Podróż między światami zdawała się trwać wieczność, ale żaden z podróżników nie był w stanie tego rejestrować. Ogromne ciśnienie i siła nadprzyrodzona, która ciągnęła ich do nowej rzeczywistości odebrała na moment logiczne myślenie. Harry Potter, Hermiona Granger, Ronald Weasley, Tom Riddle i Bellatrix Black wylądowali twardo na wilgotnej trawie między przerażającymi, wielkimi drzewami.

Na pierwszy rzut oka mrożąca krew w żyłach puszcza zdawała się wyglądać jak Zakazany Las obok Hogwartu – przerażająca cisza, nienaturalna moc tłamsząca ich z każdej strony, ciemność. Oprócz paranoi, że za którymś z pni siedzi ukryty niebezpieczny drapieżnik i przebijającego się przez konary drzew mdłego blasku księżyca, każdy z nich odczuwał, że coś nie gra, że coś jest nie tak.

Bellatrix ciągle siedziała skulona na zielonej trawie, Voldemort już celował różdżką w Pottera, który zbity z tropu – razem z przyjaciółmi – nie potrafił oderwać oczu od nowego wizerunku Czarnego Pana. Wiedzieli, że coś się zmieniło i uległo zmianie, ale nikt, prócz Hermiony, nie był w stanie tego zaakceptować.

— Co, Potter, nie chcesz się nawet bronić? — Riddle zmrużył błękitne oczy i roześmiał się. — Avada Kedavra.

Ale nic się nie stało. W Harry'ego nie poleciał żaden śmiertelny promień. Co więcej, Złota Trójca ciągle stała z rozchylonymi wargami i wpatrywała się w niego jak w coś, czego nigdy nie widzieli i właśnie dostali taką szansę. Voldemort kilkakrotnie próbował rzucić to samo zaklęcie, ale, za każdym razem, bez żadnego rezultatu. Wściekły wyrzucił bezużyteczny kawałek patyka i krzyknął z całej siły. Pokonał odległość kilku kroków dzielących jego oraz Granger i rzucił się na zdezorientowaną dziewczynę.

Bellatrix podniosła się w jednej chwili i w kilka sekund oszacowała ich szanse. Nie miała pojęcia, co stało się z jej różdżką, ale widziała, jak rudy zdrajca zaczynał zaciskać w rękach magiczne narzędzie.

— Panie, nie — powiedziała cicho, podchodząc do Riddle'a, który zdążył przewrócić dziewczynę i zacisnąć palce wokół jej szyi.

Harry z Ronem zareagowali szybko – oboje bezsilnie wymachując różdżkami w stronę Czarnego Pana. Ale i tym razem żadne czary nie zadziałały. Hermiona próbowała wyszarpać się z coraz to silniejszego uścisku, ale nie potrafiła.

— Coś ty zrobiła, ty pieprzona szlamo? — warknął jej do ucha. Nie zorientował się nawet, kiedy w jego stronę Weasley rzucił dość spory kawałek drewna. — Zabiję…

Nie dokończył, bo konar trafił go prosto w głowę i mężczyzna stracił przytomność. Granger nie potrzebowała drugiego zaproszenia, razem z przyjaciółmi, ignorując wściekłe wrzaski Bellatrix, chwycili się za dłonie i zaczęli biec przed siebie, prosto w pozbawioną blasku księżyca strefę drzew.

Po kilkuminutowym biegu zatrzymali się, głośno sapiąc. Hermiona oparła się o Rona, Harry podparł się dłońmi na kolanach. To było niewiarygodne – znajdowali się w dziwnym miejscu. Byli przerażeni, ale jakaś nieznana im moc zagłuszała ten strach, a na jego miejsce pchała spokój i opanowanie.

— Widzieliście to? Hermiono, co zrobiłaś? — Potter odezwał się niepewnie, kiedy jego oddech był w miarę równy. Dziewczyna zacisnęła wargi w cienką linię i spojrzała na przyjaciół.

— Bo widzicie… — zaczęła niepewnie. Weasley zachęcił ją delikatnie pocierając jej ramię. — Nie zabiliśmy Nagini, ty z Voldemortem toczyłeś ostateczną bitwę, a przecież już raz byłeś martwy. Nie chciałam, żebyś przegrał, chciałam uratować nas wszystkich i… Ja to planowałam od dawna.

— Hermiono, o co chodzi? — Rudowłosy chłopak położył ręce na ramionach Granger i spojrzał jej głęboko w oczy. — Możesz powiedzieć.

— Wtedy, kiedy był ślub Billa i Fleur, gdy powiedziałam wam, że pakuję się już od jakiegoś czasu, żeby być gotową na nadejście odpowiedniej chwili… — Harry i Ron pokiwali zgodnie głowami. Doskonale pamiętali dzień, w którym sielanka została przerwana nagłym wtargnięciem tłumu śmierciożerców. — Znalazłam w księdze pewien eliksir, który dobrze zrobiony, mógł przenieść osoby znajdujące się w centrum dymu powstającego przez zmieszanie się płynu z powietrzem do świata, innego świata, pozbawionego magii. Od wieków nikomu to nie wyszło, przynajmniej nie do 1659 roku. Wtedy też wszystkie informacje na ten temat ucichły. Musiałam nieźle się nagimnastykować, żeby zdobyć składniki i… — Przerwała, czując łzy napływające do jej oczu. Pociągnęła nosem i spojrzała w bok. — Zrobiłam coś strasznego, ale udało się. Udało się i przenieśliśmy się do świata bez magii. Tutaj Voldemort nie będzie mógł cię zabić zaklęciem, Harry, jest tak samo bezbronny, jak ty, czy ja.

Zapadła cisza. Zarówno Wybraniec, jak i Weasley musieli przetrawić to, czego się dowiedzieli. Byli w świecie bez magii. Razem z nimi byli Voldemort i Bellatrix. A co z ich życiem w tamtym wymiarze? Co z rodziną, przyjaciółmi? Przecież nawet jeśli nie ma już Voldemorta, to są śmierciożercy, którzy zostali. Potter zacisnął dłonie w pięści i westchnął ciężko.

— Hermiono… — zaczął powoli, widząc potok łez zdobiących policzki przyjaciółki. — Powiedziałaś, że zrobiłaś coś strasznego…

— Tak, Harry. Eliksir wymagał nakładu mnóstwa energii, starożytnych składników i… — Dolna warga drżała, a głos Granger z sekundy na sekundę stawał się coraz bardziej piskliwy.

Ronald objął ją ramieniem, ale Harry widział po minie przyjaciela, że nie bardzo rozumie nagły napad paniki jego dziewczyny. Już otwierał usta, żeby zganić ją za nieprzemyślany i nieskonsultowany pomysł z eliksirem oraz za płacz, na który widocznie naszła ją ochota, ale Chłopiec-Który-Przeżył zgromił rudzielca wzrokiem.

— Ostatnim składnikiem było serce osoby, którą kocham najbardziej.


Tom Riddle chodził w tę i z powrotem. Nie potrafił zrozumieć, co się stało. Raz za razem w głowie odtwarzał moment ostatniej walki. Tylko on i Potter. Nie zrobił nic źle. Więc jak znaleźli się w tym miejscu? Nie zauważył nawet, kiedy Bellatrix zatoczyła się i ciężko upadła. Może kiedyś zwróciłby uwagę na to, co się działo z jego słodką Bellą, ale teraz nie był w stanie patrzeć na nią, a co dopiero interesować się jej upadkami.

Cholernie bolała go głowa. Ostatnie, co pamiętał, to on zaciskający swoje dłonie wokół szyi tej głupiej szlamy i ciemność. Nie miał zielonego pojęcia, jak długo leżał bezwładnie na mokrej trawie – kiedy otworzył oczy niemiłosierny ból zaćmił jego umysł, a nad nim klęczała przerażona Black.

— Co ty robisz, do jasnej cholery? — warknął w końcu, odwracając się w jej stronę.

Była jego najwierniejszą. Uwielbiał tę uległość i miłość, które napędzały ją do działania, ale im więcej tego miał, tym bardziej to go odrzucało. Bellatrix leżała zwinięta w kłębek i trzęsła się. Dopiero kiedy zobaczył ją drżącą z zimna zorientował się, że i jemu doskwiera chłód. Objął się ramionami i pokręcił zrezygnowany głową.

Co mogli zrobić? Było ciemno, znajdowali się w nieznanym miejscu, w lesie, który zdawał się nie mieć wyjścia. Usiadł pod drzewem i oparł się plecami o chropowatą korę.

— Chodź tutaj, Bellatrix. Nie chcemy zamarznąć jak jacyś… mugole — powiedział, z obrzydzeniem akcentując ostatnie słowo. Nie dała się długo prosić, kilka sekund później siedziała wtulona w swojego pana. Przylegając do siebie, „temperatura" ich ciał delikatnie wzrosła.

— Panie… — Black zaczęła niepewnie. — Jeśli dalej chcemy zniszczyć Pottera, to musimy pomyśleć nad lepszym planem.

— Musimy pomyśleć, jak odzyskać moc! — syknął prosto do jej ucha. Poczuła nieprzyjemny dreszcz i zamknęła oczy, rezygnując z dzielenia się dalszymi pomysłami.

Nie lubiła, kiedy traktował ją przedmiotowo. Co z tego, że okazywała mu swoje oddanie, swoją miłość i swoją pasję na każdym kroku? Jeszcze przed całkowitą utratą człowieczeństwa był dumny z tego, że była u jego boku. Wraz z utratą ludzkiej godności utracił względny szacunek do niej, co nie zmieniało faktu, że ona nie potrafiła pozbyć się człowieczeństwa tak po prostu, jak on. Nie potrafiła przestać go uwielbiać, miłować i podziwiać. Potrzebowała tego.

— Spróbuj się przespać. Jak zacznie świtać ruszymy w drogę. Nie możemy siedzieć w tej puszczy. — Usłyszała.

Ziewnęła szeroko i odpłynęła do sennej krainy marzeń. Byli w ciemnej dupie, w dodatku przez zwykłą dziewuchę brudnej krwi, przez dziewuchę, która nie miała prawa istnieć w magicznym świecie.


— Żartujesz? — Ron odsunął się od dziewczyny na wyciągnięcie ręki i spojrzał na nią zdezorientowany. — Mówisz o prawdziwym sercu?

— Kto? — Harry starał się nie osądzać przyjaciółki, mimo że sam miał ochotę nawrzeszczeć na nią. Wiedział jednak, że wrzaski, osądzania, krytykowanie nic nie pomogą w ich sytuacji.

Z jednej strony mieli niezłe pole do popisu. Wiadomo nie od dziś, że Voldemort brzydził się wszystkiego, co niemagiczne, więc mieliby sporą przewagę i mogliby nawet zabić go na zawsze. Z drugiej strony, w jaki sposób mieli zwyciężyć z człowiekiem, który był zdecydowanie silniejszy od nich? I sprytniejszy? Mimo to, Potter widział realne szanse na wygraną i w duchu dziękował jej za ten pomysł. Nie potrafił przełknąć śliny, kiedy zaczął w głowie wymieniać wszystkie osoby, które Hermiona mogłaby zabić dla ukończenia jakiegoś eliksiru.

— Ron, idioto. To chyba logiczne, że musiałam użyć prawdziwego serca — wyszeptała, zaciskając powieki.

— Nie wierzę… — Zmrużył oczy i odsunął się kilka kroków w tył. — Nie wierzę.

— Ron! Uspokój się! Chciała dobrze. — Harry zmierzył rudego krytycznym spojrzeniem, ale ten zdawał się z tego nic nie robić.

— Kto to? Bo mnie widocznie nie kochałaś najbardziej — wysapał. Nie wiedział, co miał o tym myśleć.

W jego umyśle jakby coś wybuchło, wszystko zaczęło zlewać się w całość. Słyszał cichy, podstępny szept, który wrzeszczał w głowie, że jego dziewczyna to morderca.

— To nie tak, ja… Rozmawiałam z rodzicami i mój ojciec zgodził się… W zamian za wymazanie wspomnień mojej mamy. — Hermiona nie potrafiła powiedzieć nic więcej. Upadła na kolana i schowała twarz w dłoniach.

Musiała zabić własnego ojca, żeby oni mogli być teraz tutaj, w tym świecie, żeby Harry mógł raz na zawsze pokonać pieprzonego Voldemorta. Nie spodziewała się, że któryś z nich zrozumie, ale reakcja chłopaka, z którym wiązała swoją przyszłość totalnie złamała jej serce. Wszystko było zaplanowane, wszystko poszło dokładnie tak, jak pójść powinno. Musiała złożyć ofiarę, żeby przenieść ich do całkowicie innego miejsca, gdzie Harry Potter i Lord Voldemort będą zwykłymi śmiertelnikami bez magii i bez żadnej pomocy nadprzyrodzonych sił.

Hermiona nie była w stanie spojrzeć w oczy żadnemu z nich. Była pewna, że kiedy dowiedzą się o tym, że zabiła człowieka trwającego przez tyle lat przy jej boku tylko dla głupiego eliksiru, to odwrócą się od niej. Skreślą ją i nigdy, przenigdy jej nie wybaczą. A przecież nie musiała nawet tego płynu używać. Gdyby zabili Nagini, Voldemort byłby zwykłym, śmiertelnym człowiekiem z ostatnim, malutkim i poranionym kawałeczkiem duszy, a Harry miałby szansę go pokonać. Zdziwiła się, kiedy poczuła, że ktoś obejmuje ją ramionami i chowa w silnym uścisku. W głębi serca miała głupią nadzieję, że to właśnie Ron, ale kiedy podniosła głowę, spojrzała w zielone oczy Pottera. W jego oczach nie doszukała się żadnej nienawiści i obrzydzenia.

Nie potrafiła już dłużej wytrzymać, rozpłakała się. Pozwoliła całemu żalowi, żałobie, bólowi, niemocy wypłynąć na wierzch. Pozwoliła sobie na rozpacz.