Słońce powoli wychylało się zza horyzontu, nadając otoczeniu przyjaznego, skrzącego blasku. Temperatura powietrza gwałtownie wzrosła o kilka stopni, zwierzęta zaczęły wychodzić ze swoich kryjówek, wiatr zaczął swój codzienny, przyjemny taniec. Nawet rodzina królewska – w Dzień Założyciela – postanowiła wybrać się na poranną przejażdżkę Lasem Freda. Odkąd królowa Bonnie, najpiękniejsza i najbardziej pożądana wśród mężczyzn kobieta, straciła męża i wyszła za swojego przyjaciela i jednocześnie Szefa Gwardzistów, Royalowie nie mieli zbyt wielu okazji do spędzania czasu wspólnie.

Freya nie potrafiła zrozumieć, czy jej matka była ślepa czy po prostu związała się z tym spiskowcem, bo tak trzeba. Wielokrotnie udowadniała, że jej ojczym, Mark, to nikt więcej jak zwykły, żądny władzy krętacz. Był przebiegły i inteligentny, ale Freya nienawidziła go całym sercem i na każdym kroku starała się uprzykrzyć mu życie. Zdarzyło się jej nawet zarzucić mu, że to on zabił jej ojca tylko i wyłącznie dla wyższego statusu, dla bycia królem.

— Kochanie, co myślisz?

Z zamyślenia wyrwał rudowłosą dziewczynę głos matki. Księżniczka pokręciła głową, jakby królowa zadała głupie pytanie.

— To nie ja mam prawo głosu w tym kraju — odpowiedziała oschle.

Kiedyś relacje z matką miała doskonałe, były siostrami, przyjaciółkami, matką i córką. Potrafiły odnaleźć się w każdej sytuacji. Odkąd zmienił się władca, zmieniły się relacje.

— Bądź grzeczna, Freya. Nie chcesz chyba wylądować za karę między Miszami, prawda? — Mark machnął ręką w stronę woźnicy, żeby zatrzymał się.

Księżniczka tylko prychnęła pod nosem, widząc spojrzenie matki. Ta polana, która wyglądała normalnie – jak każda inna – była pełna wspomnień. Nie tylko dla Marka, ale i dla Bonnie, dla Freyi, dla każdego mieszkańca Bilachawi.

— To tutaj był Godhet, kiedy tworzył nasz mały świat. — Mark uśmiechnął się do siebie pod nosem. Był pasjonatem historii i wiedział niemalże wszystko. Znał prawie każdą księgę historyczną na pamięć. Imiona, miejsca, wydarzenia, wszystko.

— A Bra? Jego siostra? No chyba nie zapomniałeś, że ona też odegrała dużą rolę, prawda? — Bonnie podeszła do króla i oparła głowę na jego ramieniu.

Mark nie lubił przyznawać się do tego, że kobieta odegrała znaczącą rolę w historii Bilachawi. Był przekonany, że władzę powinien sprawować tylko mężczyzna – żadna kobieta nie była w stanie poprowadzić tak ogromnego państwa. Może i kochał swoją żonę, może cieszył się z tego, że miał rodzinę, ale ważniejszym dla niego było doprowadzenie władzy do porządku. Był zwykłym politykiem, a jego pragnienia wiązały się z naprawą rozpustnego kraju, w jakim przyszło mu rządzić.

— Wasza wysokość. — Woźnica skłonił się nisko i skierował swój wzrok między drzewa.

Rodzina Carbone skupiła się na dwójce ludzi, którzy wpatrywali się w nich spod ogromnego klonu. Mark machnął dorożkarzowi dłonią, żeby zajął swoje miejsce a sam dostojnym krokiem, z wysoko uniesioną głową, ruszył w stronę niewdzięcznych poddanych.

Voldemort obudził się zalany potem. Nigdy nie miał sposobności zasmakowania mugolskiego życia, nie licząc jedenastu lat między tym gatunkiem podludzi. Teraz, leżąc z Bellatrix w ramionach, spocony z powodu wzbijającego się coraz wyżej słońca, nie był nikim więcej, jak niemagicznym śmiertelnikiem. Splunął na bok i gwałtownie odepchnął śpiącą kobietę. Bellatrix ziewnęła szeroko i niepewnie podniosła zaspany jeszcze wzrok na swojego pana.

— Nie patrz się tak, kretynko. Musimy ruszać w drogę, musimy odzyskać moc i zabić tych niewdzięcznych dzieciaków. I przede wszystkim, musimy wrócić do naszego świata — warknął, widząc szklane spojrzenie swojej poddanej.

Pokiwała tylko głową i przetarła czoło.

Zmieniła się. Dopiero teraz to zauważył – była znowu piękna, jak kiedyś. Nie nosiła widocznych śladów praktykowania czarnej magii: jej włosy były znowu długie, piękne i czarne, jej oczy znowu miały tę iskierkę w ciemnych tęczówkach, jej pełne usta nie były popękane, a zamiast poniszczonych, żółtych zębów miała je znowu proste i białe. Wydawała się być młodsza o co najmniej dwadzieścia lat. Nie interesował się jej życiem prywatnym, ale był wdzięczny Lestrange'owi, że ten nie dawał za wygraną i walczył o jej względy do samego końca. Kiedy Riddle spojrzał na to z innej strony, było mu nawet głupio, że wysłał Rudolfa na misję samobójczą, który dosłownie dwa dni przed ślubem zginął z ręki samego Dumbledore'a.

— Panie…? — Jej drżący głos wyrwał go z zamyślenia. Zmrużył oczy i syknął pod nosem. Podążył za jej wzrokiem i zobaczył… karocę, która ciągnięta była przez dwa ogromne, piękne konie.

— Świetnie — powiedział do siebie i zacisnął wargi w cienką linię, intensywnie myśląc.

Rzekłby, że właśnie uśmiechnął się do nich los, ale od dawna nie wierzył w takie bzdety. Widząc dostojne zwierzęta i piękny powóz wywnioskował, że ludzie zmierzający w ich stronę są wysoko postawieni w hierarchii tego przeklętego miejsca.

— Wiem. Wpadłem na świetny pomysł.

Uśmiechnął się pod nosem i szturchnął kobietę, która zdawała się być nieobecna i z utęsknieniem patrzyła na pojazd. W normalnej sytuacji skarciłby ją za tak lekceważące zachowanie, ale teraz nie mieli czasu.

— Przepraszam… — zaczęła, ale przerwał jej.

— Jesteśmy zwykłym narzeczeństwem. Ta upośledzona trójka: Potter, rudy zdrajca krwi i skretyniała szlama, to źli czarodzieje, którzy polują na nas i chcą nas zabić, dlatego przenieśli nas do tego… świata. — Mówił szybko i cicho. Na wzmiankę o narzeczeństwie Bellatrix mimowolnie uśmiechnęła się. — Nie rób nic, nie mów nic. Ja wszystko załatwię. Oni wszystko załatwią. Wykorzystamy naiwność tego społeczeństwa.

Pokiwała gorliwie głową. Co mogła zrobić? Od jakiegoś czasu uważał ją za głupią wariatkę, która zrobiłaby wszystko dla niego. Może tak było, przecież z radością oddałaby życie dla Czarnego Pana, ale brakowało jej starych czasów. Czasów, kiedy doceniał nie tylko jej umiejętności, nienawiść do brudnej krwi i złodziei magii, ale i rozum, miłość, ciało. Nieustannie kochała go całym sercem, które biło tylko dla niego. Była dumna ze swojej obsesyjnej, platonicznej miłości. Zawsze miała nadzieję, że kiedyś opamięta się, że spojrzy na nią tak, jak za dawnych czasów – kiedy zaczynał swoje panowanie, kiedy jako pierwsza stanęła po jego stronie, kiedy krok po kroku odkrywali siebie, swoje uczucia, pożądanie, obsesję, wszystko.

Poczuła, jak Riddle szarpie ją w górę. Szybko podniosła się i dopiero teraz zauważyła, że przez swoje rozmyślania straciła dość sporo, bo w ich stronę szedł mężczyzna, a dwie kobiety stały dalej i wpatrywały się w nich intensywnie. Bellatrix chrząknęła, przygładziła sukienkę i przykleiła na twarz nieśmiały uśmiech.

— Ukłońcie się przed królem. — Usłyszeli nieznajomego.

Black zmarszczyła nos, a Voldemorta zalała fala złości. Mimo to musiał zmusić swoje ego do uciszenia i zagrania roli pokrzywdzonego. Zgiął się, imitując marny ukłon, a Bellatrix poszła w jego ślady. Mężczyzna pokiwał powoli głową, uważnie obserwując ich.

— Przepraszam, my… Nie jesteśmy chyba z tego świata — Riddle powiedział ostrożnie, zmuszając swoje struny głosowe do posłuszeństwa – z rozkazującego tonu zmienił go w przerażony i zdezorientowany. Nawet nie pomyślałby, że tak świetnie pójdzie mu udawanie.

— Z innego świata? Żarty sobie robicie? Z waszego króla?! — Mężczyzna zrobił krok do przodu i uważnie przyjrzał się najpierw Tomowi, a potem Bellatrix, która tym razem autentycznie była przerażona, w końcu nie miała swoich mocy. Czarny Pan nie napomknął, że kiedyś mugolskie sztuki walki mogą się przydać.

— Przepraszam… — zaczęła cicho z opuszczoną głową. Intensywnie wpatrywała się w zieloną trawę. — My mieliśmy brać ślub i… byliśmy zwykłymi czarodziejami, ale ta trójka… To są źli czarodzieje, wasza wysokość. Przenieśli nas do całkiem innego świata, żeby zabić nas, bo łatwiej… — Nie dokończyła.

Chciała się zezłościć, że wszyscy przerywali jej, kiedy mówiła, ale Riddle zacisnął swoje palce na jej, omal nie miażdżąc jej ręki.

Król, za jakiego się podawał nieznajomy westchnął i kilka minut w ciszy rozmyślał. Co jakiś czas kiwał albo kręcił głową, przeklinał pod nosem albo oburzał się. W końcu spojrzał na Bellatrix dziwnie pożądliwym wzrokiem i uśmiechnął się.

— Mój błąd. Rzeczywiście wyglądacie na ludzi przeniesionych z innego wymiaru. Wystarczy spojrzeć na wasze ubranie — powiedział krótko i dłonią wskazał karocę, którą niedawno tutaj przybył. Voldemort wahał się chwilę, w końcu jednak skinął głową i objął ramieniem swoją „narzeczoną", kierując się w stronę dwóch kobiet.

Pierwszy krok za nimi. Trafili idealnie – w rodzinę królewską. Jeśli doskonale zagrają, Harry Potter zginie szybciej, niż mu się wydaje. Muszą tylko bez zarzutu odegrać swoje role. Na szczęście w tym przypadku to nie powinno być trudne – kłamanie było jedną z prostszych rzeczy, które zarówno Riddle'owi, jak i Bellatrix przychodziły łatwo.

— Bonnie, moje słońce i Freyo, ci ludzie potrzebują naszej pomocy. Jak powiedzieli, do naszego świata przedostała się trójka niebezpiecznych czarodziei i oni — wskazał dłonią na Voldemorta i Bellatrix — są jednymi z wielu, na których polują.

— Gówno prawda. — Freya zmierzyła niechętnie Black i uniosła brew.

— Freya! — Bonnie pokręciła głową i westchnęła. — Przepraszam za nią, przechodzi burzliwy okres.

— Nie winimy jej ani trochę. — Tom uśmiechnął się delikatnie.

Cały czas zastanawiał się, dlaczego ci ludzie nie uciekli na jego widok albo nie pojmali go? Przecież na pierwszy rzut oka wyglądał jak manipulant, jak krętacz, złoczyńca, jak… nieczłowiek. Był co najmniej zdezorientowany i, o dziwo, zadowolony z takiego obrotu spraw. Może tutaj ludzie nie czują bijącego z jego osoby zła albo po prostu… Nie! Skarcił się w duchu – na pewno nie wrócił do swojego starego wyglądu. Niestety, uparty głosik krzyczał w jego głowie, że skoro Bellatrix znowu stała się piękna, młoda i atrakcyjna to… czemu on miałby się nie zmienić?

Po ponad godzinnej kłótni z Ronem i rozmowie z Harrym, Hermiona była wykończona i nie wiedziała nawet, kiedy zasnęła. Kiedy powiedziała to na głos zrozumiała, co zrobiła. Zabiła. Tłumaczyła sobie, że to dla większego dobra, dla całego świata, ale widząc wzrok Weasleya, tak odległy i obcy zrozumiała, jak egoistycznie się zachowała. Harry mógłby umrzeć. Voldemort mógłby dalej żyć. Mogła przecież poszukać innego wyjścia, nie była amatorką! Miała totalny mętlik w głowie, jedna myśl nakładała się na drugą. Chciała dobrze, chciała odegrać dużo większą rolę w tej wojnie – chciała uratować wszystkich. Być ważna. To egoistyczne pragnienie stało się motywatorem jej dalszych działań. Zabiła swojego ojca dla… zapisania się na kartach historii.

— Hermiono, wstawaj. — Usłyszała znajomy głos nad uchem.

Ron szarpnął ją lekko za ramię. Granger mruknęła cicho i dopiero kiedy chciała się podnieść zrozumiała, że jest w świecie bez magii, że jest tutaj Voldemort, że… Wszystko wróciło do niej z podwójną siłą. Zignorowała nawet ból całego ciała, w końcu przespała kilka godzin na kamieniach, korzeniach i trawie.

— Hermiona, ja… Kurczę, jestem debilem. Naskoczyłem na ciebie, a nie spojrzałem na to z twojej perspektywy — powiedział powoli i widząc, że dziewczyna zaczyna znowu płakać przytulił ją mocno i pogładził dłonią jej rozczochrane włosy.

Długo rozmawiał z Potterem. Nie potrafił przyjąć do wiadomości, że jego ukochana była w stanie zamordować kogoś tak bliskiego tylko i wyłącznie dla głupiego eliksiru. Może był zły, że nie powiedziała nic o tym? Że tłumiła to w sobie przez tyle czasu. Przecież był jej chłopakiem, kochał ją i jedyne, czego od niej oczekiwał, to szczerości. Miał jeden, wielki chaos w głowie. Co z tego, że przeniosła ich do świata bez magii, skoro pozostawała morderczynią? Ojcobójczynią.

— Musimy iść dalej, nie wiadomo, gdzie jest teraz Voldemort z tą popieprzoną Bellatrix. — Usłyszeli Pottera. Ron kiwnął krótko głową i pomógł podnieść się Granger z pozycji siedzącej. — Z tego, co widzę, jest już prawie południe.

— Harry, myślę, że jesteśmy blisko rzeki. — Hermiona spojrzała w lewo i dopiero wtedy usłyszeli cichutki szum, jakby malutki wodospad. Uśmiechnęli się szeroko – byli brudni, niewyspani, spoceni i spragnieni.

— Może niedaleko rzeki znajdziemy jakichś ludzi? Nie wierzę, że trafiliśmy do bezludnego świata. — Ron uśmiechnął się słabo i nie czekając na przyjaciół, ruszył szybkim krokiem w stronę rzeki. Hermiona spojrzała porozumiewawczo na Harry'ego i ramię w ramię pobiegli za Weasleyem.

Nie musieli długo iść. Po dziesięciu minutach marszu zobaczyli szeroką, ale płytką rzekę. Mimowolnie uśmiechnęli się i ile sił w nogach wbiegli do wody. Chłodna woda przyjemnie ukoiła zmęczone i poobijane ciała Złotej Trójcy. Po pięciu minutach obmywania twarzy, włosów a nawet ubrań, w których wbiegli, zaczęli chlapać siebie nawzajem.
— Zachowujemy się jak banda dzieci. — Granger wybiegła z wody i położyła się na zielonej trawie. Poczuła, że słońce, które w dość szybkim tempie wzbijało się coraz wyżej na niebie, dawało coraz więcej ciepła. — Chodźcie tutaj, coś czuję, że nie będziemy czekać wieczność, żeby ubrania nam powysychały.

— Zostaniemy tutaj góra pół godziny. — Potter usiadł po turecku obok dziewczyny, a Ron położył się obok niej. — Nie zapominajmy o Voldemorcie.

— Harry, gdyby chciał nas znaleźć, już dawno by to zrobił. — Hermiona wykrzywiła wargi w słabym uśmiechu.

Chciała odpocząć, nie tylko fizycznie, ale i mentalnie. Nie chciała już nawet myśleć, chyba po raz pierwszy w całym życiu. Zbyt dużo się działo, jeszcze więcej się stało. A teraz są w świecie bez magii, zdani na siebie, bez możliwości ani pomocy. Sami.


Przepraszam najmocniej za tak długą nieobecność. Zepsuł mi się laptop i nie miałam żadnej możliwości, żeby wejść tutaj, czy gdziekolwiek, i opublikować coś. Jeśli jesteście głodni dalszych przygód naszych bohaterów, to zapraszam na bloga (Atlas Chmur na blogspocie), na którym opublikowałam siedem rozdziałów. Mam nadzieję, że się podoba! xx