Rozdział 11: Uważaj na czarownice, które przychodzą z broszurami, gdyż są bardziej nieustępliwe i groźniejsze niż świadkowie Jehowy
Harry odkładał rozmowę z Hermioną przez kolejne dni mając nadzieję, że jeśli będzie omijał ten temat, to wszystko co mu wcześniej przeszkadzało w jakiś sposób... zniknie, a on nie będzie musiał sobie z tym radzić. Przez krótki czas wydawało się, że to działa. Harry postanowił skoncentrować się na swoimi zajęciami szkolnymi i to nad wszystkimi, nie tylko nad tymi, które lubił. Niczym szaleniec grał i trenował w quidditcha do punktu, gdzie był całkowicie wyczerpany i natychmiast zasypiał... starając się myśleć o Snape jako o kimś innym. Lub o Snapie mającym na sobie kapelusz z wypchanym sępem. To pomagało. Postanowił nie patrzeć podczas zajęć w oczy mężczyzny, ani nie podążać za nim wzrokiem, kiedy przechadzał się majestatycznie w swoich czarnych szatach, ani nie słyszeć niebezpiecznej słodyczy w głosie profesora, tylko skupić się na jego słowach.
Następnej nocy, Snape zaczął zajęcia praktyczne. Wszyscy musieli się ubrać w wygodny strój, bo jak stwierdził mężczyzna: „Nie możemy zaufać umiejętnościom pana Pottera w dostrzeżeniu różnicy między szatami jego przeciwników a jego własnymi. Zresztą i tak lepiej, żebyśmy mieli na sobie praktyczną odzież". Oczywiście, kiedy Harry pojawił się w starych dżinsach po Dudleyu i swetrze, który pani Weasley zrobiła dla niego, Snape powiedział Ronowi, że ten musi zacząć szykować co rano ubrania Harry'emu, by ten ubierał się prawidłowo. Przynajmniej Hermiona wraz z Ronem byli również ubrani niedbale, za to... Snape miał na sobie czarne spodnie ze skóry smoka, czarną jedwabną koszulę z wysokim kołnierzem i kurtkę w tym samym kolorze. Czerń, Harry czuł, że nie powinno to być zaskoczeniem. Slytherin praktycznie przejął ten kolor jako własny. Jednakże mężczyzna nosił go z niewymuszoną gracją, co całkowicie zaskoczyło Harry'ego.
Snape zabrał ich do lasu, gdzie wcześnie przygotował ogrodzony kawałek ziemi. Jak im wyjaśnił, musiało to być miejsce zarówno blisko jak i wystarczająco daleko od zamku, tak by nie byli narażeni na ataki Voldemorta a jednocześnie, by nie byli dostrzeżeni przez Hagrida lub przez kogoś innego, kto mógłby to zgłosić. Harry musiał walczyć z chwilowym przypływem radości na myśl, że Snape tyle dla nich ryzykował. Przypominał sobie, że mężczyzna ryzykował o wiele więcej niż wypad do Zakazanego Lasu, by mu pomóc. Wtedy też Sanepe kazał wykonywać im następujące ćwiczenia: intensywne, żmudne ćwiczenia, które wykończały ich i spowodowały u nich czujność. Mieli rzucać łagodne przekleństwa, starając się trafić siebie nawzajem w ciemności i nieprzewidywalnym terenie. Snape podkradał się do nich, przeklinał i znikał w ciemnościach, używając na nich Legilimencji. Niektóre noce były niczym koszmarna gra w chowanego. Mieli nauczyć się ukrywać, czaić i śledzić. Cały czas Snape podążał za nimi, poruszając się płynnie i cicho, polując na nich jedno po drugim, rzucając bardziej niebezpieczne klątwy od tych, które oni używali. Chwytał i krzyczał na nich, mówiąc co zrobili źle oraz jak mogą się poprawić. Mógłby być poganiaczem niewolników, ale i tak Harry cieszył się z tego, próbując ignorować gorące uczucie szczęścia w żołądku. Przecież to był tylko Snape.
Harry był przekonany, że to w jakiś sposób wina Snape'a. Z pewnością nie miałby ot tak, z samego z siebie takich myśli ani uczuć, które wyłaniały się w jego sercu niczym góry lodowe w morzu osnutym mgłą. Harry był tego pewny. Pomimo tego, był zdecydowany nie zwracać na to uwagi, więc trzymał głowę prosto, koncentrując wzrok na odległym punkcie, gdy Snape przechodził obok. Na krótką chwilę wydawało się, że wszystko jest okej, ale wtedy Harry przekonał się, że Severus Snape ma jakiś diaboliczny urok, który nie zostawi go w spokoju. Chłopak nigdy wcześniej nie patrzył na niego w ten sposób... nigdy o nim tak nie myślał. Przekonywał się, że to jakiś fuks. Potrafił to w skuteczny sposób ignorować. Przez całe dwa dni jego życie było całkowicie normalne, a przynajmniej na tyle normalne, jak to tylko możliwe dla Chłopca-Który-Przeżył. Harry spędzał dni szkolne robiąc to, co jego koledzy, przez co czuł się jak zwyczajny uczeń, a wieczorami uczył się walczyć z rzuconymi w jego stronę przekleństwami w taki sposób, jak mógł go nauczyć jedynie Śmierciożerca. Przez całe dwa dni udało mu się ignorować Snape'a i przekonać się, że wszystko to było czymś zupełnie normalnym. Potem nadszedł trzeci dzień, a raczej trzeci wieczór. Harry wraz z innymi Gryfonami uczestniczył w wieczornych praktykach quidditcha, gdy Ślizgodni, szydząc i bucząc, musieli oddać im boisko. Harry, mając późniejsze zajęcia z Snape'em, był zmuszony do wcześniejszego zakończenia treningu i samotnego pójścia do szatni...
Później nie potrafił powiedzieć, czyj głos słyszał. Przypuszczał, że był to któryś ze Ślizgonów opuszczających boisko i z pewnością był to któryś z chłopaków. Zauważył również, że był wyjątkowo... chętny w jednoznacznie seksualny sposób. Harry nie był zbyt zaskoczony słysząc, co robią Ślizgoni podczas przyjęć w ich domu! Tym, co mu w tym przeszkadzało było to, że... niezaprzeczalnie pobudzony. W rzeczywistości przystanął i słuchał tego przez kilka minut, zanim ruszył dalej, zarumieniony i zdezorientowany. Jedyny prysznic, który wziął tej nocy był zimny i wiedział, że nie zmyje z niego do końca brudu. Zmagał się ze świadomością, że w kolejny sposób jest inny.
Następnego dnia postanowił porozmawiać na osobności z Hermioną. Po prostu nie mógł znieść tego dłużej. Te wszystkie pytania, obawy oraz pragnienia zbyt mocno gotowały się wewnątrz niego i nie był pewien, czy Ron potrafiłby go zrozumieć. Sam siebie nie rozumiał, ale Hermiona była inteligentna i instynktownie rozumiała uczucia...
W końcu, pokonując swoje obawy, podsunął jej notatkę podczas Transmutacji z pytaniem, czy mogą porozmawiać na osobności bez Rona. Odpowiedziała mu w ten sam sposób informując go, że spotkają się w pokoju wspólnym tuż po północy. Być może szybko zgodziła się na spotkanie, ale na jej twarzy widniało zaniepokojenie. Harry nie obwiniał jej. Sam nie czekał z radością na tę rozmowę.
— Wiem, że coś cię gryzie, Harry. Dlaczego porostu nie możesz do mnie przyjść i wprost mi powiedzieć, o co chodzi? Z pewnością poczujesz się po tym lepiej.
Hermiona zbyła Rona wyjaśniając mu, że Harry obiecał jej pomóc tej nocy zrobić kilka ulotek dla W.E.S.Z i jeśli chce to może się do nich dołączyć. Chłopak szybko się zmył, mrucząc coś o Hermionie jako sfiksowanym działaczu i o Harrym jako perwersyjnym masochiście. Harry był pod wielkim wrażeniem. Nie sądził, że zauważyła jak nudna była dla nich ta cała sprawa z W.E.S.Z.
Teraz Hermiona wpatrywała się w niego z zaniepokojeniem i Harry miał nadzieję, że nie jest aż tak spostrzegawcza na jaką się wydaje. Nie był pewien, czy może przez to wszystko przejść. Cała sprawa była bardziej skomplikowana niż powinna być. I jak niby miał to powiedzieć? No, widzisz. Co noc się masturbuję, wyobrażając sobie głównie Snape'a, ale także innych facetów i... hej! Gdzie idziesz? Nie chcesz usłyszeć kawałka z Tunelem Miłości? Krzywiąc się, ukrył twarz w dłoniach.
— Harry to nie może być aż tak złe. Cokolwiek to jest, to z pewnością nie jest tak straszne jak sądzisz.
— Mmmm. Nie. — Harry odetchnął ponuro między palcami. — Zaufaj mi. Tak jest. — Tylko że mówił z dłońmi przyciśniętymi przy twarzy, przez co zabrzmiało to bardziej jak: „Naufaj mi. Lak nen".
— A co z tym, jak musiałeś się zmierzyć ze smokiem podczas Trójmagicznego Turnieju? Tamto było gorsze.
— Nie. — odpowiedział ponuro, wciąż z twarzą ukrytą w dłoniach. Okulary nieprzyjemnie wbijały mu się w nos i policzki.
Hermiona zaczęła się denerwować.
— Czy to coś naprawdę złego? Gorsze od Cedrica? — wyszeptała z niepokojem. — Gorsze niż Syriusz?
— Umm. Nie... — Harry wreszcie zabrał dłonie z twarzy. Była ona zaczerwieniona z białymi śladami od nacisku jego rąk. — Hermiono... Lubię kogoś. Naprawdę, naprawdę, ale to naprawdę lubię tego kogoś, ale nie sądzę, by ten ktoś...um. Nie sądzę, żeby mnie lubił.
Dla Harry'ego, który tłumił to tak długo, była to ogromna ulga powiedzieć to komuś, nawet jeśli był niezbyt szczegółowy w swoim wyjaśnieniu. Był teraz mniej zdezorientowany i czuł mniejszą winę.
Tak bardzo rozkoszował się tym uczuciem, że niemal przeoczył następne słowa Hermiony.
— To nie jestem ja?
— Co?! — Harry zaskoczony poderwał głowę. Dostrzegł, jak Hermiona mruży oczy. Zaśmiał się krótko. — Och! Nie. Merlinie, nie! Na pewno nie ty. Nigdy. — Nagle został zaatakowany broszurą zwiniętą w rulon. Uciekając przed nią spadł z krzesła. — Hej! — krzyknął. — Co zrobiłem?
— Co zrobiłeś? Byłeś... nietaktowny, nieuprzejmy i niedojrzały! A masz! I kolejny! I jeszcze to! Jestem tu jedyną rozsądną osobą? Wbiję ci rozum do głowy! Harry Jamesie Potter, nie mogę uwierzyć, że powiedziałeś coś takiego!
— Nie przypominam sobie powiedzenia czegoś tak złego, żeby zasłużyć sobie na manto od wariatki dzierżącej rulon z broszury! — Zdał sobie nagle sprawę, że nie była to najbardziej taktowna reakcja i być może trzeba zmienić swoje nastawienie. — No widzisz, życzyłbym... Dobrze byłoby, bo to byłabyś ty. Nie, to byłoby... ale ja nie... widzisz. Chodzi o to Hermiono, że... to inny facet. Ten kogo lubię. Czyli rozumiesz. Przynajmniej byłabyś dziewczyną. Jesteś oczywiście dziewczyną. Ale to nie o to chodzi. On jest facetem, czyli nie powinienem go lubić. — Przymknął oczy wpatrując się w górę, zastanawiając się, czy zmierzenie się z Voldemortem nie byłoby lepsze niż radzenie sobie z nastoletnimi hormonami, które szalały w jego ciele.
Hermiona powstrzymała się przed biciem na tyle długo, by rozważyć jego słowa. Możliwe że jedynie ona, ze wszystkich ludzi jakich znał Harry, była wstanie zrozumieć jego nieskładną wypowiedź i cały ten bałagan. Zrozumiała, że jej przyjaciel lubi chłopców. Zrozumiała, że lubił pewnego faceta. Było widać, że doszła do pewnych wniosków. Jej twarz zbladła.
— Och, Harry. To nie jest Ron?
— Łał — odpowiedział. — Pomyliłaś się dwa razy pod rząd. Jeszcze nigdy tego nie widziałem. Sądzę, że to z powodu szoku. Pomożesz mi, gdy się z tego otrząśniesz? Oczywiście, że nie jest to Ron. To byłoby dziwne... A tak w ogóle to jestem dość nieświadomy, tego co się dzieje dookoła, ale nie aż tak! Zauważyłem, że po tym jak wspólnie spędzaliście czas to wracasz z zaczerwienioną twarzą, zmierzwionymi włosami i malinkami na całej szyi. Nie biorąc nawet pod uwagę tegoo, że nie lubię w ten sposób Rona, dlaczego tak pomyślałaś? Myślałaś, że chce się z tobą spotkać po to, by stoczyć o niego walkę?
Policzki Hermiony były mocno zarumienione i trzymała dłoń przy ustach.
— Nie sądziłam, że zauważyłeś. — przyznała upokorzona. — Boże, Harry. Przepraszam. Nie chcieliśmy nic mówić, bo myśleliśmy, że nie będziesz się dobrze z tym czuł. Pominięty lub coś. A naprawdę nam na tobie zależy! Jesteś naszym najlepszym przyjacielem. Moim i Rona. I oboje się o ciebie bardzo troszczymy.
Harry uśmiechnął się krzywo i wzruszył ramionami.
— Wiem. Nie przeszkadza mi to. Wcale nie czuję się pominięty. — Był ostrożny, by nie spojrzeć jej w oczy, by nie dostrzegła jego kłamstwa. Maleńka iskierka bólu była schowana gdzieś głęboko w nim. — Cieszę się z waszego szczęścia. Zasługujemy na więcej szczęścia w tych dniach. Jestem szczęśliwy, kiedy wy jesteście szczęśliwi.
To nie było kompletne kłamstwo, tylko półprawda. Naprawdę czuł się szczęśliwy, ale także bardzo smutny. Był samotny. Wiedział, że nie znajdzie nikogo takiego. Kto by się zakochał w człowieku z okropną blizną na twarzy, będącym chodzącym celem dla Voldemorta?
— Dzięki, Harry. — Hermiona uśmiechnęła się do niego. — I nie przeszkadza mi, jeśli lubisz innego chłopca. Nie sądzę, żeby Ron miał również coś przeciwko. Ech. Przynajmniej wtedy, gdy przemyśli to porządnie. To znaczy... — zmieniła ostrożnie —...nawet jeśli to nie będzie ktoś, kogo by wybrał dla ciebie, to i tak będzie cieszyć się razem z tobą. I razem z tym chłopcem. Z tym wspaniałym kimś kogo lubisz. Naprawdę tak myślę!
— Tak, ale... Nie mogę mu powiedzieć. Po prostu nie mogę! Nie jestem pewien, czy... jestem taki. A nawet jeśli tak, to i tak uwierz mi, nie będzie chciał mieć ze mną nic wspólnego. Nie mogę już znieść prób nie myślenia o tym! Im bardziej staram się o tym nie myśleć, tym bardziej moje myśli wracają do tego! Boże, czuję się tak dobrze po powiedzeniu tego! — Opadł gwałtownie na podłogę przed kominkiem. Blask płomieni tańczył na jego twarzy.
— Wiesz, Harry... — Hermiona zaczęła z namysłem —...jeśli jest to tak wielka ulga po powiedzeniu o tym, nawet w tak ogólny sposób, może powinieneś o tym napisać. Zapisać w dzienniku, to co czujesz albo co chciałbyś powiedzieć lub zrobić, ale nie możesz. Pozwól, by to wszystko z ciebie wyszło, gdzie będziesz miał to czarno na białym. Nie musisz nikomu tego pokazywać. Osiągniesz katharsis bez żadnego strachu przed odrzuceniu.
— Hmmm. — Zastanawiał się nad tym. To było coś, co mogła wymyślić Hermiona. Jeśli nie ma o czymś książki, napisz ją! — To... bardzo rozsądne, Hermiono. Nie spodziewałem się, że mnie poprzesz — powiedział jej z namysłem, gdy ta uśmiechała się do niego. — Chyba spróbuję tego. Może jeśli napiszę to wiele razy i w różny sposób, to wtedy dam sobie z nim spokój albo nabiorę odwagi, by coś z tym zrobić. — Zerwał się na równe nogi. Jego oczy błyszczały w podnieceniu. Kiedy Hermiona zaczęła zbierać ulotki W.E.S.Z. i szykowała się, by powiedzieć dobranoc, Harry pochylił się nagle i cmoknął ją w policzek. — Dzięki, Hermiono. — powiedział cicho. — Ron jest prawdziwym szczęściarzem.
Spojrzała na niego figlarnie.
— Kto wie? Może Snape zakocha się nietaktownym, dziecinnym, bezmyślnym bachorze. Możesz być w jego typie!
Ze złośliwym uśmieszkiem odwróciła się na pięcie i wyszła z zamiarem pójścia do łóżka, zostawiając za sobą Harry'ego z otwartymi ustami.
