Słyszy żądła przelatujące nad ich jaskinią. Siedzą tak blisko, że czuje ciepło ciała Shepparda. Część ich ubrań jest nadal wilgotna, więc siedzą w koszulkach w chłodnej jaskini, a Torren śpi na jego nogach, jakby to była jego ulubiona kołyska na świecie. Ma nadzieję, że dziecko się nie przyzwyczai, bo nie chce każdego wieczoru przebywać w komatach Teyli, aby uśpić jej syna. Nie jest jego cholernym ojcem.
Chociaż z drugiej strony coś cicho szepcze mu, że to nie byłoby najgorsze. Mieć kogoś, do kogo mógłby wrócić po godzinach pracy. Wątpi, aby założyli na Atlantydzie żłobek, gdzie w ciągu dnia czy wtedy, gdy byłby na misji, ktoś zajmowałby się jego hipotetycznym dzieckiem, ale przecież w mieście często przebywają kobiety już obarczone potomstwem. Teyla im przeważnie powierza Torrena i to jest dziwne, że Atozjanka ufa obcym, chociaż może to normalne, że skoro wszyscy nienawidzą Widm – to łączy ich bardziej niż cokolwiek innego. Walka o przetrwanie robi dziwne rzeczy z ludźmi.
Rodney obserwuje to na swoim przykładzie. W żadnym innym wypadku nie pozwoliłby Sheppardowi, aby major przytulił go do swojej klatki piersiowej i objął ramieniem. Skała jednak za jego plecami jest chłodna i twarda, i chociaż mięśnie Shepparda też nie należą do zbyt miękkiego materiału - to jednak dziwnie kojąco na niego wpływa. W końcu to John jest odpowiedzialny za to, aby wyprowadzić ich stąd żywymi, więc fakt, że ma do tego warunki jest logicznie pociechą dla jego mózgu.
Druga ręka Shepparda, ta w której nie trzyma karabinu, obejmuje go i luźno zwisa wzdłuż ramienia Rodneya. McKay czasami czuje jak palce majora dotykają nie pokrytej cienką koszulką skóry i wmawia sobie, że to całkiem normalne, że dzielą się ciepłem, gdy noc jest tak chłodna. I nawet jeśli Sheppard po prostu go uspokaja, gdy nad nimi przelatują żądła, jakoś nie potrafi zaprotestować, bo może tego właśnie potrzebuje.
Dostatecznie długo udawał dzielnego, aby pozwolić sobie na chwilę słabości w ciszy. Wiesz zresztą, że Sheppard nie powie o nim złego słowa. Rodney nie jest żołnierzem. Nie przygotowywał się do podobnych sytuacji nigdy, ale kiedy jutro rano John wróci i powie, że Widm już nie ma, pójdą razem do wrót i spróbuje im umożliwić drogą powrotną. Bo tym się zajmuje Rodney – ratuje ich, gdy jest w stanie. A gdy nie może nic zrobić – pozwala, aby Sheppard przejął kontrolę.
W końcu robi się naprawdę cicho. Torren śpi jak anioł i Rodney zapisuje w pamięci, aby być ten jeden raz sentymentalnym i wyjaśnić Teyli kim są te skrzydlate cuda, ponieważ nie potrafi inaczej wyrazić emocji. Wie, że kobieta go zrozumie jak zawsze. A jeśli nie – mimo wszystko doceni próby.
- Chyba już po wszystkim – mówi nagle Sheppard i ma tak ochrypnięty głos, że Rodney zastanawia się jak długo milczeli.
Żaden z nich nie odważył się odezwać, gdy Widma przebywały tak blisko. Ciało majora jest przyjemnie ciepłe i Rodney nie odsuwa się, chociaż może powinien. Nie jest w stanie się ruszyć, bo już dawno nie czuł się tak zrelaksowany. Słyszy jak Sheppard odkłada karabin na ziemię, zaledwie kilka centymetrów od siebie tak, aby w każdej chwili mógł po niego sięgnąć. To jednak oznacza, że faktyczne niebezpieczeństwo minęło, a tyle mu wystarcza.
- Jutro postaram się naprawić wrota, ale nie mam koniecznych narzędzi i nie wiem co dokładnie będzie mi potrzebne – zaczyna Rodney, ponieważ jest specjalistą od wymówek.
Zawsze chce podkreśli jak wielkich cudów dokonuje, bo naprawdę naprawienie czegoś, co pozostawili po sobie Starożytni nigdy nie jest łatwe. I chociaż udaje mu się to przeważnie w ciągu kilku minut ani Elizabeth, ani Sheppard nie wiedzą jak szybko następują u niego procesy myślowe. Zelence zajęłoby to całe lata o ile nie epoki.
- Jasne Rodney – mówi John, jakby nie spodziewał się niczego innego. – Zostanę twoim MacGyverem i w razie czego odleję z moich nabojów śrubokręt dla ciebie – obiecuje.
To dziwnie ujmuje Rodneya. John nigdy nie żartował tak z nim. I zresztą to nie brzmi jak żart, ale podejrzane zapewnienie, że Sheppard postara mu się pomóc jak najbardziej będzie mógł. Czyli nijak, bo Rodney nie będzie już jutro potrzebował jego pomocy. A jednak te słowa sprawiają, że jeszcze bardziej wtula się w tego niepozornego szczupłego mężczyznę i jego powieki same opadają.
- Jasne, Sheppard – odpowiada tylko zanim zasypia.
Początkowo jest zaskoczony, że już ranek. Budzi go John, starając się go przesunąć tak, aby sam mógł wstać. I pewnie Rodney powinien być zawstydzony, że spędził noc wtulony w Shepparda, ale przecież tak pewnie robią wojskowi na misjach. I nie jest pierwszym, który z majorem spał. Może nawet Ford spędzał tak kolejne noce.
Ta myśl jest dziwnie nieprzyjemna, bo kiedy są we czwórkę poza miastem, Sheppard dzieli namiot z Teylą.
- Czy wy kiedyś byliście razem? – pyta Rodney zanim zdąża się powstrzymać.
I to oczywiście nie ma sensu, jest kompletnie z kosmosu i Sheppard patrzy na niego, zamierając w pół ruchu.
- Z kim? – pyta w końcu mężczyzna.
Rodney przygryza usta.
- Nieważne. Coś wpadło mi do głowy, ale to nieważne – mówi szybko i trochę bez składu, unikając wzroku mężczyzny.
Jego życie to wzory. Potrafi odnaleźć prawidłowości wszędzie, a jeśli ich nie ma – po prostu rozpisuje kolejne wzory, aby wtłoczyć w nie rzeczywistość. Tym razem wszystko jest jednak proste i bardzo zrozumiałe. Kolejne składowe potrafi nazwać z łatwością, ale tak bardzo nie chce nadawać temu terminu. Ani dowiadywać się jakie będzie rozwiązanie.
Wie czemu dotyk Shepparda nie jest dla niego problemem i dlaczego pyta o Teylę. I dlatego nie potrzebuje ten jeden raz wiedzieć więcej, tylko bierze się w garść i zaczyna przewijać Torrena bez słowa skargi. Normalnie wykłóciłby się z Johnem, ale to kupuje mu trochę czasu na bezmysł, który zaczyna doceniać. Ma ochotę wykonać mechaniczną i nieskomplikowaną czynność, która leży dużo poniżej jego godności, aby uspokoić skołatane myśli.
Sheppard jednak jak zawsze wszystko psuje i kładzie mu dłoń na ramieniu. W jaskini nie jest już chłodno, ale ta ręka wydaje mu się i tak rozgrzana do granic możliwości.
- Rodney – wzdycha John. – O co chodzi? Znam cię na tyle długo, aby wiedzieć, że jeśli coś ci chodzi po głowie, jest ważne – mówi Sheppard i w jego głosie jest jakaś taka nuta, której McKay nie zna.
- To głupota, poważnie – odpowiada i to jest naprawdę do niego niepodobne.
Wie też, że im dłużej będzie kluczył, tym większą ciekawość Shepparda wzbudzi. A major nie odpuszcza. Nigdy. Tego się nauczył – podobnie jak Widma w tej galaktyce.
W jego głowie pojawia się kilka opcji, ale wybiera tę, która byłaby najbardziej spodziewana.
- Zastanawia mnie tylko czy Teyla nadała drugie imię Torrenowi po tobie, bo coś między wami było – mówi Rodney i chce brzmieć na lekko zazdrosnego o sam fakt, że ich wspólna przyjaciółka preferowała Shepparda z powodów tak prozaicznych.
Rodney nosi wspaniałe i godne imię. I nie, nie mówi o 'Meredith' i tej fatalnej pomyłce, której dokonali jego rodzice w czasach, gdy nie był się w stanie bronić przed głupotą innych.
Sheppard milczy i to nie jest oznacza niczego dobrego. W zasadzie major nawet przygląda mu się badawczo, jakby szukał drugiego dna. Jeśli takowe znalazł – Rodney się o tym nie dowiaduje.
- Nigdy nie sypiałem z Teylą – mówi po prostu mężczyzna. – Jesteśmy przyjaciółmi.
- To chyba nie powinno przeszkadzać w seksie, a wręcz powiedziano mi, że stanowi wspaniałą bazę dla związku – rzuca Rodney, ponieważ Elizabeth za często wysyłała go do ich psychologa.
I nie wie czemu w ogóle to mówi. Powinien był urwać temat i nie wracać do niego więcej.
Sheppard jednak uśmiecha się lekko i chłopięco, co jest dziwne, bo jest dorosłym mężczyzną, który zabił tak wielu, że przydzielano mu medale.
- Tak, Rodney. Przyjaźń jest ważna w związku. Rozumiem, że raczej czegoś podobnego nie doświadczyłeś… - urywa sugestywnie mężczyzna.
Rodney nie jest pewien jakim cudem znowu wracają do niego, ale nie musi się długo zastanawiać nad odpowiedzią.
- Nie, kobiety są… - zaczyna i urywa, gdy brakuje mu odpowiednich słów.
- Drobiazgowe i pamiętliwe – podpowiada usłużnie John.
- Nie, raczej strasznie czułe – mówi Rodney i nawet w jego uszach to śmiesznie brzmi.
Sheppard zresztą śmieje się, jakby nie wierzył w to co właśnie usłyszał.
- Sam jesteś dość czuły, Rodney – oznajmia mu nagle major.
- Chyba żartujesz – prycha McKay. – Nie porównuj mnie do…
- Hej! Hej! To jest właśnie to o czym mówię. Zawsze zakładasz, że do czegoś piję – śmieje się Sheppard i chyba faktycznie trochę ma racje.
Rodneya jednak atakowano w życiu tak często, że to już nawyk.
- Dobra, możesz masz rację, że jestem czuły, ale skoro już to ustaliliśmy, to ty dzisiaj robisz prawie Torrena – decyduje Rodney, ponieważ może.
Nie wie skąd Sheppard przynosi jedzenie, ale mężczyzna zawsze znajduje coś świeżego i pamięta nawet o słodkich owocach dla niego, co jest w pewnym sensie naprawdę miłe. Czekają dwanaście godzin aż w końcu decydują się wyjść z jaskini. Wrota nie są daleko, ale i tak jest pod wrażeniem ile przebiegł z obciążeniem. Nie ubierają zresztą wojskowych bluz i w samych podkoszulkach wybierają się w drogę powrotną. Jest zbyt ciepło, a cienki materiał i tak nie uchroni ich przed niczym.
Sheppard idzie z przodu i rozgląda się na boki, i chociaż Rodney ma pistolet przy sobie, z Torrenem w ramionach nie będzie w stanie zrobić wiele. Nie skradają się. Major sprawdził ich trasę wcześniej, ale są czujni. Droga do wrót jest jednak pusta i chociaż zniszczona wioska wygląda nieprzyjemnie, Rodney czuje się coraz bezpieczniej.
Kładzie dziecko na swoim plecaku i upewnia się, że nic niebezpiecznego nie jest w zasięgu jego małych rączek. Torren opanował już jakimś cudem wyplątywanie się z becika. Albo robią to z Sheppardem źle i dziecko jest nieodpowiednio zakutane w ten kawałek materiału.
Zawsze ma przy sobie podstawowe narzędzia pracy i widzi zaskoczenie majora, gdy wyciąga niewielki skaner z kieszeni. Nie wybiera się z miasta bez podobnego gadżetu. Nawet jeśli miejscowi nie wiedzą – zawsze mogą gdzieś mieć przypadkowo ukryty PMZ. A jeśli Rodney ma jakąś słabość – to są nią właśnie moduły.
Wrota mają odpowiedni pobór mocy i emitują akurat tyle energii, aby go to uspokoiło. W końcu oznacza to, że Widma nie zabrały żadnego elementu zasilającego. Potrzebowałby całej huty, aby odtworzyć część i wątpił, aby Sheppard wśród swoich licznych zalet był do tego metalurgiem. Nie wie jak długo trwają oględziny, ale John mija go raz po raz z karabinem przewieszonym przez ramię. Są całkiem na widoku. Każdy kto stanąłby na skraju lasu, miałby ich na widelcu.
Tutejszy lud oczyścił okolicę wrót z kamieni, które przeważnie dawały jakieś szansy ukrycia się. Czy choćby cienia. Torren zresztą leży za konsolą i jest jedyną nienarażoną na słońce osobą.
Sheppard nie odzywa się, gdy trąca go łokciem i podaje mu bez słowa komentarza manierkę z wodą. Rodney bierze kilka łyków i wyciera swoje czoło, a potem wraca do majstrowania przy urządzeniu. Nie wydaje się, aby brakowało czegokolwiek, ale cholerne kreatury przestawiły naprawdę niewielką część na inne miejsce. Gdyby miał swój ulubiony znaleziony u Starożytnych gadżet wyjąłby ten palik wielkości szpilki bez problemu i przeniósłby go na drugą stronę panelu, ale bez lupy i odpowiedniego sprzętu może uszkodzić wrota na zawsze, a tego nie chcą. Ta planeta jest zdatna do zamieszkania. Nie mogą sobie pozwolić na odcięcie kolejnego miejsca, gdzie mogliby się ukryć w sytuacji kryzysowej.
- Rodney – zaczyna Sheppard i ponieważ słońce nie jest już tak wysoko na niebie, McKay orientuje się, że mogli tutaj spędzić nawet cztery godziny.
- Przepraszam – mówi, bo najwyraźniej major stracił cierpliwość. – Nie dam rady – dodaje i czuje, że po raz pierwszy odkąd się znają, poniósł porażkę. – Nie dam rady – powtarza i nie panikuje.
Po prostu nie wierzy, że naprawdę to mówi. Sheppard spogląda na niego wcale nie poruszony faktem, ale jednak utkną tutaj na dłużej.
- Hej, jutro będzie tutaj Dedal – informuje go major i wzrusza ramionami. – Trzeba będzie tutaj wrócić kiedyś i odblokować wrota – stwierdza oczywistość.
- Jutro spróbuję, może… - zaczyna pospiesznie Rodney, przecierając spoconą twarz.
- Nie ma sensu – ucina krótko Sheppard – Nie masz odpowiedniego sprzętu. Może analiza odpowiednimi urządzeniami…
- Wiem co jest zepsute – prycha Rodney i chyba robi to za głośno, bo Torren pierwszy raz od czasu tego jak zostali tutaj uwięzieni, zaczyna płakać.
Sheppard podnosi dziecko i podaje je Rodneyowi, jakby tam było jego prawowite miejsce, a on nie protestuje. Niemowlę się uspokaja, gdy zaczynają się bujać w przód i w tył. Patrzy na Shepparda nad małą główką i stara się wyglądać na opanowanego.
- Wiem co jest zepsute – powtarza, ale tym razem spokojniej, aby nie zdenerwować dziecka.
Dopiero teraz zdaje sobie sprawę, że przez ostatnie dni ani razu nie podniósł głosu. Nie jest to jego normalna forma porozumiewania się z Sheppardem.
- Widma są sprytne. Nie da się naprawić panelu z tej planety, bo nie mają technologii. Jest taka niewielka część, która blokuje obracanie panelu, więc i wybieranie oraz przyjmowanie adresu – wyjaśnia mężczyźnie, który kiwa tylko głową.
- Próba naprawienia bez sprzętu skończy się totalnym zniszczeniem panelu – odgaduje major bez problemu i nagle się uśmiecha. – I widzisz? Nie ma sensu, żebyś jutro próbował po raz kolejny.
Rodney przewraca oczami.
- Po prostu przyznaj, że nudziło ci się, gdy się do ciebie nie odzywałem – kpi, ponieważ Torren zasypia w jego ramionach.
I to przyjemne, że jest ktoś kto ufa mu na tyle, aby uspokajać się w jego obecności. Nie chce jednak tego głębiej rozważać.
Sheppard uśmiecha się do niego i kiwa głową, jakby sam spychał niepotrzebne myśli w dal. Nie wyglądają jednak na niemiłe, co tym bardziej dziwi Rodneya.
- Mówisz wiele, McKay. Nie było ani chwili, żebyś czegoś nie mamrotał – informuje go Sheppard. – Oczywiście nie rozmawiałeś ze mną, ale już ustaliliśmy przecież, że musisz mieć rozmówcę na swoim poziomie – dodaje i jest to żart.
Kiedy wracają do jaskini, Rodney nie może nie zastanawiać się o czym mówił przez pełne cztery godziny, ignorując kompletnie obecność Shepparda.
Wieczór nadchodzi bardzo szybko i niespodziewanie. Nie może uwierzyć, że już minęły trzy dni i jakoś dziwnie się czuje, gdy karmi Torrena ostrożnie mlekiem. Sheppard jest specjalistą od przetrwania w każdych warunkach, więc znajduje dla niego kolejne owoce, które zjada niemal od razu. Zastanawia się czy nie namówić majora do częstych odwiedzin na tej planecie. Nie jest bowiem taka najgorsza.
Kiedy układają się do snu, Rodney siada bliżej Johna niż powinien, ale Sheppard nie mówi ani słowa. Po prostu unosi sugestywnie ramię, jakby zapraszał go do wtulenia się w jego bok tak jak poprzedniej nocy. Jest za wcześnie, aby zasnąć od tak, ale Rodney nie potrafi znaleźć słów, którymi powinien rozpocząć rozmowę. Sheppard był świadkiem jego porażki i nie skorzystał, aby go upokorzyć. Dopiero później Rodney zorientował się, że mężczyzna wręcz próbował poprawić mu humor.
Nie jest przyzwyczajony do podobnego traktowania. Jego koledzy czyhali tylko na jego pierwszy błąd, aby wykorzystać to przeciwko niemu. Błędy w obliczeniach, teorie bez poparcia – to wszystko w jego świecie było niebezpieczne. Sheppard jednak wydawał się tego nie rozumieć i może po prostu na planecie zaatakowanej przez Widma – walka o przeżycie była ważniejsza.
Torren zasypia na jego kolanach bez problemu i Rodney czuje jak jego własne powieki opadają.
- Obudź mnie tym razem, gdy nadejdzie moja kolej na wartę – mówi do Shepparda, ponieważ major zdaje się nie stosować do własnych zasad.
- Zajmujesz się Torrenem przez cały dzień – zaczyna mężczyzna. – Widzę jaki zmęczony byłeś dzisiaj. Śpij Rodney. Jutro będziemy w domu. A jeśli nie w domu to przynajmniej wśród swoich – obiecuje mu Sheppard cicho, owiewając jego kark ciepłym oddechem.
I Rodney ten jeden raz się nie sprzecza. Czuje, że John obejmuje go ciasno ramieniem, chroniąc go przed chłodem jaskini.
