Godzina druga rano.
Podczas gdy cywilizowani ludzie śpią o tej godzinie, Mike Schimdt miał ciekawsze zajęcie - no, może nie tyle ciekawsze co bardziej opłacalne. Dosłownie.
Oprócz tego to co dawało mu zarobek było śmiertelnie niebezpieczne. Ale kto by się tym przejmował, biorąc pod uwagę że musiał robić zaledwie trzy rzeczy?
To chyba nie mogło być trudne?
- Chica, wynoś się stąd! Nie dostaniesz chipsów! I tak jesteś gruba! - krzyczał Mike.
Animatroniczna kura, wlepiona z otwartym dziobem w prawą szybę biura, zachłannym wzrokiem spoglądała na jedzącego strażnika. A raczej na jego posiłek.
- Mike, nie bądź żydem, podziel się ze mną - prawie skomlała.
- Jak będziesz tyle żarła to nikt cię nie zechce i już do końca życia będziesz śpiewała durne piosenki dla bandy rozbrykanych smarkaczy!
- Nie przekonałeś mnie - Chica zaczęła tłuc w szybę - Po-dziel-SIĘ!
Mike westchnął.
Nie było nic głupszego od teoretycznie niemogącego jeść robota który cierpiał na niepohamowane napady łaknienia.
Ale co mógł zrobić? Na płacz był za stary, na śmiech za poważny.
Uległ.
Otworzył drzwi i rzucił kurze opakowanie chipsów. Prawie ich nie tknął...
- Masz i spieprzaj. Nie chcę cię tu widzieć do końca nocy - niezbyt miło powiedział strażnik.
Ale kto siliłby się na grzeczność w obliczu utraty jedzenia?
Ledwie wybiła trzecia, a Mike zaczął wpadać w panikę.
- Gdzie jest ten cholerny zając?! - wymamrotał, nerwowo przeglądając kamery.
- Nie jestem zającem tylko królikiem - usłyszał z lewej strony.
Zapalił światło.
Jego oczom ukazał się stojący tuż przy wejściu Bonnie. Najwyraźniej miał ochotę na pogawędkę z nocnym stróżem.
Znowu.
Mike szybko zamknął drzwi. Jednak dialog z zającem, królikiem czy czym to było zdecydowanie go przerastał.
W ciągu następnych kilku minut Schmidt co jakiś czas sprawdzał czy animatronik już sobie poszedł.
A gdzie tam.
Ilekroć strażnik otwierał drzwi, Bonnie zaczynał tę samą śpiewkę.
- Wpuść mnie, Mike. Ja wcale nie chcę cię zabić. Chcę tylko porozmawiać.
Nikt nie chce mnie słuchać.
- Ja też nie mam ochoty - burczał tylko mężczyzna i zamykał z hukiem drzwi.
Szybko odwróciło się to przeciw niemu. Ledwie wybiła piąta a w budynku skończyła się energia.
Mike westchnął z bólem. Ostatni raz zerknął na Pirate Cove - nie chciał mieć dodatkowo na głowie tego wkurzającego lisa.
Po upływie jakiejś minuty światła w całej restauracji zgasły.
Mężczyzna usłyszał kroki z prawej strony.
- Przepraszam, przepraszam, przepraszam, pomyliłem korytarze - szeptał Freddy, cicho przemykając na drugą stronę biura. Gdy tam dotarł zaczął świecić twarz i grać Toreador March, jednak widząc zaciętą minę Schmidta przestał.
- Coś się stało? - wyraził zainteresowanie - Wiesz, może nie zauważyłeś ale to mój wielki moment. Zaraz wystraszę cię na śmierć i... Ej, możesz mi powiedzieć co ty robisz?
Mike wstał z krzesła i przeszedł obok Freddy'ego a następnie ruszył w głąb korytarza.
Odwrócił się jednak na chwilę i rzucił:
- Jebać to. Wychodzę.
