.

— Och — powiedział cicho, ciągnąc za nieistniejącą nić wystającą z rękawa. — A dziewczyny? Takie, które miały pomalowane czarną szminką usta, zbyt dużo cienia na oczach i piorunowały wszystkich wzrokiem?

Remus roześmiał się na to.

— Przekonasz się, że w rzeczywistości Świat Czarodziei nie podąża za nowymi trendami, mimo postępów w innych dziedzinach. I nie sądzę, by Snape był kiedykolwiek kimś zainteresowany. On zawsze bardziej interesował się nauką. O ile mogę powiedzieć, miał czas jedynie na książki, klątwy i eliksiry. To były jedyne rzeczy, którym się poświęcał. W każdym razie przyszedłeś tutaj, by porozmawiać o tym, jak zostać potencjalnym przyjacielem, a nie o Severusie.

Harry pochylił szybko głowę, mając nadzieję, że zdradliwe gorąco zniknie z jego twarzy. Nie był jeszcze na to gotowy. Na szczęście Lupin wciąż mówił, pozornie nieświadomy jego dyskomfortu.

— Myślę, że ze względu na moje doświadczenie ze Snapem, mogę ci udzielić pewnej rady. Nie zważaj na to, co inni mówią i nie pozwól, by oni decydowali za ciebie. Jeśli Hermiona i Ron są dobrymi przyjaciółmi, a myślę że są, to zrozumieją, gdy im powiesz, że nie muszą lubić tej osoby, ale że ty ją darzysz sympatią. I powinni to zaakceptować. Postaw na swoim, Harry. Jesteś w tym dobry. Ta osoba może nie będzie chciała się zaprzyjaźnić, ale wysiłek włożony w to, by się tak stało, jest tego wart. Przyjaciele są bardzo cenni, Harry. Myślę, że ty i ja doskonale teraz wiemy, że prawdziwie dobry przyjaciel nigdy nie może być brany za pewnik. — Gryfon skinął ze zrozumieniem głową. Przez dłuższy moment uśmiechali się do siebie ze smutkiem. — Czas spędzony z kimś, kogo lubisz, jest naprawdę bezcenny. Czy ci to pomogło?

— Tak. Masz absolutną rację. Jak zawsze. — Harry odwzajemnił uśmiech — Nie wiem, jak inni zareagują, nawet jak ja zareaguję, ale i tak chciałbym spróbować. Będę działać powoli i ostrożnie. Nie będę nikomu narzucać swojego towarzystwa. — Zmarszczył nos. — Przynajmniej postaram się nie robić tego w przyszłości.

Czyli ponownie wysadzanie laboratorium, by zostać sam na sam, nie wchodzi w grę.

Lupin zaśmiał się, myśląc, że ten mówi o nim.

—Nie martw się, Harry. Jestem bardzo zadowolony, że przyszedłeś do mnie dzisiaj. Doceniam to… naprawdę… zrobiłeś dla mnie tak wiele dzisiaj, czego ja nigdy nie zrobiłem dla ciebie. Pamiętaj, że kiedy jestem w Hogwarcie, możesz do mnie przyjść o każdej porze. Nie jestem zdenerwowany, że odwiedziłeś mnie o tak późnej porze. Tak naprawdę jestem zaszczycony, że zaufałeś mi i zaoferowałeś przyjaźń.

Harry machnął dłonią w geście: „To nic takiego".

— Cóż... — Wstał, przeciągając się w długim ziewnięciu. — Myślę, że będzie lepiej, jeśli wrócę do łóżka. Będę jutro całkowicie bezużyteczny. — Spojrzał na Lupina, zastanawiając się, czy dostanie jakiś wykład na ten temat, ale wilkołak stłumił jedynie chichot.

— Dobrze ci tak. Być na nogach o tak późnej godzinie, męcząc starszych – nie znasz litości. — Również ziewnął. — Wyjeżdżam jutro po południu, więc jeśli będziesz mnie potrzebował rano, nie krepuj się i przyjdź. — Odprowadził Harry'ego do drzwi. — Wrócę jednak w ciągu kilku tygodni i wtedy będę do twej dyspozycji.

Gryfon wciągnął na siebie pelerynę niewidkę, zostawiając widoczną jedynie rękę, by się pożegnać. Uśmiechając się do siebie, wyszedł. Wyobrażał sobie wilkołaka, liczącego owce, i siebie samego, liczącego wilkołaki. Był pewien, że on i Remus będą teraz spać o wiele lepiej.

PS: Szukam bety do Możemy być radioaktywni

PS2: Zapraszam do zajrzenia na forum .com