Rozdział 17: Wszystko staje się trochę gorsze, albo trochę lepsze, zależy od tego jak na to patrzysz
Harry oraz inni chłopcy wnieśli Padmę, a raczej Kleopatrę, do pokoju wspólnego na lektyce, która była pomalowana na złoto, wyścielana jedwabiem i bardzo ciężka. Zaczarowali ją tak, aby była lżejsza, ale Harry czuł się jakby miał zostać przygwożdżony do posadzki przez jej wagę, a to był najmniejszy z jego problemów. Z pewnością złamany kręgosłup byłby lepszy od wejścia do pokoju pełnego uczniów z szóstego i siódmego roku, mając na sobie spódnicę, makijaż oraz przekrzywioną perukę. Czuł się tak, jakby jego twarz miała spłonąć od gorącego rumieńca. Każdy się w nich wpatrywał.
Draco Malfoy musiał podnieść się z podłogi i ponownie usiąść na kanapie, po tym jak został pokonany przez atak histerycznego śmiechu.
— Potter cio... ciotą! — krzyknął radośnie, łapiąc z trudnością oddech. — O Boże, to jest najlepsza rzecz jaka kiedykolwiek mi się przydarzyła! Niech ktoś znajdzie Colina Creeveya i jego aparat!
— Spierdalaj, Malfoy! — odpowiedział gorączkowo Harry.
— Cholera! — krzyknął Ron. — Czy to Harry?
Chłopak natychmiast zaczął się tłumaczyć, mówiąc, że to nie jego pomysł i nie mógł się z tego wycofać, chyba że chciał żeby Padma za pomocą magii usunęła niektóre z jego bardziej istotnych narządów. Ron trochę się uspokoił i nawet klepnął Harry'ego w ramię, ale nadal wyglądał na prawdziwie zdenerwowanego.
Hermiona po prostu zdjęła mu perukę, mówiąc, że nie jest to dla niego odpowiednia długość włosów i sprawiała ona, że wyglądał trochę ciotowato. Potem uśmiechnęła się twierdząc, że wygląda bardzo seksownie. Wytwornie, użyła takiego słowa. Zarówno Harry, jak i Ron, byli całkowicie tym zaskoczeni. Ku zdumieniu Harry'ego, istniały również inne dziewczyny na imprezie, które miały podobne zdanie i dość nieśmiało zbliżały się do niewolników. Oczywiście Padma przegoniła je swoim berłem, ale to nie było tak jakby Harry był jakoś szczególnie nimi zainteresowany. Nie były one rodzajem ludzi, z którymi chciał spędzać czas. Nie było tutaj nikogo takiego. Istniała tylko jedna osoba, z którą chciał być blisko, a ten mężczyzna...
Stał przy misce z ponczem.
Severus Snape został wybrany na opiekuna dzisiejszego przyjęcia partii. Boże, miłosierny Boże, niech ziemia mnie pochłonie, nim on mnie zobaczy. Policzki Harry'ego w ogóle nie były zaczerwienione. Był teraz blady jak duch. Wyraziste oczy mocno odznaczały się na jego twarzy. Bardziej niż normalnie ze względu na dramatyczny makijaż. Przyłożył dłoń do piersi, sprawdzając czy jego serce zatrzymało się, nie mogąc wytrzymać tego wszystkiego, ale wyczuł, że biło szybciej i mocniej niż kiedykolwiek.
A następnie jego serce stanęło mu w gardle, bo Severus Snape uniósł wzrok i go zobaczył. Przez chwilę na twarzy mężczyzny nie było widać żadnych emocji. Była pusta. Później, jego usta otworzyły się lekko, brwi zmarszczyły się w niedowierzaniu, a lekki rumieniec zaczął pojawiać się na jego policzkach. Potem wydawało się, że odzyskał opanowanie nad sobą. Zamknął usta, a jego twarz znów była nieczytelna. I jego piękne, eleganckie brwi ponownie się uniosły. Wyglądał tak, jakby „opanowanie" było jego drugim imieniem.
Harry pragnął wczołgać się do najgłębszej dziury i umrzeć. Niezależnie od tego, co się stanie po tej nocy, to przysiągł, że znajdzie Zmieniacz Czasu, wróci do przeszłości i jakoś to wszystko naprawi. Tylko nie mógł albo nie wiedział, czy może? Kurwa. I tak to zrobi. Spiął się, gdy Snape podszedł do niego z najbardziej aroganckim i złośliwym uśmiechem. Miał zamiar rozmawiać z Harrym. Nastolatek mógł sobie wyobrazić bardzo żarliwą, drwiącą powódź słów, którą zaraz uwolni. Życie było prawdziwie okrutną suką.
Ale wzrok Snape przesunął się po Harry'm. Mężczyzna ukłonił się lekko, dobrze, zrobił dość wyraziste skinienie głowy, ale jego ciało odrobinę powędrowało za tym ruchem.
— Pani Patil — powiedział gładko. — Widzę, że wzięłaś do serca moją małą radę w sprawie stroju. Pozwól mi pogratulować sobie zdrowego rozsądku i doskonałych umiejętności decyzyjnych? Niemal mam ochotę powiedzieć, że kwitłabyś w Slytherinie. — Uśmiechnął się niczym podstępny wąż, a krew Harry'ego zamarzła w jego żyłach.
— Chciałabym ci podziękować, profesorze Snape — odpowiedziała przeciągle. — Jak widzisz, zastosowałam się do twojej rady co do joty. Och, cześć Lavender! — Poklepała miejsce obok siebie na lektyce, która była magicznie przytrzymywana przez Ernie'go. — Usiądź ze mną. Czyż ta impreza nie jest odlotowa? — Obie zaczęły chichotać, plotkować i wykonywać inne dziewczęce rzeczy.
— Ty? — zaskrzeczał Harry, kierując te słowa do mężczyzny. — Tyś mnie tak ubrał? Jak mogłeś mi to zrobić? Byłeś tym, który podsunął Padmie ten... obrzydliwy, poniżający...
— Bardzo dowcipny, pokrętny, podstępny pomysł? Tak, zrobiłem to Potter. I może zechciałbyś uważać na swój ton. Nie jestem do końca pewien dlaczego, ale mam dość wielką ochotę, aby być dla ciebie bardziej rygorystyczny niż zwykle. — Jego oczy błyszczały i Harry stracił oddech. Na ustach mężczyzny widniał jego zwyczajny uśmieszek.
— Nie mogę uwierzyć, że mi to zrobiłeś. Myślisz że to zabawne, czyż nie? — oskarżył go, a Snape zaśmiał się cicho. — Och... Nadejdzie twój czas, Severusie Snape. Przekonasz się. Tak. Uważaj na siebie. Nie obchodzi mnie, co będę musiał zrobić, ale odpłacę ci za to. — Harry kipiał ze wściekłości.
Severus ziewnął.
— Tak, tak. Łajno bomby i inne takie. — Spojrzał z ukosa na Harry'ego, w ogóle niewzruszony jego słowami.
— Dlaczego. Mi. To. Zrobiłeś? — Wiele osób odwróciło się, aby patrzeć na Harry'ego, który trzymał klapy ubrania Snape'a, albo zrobiłby to, gdyby mężczyzna je posiadał i miał swoją wściekłą, zagniewaną twarz niemal w nos w nos z mistrzem eliksirów.
— Potter, stajesz się naprawdę nudny. Wiesz, że nigdy nie będziesz miał swojej zemsty. Nie jesteś ani zły ani tak kreatywny jak ja. A jeśli chodzi o powód dla którego to zrobiłem... — Pochylił się tak, że jego usta znajdowały się bardzo blisko ucha Harry'ego. — Być może to wszystko jest spiskiem, żeby zobaczyć cię w spódnicy. — Mężczyzna zachichotał cicho. — Może następnym razem pomyślisz dwa razy, zanim namówisz innych, by przeprowadzić eksplozję w moich lochach.
Odsunął się i podszedł do wazy z ponczem, czekając na kogoś, kto będzie próbował dolać do niego coś mocniejszego. Zawsze się tak działo. To było tak mało oryginalne.
Harry był wściekły. Jak śmiał zmienić Harry'ego w żywą ilustrację do kalendarza „Chłopcy niewolnicy". Burcząc w złości i tupiąc zastąpił drogę Severusowi.
— Oddawaj to — zażądał.
— Oddać co? — spytał mężczyzna, spoglądając na gołe nogi Harry'ego.
Były bardzo dobrze umięśnione, musiała to być zasługa Quidditcha. Obowiązkowy strój uczniów Hogwartu składał się przede wszystkim z luźnej szaty. Pomimo tego, że pozwalało to Severusowi trzepotać i falować nią okazale, oznaczało to również, iż przez miesiące nie widział innej nagiej skóry niż ta na twarzy, szyi i okazjonalnie na nadgarstkach, dłoniach oraz palcach, które wystawały z długich rękawów szat uczniów. Co samo w sobie stanowiło punkt. Studenci byli w wieku, kiedy najlepiej byłoby zapobiec jakiemukolwiek kuszeniu.
— Moją godność – wyjaśnił Harry. — Nie obchodzi mnie jak masz to zrobić, ale mam nie wrócić do pokoju jako pośmiewisko. Czy to jasne? — Drżał ze wściekłości, a wyraz twarzy Snape'a pozostał spokojny, nawet gdy zaśmiał się cicho. — Pieprz się, Snape! — Wrzasnął dość głośno Harry, z pięścią świerzbiącą z chęci uderzenia mężczyzny.
W pokoju zapadła cisza.
Snape nagle przestał się śmiać. Zmrużył oczy, patrząc na Harry'ego. Jego twarz była ponura, a oczy tliły się od gniewu.
— Dobrze, Potter. — Oddychał z trudem. — Skończyłeś. — Zanim Harry zdołał zrobić coś innego niż pisnąć w odpowiedzi, mistrz eliksirów złapał go za ramię i pociągnął go do drzwi.
Byli w połowie drogi do lochów, gdy Harry zorientował się, że nikt po niego nie przyjdzie. Gdzie byli Ron i Hermiona? Niejasno sobie przypominał, że odeszli po tym, jak Hermiona powiedziała, że wygląda wytwornie... może poszli poszukać miejsca do całowania się, czy coś. W takim przypadku, byli dobrze ukryci i nawet nie wiedzieli, że Harry zniknął z przyjęcia.
— Co... Co zamierzasz ze mną zrobić? — udało się Harry'emu wyjąkać, gdy Snape praktycznie wrzucił go do pracowni eliksirów. Nastolatek potknął się, ale udało mu się zachować równowagę.
— Nie wiem, Potter. Jak uważasz, jaka będzie właściwa kara dla kogoś, kto nadmiernie przekroczył swoje uczniowskie granice, nie wspominając o tym, że ryzykował moje oraz swoje życie poprzez ukazywanie zbyt wielkiej zażyłości w stosunku do swojego profesora i wroga. Zastanów się, Potter. Czy masz jakiś pomysł, jak wiele uczniów było świadkiem, jak chwytasz mnie, przeklinasz i wymagasz, bym błagał cię o wybaczenie, tak jakbyś miał do tego prawo?
Harry skrzywił się. Draco Malfoy był tam i obserwował jego atak furii i bredzenie jakie rzucał pod adresem Snape'a. Przypomniał sobie, że krzyczał rzeczy w stylu: „Jak mogłeś?" i „Nie mogę uwierzyć, że mi to zrobiłeś". Co Draco o tym myślał? Snape miał rację.
— Widzę, że zaczynasz rozumieć — dodał ze złością mężczyzna. — Jak myślisz, jak inni uczniowie będą oczekiwać, żebym na to zareagował? Hmm! Czy Severus Snape, który nienawidzi Harry'ego Pottera aż do szpiku kości, będący postrachem Slytherinu, zmorą studentów Hogwartu, najbardziej prawdopodobnym kandydatem w szkole do podjęcia Mrocznego Znaku, pozwoli ujść cało Harry'emu Potterowi po jego wcześniejszemu zachowaniu?
— Nie.. z pewnością nie — przyznał Harry. — Będą oczekiwać, że rozerwiesz mnie na strzępy. Na bardzo małe strzępy. — Przełknął ślinę. — Co... Co mamy zamiar zrobić?
— Odwróć się, Potter. — Z uczuciem ciężkości na żołądku, Harry wykonał polecenie. — Połóż obie dłonie na biurku.
Łał. Snape nie zamierzał... ech. Nie. Musiała istnieć inna możliwość. Może był tak wściekły, że... na pewno nie! Harry miał niemal siedemnaście lat, zbliżał się do pełnoletniości! Nikt nie spodziewałby się, że zgodzi się na to, zwłaszcza kiedy... plask! Harry uniósł się na czubkach swoich palców w zaskoczeniu jak i z powodu piekącego bólu.
— Tak bardzo jak może to obrażać twoją godność, Potter, połączenie niepokoju społecznego i fizycznego zamieszania może będzie to wystarczające... — plask! —...pomocne, abyś pamiętał, żeby mieć kontrolę nad swoim językiem w miejscach publicznych.
Plask! Oczy Harry'ego były szczelnie zamknięte. Ból był nie do zniesienia. Zastanawiał się, czym Snape go uderza. Nie była to łopatka, było to zbyt długie i cienkie, ale również zbyt twarde, aby to był bat. Starał się o tym nie myśleć, w ogóle nie myśleć o czymkolwiek. To nie było nie do wytrzymania. Nie potrwało zbyt długo, aby osiągnąć ten stan, ale to działo się zbyt szybko i teraz każde oparzenie towarzyszące pojedynczemu ciosowi było szybko śledzone przez mrowienie zdrętwienia... przyśpieszone bicie serca oraz zmieszanie, oczekiwanie i... plask!
— Nie gramy w grę, głupi dzieciaku. I jeśli przegramy... — plask! — ...umrzemy. — Teraz nieustanie czuł ból. Pragnął, by Padma kazała im nosić spodnie. Po tym laniu na jego skórze zostaną ślady. — Nie zapomnij tej lekcji. Publicznie, jestem twoim wrogiem. — Plask!
Całe ciało Harry'ego wydawało się cofać po tym uderzeniu. Jego różdżka. Snape... ech... daje mi klapsy swoją różdżką — pomyślał Harry w oszołomieniu. Zagryzł wargę tak mocno jak tylko mógł, starając się skupić na bólu zamiast na czymś innym. Lepiej było myśleć o bólu niż żeby miał... naprawdę sobie życzył, żeby tunika nie była tak krótka. Snape zobaczy...
— Teraz, dopóki nie będę pewny, że nie zapomnisz, będziesz powtarzać: „Nie będę zaczepiać mojego profesora w publicznym miejscu." — Plask! — Twoja kolej, Potter.
— Nie będę zaczepiał mojego profesora w publicznym miejscu — wychrypiał Harry.
Plask!
— Jeszcze raz.
— Nie będę zaczepiał... — Plask! — ...mo... mojego profesora w publicznym miejscu.
Cholera jasna. To było dziesięć razy gorsze niż wtedy, gdyby było to niespodziewane. Starał się opanować.
— Jeszcze raz, Potter.
— Nie będę za... — Plask! Jęknął. — ...zaczepiał mojego profesora w publicznym miejscu. — Jego oddech był świszczący, gdy oddychał przez zaciśnięte zęby. Nie czekał, aby Snape kazał mu powtórzyć. — Nie będę zaczepiać mojego profesora w publicznym miejscu. — Plask!
— To było więcej niż dziesięć razy, Potter. Uważasz, że ta lekcja została ostatecznie wpojona... do twojego umysłu? — Harry jedynie jęknął. — Bardzo dobrze. Nie pozwól, by się to powtórzyło.
Harry usłyszał jego oddalające się kroki i zastanawiał się, czy Snape oczekiwał od niego, by teraz sobie poszedł. Odsunął się od biurka i pozwolił, by drżące nogi powoli ugięły się pod nim, aż klęczał na podłodze. Przyszło mu do głowy, że nie może teraz wygodnie usiąść, dlatego też skulił się, przyjmując pozycję embrionalną. Zdejmując okulary, starł kilka bezpańskich łez. To cholernie bolało! Pierwsze kilka uderzeń, nie było takie złe, nawet były... ale te ostatnie! Czuł się tak, jakby był w ogniu. Usłyszał lekki szum i otworzył oczy, aby zobaczyć przed sobą rozmyty kształt dłoni, trzymającą szklankę czegoś.
— Wypij to, Potter — polecił Snape. — Zacznij jednak od małego łyku.
Harry starał się znaleźć pozycję, która umożliwiłaby mu picie bez narażania jego pośladków na większy ból. Założył z powrotem okulary i zerknął w dół. W szklance nie było zbyt wiele napoju. Spojrzał pytająco na Snape'a, który pił z własnej szklanki wypełnionej bardziej niż jego. Harry ostrożnie podniósł kielich do ust i wziął łyk. Uch. Przełknął pośpiesznie, kaszląc trochę. Bogowie, to był płynny ogień! Czuł ciepło rozpływające się w dół jego gardła w kierunku brzucha. Rozgałęziało się ona na jego klatkę piersiową. Najpierw palą go pośladki, a teraz będzie go piekło z drugiej strony! Ponownie zakaszlał i zapytał:
— Co to za eliksir?
Ujrzał, jak kąciki ust Snape uniosły się odruchowo.
— To nie żadna mikstura, głupku. Biorąc pod uwagę twój ogromny brak kultury, to nie powinienem na ciebie marnować dobrej jakości brandy. — Prychnął lekceważąco, ponownie skupiając swoją uwagę na swej szklance.
— Brandy? — powtórzył Harry, koncentrując się ponownie na ciemno bursztynowym płynie. — Naprawdę?
Wziął kolejny łyk, tym razem ostrożnie, aby nie mieć ataku kaszlu. Wciąż paliło i nie mógł się powstrzymać od skrzywienia się. Paskudna rzecz. Przełknął kolejny łyk. Brandy! Jak można to lubić? Zawsze się zastanawiał, skąd taki wielki szum na temat mocnych trunków.
— Brandy. Hę.
— Czy kiedykolwiek ktoś ci powiedział, Potter, że jesteś...
Snape patrzył na niego przez chwilę, jakby nie mógł znaleźć słowa. To było niezwykłe. Harry spojrzał na niego wyczekująco.
Co? — zastanawiał się. — Głupi? Ohydny? Uparty? Irytujący?
— ...żywotny? Dziesięć minut temu lałem cię do upadłego, a teraz pijesz moją wyjątkowo drogą brandy, jakby była mlekiem czekoladowym.
Snape potrząsnął głową. Wziął następny, duży łyk z własnego kielicha. Harry zauważył jak bardzo obniżył się poziom cieszy w jego szklance do tego czasu. Mężczyzna zmarszczył brwi, jakby naczynie robiło mu wyrzuty.
Harry opróżnił szklankę i spojrzał na jej dno, życząc sobie, żeby miał więcej alkoholu. Teraz czuł prawdziwe ciepło. I nie miał znaczenia fakt, że mógł nie usiąść przez kilka dni. To było bliżej do spełnienia fantazji seksualnej, niż wszystko co kiedykolwiek doświadczył. Z pełnością nie myślałby o tym w ten sposób, gdyby nie brandy.
— Profesorze? — zapytał nieśmiało. — Mogę mieć trochę więcej?
Snape zaczął otrząsać się z swojej kontemplacji bursztynowej cieczy. Z ironicznym spojrzeniem, pochylił się i przelał część swojego drinka do szkła Harry'ego. Nastolatek oniemiał na tę hojność.
— Rany — powiedział, będąc głęboko pod wrażeniem. — Dziękuje, profesorze! — Bez wyraźnej przyczyny jaką Harry mógł dostrzec, mężczyzna wzdrygnął się, słysząc to.
Patrzył, jak Snape wziął kolejny łyk alkoholu i westchnął głęboko.
— Zdajesz sobie sprawę, że jest to koniec mojej błyskotliwej, jeśli niezrozumianej, kariery. — Harry, zaskoczony przez to, mrugnął nieprzytomnie, wpatrując się swoimi młodzieńczymi, zielonymi oczami w mężczyznę. — Jeśli nie zakończyły jej klapsy, to z pewnością zrobi to alkohol. — Wpatrywał się w przestrzeń, tak jakby był skazany na ścięcie.
— Och! — odpowiedział Harry, nagle zrozumiawszy. — Och, nie. Nikt nie musi o tym wiedzieć. Tak długo, jak tego nie chcesz — powiedział z zaniepokojeniem do Snape'a. Mężczyzna odwrócił się do niego, patrząc tak jakby nastolatek mówił w innym języku, dlatego też Harry starał się wyjaśnić: — Inni i tak będą oczekiwać, że mnie ukarzesz. Wiesz... będzie lepiej, jeśli powiesz, że tak zrobiłeś.
— Bez względu na ich oczekiwania... — odparł pogardliwie Snape — ...to jestem pewien, że żaden z nich nie zawarł w swoich przemyśleniach moje... zaangażowanie gdzieś w pobliżu... twojej konkretnej partii ciała. — Odwrócił wzrok, krzywiąc się ze wściekłości. — Powieszono by mnie na Bijącej Wierzbie i stałbym się pokarmem dla jednej z bestii Hagrida, gdyby wyszło na jaw, co zrobiłem ich ukochanemu małemu bohaterowi. — Kilka razy kopnął lekko biurko, mrucząc pod nosem: — Nie jestem do końca pewien, czy nie byłoby to zasłużone.
— Nie mów tak! — Harry jęknął. Snape nie mógł być przed nim skruszony i bezbronny! Nie byłby Snape'em, gdyby to zrobił. I w każdym razie, czy to nie było jedną z pierwszych oznak Armagedonu? Kto by drwił z Harry'ego i przekomarzał się, sprawiając że czułby się normalnie i jednocześnie w tym samym czasie nienormalnie. — Nie jesteś taki. Straciłeś nad sobą panowanie. Stało się to tylko raz. Nie powiem nikomu, jeśli tego nie chcesz. — Snape nie patrzył na niego. Jego wzrok był wbity w buty. Harry podszedł bliżej, będąc tuż przed nim, tak że nie można było go zignorować. — Przestań być takim dzieciuchem — stwierdził. — A poza tym. Ja... zasłużyłem na to. Prosiłem się o to. — Umieścił lekko dłoń na piersi mężczyzny i spojrzał na niego. Jego twarz była zarumieniona od brandy, a ciało szumiało od krążącej z lania adrenaliny. Harry oblizał nerwowo wargi, dodając: — Miałeś rację, robiąc to. Praktycznie błagałem o to.
Snape patrzył na niego przez dłuższą chwilę, wyglądając coraz bardziej jakby utknął w horrorze. Sięgnął i wyjął z ręki Harry'ego szklankę.
— Wyjdź — rozkazał. — Teraz.
— Ale...
— Teraz, Potter. — Snape wypchnął go na korytarz. — Mów innym, co tylko chcesz. Tylko wynoś się stąd. Wróć na przyjęcie, albo idź do swojego pokoju lub gdziekolwiek. Po prostu wyjdź. Natychmiast.
Kiedy Harry dotarł do wieży Gryffindoru, wciąż nie wiedział, co poszło nie tak.
