Sheppard zasypia. Czas najwyższy, ponieważ jeśli Rodney posiadał wszystkie dane, to podpułkownik spędził na nogach ponad trzydzieści sześć godzin. Normalnie byłby pierwszym, który wzruszyłby na to ramionami – w końcu jego godziny w laboratorium też czasami się przeciągały, ale znajdowali się w strefie wojny. Poza jaskinią było niezwykle cicho, ale nie miał wątpliwości, że jeśli tylko wyjdą – mogą nie wrócić.
Torren śpi i Rodneya pierwszy raz nie denerwuje bezczynność niemowląt. W zasadzie ma nadzieję, że dziecko przegapi całe trzy dni. I tak nie będzie wiele do zapamiętania, bo Rodney nie zamierza wyściubiać nosa z jaskini. Nic nie jest tego warte. Oczywiście, gdy to pojawia się w jego głowie, przed jego oczami niemal natychmiast staje Moduł Punktu Zerowego i zaczyna kalkulować ryzyko. Czy na planecie opanowanej przez Widma, gdzie jedynym pożywieniem dla nich są oni, zaryzykowałby zdobycie MPZ lub innej technologii tego typu?
Waha się, ponieważ uwielbia MPZty i Sheppard już raz powiedział mu, że to uzależnienie doprowadzi ich do śmierci. Podpułkownik jednak śpi, podobnie jak Torren, a Rodney przygląda się wyjściu z jaskini, pozwalając swojemu umysłowi wędrować.
Oczywiście Sheppard miał rację. Rodney nie był przyzwyczajony do egzystowania w miejscu, gdzie nie było dostępu do techniki. Brakowało mu jego biurka, komputera i konsoli. Jego umysł jednak potrafił zastąpić każde technologiczne cudo o czym podpułkownik zdawał się zapominać. Jego myśli błądzą, planuje kolejne eksperymenty, starając się jakoś zająć czas. Potrafi dokładnie zaplanować każdą kolejną minutę po powrocie do Atlantydy, ale sama myśl, że znajdzie się ponownie w mieście sprawia, że coś zaciska się boleśnie na jego klatce piersiowej.
Wie, że są w naprawdę ciężkim położeniu. Sheppard śpiący u wylotu jaskini to potwierdza. Mężczyzna powinien odpoczywać, ale nawet podczas snu stara się być tym, który jest wystawiony na niebezpieczeństwo. Rodney chciał sobie wmówić, że John wybrał tamto miejsce ze względu na kilka promieni słońca, ale nie potrafi się dłużej oszukiwać.
Ich prowiant się kończy. Świeża woda przyniesiona przez podpułkownika jakoś podbudowała go odrobinę, ale znalezienie żywności dla nich może nie być już tak łatwe. Rodney ma świadomość, że Sheppard będzie musiał tak przeszukać wioskę, aby nie zostawić śladów swojej bytności. Jeśli widma tylko odgadną, że nie są sami na tej planecie – będą polowali na nich do skutku. A Rodney nie chce umierać w miejscu, do którego nie chciał nigdy jechać. Co innego, gdyby został zabity podczas rozbrajania bomby atomowej albo kiedy zdobywałby dla Atlantydy MPZ. Nigdy nie chciał umrzeć jak tchórz – ukrywając się w jakiejś cholernej jaskini, ale z drugiej strony zrobiłby wszystko, aby ocalić Torrena.
Kiedy spogląda po raz kolejny na Shepparda, oczy podpułkownika są otwarte i mężczyzna obserwuje go lekko zaspanym wzrokiem. Rodney zerka przelotnie na zegarek.
- Przed tobą jeszcze minimum trzy godziny snu. Odpocznij – informuje mężczyznę.
Sam ma ochotę wykonać kilka skłonów, bo jego ciało po nocy spędzonej na ziemi jest nadal zesztywniałe. Nie wie kto nalegał, aby nie zabierali całego ekwipunku, ale to Ronon wygląda mu na takiego. Ma ochotę dorwać Dexa i sprawić mu faktycznie bolesne lanie. Może będzie potrzebował do tego paralizatora, ale to już szczegóły.
- Zregenerowałem siły – odpowiada Sheppard i podnosi się na łokciach.
- O nie – zaczyna Rodney. – Wiesz jaki brak snu potrafi być niebezpieczny? Wpływa na decyzyjność i nie każ mi nawet zaczynać o refleksie, ponieważ…
- Mówisz to z własnego doświadczenia? – wchodzi mu w słowo Sheppard i jest tam pewna nutka sarkazmu.
Zawsze dogryzają sobie, gdy tylko jest okazja. Sheppard jak nikt inny potrafi mu zajść za skórę, może właśnie dlatego, że chociaż nadal pozostaje między nimi intelektualna przepaść – podpułkownik jednak instynktownie wie gdzie nacisnąć.
- Jeśli ja się nie wyśpię, nie zginiemy – odpowiada Rodney i stara się nadać swojemu głosowi neutralne brzmienie, ale nigdy nie był w tym dobry.
Dlatego wszyscy sądzą, że uwielbia gderać.
Sheppard przewraca oczami.
- Oczywiście, ponieważ kiedy bawicie się tam w tych laboratoriach technologią Starożytnych, to wcale nie jesteście w stanie wysadzić całego miasta – prycha mężczyzna.
Pierwotne wyjaśnienie zamiera na ustach Rodneya. Ponieważ nie wysadziliby [b]całego miast[/b]. Może najwyżej kawałek. Ale po tym jak już raz zdemolował jeden układ słoneczny, Sheppard ma więcej amunicji w tym względzie. I co gorsza całkiem logiczne argumenty.
- Jestem przyzwyczajony do niespania – odpowiada Rodney.
- Zapewne nie było łatwo zdobyć te wszystkie doktoraty – rzuca Sheppard i normalnie tutaj powinna być kolejna kpina, ale Rodney nagle zdaje sobie sprawę, że podpułkownik chce po prostu rozmawiać.
W zasadzie to logiczne. Muszą jakoś zabić czas. Rodney jest pewien, że prędzej odda się w ramiona Widm niż będzie milczał przez trzy dni. Ich jedyna wspólna warta to ta dzienna.
- Nie, nie było łatwo, ale głównie przez idiotów, którzy nie potrafili przyjąć do wiadomości, że jestem od nich inteligentniejszy – informuje go Rodney.
To jest czysty fakt. Spędził większość czasu na zwalczaniu dyletantów. Co dziwniejsze, zauważał od pewnego czasu, że Sheppard był od nich bardziej rozgarnięty. Oczywiście pułkownik miał jakieś podstawy, ale mógł nie poszerzać swojej wiedzy. Tymczasem Rodney jemu jednemu nie musiał niczego wyjaśniać w kółko.
Sheppard śmieje się cicho i zaczyna czyścić swoją broń. Jego palce są sprawne i poruszają się szybko, gdy rozkłada na kolejne części pistolet. Rodney zrobił to samo kilka godzin wcześniej, ale nie z potrzeby czy przyzwyczajenia, ale z nudów. Nigdy nie czyścił broni – robią to dla naukowców inni, oni dostają gotowy do użycia sprzęt. Jednak zna się na urządzeniach jak nikt, więc i pistolety nie są dla niego problemem.
- Zawsze chciałeś zostać pilotem? – pada pytanie i Rodney z zaskoczeniem słyszy swój głos.
Sheppard nawet nie podnosi głowy. Pytanie jest oczywiście głupie.
- Kiedyś chciałem też zostać draq queen, ale nie potrafię poruszać się w szpilkach – odpowiada mężczyzna i Rodney nie może nie przewrócić oczami.
Torren porusza się na swoim niewielkim posłaniu, które zrobili mu ze swoich kurtek, przyciągając momentalnie ich uwagę. Rodney przełożył mleko w zimniejszą część jaskini, więc powinno być jeszcze dobre, ale kolejna wyprawa po jedzenie i tak czekała ich niebawem.
- Zawsze chciałem mieć dzieci – mówi nagle Sheppard i naprawdę go zaskakuje.
- Z takim ryzykiem, które podejmujesz codziennie… - zaczyna Rodney i urywa.
Sheppard ma coś takiego w oczach, co odbiera mu mowę. Może nie do końca tęsknotę, ale na pewno nie nic przyjemnego.
- Teyla urodziła, a żyje jak my. Cholera, wszyscy w tej cholernej galaktyce nie mogą myśleć spokojnie o przyszłości, bo nigdy nie wiedzą kiedy nadlecą Widma, a jednak ich życie płynie normalnie, Rodney. My mamy Atlantydę, która nas chroni, o wiele lepszą broń… - mówi Sheppard i Rodney zastanawia się czy mężczyzna próbuje przekonać jego czy siebie.
- Tak, ale nie śpią po cztery godziny dziennie. Dziecko wymaga uwagi, której nie mógłbyś mu poświęcić, chyba że twoja partnerka byłaby niezwykle wyrozumiała i przyjęłaby do wiadomości, że nie możesz jej powiedzieć nic. Nawet to gdzie jesteś. A uwierz mi na słowo, że to się nie udaje – odpowiada Rodney.
Sheppard krzywi się lekko.
- Wiem, w końcu to ja mam byłą żonę – odgryza się podpułkownik.
- Mogłem mieć żonę – informuje go Rodney i sam nie wie dlaczego.
To jedna z porażek w jego życiu, a nie chce, aby ktokolwiek o niej wiedział. Sheppard podnosi głowę i spogląda na niego zaskoczony.
- Och, jesteś zaskoczony tym, że taki socjopata jak ja doszedł tak daleko z kobietą czy chodzi o mój wygląd? – pyta Rodney gorzko.
Oczy Shepparda robią się odrobinę większe.
- Nie bądź śmieszny. Obaj wiemy, że jesteś przystojny, Rodney. Jeśli próbujesz łowić komplementy, to nie ze mną te numery – prycha Sheppard i to naprawdę brzmi szczerze, co go mocno zaskakuje.
Nikt nigdy nie mówił tak do niego. Z drugiej jednak strony to jest John Sheppard – można się po nim spodziewać jedynie niespodziewanego.
- Jestem zaskoczony, że słyszę o tym dopiero teraz – wyjaśnia podpułkownik.
Rodney wzrusza ramionami.
- To było dawno – odpowiada tylko. – Oboje chcieliśmy zrobić kariery. Problem polegał na tym, że zaproponowano mi udział w tajnym projekcie rządowym w Stanach, a ona musiałaby wykładać tam na uniwersytecie. Sądziłem, że to idealne wyjście. Wytrzymała trzy miesiące – dodaje.
- Poszło o karierę? – pyta Sheppard, trafiając w sedno.
Rodney tylko kiwa głową, ponieważ minęło dwadzieścia lat, a to nadal cholernie boli.
- Dlatego nie spotykasz się z kobietami, które wiedzą cokolwiek z twojej dziedziny – stwierdza Sheppard, jakby nagle wszystko układało się w logiczną całość. – A jednocześnie nie jesteś w stanie z jakąś inną się związać na poważnie, bo nie nadąża za tobą – dodaje Sheppard.
- Myślałem, że jesteś pilotem. Psychoanalizy też was uczą na tych śmiesznych kursach pilotażu? – kpi, ponieważ to jego odruch.
Sheppard jednak uśmiecha się odrobinę szerzej.
- Spędziłem tak wiele w poradniach małżeńskich, że Heightmeyer może się schować – przyznaje bez żenady mężczyzna. – Tak to bywa jak za wszelką cenę próbujesz utrzymać małżeństwo, a potem orientujesz się, że nie tylko irytuje ją ciągła tajemnica, w której trzymasz swoją pracę, ale równie bardziej kocha twoje pieniądze niż cokolwiek innego.
- Ktoś poleciał na twoją rządową pensję? – dziwi się Rodney. – Chryste, to jest ten stopień desperacji, że trudno mi go nawet opisać – dodaje.
Sheppard zaciska wargi w wąską kreskę, ale nie mówi nic. Rodney zastanawia się co przegapił, ale jak zawsze w przypadku podpułkownika nie ma informacji. W zasadzie ta rozmowa dzisiaj zdradziła mu więcej o mężczyźnie niż dowiedział się przez ostatnich kilka lat.
- Nie chciałem cię obrazić. Zawsze sądziłem, że jak za narażanie życia dla kraju, płacą wam psio – podejmuje Rodney.
- Dla mnie pieniądze nigdy nie były problemem. Gdybym mógł, po prostu zabrałbym swój motor i pojechał przed siebie – odpowiada Sheppard i wzrusza ramionami.
- Z niemowlęciem na plecach – prycha Rodney, przypominając im o temacie rozmowy.
Sheppard znowu przewraca oczami. Rodney wie, że podpułkownik reaguje w ten sposób tylko podczas ich konwersacji. Zauważył to jakiś czas wcześniej. Ma wpływ na Shepparda, którego nigdy nie miała Weir, a Woolsey może zapomnieć. I zawsze odczuwał z tego powodu pewną satysfakcję. Teyla i Ronon mieli naturę wojowników, żołnierzy i na tej płaszczyźnie dogadywali się z Sheppardem. On nigdy nie osiągnąłby tego poziomu zrozumienia, choćby nie wiadomo ile książek Sun Tzu przestudiował. Jednak nie musiał i to cieszyło go tym bardziej.
- Ustatkowałbym się, gdybym musiał – mówi nagle Sheppard i to jest tak ciche, że Rodney prawie przegapia to zdanie.
Zapada między nimi nieprzyjemne milczenie. Powietrze staje się gęste i po prostu trudno mu oddychać. Z jakiegoś powodu ta sytuacja bardziej stresuje go niż Widma na tej cholernej planecie.
- To na pewno lep na kobiety – prycha Rodney.
Sądzi, że przesadził, ale nagle słyszy cichy śmiech Shepparda.

- Skoro mowa o kobietach, nie widziałem ostatnio, żebyś się z kimś umawiał – zaczyna Sheppard.
Zjedli ostatnie racje żywnościowe. Torren usnął w jego ramionach, a Rodney naprawdę nie wiedział, że ma taką dobrą rękę do dzieci.
- Nie widziałem, żebyś się kiedykolwiek z kimkolwiek umawiał – odgryza się Rodney.
Sheppard tym razem nie przewraca oczami, ale spogląda na niego spod swoich głupio długich rzęs. Jego wzrok jest intensywny i Rodney zatrzymuje się na środku jaskini z Torrenem na rękach. Przestaje się bujać na boki. To nie ma sensu – dziecko już śpi. Jednak od kilku minut robił to i tak – może dla swojego własnego komfortu.
- Naprawdę uważam cię za przystojnego. Nie próbuję cię atakować czy jakoś… - zaczyna Sheppard.
- Nawet nie kończ – wchodzi mu w słowo Rodney.
Może faktycznie wciąż przebijają się przez niego lęki ze szkoły średniej, ale jego dorosłe życie wcale ich nie uśmierzyło. Wojskowi mają dość specyficzne postury i wie, że nie wpasowuje się w kanon urody panujący na Atlantydzie. Wszyscy są wysportowani i silni. Ich mięśnie napinają się pod koszulkami z krótkim rękawem. On sam nosi te laboratoryjne kurtki, ponieważ faktycznie chce się trochę poukrywać. Nigdy nie miał czasu na coś tak bezsensownego jak siłownia i chociaż misje z Shepparde sprawiły, że sporo zrzucił, jego ciało było miękkie, nieprzyjemne w dotyku.
- Lubię siebie takim jakim jestem – mówi spokojnie. – Gdybym siebie takim nie lubił, zmieniłbym cokolwiek. A widzisz, żebym cokolwiek zmieniał? – pyta retorycznie.
Zapada między nimi kolejna cisza. Powinien był się tego w zasadzie spodziewać. Są zamknięci, chociaż nie tak naprawdę. Słyszał jednak opowieści o ludziach, którzy z sobą nie wytrzymywali i jedno zabijało drugie. Nie miał wątpliwości jak skończyłoby się starcie z Sheppardem.
- To świat się ma dostosować do mnie, a nie ja do świata – dodaje Rodney butnie, jak zawsze.
Sheppard zaczyna się znowu śmiać, jakby spodziewał się czegoś podobnego.
- Więc co z tymi kobietami? – pyta mężczyzna.
Rodney wzdycha.
- Żadna nie ma IQ powyżej stu pięćdziesięciu. Każda poniżej to strata czasu – informuje go spokojnie.
- Wiesz, że ludzie uważają cię za dupka, gdy mówisz takie rzeczy? – pyta Sheppard i nie czeka nawet na jego reakcję. – Jakbyś nie mógł powiedzieć, że nie dogadasz się z kobietami, które nie są geniuszami, bo to naprawdę trudne, gdy twój mózg pracuje na tak wysokich obrotach – dodaje Sheppard.
Rodney zaciska wargi w wąską kreskę.
- Każdy z IQ powyżej stu pięćdziesięciu mnie zrozumie. Cała reszta półinteligentnej hołoty i tak mnie nie interesuje – zauważa spokojnie.
- Touche – odpowiada Sheppard.
Rodney unosi jedną brew do góry i uderza go nagle, że John jako jedyny nigdy nie miał problemu ze zrozumieniem go. Nigdy się nie obrażał za może nie całkiem kulturalne komentarze. Może nie całkiem dobrze dobrane słownictwo w nich, jakby wiedział, że Rodney naprawdę nie ma czasu na konwenanse. Radek mógł je zachowywać, ale to nie on miał pod sobą laboratorium pełne idiotów i miasto obcych, które dopiero poznawali.
- Więc IQ powyżej stu pięćdziesięciu – zaczyna Rodney i spogląda z góry na Shepparda, który szczerzy się jak idiota. – Ale to musi działać na twoje ego.
- Sto pięćdziesiąt siedem i owszem – odpowiada podpułkownik. – Myślisz, że trzymają w armii idiotów? – pyta retorycznie.
- Prawdę powiedziawszy odniosłem takie wrażenie – informuje go Rodney spokojnie. – Próbujesz nadrobić za nich wszystkich, żeby średnia wypadła przyzwoita?
Sheppard szczerzy się jeszcze szerzej i wygląda przez to na młodszego. Zmarszczki w kącikach jego oczu paradoksalnie odejmują mu lat, ponieważ są charakterystyczne dla ludzi, którzy często się uśmiechają. Sheppard robi to niemal bez przerwy. Czasami nawet wtedy, gdy udaje mu się zabić jakieś Widmo i początkowo przerażało to Rodneya. Brał to za łaknienie krwi albo brutalność tak charakterystyczną dla niektórych żołnierzy. Sheppard jednak cieszył się po prostu z dobrze wykonanej roboty. Z tego, że udało mu się sprowadzić ich żywych przez wrota. Z tym potrafił sympatyzować.
- Wojsko potrzebuje też ludzi, którzy przestrzegają rozkazów, a nie główkują nad nimi w kółko – mówi nagle podpułkownik i Rodney nie wierzy w to co słyszy. – Chciałem powiedzieć, że te półgłówki, które cię otaczają też są ważne. Kto inny robiłby za ciebie brudną robotę? Chyba nie powiesz mi, że sam robisz wszystkie te eksperymenty?
Rodney przygryza wnętrze policzka i stara się policzyć jak wiele doświadczeń Radek wykonał dla niego od kiedy tylko znaleźli się na Atlantydzie. Sheppard ma rację, ale to i tak nie poprawia mu humoru.
- Światły umysł musi ich prowadzić – mówi tylko.
Sheppard przewraca oczami.
- Oczywiście. Nie odważyłbym się zasugerować niczego innego – prycha mężczyzna.

Sheppard wychodzi kilka godzin później, gdy kończy im się definitywnie woda. Torren jest całkiem wybudzony i bawi się kolejnym bandażem. Rodney zastanawia się ile pieluch jeszcze będzie musiał zmienić, bo zaczyna być w tym całkiem dobry. Oczywiście nie powie tego Sheppardowi, ponieważ to było zabawne przyglądać się jak John szarpie się z zapięciami. Rodneyowi zajęło godzinę rozgryzienie jak atozjańskie matki wiążą te skrawki materiału. Sheppard wpadł na to po dziesięciu minutach, ale Rodney prędzej zginąłby niż przyznał się do tego, że podpułkownik jest od niego w czymś lepszy.
Zaczyna się robić coraz ciemniej, ale Rodney nie panikuje. Sheppard zapewne znowu kluczył po lesie, więc układa się wygodnie plecami przy kamiennej ścianie z dzieckiem na kolanach i przyciska do piersi pistolet.