Rozdział 8: Nie ma niczego złego w strachu (jako afrodyzjaku)

Harry spał tej nocy tak głęboko, że był zaskoczony, iż w ogóle się obudził. Niestety wstał później niż powinien i musiał się pośpieszyć, by zdążyć do wielkiej Sali na śniadanie. Tym razem był przynajmniej na tyle ostrożny, by założyć własne szaty.

— O co chodzi, Harry? — zapytał go Seamus. — Jesteś tak zniewieściały, że nie masz wystarczająco odwagi, by przyjść i przyznać się otwarcie, że jesteś pedałem? — Nastolatek skrzywił się na to pytanie, a Finnigan roześmiał się.

Podczas śniadania Harry przypomniał sobie, że zdobył zgodę Snape'a na to, by Ron i Hermiona przyszli na ich następne spotkanie.

— Pamiętasz jak ci powiedziałem, że coś wykombinuję w sprawie szlabanów? — zapytał Rona. — Tak więc poprosiłem Snape'a, by mnie uczył Obrony Przed Czarną Magią, a on wyraził zgodę. I po długim błaganiu i jęczeniu namówiłem go, byś ty również mógł w tym uczestniczyć. Zatem dziś wieczorem możesz pójść ze mną i nie przychodzić już więcej na szlabany z Filchem.

Ron nie docenił tego, co osiągnął Harry.

— Niech to diabli, Harry! To coś gorszego niż wcześniejszy szlaban! Co on z nami zrobi?! — krzyczał z szeroko otwartymi oczami. Przyjaciel musiał chwycić go za ramię i potrząsnąć, każąc się uspokoić.

— Nie mów tak! — nakazał mu ściszonym głosem. — Snape właśnie na nas patrzy! Musimy go przekonać, że jesteśmy wystarczająco dojrzali aby sobie z tym poradzić, bo inaczej czeka nas prosta droga do naszych poprzednich szlabanów. Nie rozumiesz tego? — Argumentował Harry.

W końcu, zrezygnowany, wyprowadził przyjaciół z Wielkiej Sali do pustego korytarza. Spoglądał na jednego to na drugiego. Nawet Hermiona przyglądała mu się z zaniepokojeniem, tak jakby zgodził się do udziału w „101 sposób na utrzymanie głowy w paszczy smoka" albo „Jedzenie ognia dla przyjemności i zysku".

— Proszę was. Nie możemy liczyć na inną możliwość nauczenia się tego wszystkiego, co powinniśmy wiedzieć.

— To prawda. — Hermiona przyznała mu rację. W oczach miała głód wiedzy. — Tak naprawdę nie wiemy, czego nie umiemy ani jak możemy uzupełnić nasze braki. Nie wiemy, jakiej wiedzy potrzebujemy, a co wiemy, i czy potrafimy to wykorzystać… Nie wiemy…

— Dziękuję, Hermiono. — Przerwał jej, rozdarty między wdzięcznością a irytacją. — Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. Posłuchaj, Ron. — Zwrócił się do swego najlepszego przyjaciela chcąc, by również zrozumiał. — Już wcześniej sprowadziłem na was niebezpieczeństwo. Byłeś z mojego powodu ranny. Inni przeze mnie zginęli. Nie mogę… Nie przeżyłbym, gdyby coś wam się stało z mojego powodu. — Przerwał, odwracając się. Ku jego zaskoczeniu, Ron chwycił go za ramię i szarpnął go tak, że z powrotem patrzył mu w oczy.

Nie waż się tak mówić. — Upomniał go z wściekłością w niebieskich oczach. — Szlag, Harry, to nie twoja wina! Byłeś tam, to prawda. Tak, podjąłeś decyzje. Każdy to zrobił. Dokonałeś tylko najlepszego możliwego wyboru, z wszystkimi jego konsekwencjami, jakie w tym czasie były możliwe. Zrobiłeś wszystko, co w twojej mocy, kumplu. — Uścisnął ramię Harry'ego. — Myślę, że większość osób zrobiłaby to samo. — Wytrącony z równowagi obserwował, jak w oczach przyjaciela pojawiają się łzy. — Teraz nie… — Zakłopotany pocieszał go. Ron spojrzał na Hermionę, niemo prosząc ją o pomoc. — To jest tylko… Och, przestań. To najgorsza rzecz, jaką możesz zrobić.

— Ron, nie bądź takim durniem — powiedziała Hermiona, wywracając oczami. — To jest dokładnie to, czego Harry w tej chwili potrzebuje. Chodź tutaj. — rozkazała mu takim władczym tonem, że Harry nie był zbytnio zaskoczony, kiedy jego twarz skryła się w jej ramieniu i włosach bez udziału świadomości. Jego ciałem strząsnął cichy szloch. — Tak, właśnie tak — wyszeptała, posyłając Ronowi krótkie i gniewne spojrzenie. — Pozwól temu wszystkiemu wyjść na zewnątrz.

—Na Merlina — wymamrotał Ron. — Rozpieszczasz go, wiesz? Jeśli stanie się zniewieściały, to będzie tylko twoja wina! Harry potrzebuje tylko trochę świeżego powietrza i być może kilku magazynów Play Wizard1. Z pewnością Fred i George mają jakieś. Wyślę do nich sowę.

Harry w tym momencie zaśmiał się. Uwolnił się z objęć Hermiony i szybko wytarł twarz rękawem.

— Dziękuję. — podziękował im ściszonym głosem. Był zakłopotany tak jak i Ron, ale uważał, że zbyt długo są przyjaciółmi, by czuć się niewygodnie przez coś takiego. — Więc przyjdziesz? — Starał się nie wyglądać na zdesperowanego, ale był pewien, że przyjaciele dostrzegają to na jego twarzy.

— Oczywiście że przyjdziemy, Harry. — Oczekiwał tak stanowczej odpowiedzi od Hermiony, która radziła sobie o wiele lepiej z emocjami, ale nie spodziewał się takich słów od Rona. Uśmiechnął się niepewnie do przyjaciela, który pokręcił głową i oddał uśmiech przepełniony dezaprobatą. — I nie mów, że jesteś coś nam winny. Naprawdę nie lubię twego sposobu spłacania długów.

Harry wydał z siebie zdławiony chichot, dziękując losowi, że tym razem przyjaciel tak łatwo mu wybaczył. Przypuszczał, że nie powinien być tak bardzo zaskoczony. Ron był dobrym kumplem i ich przyjaźń przetrwała najróżniejsze walki, lęki i jego sławę, trolla, zadania oraz najróżniejsze przerażające sytuacje. Teraz mogą stanąć przed ostateczną próbą. Teraz zobaczą, czy ich przyjaźń zniesie Severusa Snape'a.

Cała trójka weszła do sali transmutacji. Zachowywali się potulnie, ale każdy z nich był kłębkiem nerwów. Wcześniej Harry poprosił Rona, by nie zachowywał się ordynarnie i dał szansę mistrzowi eliksirów. Chłopak zgodził się na to, ale niezbyt chętnie. Hermiona zachowywała się jak ich strażnik, czyli tak jak zazwyczaj, ale robiła to w imieniu wiedzy, więc różnica była zasadnicza.

Snape stał przy biurku (lepsze to, niż straszenie z przodu klasy) z nieprzeniknioną miną i błyszczącymi oczami. W ciszy wskazał im trzy miejsca przeniesione na środek klasy. Zajęli je nieco niepewnie. Na blatach leżały kawałki pergaminów, zapisane starannym pismem profesora, aż do samego końca, gdzie było umieszczone duże „X" w miejscu, gdzie mieli złożyć swój podpis. Ron i Hermiona wymienili między sobą zaniepokojone spojrzenie. Harry przejrzał szybko tekst i uznając, że wszystko wydaje się prawidłowe, złożył na pergaminie swój podpis, kończąc go rozległym zawijasem. Skończywszy, posłał przyjaciołom naglące spojrzenie.

— Rzuciłem na klasę zaklęcie wyciszające, zatem możemy rozmawiać swobodnie. — powiedział, wykonując odpowiednie ruchy różdżką. — Jakieś zastrzeżenia? — Nikt nie odpowiedział. Zaplanowanym ruchem odwrócił się przodem do nich. — Przypuszczam, że zastanawiacie się, czemu kazałem wam to podpisać. — Zrobił głęboki wdech, zamykając oczy i powstrzymując się by nimi nie wywrócić. — Tak, panno Granger?

Hermiona, której ręka podniosła się nim profesor skończył zaklęcie, prędko zatrajkotała:

— Sir, jest kilka zaklęć na tej umowie, które rozpoznaje. Są nimi Consentius Oblivatum2 i Fidelus Oath3 lub inne ich wersje i co najmniej dwa Tacitonium Persuedi oraz…

— I jaki z tego wniosek, panno Granger? — Snape przyglądał się jej dokładnie, tupiąc stopą. Odkąd weszli, ani razu nie spojrzał na Harry'ego.

— Ach… tylko się zastanawiam. Mam na myśli, że są to silne zaklęcia, a ja nienawidzę podpisywać umów z których nie mogłabym się wycofać… — Dziewczyna nieznacznie się zarumieniła, ale nie zmieniła swojej postawy — i okazuje się, że większość umieszczonych tutaj zaklęć właśnie to powoduje. Zobowiązuje do wykonania umowy.

Snape przypatrywał się jej przez chwilę, jakby rozważając jej słowa.

— Oczywiście to robią. Mógłbym faktycznie stracić pracę przez to nieprawdopodobne porozumienie. Ledwie byłem gotowy to zrobić bez zapewnienia ochrony własnej osoby. W pewien sposób nie byłbym zdolny to zrobić bez szczególnego powodu do tego. Potter, właśnie przed chwilą, zgodził się podpisać umowę bez żadnego pytania. Jeżeli jest to coś, co twój ukochany Złoty Chłopiec może zaakceptować, dlaczego uważasz to za tak uciążliwe?

Harry rozpromienił się, upajając się rzadką i niespodziewaną pochwałą. Snape powiedział coś pochlebnego na jego temat. Czuł się tak, jakby został zanurzony w kadzi pełnej ciepłego, wysokoprocentowego miodu pitnego. Musiał przygryźć wargi, by się nie szczerzyć.

Hermiona odchrząknęła, unikając patrzenia w oczy przyjacielowi.

— Ponieważ czasami Harry kieruje się sercem, a nie głową. — odpowiedziała skruszonym tonem. — A także jeden z warunków umowy stanowi, że wyrażamy zgodę na wymazanie pamięci, byś mógł zachować dyskrecję. — Przygryzła wargę, a Rona zatkało.

Harry wpatrywał się w dziewczynę. Jak ona mogła powiedzieć coś takiego o nim? A w umowie… cóż… Snape nie umieściłby tego bez dobrego powodu, prawda?

Ron był wściekły, ale nic nie powiedział. Profesor wpatrywał się przez pewien czas w dziewczynę, jakby ta była szczególnym, dziwnym rodzajem nowego eliksiru, który starał się zapamiętać. Harry spojrzał na niego i dostrzegł, że ręce mężczyzny drżą nieznacznie. Czyżby był zdenerwowany? Nie, Severus Snape nigdy nie był zdenerwowany. Czyżby wypił miksturę z niepożądanymi efektami ubocznymi? To było bardziej w stylu Snape'a. Z ciekawością oczekiwał na werdykt mistrza eliksirów.

— Właściwe spostrzeżenie, panno Granger. Pięć punktów dla Gryffindoru. — Odwróciwszy się, podszedł do tablicy, gdzie napisał „Oklumencja, Legilimencja" i „Consentius Oblivatum".

Harry zatoczył się. Snape przydzielił właśnie punkty Gryffindorowi! Snape dał punkty Hermionie! To było… okropne? Ponieważ obdarzył uwagą Hermionę, a nie jego? Jeżeli Harry chciał tego typu uwagi, to może na nią zapracować. Nie miał prawa być zazdrosny o dziewczynę, która była jedną z jego najlepszych przyjaciół. Po prostu robiła to, co zawsze. Powinien ją wspierać. Dlaczego więc czuł potrzebę podejścia, brutalnego szarpnięcia ją za włosy i spytania „Co to miało znaczyć?". Harry stłumił to pragnienie i zmusił się do skupienia na Snape'ie.

— Te wszystkie słowa są ze sobą powiązane. Nie mam wątpliwości, że panna Granger już je odnalazła i Potter również powinien to wiedzieć, biorąc pod uwagę jego doświadczenie, chociaż szczerze w to wątpię. Weasley! Co oznaczają te określenia i jak są ze sobą połączone?

Ron, którego rozłożono na łopatki, zamrugał parokrotnie.

— Hm… Dobrze. Harry miał z tobą lekcje Oklumencji z powodu snów, które miał. Dumbledore myślał, że Sam-Wiesz-Kto, próbuje się dostać do jego głowy. To miało go powstrzymać. I Legilimencja jest czymś, co używałeś, by dostać się do umysłu Harry'ego. Zgaduję więc, że ostatni, Consentius Oblivatum, tak jest tu napisane? Domyślam się więc, że ma powstrzymać kogoś przed wchodzeniem komuś do głowy lub pozwolić komuś wejść do czyjeś głowy. W każdym razie ma robić coś z głową.

Snape oblizał wargi.

— Ehem. Tak więc poza niesamowicie i porażająco niepoprawną wymową Consentius Oblivatum, jaką kiedykolwiek do tej pory słyszałem, to był… logiczny ciąg myślowy. Niewątpliwie jest to myśl trywialna i daleka od tego, czego będę oczekiwał od ciebie jeśli rzeczywiście postanowimy kontynuować te… wstrętne spotkania. Niemniej jednak była to pewna myśl i dlatego uważam, że mogę oczekiwać czegoś więcej. Potter, możesz kontynuować rozważania pana Wesleya aż do końcowego wniosku? – jedna z jego brwi uniosła się kpiąco, jakby wiedział, że Harry nie będzie wstanie dojść do wartościowego wniosku.

Harry zaczął obficie się pocić. Jego pierwszy prawdziwy test. Pierwsza szansa by udowodnić profesorowi, że nie jest aż takim idiotą. Nie pomagało mu, że Hermiona ledwo mogła usiedzieć spokojnie chcąc udzielić odpowiedzi.

— Um… — powiedział, zmuszając jego nagle wyschnięte usta do pracy. — Cóż, jeśli chodzi o Obliviate, jest to czar wymazujący pamięć. Wydaje mi się, że nazwa jest podobna do Consentius Oblivatum, więc mamy do czynienia z czymś, co usuwa pamięć. Ech, tak powiedziała Hermiona.

— A wniosek, panie Potter? — Drążył dalej Snape, nie dając żadnej wskazówki, czy wypowiedź Harry'ego była prawidłowa.

— Nie… jestem pewny. — odpowiedział ostrożnie.

— Zgadnij.

Oczy Snape'a błyszczały szaleńczo, przez co Harry był odrobinę wytrącony z równowagi. Mężczyzna wyglądał jak szukający, który dostrzegł znicz i nie chcę wykonywać żadnych gwałtownych ruchów w jego stronę, by nie przyciągnąć uwagi drugiego szukającego.

— To brzmi jak zgoda, tak… Przypuszczam, że to oznacza coś w rodzaju… obopólnej zgody na wymazanie wspomnień? — Przygryzając wargę, wbił swoje błyszczące, pełne nadziei oczy w nauczyciela.

Snape prędko uciekł spojrzeniem.

— Zgadzacie się mieć usuniętą pamięć tylko po to, by uczyć się oklumencji i być narażonym na legilimencję? Hmm?

— Cóż, w pewnych momentach Voldemort może wejść do mojego umysłu i mogą istnieć pewne rzeczy, o których nie powinien się dowiedzieć. Jeśli poznanie przez kogoś tych wspomnień byłoby… naprawdę niebezpieczne, to może lepiej, żebym je stracił i dzięki temu uniemożliwiłbym dostęp do nich.

Snape kiwnął lekko głową.

— Voldemort faktycznie jest mistrzem legilimencji. Nie sądzę, byś go kiedykolwiek spotkał… ponownie. A jeśli istnieje możliwość, że ta niefortunna okoliczność się powtórzy, to zrobię wszystko, byś był na to przygotowany. Nie podoba mi się, że jesteś taki pewien… swoich myśli.

— Martwisz się, że ujawnimy twoją rolę jako szpiega. — Z powagą zauważyła Hermiona.

Harry poczuł wywnętrzy uścisk i szarpniecie w umyśle. Nie były to wspomnienia, a raczej myśli. Pojawiały się na krótki moment i znikały w odmętach jego podświadomości zanim mógł je zanalizować oraz rozpoznać.

— My. Ty. To mogłoby sprowadzić na ciebie wiele niebezpieczeństw. — Uświadomił sobie Harry.

Być może dlatego Dumbledore nie chciał powierzyć mu posady nauczyciela Obrony. Jak mógłby uczyć wszystkie grupy tak, by Voldemort się nie dowidział? Nawet samotne przebywanie z nimi w klasie może później sprowadzić na niego niebezpieczeństwo. Z powodu jego wspomnień, naszych wspomnień…

Harry powiedział głośno:

— Nie sądzę, byśmy mogli to zrobić. To znaczy… Myślę, że popełniłem błąd. To był zły pomysł. – żołądek ścisnął mu się nieprzyjemnie, a inne wszystkie ważne organy podjechały do gardła. Zacisnął usta czując nadchodzące mdłości.

— Z pewnością nie jest to twój pierwszy raz — odpowiedział Snape, a jedna z jego brwi uniosła się w bardzo dobrze znanym Harry'emu geście.

Co będzie jeśli Voldemort odkryje, że Snape im pomaga, i go za to zabije? Gdyby Snape udał się na spotkanie Śmierciożerców i nie wrócił? Jakby to było, gdyby miał świadomość, że on już nigdy nie wróci? Że nigdy nie zobaczy brwi uniesionej tak, jak teraz? Nagle cały świat wywrócił się do góry nogami, a Harry odkrył, że nie może oddychać, żołądek bolał go coraz bardziej. Opadł na siedzenie i pochylił się. Serce waliło mu szybko, a on sam zsunął się z krzesła.

— Harry? Co się dzieje? — Niewyraźnie, przez ogłuszające bicie swojego serca, słyszał Rona i Hermionę.

Ledwo czuł podłogę, na której leżał. Wszystko wydawało się nieistotne, tak jakby był poza swoim ciałem i nie mógł wrócić. Czyżby umierał? Tak właśnie wyobrażał sobie śmierć. Wciąż mógł usłyszeć wzburzoną dyskusję przyjaciół, aż tu donośny, odprężający głos Snape'a dotarł do niego, uspakajając.

Jeszcze nie umarł. Wciąż tu jest. Żyje. Nie zabiłem go.

— Myślę, że ma atak! — powiedziała Hermiona, pocierając jak szalona jego dłonie. — Wystarczy spojrzeć, jak blady jest.

— To może być Vol… On! — wykrztusił Ron, patrząc zaniepokojeniem na profesora. — Właśnie o Nim rozmawialiśmy. Usłyszał to i siedzi teraz w głowie Harry'ego! To On powoduje, że Harry źle się czuje!

— Uspokójcie się — nakazał Snape, dusząc w zarodku ich rosnącą panikę. — Ma tylko atak paniki. Pod względem fizycznym nic mu nie dolega. Jego umysł po prostu twierdzi inaczej i przekonuje jego ciało, by uwierzyło w to kłamstwo. — Położył dłoń na karku Harry'ego pomagając mu przyjąć pozycję siedzącą. — Głowa między kolanami. — Polecił szorstko. — Posłuchaj mnie, Harry. Skoncentruj się na moim głosie. Rób to co mówię. Wdech, wydech. Wdech, a teraz wypuść powietrze. — Mówił spokojnie, niezbyt łagodnie, bo mimo wszystko był Snape'em, ale skutek był taki sam. Harry próbował ustabilizować wdechy i wydechy. Z całych sił starał się dopasować oddech to tempa głosu profesora. Jego serce wciąż boleśnie waliło i obawiał się, że może mieć atak serca. — Harry — powiedział ostro mistrz eliksirów. — Chwycił brodę młodzieńca, unieruchamiając mu głowę, tak by ten nie mógł spuścić swoich szmaragdowych oczu, które były szeroko rozwarte z przerażenia. — Kontroluj to. — powiedział z delikatnym nakazem. — Wdech i wydech.

Hermiona głaskała kulistymi ruchami jego plecy, a Ron trzymał prawą dłoń. Palce Snape'a na brodzie Harry'ego były ciepłe. To było dobre. Mógł je zobaczyć. Czuł je. Mimo wszystko nie opuścił swego ciała. Stopniowo jego serce zwalniało i mógł stwierdzić, że oddech wraca do normy. Zamknął oczy i przełknął, rozkoszując się doznaniem twardej podłogi pod dłonią i monotonnego gestu Hermiony, który wykonywała przed jego powrotem do normalności. Nadal czuł mocny, wręcz bolesny uścisk Rona i rękę Snape'a, która już nie przekrzywiała głowę a po prostu przytrzymywała kontakt, niemal przykrywając brodę Harry'ego. Otworzył powoli oczy, spoglądając do góry na profesora. Gryfon przełknął ponownie, czując jak jego serce przestaje bić, by następnie znowu przyśpieszyć. Harry przechylił odrobinę głowę i pochylił się do przodu. Ich wargi się spotkały. Młody czarodziej poczuł jak nieubłagane ciepło ponownie rośnie mu w piersi.

Profesor stanął szybko i cofnął się. Mężczyzna nic nie powiedział, a rysy twarzy jego były surowe i niewzruszone jak zawsze. Z wyjątkiem dotyku nie było w jego zachowaniu nic delikatnego. W rzeczywistości wyglądał na prawie rozgniewanego, że Harry odważył się na takie niezdyscyplinowanie. Pomiędzy jego brwiami pojawiła się zmarszczka, a oczy były niespokojne.

— Być może miałeś rację, panie Potter. Utrzymanie tego przedsięwzięcia byłoby najbardziej nierozsądne.

— Nie! — krzyknął Harry, zaskakując ich wszystkich. — Mam na myśli, że nie. Nie z tego powodu. Jeśli nie chcesz tego robić, to najlepiej zrezygnuj ponieważ martwisz się o swoje bezpieczeństwo, a nie dlatego, że ja jestem na to zbyt delikatny. W porządku? — Uniósł brew, posyłając profesorowi wyzywające spojrzenie. Ron chwycił go pod ramię i pomógł mu wstać. Snape ponownie wskazał ich wcześniejsze miejsca. — Chcę to zrobić. — powiedział spokojnie Harry. — Ale nie jestem wstanie zapłacić za to życiem Snape'a.

Mistrz eliksirów westchnął.

— Panie Potter, już dawno pogodziłem się z faktem, że prawdopodobnie nie dożyje ostatecznej klęski Voldemorta. Jestem szpiegiem. Jest to zawód, który ciągnie za sobą pewne… zagrożenia dla życia. Pomimo tego nie jestem żadnym posłusznym pieskiem ani żadnym głupim bohaterem. Chciałbym w dalszym ciągu żyć, tak długo jak to możliwe. Nie podejmuję niepotrzebnego ryzyka. Dlatego wymyśliłem, żeby związać waszą trójkę umową. Czułem, że jest to niezbędne. — Spojrzał na Harry'ego, mówiąc: — Jest możliwe, że pewne obawy przeszły ze mnie na ciebie. Sądziłem, że podjęte przeze mnie środki ostrożności są wystarczające, ale teraz… myślę, że to nie tylko ja podejmuje ryzyko. — Słowa były łagodne, ale głos surowy.

— W każdym razie to jest właśnie mój problem — powiedział gorzko Gryfon. — Chwytam się ciebie, bo jesteś w tym dłużej ode mnie i nie utonąłeś. Jesteś dla mnie kołem ratunkowym, nie ciężarem. Nie jesteś żadnym zagrożeniem.

— Tak, ale… — wtrącił Ron — To silnie wiążący kontrakt. To daje mu ogromną ilość władzy.

— Prawdę mówiąc, nawet ja nie czuję się z tym zbyt wygodnie. — Dodała Hermiona. Zwróciła się do profesora z sugestią. — Czy nie możemy… jej odrobinę dostosować? Zmienić tak, że… wprowadzimy rozsądne ograniczenia pozwalające ci na wyczyszczenie naszej pamięci? Moglibyśmy ustalić, że jeżeli tylko istnieje poważne niebezpieczeństwo zagrażające zdrowiu lub gdy zobaczysz, że sytuacja wymaga całkowitego wymazania naszych wspomnień, masz do tego prawo.

Mężczyzna nie wyglądał na zadowolonego, ale mógłby to rozważyć, gdyby Harry nie interweniował.

— Nie. — powiedział z przekonaniem. — Nie możemy stawiać w ten sposób ograniczeń. Musimy mu zaufać. Nie możemy powiedzieć, „zrób to tylko jeśli to się stanie" lub „jedynie, gdy uważasz" albo „tylko w przypadku, jeśli to nastąpi". Musimy mu zaufać.

— Ale dlaczego, Harry? — szeptał uparcie Ron. — To Snape. Nie pamiętasz? Dlaczego powinniśmy mu zaufać? On nas nienawidzi!

— Ponieważ musimy — odpowiedział krótko — Ponieważ jest dorosły i patrzy dalej niż my. Posiada - jak to mówił Lupin? - perspektywy. Rozważa i rozważa perspektywy. Znaczy to, że rozważy sytuację pod każdym kątem i zobaczy to, czego my nie dostrzegamy. Ponieważ był śmierciożercą, szpiegiem, członkiem Zakonu, niemal aurorem. Był każdym z nich i wciąż żyje. Posiada wyostrzone instynkty. Musi postępować zgodnie z nimi. I jest Snapem. Nie możesz oczekiwać, że będzie się nam tłumaczył. Taki właśnie jest. Myślę, że to jest właściwe.

Ron westchnął głęboko i odwrócił się do Hermiony.

— Cóż, teraz wszystko zależy od ciebie — stwierdził — Harry przekształcił się w narowistego wariata i podpisał cyrograf Snape'a, oddając duszę diabłu. Wciąż uważam, że masz największe udziały w fabryce rozsądku, więc coś im powiedz.

Hermiona była spokojna, gdy odpowiadała.

— Myślę, że powinniśmy to zrobić dla Harry'ego, jeśli nie dla nas samych.

— Co?! — krzyknął oniemiały Ron. — Na Merlina… Jak możesz… Właśnie, znowu to zrobiłaś! Tak jak wtedy z wysadzeniem Sali od eliksirów! Miałaś mu to wyperswadować. Potrzebujesz, żebym ponownie wyjaśnił twoją rolę? – wyrzucił ręce w powietrze – Świetnie! Dobra, jesteś razem z tymi wariatami, to po prostu wspaniałe. Zgodzę się z tobą, by zobaczyć czy będziesz wstanie zminimalizować szkody tego, co robisz. Gdzie jest pióro?

Snape wręczył mu je, patrząc groźne.

— Pańskie pióro, panie Weasley. Mogę również dodać, że następnym razem, gdy któryś z was, niewdzięcznicy, zwróci się do mnie nieodpowiednio, będzie cierpiał z powodu niewypowiedzianego nieszczęścia oraz straszliwego bólu fizycznego. Nie rozważaj ponownego przerywania mi. – powiedział przez zaciśnięte zęby. — Jeśli nie chcesz mnie tytułować Profesorem, to zwracaj się do mnie „Mistrzu".

Mężczyzna wyprostował się do pełnej wysokości. Spoglądał na nich z góry, wykorzystując swoją mroczną i imponującą sylwetkę. Skrzyżował ręce na klatce piersiowej i posłał w ich stronę piorunujące spojrzenie spod kurtyny czarnych włosów. Harry pomyślał, że nawet Voldemort za żadne skarby świata nie chciałby wejść teraz Snape'owi w drogę. Od tego człowieka jak od piorunu lub tsunami, albo aktywnego wulkanu, biła pierwotna moc i po prostu czekał, by skierować ją na pechowca, który mu się nawinie. To sprawiło, że Harry czuł się oniemiały, miał spocone dłonie i drżące nogi. I oczywiście to wszystko sprowadzało się do grozy. Czystego, niczym niezmąconego lęku, przez który drżysz, płaszczysz się, rumienisz się i robisz z siebie kompletnego głupka. Lęk. Tak, to było właśnie to.

Ron i Hermiona, nadal niezadowoleni, umieścili na pergaminach swoje podpisy. Jak tylko skończyli, wszystkie trzy kontrakty stanęły w błękitnych płomieniach, zmieniając się szybko w popiół. Gryfoni smętnie patrzyli na małe kupki sadzy, które kiedyś były ich ostatnim aktem wolnej woli.

— Um… Profesorze? — zapytała drżącym głosem Hermiona. — Co by pan zrobił, gdybyśmy nie zgodzili się podpisać tych kontraktów? Gdybyśmy nie wyrazili zgody na wymazanie pamięci? To znaczy, odkąd wiedzielibyśmy wystarczająco dużo i moglibyśmy to wydać…

Zamilkła, gdy ujrzała ściekły wyraz twarzy Snape'a.

— Co sobie wyobrażasz, tępa dziewczyno? Wyczyściłbym twój umysł siłą, a następnie wysłał z powrotem do pokoju z brakującymi wspomnieniami z dzisiejszego wieczoru. I nigdy nie przypomniałabyś sobie wystarczająco dużo, by zastanawiać się dlaczego.

— To…! T-to podłe!— krzyknął Ron, którego twarz miała taki sam kolor jak jego włosy.

— Ale praktyczne. — zauważyła bystro Hermiona, wzdychając.

— Oraz… pomyślał o tym wcześniej. — zauważył Harry. — Przynajmniej miał plan. My zazwyczaj go nie posiadamy. Potrzebujemy tego rodzaju przewidywań.

— Co? — Nie dowierzał Ron. — Po tym, wy dwoje tylko… Nie mogę. Wy… Ja… Aaaaah! — ryknął w końcu, szarpiąc włosy.

— Dobrze. To jest właśnie to, czego oczekiwałem od ciebie, panie Weasley. — szydził Snape. — Nieartykułowany wrzask. Musisz brylować na przyjęciach.

— Tak. — wymamrotał Harry, spoglądając ostrożnie na Rona. — Ale musisz przyznać, że ten wrzask był dość wymowny. Przekazał jego stosunek do tego wszystkiego. — Ron otwierał i zamykał usta, ale żaden dźwięk się z nich nie wybył. Hermiona współczująco klepnęła go po ramieniu.

— Nie martw się. Robiliśmy wiele idiotycznych rzeczy. Częściej wychodziło nam to na korzyść niż niekorzyść. Jestem pewna że gdy się uspokoimy to wszystko będzie w porządku. – usta Rona przestały się poruszać, ale wyglądał bardziej na przygnębionego niż pocieszonego.

— Dobrze. Teraz gdy mamy za sobą te dziecinne dramaty, chciałbym ustalić kilka podstawowych zasad. – Snape pstryknął palcami i odwróciwszy się podszedł szybko do tablicy.

— Zasady? — Ron przełknął ślinę. — Nie wystarczy podpisanie cyrografu? Chcesz mieć podstawowe zasady? To się staje coraz lepsze. — Rozpaczliwie potarł czoło.

— Uważaj na swój ton, panie Weasley. — warknął na niego profesor. Chwyciwszy różdżkę w dłonie, zaczął zapisywać różne rzeczy na tablicy. – Po pierwsze: Ponieważ będziecie mieli ze mną „szlabany", trzeba podjąć działania, które pozwolą potwierdzić tę tezę.

— Moglibyśmy cię obrażać za twoimi plecami – zaoferował sucho Ron.

Snape przestał pisać na moment, a trójka Gryfonów napięła się, oczekując długiej tyrady, ale mężczyzna tylko wzruszył ramionami mówiąc:

— Jak wolisz. Muszę przyznać, że tak długo jak będziecie ostrożni przed powiedzeniem konkretnego zarzutu, będzie to rozsądne. Oczywiście nikt nie spodziewa się, że będziesz z niecierpliwością oczekiwał lub cieszył się z mojego towarzystwa. – zignorował oburzonego Rona. — Nie martwcie się tym. Zatem… — Kontynuował pisanie. — Ludzie będą się spodziewać, że odbywacie szlaban i wykonujecie pewnego rodzaju pracę. Dlatego każdego wieczoru podczas swego szlabanu będziecie wykonywać niewdzięczne zadanie. Użyjecie różdżek do wykonania mniejszej części tego zadania. Zapiszecie jedną ze ścian tej Sali zdaniem, które wcześniej podyktuje. Pozostaną one do następnego dnia i bezwątpienia będą dostrzeżone przez poranne klasy profesor McGonagall.

— Ale... całą ścianę? – Ron zachłysnął się powietrzem. — To zajmie godziny! Aby to zrobić trzeba napisać tysiące zdań!

— I czy to nie zabierze nam całego czasu na naukę? — Dodała nieśmiało Hermiona.

— W rzeczywistości, powinniście zostać ukarani. — Snape ponownie zrobił to coś z brwiami. — Pamiętacie dlaczego jesteście tutaj, a nie w mojej klasie? Zaczniecie od napisania stu linijek, by później pomnożyć je za pomocą magii. Teraz druga zasada: Jakiekolwiek zdarzenia w tej klasie, dotyczące waszego magicznego szkolenia, zostają pomiędzy nami, chyba że wyraźnie zaznaczę inaczej. Jeśli nauczę was zaklęcia, które jest dość niewinne lub łatwe do znalezienia, to może pozwolę panu Potterowi nauczyć tego jego małą grupkę idiotów, która jest uważana za armię. Po trzecie: Nie ważcie się ponownie nieodpowiednio mnie tytułować. Będziecie mnie nazywać profesorem Snape, Sir lub Mistrzem. Potraktujecie mnie z szacunkiem. Nie będziecie mówić, jeśli wam nie każę. Podejdziecie do lekcji z powagą. Nie będziecie mnie zadręczać z powodu odpowiedzi, której zdecyduje się nie udzielić. Jeśli nie będę was o czymś informował, to z ważnego powodu. Za każdym razem przyjdziecie punktualnie i przygotowani. Nie omawiamy tematów, które wykraczają poza temat lekcji. Wasza wiedza zostanie sprawdzona, a testy będą rygorystyczne. Jeśli nie powiedzie wam się podczas pierwszego testu, wykonacie go ponownie. I jeszcze raz. I znowu. Tak wiele razy, jak będzie to konieczne, aż nie osiągniecie wymaganych przeze mnie standardów. Nie jestem aż tak pełny nadziei by uwierzyć, że uda wam się za pierwszym razem. Niektóre z testów będą pisemne, inne praktyczne. Oczekuję że oba wykonacie równie dobrze. Nie będziecie oszukiwać podczas testów ani w trakcie lekcji. Jeśli wymaga to związania i zakneblowania panny Granger oraz zrzucenia na jej notatki zaklęcia-hasła, zrobię to. Dwóch z was, bezmyślne głupki, osiągnie tym razem coś na własną rękę. Numer… gdzie ja to byłem? Sądzę, że… numer dwanaście: Nauczycie się doceniać umiejętności i talenty przeciwnego domu, mianowicie zaadoptujecie jego lepsze cechy. Obecny tutaj Potter zawsze był patologicznym kłamcą. Nie powinno być więc dla niego trudne nawiązanie kontaktu z jego Ślizgońską naturą. Nauczysz się przebiegłości, sprytu, dyskrecji, przezorności, krętactwa, a jeśli mamy szczęście, również ostrożności. Oduczysz się swoich destrukcyjnych Gryfońskich zwyczajów, ale nie ograniczajmy się do głupoty, braku rozwagi, zbytniej pewności siebie, pośpiechu, nieuprzejmości…

— Ja w ten sposób nie myślę! — wysapała obrażona Hermiona.

— Byłem w trakcie mówienia, Granger! Jak już stwierdziłem, nieuprzejmości, idealizmu, drażliwości, nadmiernej wrażliwości oraz twojej opłakanego uporu, nawet jeśli będę musiał to wybić z twojej głowy kijem od miotły. Ehem. Tak. Ostatnia, ale nie mniej ważna zasada i lepiej miejcie to na uwadze: zachowacie to wszystko w tajemnicy. Pod zaklęciem Fideliusa albo i nie. Bez względu na okoliczności nie zrobicie nic, co mogłoby spowodować, że inni profesorowie domyślą się, że poświęcam swoje wieczory na rozpieszczanie i nauczenie czegoś trzech najbardziej uciążliwych hultajów. Innymi słowami: NIKT NIE MOŻE SIĘ O TYM DOWIEDZIEĆ. Czy to jasne? — Bez słowa skinęli głową. — Dobrze, a teraz idźcie. Muszę się przygotować na poranną lekcję. Nawet oddychanie tym samym powietrzem co wasza trójka powoduje u mnie migrenę. — Odwrócił się szybko do tablicy i jednym ruchem ręki starł wszystkie punkty. — Jutro przynieście do klasy pióra, atrament, pergamin. Będzie to długie wieczorne wypełnianie dokumentacji.
Pobiegli do wyjścia, za drzwiami zatrzymali się i spojrzeli na siebie. Hermiona otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale zmieniła zdanie. Prawie dotarli do Wieży Gryffindoru, zanim w końcu poczuli, że odległość między nimi a ich rozgoryczonym, nowym, prywatnym opiekunem jest wystarczająca, by bezpiecznie porozmawiać.

— To było wręcz straszne! — wybuchnął Ron. — Rozmyśliłem się! Nie wracam tam! Nie możesz mnie do tego zmusić! — Hermiona pochyliła się i szepnęła coś do niego. Chłopak spojrzał na nią. — Nie mogłabyś! — Gryfonka podniosła brwi à la Snape. — Zrobiłabyś to! Dlaczego ty… ty…? — Wyrzucił z siebie milknąc. Harry wpatrywał się w tą dwójkę zdziwiony.

Hermiona posłała mu miażdżące spojrzenie, więc po prostu wzruszył ramionami i powiedział:

— Nie sądzę, że będzie to takie złe. Naprawdę. Myślę, że po prostu dzisiejszego wieczoru był opryskliwy, ponieważ był to jego pierwszy raz, gdy nas tego uczył i był zdenerwowany. — Zignorował Rona, którego oczy wyglądały jakby miały zaraz wyskoczyć z orbit. — Nauczymy się dużo i naprawdę uważam, że jest wielka różnica między robieniem tego a nie robieniem. Myślę, że będzie dla nas wielką pomocą.

— Harry! — zaskrzeczał Ron. — On jest do zły szpiku kości!

— Cóż, nie poszedłbym z nim do ciemnego zaułka, ale jesteśmy tutaj, a nie tam. I myślę, że wszystko potoczy się bezproblemowo, gdy przyzwyczaimy się do siebie i nie będziemy go traktować jak „przerażającego śmierciożercę". — Być może nawet… polubimy się… po pewnym czasie. Może być nawet zabawnie ze Snape'em. — Uświadomił sobie, że zarówno Ron i Hermiona spoglądają na niego z powątpieniem po tej uwadze. Zabawa ze Snapem. To zabrzmiało jak pokazanie najdziwniejszego rękodzieła. — I rozjaśnimy tą salę tortur. Spróbujmy umieścić zapalone świece zapachowe w niektórych uroczo rozmieszczonych w pokoju czaszkach. Następnie potajemnie wstawmy pastele, bo chociaż loch jest przesycony czernią, szarością i krwistoczerwonym kolorem, to wiele ludzkich organów jest różowych, więc może zaczniemy od niego?

— Harry… eee… nadal, no wiesz, wcale nie lubisz profesora Snape'a, prawda? Mam na myśli… czy… hmmm… tak jakby go lubisz? Tak niespodziewanie? — Hermiona obserwowała go z zaniepokojeniem.

— Nie lubisz go, czyż nie? Dlaczego miałbyś go lubić? Jak mógłbyś? — Żądał odpowiedzi Ron.

— On jest całkowicie zły!

— Posłuchaj, pamiętasz jak mówiłem wcześniej o… perspektywach? To coś w tym stylu. Moje zmieniły się w ciągu tych kilku ostatnich dni. Wcześniej jedynie na czym mogłem się skupić to rzeczy, które mi mówił - był wtedy okrutny, prowokujący… Ale myśl, że może nie żyć, że mogłoby go tu nie być... Mam na myśli, że próbował mnie ratować, gdy Quirrell przeklął moją miotłę. Przybiegł do Wrzeszczącej Chaty, gdy myślał, że Syriusz jest obłąkanym szaleńcem próbującym mnie zabić i że Lupin wpuścił go na teren szkoły. Zawsze przy mnie był i wrzeszczał na mnie, że jestem tam, gdzie nie powinienem. Zmuszałem go, by mnie odszukał i chronił przed zabiciem się. Nie, nie lubię go. Wciąż jest Snape'em, ale nie musze go lubić, by docenić jego inteligencję. W porządku?

Hermiona kiwnęła głową z aprobatą.

— Sądzę, że jesteś w tym wszystkim bardzo dojrzały, Harry. Cieszę się, że jesteś z powrotem z nami. To znaczy, ponownie jesteś sobą. I masz rację. Jestem pewna, że będzie lepiej. — Harry uśmiechnął się i uścisnął przyjaciółkę w podzięce.

— Będzie lepiej. — wymamrotał buntowniczo Ron. — To będzie coraz lepsze.

1 Odpowiednik Playboy'a

2 Uzgodnione zaklęcie zapomnienia

3 Przysięga wierności