Torren jest wyjątkowo spokojnym dzieckiem, co nie powinno go dziwić. Teylę trudno wyprowadzić z równowagi, chociaż wydaje się jednocześnie zaskakująco drażliwa. Może to po prostu wrodzona cecha kobiet. Rodney nie jest pewien. Przeważnie ignoruje wszelkie fochy, a odkąd to on jest szefem – jego pracownice musiały się podporządkowywać.
Sheppard pojawia się ponownie kilka godzin później. Gwiżdże, aby dać mu znak i Rodney jest mu bardzo wdzięczny, bo inaczej zapewne umarłby na zawał.
- Znalazłem rzekę – informuje go major.
Rodney rzuca mu spojrzenie pełne podejrzliwości. Nie słyszał żądeł, ale to nie oznaczało, że Widma dały sobie spokój. Wyjście z jaskini mogło się okazać śmiertelnym błędem. Z drugiej jednak strony kąpiel przydałby mu się bardzo.
- Widma przeszukują drugą wioskę – odparł Sheppard. – Są ponad sto kilometrów od nas.
Rodney spogląda na niego w czystym szoku, a John uśmiecha się z wyraźną satysfakcją.
- Latają trójkami i osiągają prędkość pięciuset kilometrów na godzinę. Fala dźwiękowa rozchodzi się w powietrzu o gęstości… - zaczyna Sheppard i Rodney musi wariować, ale brzmi to jak cudowna gra wstępna.
Tylko, że siedzi z niemowlęciem na kolanach na obcej planecie.
- Jasne, jasne. Ufam twoim obliczeniom, Sheppard – wtrąca pospiesznie Rodney zanim jego spodnie staną się ciaśniejsze.
Adrenalina ma zaskakujący wpływ na ludzi, ale nigdy nie sądził, że ten szczególny hormon sprawi, iż stanie się permanentnie podniecony tylko od naukowego gadania Shepparda.
- Zelenka pewnie nigdy czegoś podobnego nie usłyszał z twoich ust – kpi major i Rodney naprawdę ma ochotę zetrzeć mu ten uśmieszek z ust.
Jednak Sheppard trzyma w dłoni coś, co wygląda jak ogromne owoce. A to tylko oznacza nareszcie coś świeżego do jedzenia. Torren, jakby wyczuł co jest grane – budzi się i otwiera usta, zapewne chcąc wydobyć z siebie ten okropny dźwięk, którego Rodney nienawidzi. Zakrywa więc dziecku lekko usta dłonią i zaczyna kołysać małe zawiniątko.
- Wyglądasz niepokojąco – przyznaje nagle Sheppard, spoglądając na niego dziwnie.
Rodney dopiero teraz orientuje się, że nadal trzyma w dłoni pistolet. Odkłada go pospiesznie, jakby broń parzyła go w ręce. Torren uspokaja się odrobinę, gdy dostaje swoje mleko i znowu w jaskini panuje błoga cisza.
- Myślę, że Widma jeszcze dzisiaj odlecą, gdy zorientują się, że planeta jest pusta. Wtedy popracujesz nad wrotami. Sądzę, że uszkodziły je, aby uniemożliwić tutejszym powrót do swoich domów. Może uważają, że zagonią ich w kozi róg… Kto tam wie, co planują Widma – wzdycha Sheppard. – Znalazłem coś słodkiego – dodaje, jakby od niechcenia, ale przecież wszyscy wiedzą, że Rodney żyje w zasadzie tylko dla tego i mechaniki kwantowej.
Nie jest nawet pewien czy to czasem nie jest odpowiednia kolejność.
- Dziękuję – mówi, gdy przypomina sobie o manierach, a Sheppard szczerzy się do niego jak idiota.
- Jesteś moją ulubioną żoną, Rodney, nie spodziewaj się niczego innego niż słodyczy i kwiatów – żartuje major i to naprawdę nie jest ani miejsce ani pora na podobne rzeczy, ale Rodney orientuje się, że oddaje uśmiech.
Stres ostatnich kilkunastu godzin odchodzi nagle, bo Widma szukają w innym miejscu i tylko przypadek może sprawić, że zostaną odnalezieni. A to oznacza, że sobie poradzą.
Rzeka, do której doprowadza ich Sheppard, nie jest wielka. I może to lepiej, bo Rodney nie jest wytrawnym pływakiem. Nie chce jednak, aby się to wydało – nie przy Sheppardzie, który zdaje się być żołnierzem doskonałym.
Torren ląduje na trawie, na brzegu i Rodney zdejmuje swoją koszulę. Powinni pewnie wyprać ubrania, ale wątpi, aby zostali tutaj na tyle długo. Nie mogą na pewno rozpalić ognia, zresztą nie wyobraża sobie siedzenia nago przy Sheppardzie. Major mógł żartować z niego do woli, ale dopóki nie miał faktycznej amunicji – Rodneya to nie obchodziło.
Sheppard zdejmuje z ramienia swój karabin, ale nie odkłada broni.
- Będę czuwał, potem się zmienimy – informuje go mężczyzna.
- Co? – pyta Rodney, bo sądził raczej, że obaj się wykąpią, a potem pospiesznie wrócą do jaskini.
Miał w planach również małe pranie dla Torrena, bo nie chciał tłumaczyć Teyli skąd jej chłopiec ma odparzenia. Widma byłyby dla nich bardziej litościwe niż atozjańska matka.
- Ktoś musi stać na straży – wzdycha Shepparda. – Nie zachowuj się, jakbyś się tego nie spodziewał.
- Mówiłeś, że jest bezpiecznie – oburza się Rodney niemal od razu.
- Jest na tyle bezpiecznie na ile może – odpowiada Sheppard. – Rusz się, bo nie możemy spędzić tutaj całego dnia. Jesteśmy zbyt odkryci. Zdążymy się schować zanim nadlecą patrole żądeł, ale jednak to nie czas na piknik – dodaje major i nie odwraca się wcale do niego plecami, jak Rodney spodziewał się, że się stanie.
- Uhm – zaczyna, ale słowa więzną mu w ustach.
Nie mają przy sobie mydła ani pasty do zębów, ale sama woda mogła wiele zdziałać.
- Odwróć się – warczy w końcu Rodney, bo Sheppard najwyraźniej nie rozumie podstawowych zasad kultury.
Major przewraca oczami i unosi dłonie do góry w geście poddania.
- Jeśli coś cię zaatakuje, nie miej do mnie żalu – sarka mężczyzna. – I ktoś musi wymyć Torrena. Dasz sobie z tym radę? Kąpałeś kiedyś niemowlę?
Rodney ściąga swoją podkoszulkę przez głowę i zastanawia się na ile Sheppard faktycznie grzebał w jego aktach. CIA obserwowało ich dom i był pewien, że wiedzieli na jego temat dostatecznie dużo, aby wyrobił sobie jeszcze większą paranoje. Ile z tego jednak przekazali dowódcą tego projektu.
- Mam młodszą siostrę. Czasami ją przewijałem. Kąpiel nie jest tak skomplikowana, gdy dysponujesz wanienką, ale ktoś będzie musiał podtrzymać główkę – wyjaśnia Rodney i rozpina spodnie.
Jest w połowie opuszczania ich do kolan, gdy orientuje się, że Sheppard jest znowu odwrócony do niego przodem i przygląda mu się ciekawie. Nie jest na tyle głupi, aby zakrywać się rękami. Przeszedł ten etap w szkole średniej i wie, że to się po prostu nie udaje i wygląda żałośnie.
- Odwróć się – powtarza uparcie i spogląda na Shepparda z wyzwaniem w oczach.
Ten przewraca tylko oczami po raz kolejny.
- Nie jestem przyzwyczajony do rozmawia z kimś w ten sposób. To niekulturalne, gdy jesteś do kogoś plecami – narzeka major.
- A ja nie jestem przyzwyczajony do prowadzenia rozmów ogólnie. Równie dobrze mogę rozmawiać sam ze sobą, przynajmniej mam raz w życiu rozmówcę, który nadąża – prycha Rodney i może to trochę obraźliwe w stosunku do Shepparda.
W końcu major nigdy nie miewa problemów ze zrozumieniem go. Sheppard jednak śmieje się krótko acz wdzięcznie i ignoruje jego gadanie.
- Wykąp się, a potem się zmienimy. Na koniec wykąpiemy obaj Torrena. Jeśli mamy zbierać się w popłochu, wolę być już po kąpieli. Ubranie zaczyna drapać – wyjaśnia Sheppard. – Cokolwiek chcesz wyprać, wysuszymy w grocie.
- Nie rozpalimy przecież ognia – przypomina mu Rodney.
- Ale możemy użyć naturalnego przeciągu. Wiatr upora się z tym raz dwa. No już, już, Rodney wskakuj do wody, bo nie mam całego dnia – rzuca major i wykonuje taki gest dłonią, jakby odganiał narzucające się mu dziecko.
McKay nie stara się nawet złożyć ubrań. Po prostu je zostawia na brzegu i bierze głębszy wdech, gdy jego stopy znajdują się w końcu w wodzie. Jest tak chłodna jak sobie wyobrażał i trochę przypomina mu czasy, gdy wraz z Jenny przebywali jeszcze w Kanadzie. W zasadzie jest nawet dość przyjemnie, jeśli nie liczyć tych dziwnych ryb, które kotłują się mu wokół nóg. Na kamieniach nie ma glonów, ale nie powinno go to dziwić. W końcu zanieczyszczenie tutaj nie dotarło. Tylko na Ziemi byli na tyle głupi, aby niszczyć zbiorniki wodne.
Nie zanurza się po prostu przykuca niedaleko brzegu pozwalając wodzie przykryć go na tyle, aby mógł opłukać całe ciało. Kiedy otwiera ponownie oczy, Sheppard patrzy na niego i jest to dziwnie kojące. Wie, że choćby nie wiadomo jak długo narzekał – major nie pozwoli go zjeść rzecznym kosmicznym potworom.
Badali tę planetę wcześniej i posiadała zaskakująco niewiele naturalnych drapieżników, którzy mogliby zagrozić ludziom, ale nadal pozostawał margines błędu i fakt, że Rodney nie ufał botanikom i zoologom. Niby zajmowali się nauką, ale nie potrafił ich traktować jak swoich kolegów.
Nie jest pewien jak długo przebywa w wodzie, ale jego ciało odpręża się. Słońce świeci z góry na nich z taką długością fali, że prawie może pomylić je z ziemskimi promieniami. W końcu decyduje się wyjść z wody i dziękuje wszystkim świętościom za to, że Sheppard zajmuje się w tamtej chwili Torrenem, bo zdąża ubrać spodnie zanim major kieruje w jego stronę swoje niebieskie tęczówki.
- Jak woda? – pyta mężczyzna i chyba ma to brzmieć żartobliwie.
Rodney przypomina sobie, że nie narzekał od dobrych kilku minut.
- Zimna i mokra. Wiesz jak to woda, odkąd może nie zauważyłeś, że jesteśmy nad rzeką – prycha, a Sheppard uśmiecha się tylko szerzej.
- Może nie nazywają tego rzeką tutaj – odpowiada major i wzrusza ramionami.
- Nie jestem językoznawcą. I chyba dobrze, bo gdybym był mielibyśmy niewielkie szanse na wydostanie się stąd – kpi Rodney.
Nienawidzi humanistów równie mocno, co botaników. Niby są przydatni, ale nie uratowali żadnego życia. No może Katie się udało odkąd znajduje rośliny, które potrafią zastąpić ziemskie antybiotyki, ale to nie świadczy od razu o tym, że zajmują się prawdziwą nauką. Małpa mogłaby ich zastąpić albo co gorsza Carson.
- Nie ubieraj butów. Wejdziemy potem razem z Torrenem – przypomina mu major, gdy Rodney schyla się do swoich porzuconych rzeczy.
Jego bluza jest przepłukana w tym górskim strumieniu, ale nie nazwałby jej czystą. Jedynym pocieszeniem jest fakt, że Sheppard nie wygląda wcale lepiej. Spogląda na pobrudzone spodnie mężczyzny, ale one migają mu tylko przez chwilę, bo Sheppard ściąga je z zaskakującą wprawą i bez ostrzeżenia. Jeśli kiedykolwiek zastanawiał się czy major ma problem z nagością – odpowiedź dostał właśnie teraz.
Sheppard świeci nagim bladym tyłkiem w kilka sekund później, gdy idzie w stronę rzeki. I Rodney nie potrafi nie patrzyć, chociaż to trochę nie fair, odkąd kazał majorowi się odwrócić.
Torren spogląda na niego, jakby doskonale wiedział, co chodzi mu po głowie, co samo w sobie jest niepokojące. Żadne niemowlę bowiem nie powinno mieć takich myśli. I Teyla ich naprawdę zabije.
Słyszy, że Sheppard płynie, ale nie odwraca się. Karabin na jego ramieniu ciąży i może to śmieszne, ale używał go tak często od początku tej ekspedycji, że nie przeraża go to już bardziej. Nikt nie powiedział mu, że będzie musiał się bronić i zabijać, ale to przyszło jakoś normalnie jak coś – co po prostu było naturalnym następstwem rzeczy. Jak zrozumienie teorii strun czy mechaniki tworzenia tuneli czasoprzestrzennych.
Jego ciało jest nadal chłodne, bo ta cholerna rzeka ma jakieś siedem stopni. I nie wie czy to dobry pomysł, żeby wkładać Torrena do tak zimnej wody. Ma o tym właśnie wspomnieć Sheppardowi, ale majora nie ma nigdzie w zasięgu jego wzroku. Odczuwa panikę tylko przez sekundę, a potem mężczyzna wypływa po prostu na powierzchnię i wraca w jego kierunku w tempie, które robi wrażenie, biorąc pod uwagę, że walczy z prądem.
Może nikt mu nie mówił, że nie pływa się w rzekach.
- Woda jest za zimna – informuje go w końcu major, gdy wychodzi na brzeg ociekając.
Nie wydaje się skrepowany ani trochę.
- Dla Torrena – uściśla mężczyzna i Rodney orientuje się, że milczy od dobrych kilku minut.
- Nie możemy rozpalić ognia, ale jeśli po prostu obmyjemy go jedną z pieluszek na razie wystarczy. To nie tak, że zostaniemy tutaj na zawsze – mówi w końcu Rodney i faktycznie w to wierzy.
Sheppard kiwa głową, jakby zatwierdzał jego plan, a potem wciąga na siebie spodnie – bez bielizny – jak zauważa Rodney. Nie wygląda też na to, aby zamierzał założyć koszulkę, bo wraca z nią w dłoni boso do rzeki i moczy kawałek jasnego materiału w przezroczystej wodzie, a potem wykręca go.
Rodney nie odkłada karabinu, ale oddaje go majorowi, co wydaje się całkiem logiczne, odkąd on trzyma w dłoniach dziecko. Torren jest całkiem obudzony, więc odwija go z tego dziwnego pakunku, w którym się znajduje niemowlę i podchodzi bliżej rzeki. Sheppard ma już namoczoną w dłoniach szmatkę i chyba próbuje ją nawet ogrzać swoimi dłońmi, co jest nawet dobrym pomysłem. Jenny zawsze płakała, gdy woda była za ciepła lub za zimna. Ona w ogóle dużo płakała, a nie chcieli zwabić tutaj Widm.
Pracują przez chwilę w ciszy i to dziwne, gdy dwóch facetów myje niemowlę. Uderza go to dopiero teraz, gdy widzi jak Sheppard jest delikatny. Ewidentnie nigdy nie obchodził się z dzieckiem i Rodney też nie ma wprawy, ale w Johnie jest jednak coś tak łagodnego, że musi przestąpić nerwowo z nogi na nogę.
Ciekawi go jak widziałby ich ktoś z oddali. Dwóch rosłych, gołych od pasa w górę facetów myjących małe dziecko. Karabin Shepparda, leżący w zasięgu ręki wcale nie poprawia sytuacji i Rodney nagle przypomina sobie, że pewnie od jakiejś godziny powinien był nasłuchiwać. Jeśli nie żądeł, to chociaż zwierząt w lesie. W końcu coś mogło ich najnormalniej zjeść.
Zawija Torrena ponownie i składa mokre wymyte pieluchy. Teyla jest mu winna tak wiele, że chyba stanie się nowym królem Atozjan.
- Dobra, napełniamy manierki – poleca Sheppard. – Im więcej tym lepiej. Dzisiaj w nocy nigdzie nie wychodzimy. Widma przed odlotem pewnie będą chciały przejrzeć cały teren blisko wrót.
- Skąd wiesz? – pyta Rodney.
Sheppard uśmiecha się do niego chłopięco.
- Sam bym tak zrobił – przyznaje major. – To wojskowa rzecz. Niech nie kłopocze cię, że nie wiesz.
- Nie kłopocze mnie to. To nie mechanika kwantowa – odbija piłeczkę Rodney.
- Na mechanice kwantowej też się znam – informuje go major.
Rodney patrzy na niego z niedowierzaniem.
- Czy ty próbujesz udowodnić, że jesteś mądrzejszy ode mnie? – pyta lekko podniesionym tonem. – Bo przypomnę ci, posiadający gen Starożytnych gamoniu, że gdyby nie ja, nie uruchomiłbyś połowy z tych wojskowych zabawek, które tak uwielbiasz. I Zelenka nie pomógłby ci również. I cholera, ale jestem jedynym z części naukowej ekspedycji, który zgodził się na misje z wami, bo…
Sheppard zaczyna się śmiać i brzmi to naprawdę dziwnie, ale Rodney zapomina nagle co miał jeszcze powiedzieć. Ciało mężczyzny jest szczupłe i widzi jak poruszają się jego mięśnie brzucha przy każdym spazmie. A nie powinien, bo nie jest pieprzonym lekarzem. Nie interesuje się takimi głupotami jak ludzki organizm. Bo Sheppard nie wygląda mu na równanie Schrödingera.
- McKay – wzdycha mężczyzna, gdy w końcu udaje mu się złapać oddech. – Czemu zawsze jesteś taki spięty? Czy kiedykolwiek podważyłem twoją inteligencję? – pyta Sheppard i nagle znowu robi się całkiem poważnie.
Rodney faktycznie nie potrafi sobie przypomnieć żadnej takiej sytuacji. Z drugiej jednak strony to Sheppard zawsze go pogania zmniejszając jego czas na rozwiązanie problemu z krótkiego do niemożliwego. I Rodney dokonuje niemożliwego, bo nie ma innego wyjścia, ale wątpi, aby ktokolwiek prócz Zelenki dostrzegał to. Ergo – Sheppard nie zauważa jednak jak wielki jest jego geniusz. Albo za bardzo przyzwyczaił się do tego, że gadatliwy Kanadyjczyk uratuje znowu dzień.
Rodney milczy i patrzy na Shepparda z wyzwaniem w oczach, a major najwyraźniej ma zamiar kontynuować.
- W odróżnieniu od ciebie – ciągnie dalej major. – Cały czas zachowujesz się, jakbym zaraz miał nas wszystkich zabić. Uważasz mnie za złego dowódcę? – pyta Sheppard.
I cholera, ale jak do tego doszli – Rodney nie wie. Może nazywał Shepparda wariatem raz czy dwa. Przeważnie jego karkołomne plany cudem wydostają ich z kłopotów, w które wpadają – zazwyczaj również przez Shepparda. Rodney od jakiegoś czasu wie już, żeby nie ruszać każdego MPZta, na który trafia. Teyla robiła mu dostatecznie długo wykłady po ostatnim.
- Sheppard, nie jesteś złym dowódcą czy złym żołnierzem – mówi w końcu Rodney i czuje się tak, jakby go to kosztowało całe lata życia. – Nie jesteś zły jak na żołnierza – uściśla, ponieważ nigdy nie miał szacunku dla mundurowych i nie nabierze go nagle, bo Sheppard nie jest półidiotą. – Jesteś po prostu szalony, a to całkiem inna kategoria.
Nie wie czy to dobra odpowiedź, ale major przekrzywia lekko głowę, jakby chciał mu się przyjrzeć pod innym kontem. Albo sprawdzić na ile Rodney mówi poważnie.
- Szalony, mówisz – podejmuje Sheppard i najwyraźniej nie potrafi ocenić czy to źle czy dobrze.
Co dziwniejsze, Rodney też nie ma pojęcia.
