Kiedy budzi się następnego ranka, Shepparda nie ma i to sprawia, że zaczyna się denerwować. Odbezpiecza pistolet i podnosi dziecko drugą ręką, ignorując ból w ramieniu. Nie słyszy strzałów, ani przelatujących żądeł, ale to wcale go nie uspokaja. Shepparda nie ma i tylko na tym potrafi się skupić. Nie wiedział nawet, że jest tak zależny od mężczyzny dopóki major nie znika.
Nagle słyszy szelest i jedyne o czym może myśleć to fakt, że z tej jaskini jest tylko jedno wyjście, więc celuje przed siebie i czeka w napięciu aż intruz znajdzie się w zasięgu jego wzroku. A potem wydaje z siebie westchnienie ulgi, gdy rozczochrana czupryna Shepparda pojawia się najpierw. Jest nie do pomylenia z niczym.
- Rodney? – wyrywa się majorowi i oczywiście nadal trzyma broń w dłoni.
Opuszcza pospiesznie pistolet i czeka aż Sheppard powie coś niemiłego albo uszczypliwego, ale mężczyzna przygląda mu się z czymś, co dziwnie przypomina dumę.
- Dobra robota, McKay. Nie spodziewałem się, że jednak cokolwiek pamiętasz z tego, co wam wielokrotnie mówiłem. Może te szkolenia, które urządzamy naukowcom faktycznie zostają w waszych głowach dłużej niż pięć minut – mówi Sheppard i kładzie przed nim kolejne owoce.
Napełniona świeżą wodą manierka jest kolejna. Major musiał zatem pójść po zapasy, gdy on smacznie spał. Faktycznie są bezpieczni.
- Za kilka minut ruszamy w drogę – oznajmia mu John, nie dając mu nawet dojść do głosu. – Rozstawimy się wokół wrót. W splądrowanej wsi jest sporo rzeczy z których możemy utworzyć coś w rodzaju kamuflażu.
- Mówiłeś, że Dedal będzie jeszcze dzisiaj i nie muszę naprawiać panelu – wtrąca Rodney pospiesznie. – Oczywiście jeśli poświęcę temu więcej czasu…
- Nie naprawiamy panelu, a raczej ty nie naprawiasz. Jeśli będziemy siedzieć w tej jaskini, Dedal nas nie znajdzie tak jak nie znalazły nas Widma. Musimy wyjść na otwartą przestrzeń. Najlepiej w to samo miejsce, gdzie rozstaliśmy się z resztą oddziału. Teyla zna zasady. Powrót pod wrota raz na dobę – odpowiada Sheppard.
I Rodneya nagle uderza, że major z narażeniem życia faktycznie wracał do wsi, czekając na nawiązanie połączenia. Widma musiały być jeszcze niedaleko, gdy Sheppard się przekradał pod wrota. I może nawet widział jak panel był niszczony.
Ma ochotę coś powiedzieć, ale nie umie sformułować niczego, co brzmiałoby odpowiednio. Torren na jego rękach zaczyna przypominać o sobie, a druga manierka wypełniona mlekiem, trafia w jego ręce. Sheppard przygląda mu się w milczeniu, gdy Rodney karmi dziecko.
- Nie musisz się już bać. Niedługo będziemy w domu – obiecuje mu major.
I Rodney ma ochotę go wyśmiać, że nie czuł wcale strachu dzisiaj rano, gdy odkrył, że Shepparda nie ma, ale nie jest w stanie tego wykrztusić.
Dedal znajduje ich zanim udaje im się zbudować niewielkie schronienie z pozostałości wioski.
Rodney prostuje się lekko z dumą, gdy stoją ramię w ramię z Sheppardem w przystani dla skoczków. Już od wejścia widzi jak Teyla szeroko się uśmiecha i nie potrafi powstrzymać własnej radości. Wyciąga do kobiety dłonie, czekając na jakieś słowa podziękowania, ale Teyla po prostu zabiera niemowlę i zaczyna je kołysać.
- Jesteśmy niezwykle zadowoleni, że wróciliście cali i zdrowi – mówi Atozjanka, a ton jej głosu jest zaskakująco spokojny.
Wymieniają z Sheppardem zaskoczone spojrzenia i Rodney nie może po prostu nie zapytać.
- Nie tęskniłaś za Torrenem? – zastanawia się.
Teyla mruga oczami, jakby nie do końca rozumiała o co chodzi, a potem jej wzrok pada na niemowlę trzymane w dłoniach. Ronon zaczyna się nagle śmiać jak opętany.
- Sądziłeś, że oddałam ci własne dziecko pod opiekę? – pyta Teyla i jest naprawdę zaskoczona, co trochę boli.
- Myślałeś, że to jest Torren? – pyta Dex i aż łapie się za brzuch. – Tam była setka ludzi bardziej odpowiednia do opieki – ciągnie dalej Ronon i w kącikach jego oczu pojawiają się łzy. – Widziałem nawet kulawe dziecko, które biega szybciej od ciebie…
- Jestem pewna, że doktor McKay byłby cudownym opiekunem – mówi niemal natychmiast Teyla i patrzy na niego, jakby naprawdę chciała, aby jej uwierzył. – Oddałam Torrena pod opiekę Ronona, gdy major przeprowadzał ewakuację. To dziecko nie ma matki…
- McKay się cudownie zajmował niemowlęciem. I żebyś wiedział jak biegł – prycha Sheppard nagle, ucinając wszelką wesołość. – Jak to nie ma matki? – pyta nagle mężczyzna może odrobinę za ostro. – Czy ewakuacja…
- Przebiegła bez zakłóceń. Wszyscy zostali ocaleni. Matka dziecka zmarła podczas porodu. Ojciec nieznany. To się czasem zdarza. Dziecko miało zostać złożone w ofierze bogom – tłumaczy Teyla i tyli do siebie niewielkie zawiniątko. – I doktorze McKay, nigdy nie wahałabym się powierzyć Torrena twojej opiece. Wiem, że twoje serce jest naprawdę mężne – dodaje kobieta i rzuca wściekłe spojrzenie Rononowi, który tylko przewraca oczami.
- McKay naprawdę jest cholernym bohaterem – rzuca Sheppard, a potem ku jego zaskoczeniu, zabiera niemowlę Teyli i oddaje jemu. – Chodź Rodney, musimy iść do Carsona, na pewno już na nas czeka.
Więc Rodney przytula do siebie dziecko tak jak to robił przez ostatnie dnie i idzie za Sheppardem, starając się wyglądać jakoś godnie, całkiem świadom tego, że wszyscy gapią się na nich. Major wydaje się niewzruszony, więc Rodney idzie tylko szybciej, aż zrównują się krokiem i John obejmuje go ramieniem, gdy przechodzą przez drzwi.
Ma na ciele kilka otarć, ale poza tym nie ucierpiał. Jego wyniki są w normie, a słodkie owoce, które zapewniał mu Sheppard przez cały czas ich uwięzienia, powstrzymały śpiączkę hipoglikemiczną. Bezimienne niemowlę leży na niewielkim łóżeczku i Rodney nie może przestać zerkać w tamtą stronę. Sheppard naciąga na siebie czystą koszulkę i ciepły prysznic jest o niebo lepszy niż cholerna rzeka na obcej planecie, gdy jeden z nich musi czuwać z karabinem w dłoni.
- Co z nim będzie, doktorze? – pyta John zerkając sugestywnie w stronę dziecka.
Rodney jest naprawdę wdzięczny za to, ponieważ sam chyba nie umiałby tego wykrztusić.
- Dziecko zostanie adoptowane. Teyla mówiła, że znalezienie chętnej matki wśród Atozjan nie będzie trudne – odpowiada Carson, wypełniając jakieś papiery, a potem zerka na nich, jakby coś przyszło mu do głowy. – Jestem pewien, że jeśli będziecie chcieli, pozwolą wam na odwiedziny – dodaje doktor i Rodney trochę go nienawidzi, ponieważ Carson zawsze uderza w sedno.
Sheppard nawet nie ukrywa, że nie jest zainteresowany. Z drugiej jednak strony patrzy na Rodneya z dziwną emocją we wzroku, której ten nie potrafi zinterpretować. I nagle wracają do niego te pojedyncze zdania na temat zakładania rodziny, które wymienili z sobą. Widzi, że Sheppard myśli o tym samym, ale to jest tak szalone, że niemożliwe.
Kiedy Carson zwalnia ich z ambulatorium, major pochyla się nad niemowlęciem i Rodney po prostu wie, że znowu dostanie dziecko do rąk. A gdy się tak nie dzieje, zerka na Shepparda niepewnie.
- Też chcę go potrzymać – mówi major uparcie.
- Miałeś na to czas, ale jakoś nigdy nie skorzystałeś – prycha Rodney.
- Bo musiałem trzymać broń – odpowiada John takim tonem, jakby to było oczywiste.
I może jest. Carson zresztą patrzy na nich lekko skonfundowany.
- Wracamy do swoich kwater. Musimy się wyspać – informuje lekarza Sheppard i rusza wraz z dzieckiem na rękach do wyjścia.
Carson wydaje się, że chce coś powiedzieć, ale zamyka usta i po prostu kiwa głową, więc Rodney urywa się biegiem, żeby dogonić Shepparda. Wyglądają trochę jak idioci w szpitalnych piżamach i niemowlęciem, ale Rodney jakoś nie potrafi się przejmować, nie wtedy, gdy John uśmiecha się do dziecka jakoś tak dziwnie łagodnie. Nie krzywo i sarkastycznie – te miny Rodney zna doskonale.
Niemowlę jest całkiem wybudzone i mamrocze coś w tylko sobie znanym języku. I może to jest najcichsze dziecko na świecie, ale Rodney nie potrafi się przejmować.
Sheppard wchodzi w końcu do swoich kwater bez słowa, a Rodney orientuje się, że podążył dopiero, gdy John kładzie dziecko na swoim tymczasowym łóżku i siada na brzegu. I teraz nie wie co zrobić, bo nie powiedzieli sobie ani słowa. I nie wie nawet co tutaj tak naprawdę robi. Może zawsze udać, że dziecko należy do niego. W końcu przecież to on utrzymywał małego przy życiu, ale to jest nie fair w stosunku do Shepparda. Nie wiedział nawet, że mężczyzna sam z chęcią posiedziałby z niemowlęciem, gdyby nie jego cholerne obowiązki. I gdy teraz tak o tym myśli, nie potrafi zdławić tego dziwnego uczucia, które zaczyna wypełniać jego klatkę piersiową.
- Jest taki drobny – mówi Sheppard.
- Małe dzieci przeważnie są – odpowiada Rodney i to miało być zgryźliwe, ale wychodzi jak zduszona próba kpiny.
John podnosi głowę i spogląda na niego z tą samą łagodnością, z którą uśmiechał się do dziecka jeszcze chwilę wcześniej. I Rodney nie potrafi tego znieść.
- Robimy to? Naprawdę to robimy? – pyta i nie wie czy Sheppard wyczuwa jego desperację, ale Rodney mówi o czymś szerszym.
Nie tylko wychowaniu dziecka. John mówił wcześniej, że uważał go za przystojnego. I faktycznie nie był idiotą, więc mieli szansę się porozumieć. Sheppard nie uciekł do tej pory przez jego niezbyt delikatne komentarze, a przeżyli naprawdę wiele złego. I wątpił, aby z Sheppardem nie przetrwali czegokolwiek los im nie ześle. Prawda jest taka, że ufa mężczyźnie całym swoim życiem i życiem kogoś jeszcze.
I jeśli Sheppard powie, że im się uda – to tak faktycznie będzie.
John nie mówi jednak nic, ale podnosi się ze swojego łóżka i nagle jest tuż przy Rodneyu. McKay czuje jego wargi na swoich i wydaje z siebie dźwięk tak zawstydzający, że już przygotowuje wymówki. Major jednak całuje go tylko mocniej, a potem popycha na ścianę, na której dzięki Bogu nie ma żadnego obrazka ani plakatu. Cienkie szpitalne piżamy nie chronią za bardzo od chłodu, ale dzięki temu może też poczuć całe ciało Shepparda. Każdą twardość i muskuł pracujący pod skórą. Dłonie mężczyzny zsuwają się wzdłuż jego boków, a potem zaciskają się mocno na jego tyłku i Rodney nie jęczy, ale to nie jest też do końca westchnienie.
A potem nagle przypomina sobie, że nie są sami.
- Nie zrobimy tego przy dziecku – protestuje i Sheppard opiera się czołem o jego czoło, i zaczyna śmiać.
- Oddamy go Teyli pod opiekę – mówi John.
- Nie możemy – prycha Rodney. – Jeśli mamy być jego rodzicami, musimy być odpowiedzialni, John – oznajmia mu i sztywnieje, gdy zdaje sobie sprawę, że pierwszy raz nie użył w ich rozmowie zwyczajowego Sheppard czy majorze.
Mężczyzna zauważa to i uśmiecha się lekko, samymi kącikami ust. Może widzi też jego wahanie albo i strach, bo Rodney nie wie jeszcze jak to nazwać.
- Podoba mi się, gdy mówisz mi po imieniu – informuje go Sheppard. – I jestem pewien, że Teyla zrozumie. Czasem popilnujemy za nią Torrena, aby i ona miała wolny wieczór. Tak robią rodzice – wyjaśnia mu major.
- Rodzice – powtarza po nim Rodney i smakuje to słowo.
Sheppard odbija się od ściany i ciągnie go w stronę łóżka. Podnosi dziecko do góry i macha w stronę posłania ręką.
- Kładź się, potrzebujemy snu – mówi John.
- Dlaczego ja mam spać od ściany? – pyta niemal od razu Rodney, bo dziwnie przypomina mu to chwile w jaskini, gdzie Sheppard nawet fizycznie starał się oddzielać go od niebezpieczeństwa.
Teraz jednak znajdowali się na Dedalu, a on naprawdę nie był kobietą.
- Jeśli dziecko się obudzi, osoba skraja wstaje. Możemy się zamienić – rzuca Sheppard i Rodney przestaje protestować, chociaż doskonale wie, że niemowlę prześpi i tę noc.
Teyla nawet nie mruga okiem, gdy następnego dnia pytają czy mogą zostawić dziecko pod jej opieką. Sheppard nie próbuje nawet ukrywać, że mają plany i jeśli Carson uśmiecha się do swojej owsianki, to Rodney stara się tego nie zauważać. Nie biegnie do ich tymczasowych kwater, ale też nie zatrzymują się nigdzie bez powodu. A kiedy Sheppard w końcu dociska go do ściany, Rodney potrafi tylko zadrżeć. Nie pamięta w zasadzie kiedy ostatni raz robił to z mężczyzną, ale czuje, że nie będzie miał takich problemów z pamięcią już następnego dnia.
- Czy teraz pozwolisz mi się nareszcie zobaczyć nago czy znowu będę musiał czekać aż utkniemy na jakiejś planecie? – kpi Sheppard, zabierając się za jego bluzę.
Rodney posłusznie unosi ręce i zostaje na chwilę oślepiony.
- A jednak spoglądałeś – mówi oskarżycielskim tonem.
Spojrzenie Johna staje się cięższe.
- Nie mów, że nie patrzyłeś na mnie, gdy się kąpałem – prycha major i chyba Rodney faktycznie został przyłapany na gorącym uczynku.
- Obserwowałem las – kłamie w żywe oczy i John wydaje z siebie znowu ten kpiący odgłos.
- Widziałem jak śledzisz mnie wzrokiem – informuje go Sheppard nagle całkiem poważnym tonem. – I nie kłamałem. Chcę cię zobaczyć nago – dodaje John i to uderza w jego czułą strunę.
Rodney spina się, bo to silniejsze od niego, ale Sheppard już pozbawił go koszuli, więc nie wie czy w ogóle jest sens bronienia spodni jako ostatniej twierdzy.
- Nic czego nie widziałbym wcześniej – podejmuje John. – Ale z bliska. A chcę z bliska – mówi trochę bez ładu i składu, ale Rodney rozumie przesłanie.
- Łóżko – mówi tylko, a potem pozwala się położyć mężczyźnie na niezbyt wygodnym materacu, który jest jednak o niebo lepszy od ziemi w jaskini.
Sheppard szarpie się z zamkiem jego spodni, ale kiedy wygrywa – wydaje z siebie pomruk pełen satysfakcji, a potem zaczyna całować jego penisa przez materiał majtek, co nie powinno być seksowne, ale z drugiej strony Rodney nie potrafi znaleźć takiej rzeczy, która w połączeniu z Sheppardem nie byłaby chociaż trochę pociągająca.
John łapie go za pośladki i unosi lekko, a potem ściąga z niego spodnie i majtki za jednym zamachem. Rodney nie wie czy chce patrzeć w dół, ale nie może przestać, gdy czuje na swoim członku mokre usta mężczyzny. John się nie bawi, może jest równie wygłodniały co on. Albo napięcie ostatnich dni daje o sobie znać, bo bierze go całego do ust i zaczyna poruszać głową w górę i w dół. I jest to najbardziej niezdarne obciąganie, jakie przeżył, bo kąt jest zły i zadławia Shepparda swoją długością, ale John z drugiej strony nigdy z niego nie rezygnował, więc porusza się uparcie, ignorując fakt, że w kącikach jego oczu pojawiają się łzy. Ściska jego biodra tak mocno, że Rodney wie, że następnego dnia pojawią się tam siniaki, ale jakoś nie umie się tym przejmować. Liczy się tylko John i jego język, który wyczynia cuda na jego główce. A potem Sheppard nagle zaczyna ssać, jakby przypomniał sobie, że coś podobnego też istnieje. I Rodney już nie może, bo to wszystko jest tak chaotyczne jak major i równie co on spontaniczne. Nie wie co mężczyzna zrobi zaraz, bo Sheppard jest nie do przewidzenia i nie jest nawet zaskoczony, że dochodzi, gdy John dociska swój kciuk płasko do jego wejścia, nie przerywając jednak linii mięśni.
Ten punkt zawsze był dla niego niesamowicie wrażliwy. I powinien pewnie czuć zażenowanie, że nie ostrzegł nawet Shepparda, ale mężczyzna całuje zagięcie jego biodra z dziwną czułością i jeśli Rodney jeszcze przed chwilą zastanawiał się jak nazwać to co jest między nimi, nie ma już wątpliwości.
- Chodź do mnie – mówi do mężczyzny i John unosi się na tych swoich umięśnionych rękach, które nie raz i nie dwa zaprzątały jego myśli.
I teraz nie potrafi się skupić, szczególnie, gdy czuje smak samego siebie w ustach majora. Mężczyzna drażni się z nim, składając na jego twarzy zaledwie muśnięcia. A Rodney chce prawdziwego pocałunku, więc przytrzymuje głowę Jona w miejscu i dostrzega, że Sheppard uśmiecha się wrednie, jakby osiągnął właśnie swój cel.
- Co? – pyta, ponieważ nie ma sensu udawać, że nie dostrzega tego czegoś.
I dopiero dociera do niego, że już od dawna porozumiewają się z Sheppardem na całkiem innym poziomie. Nie tylko John za nim nadąża, ale i on rozgryzł algorytm Sheppard, który niejednemu spędzał sen z powiek. Czuje pewną satysfakcję z tym związaną.
- Pomyślałem, że jeśli ci obciągnę, pozwolisz mi nazwać dziecko – mówi John z taką szczerością, że Rodney nie potrafi się nie uśmiechnąć.
Po chwili jednak reflektuje się i patrzy na majora odrobinę poważniej.
- Nie nazwiemy dziecka 'Meredith' – mówi tylko, a Sheppard zaczyna chichotać w jego obojczyk.
