Harry, Hermiona i Ron leżeli ponad godzinę w ognistym blasku słońca z przymkniętymi powiekami. Udało im się zapomnieć o wszystkim, czego dowiedzieli się niedawno, o wszystkim, co stało się kilka chwil wcześniej. To była ciężka noc, a czekało ich o wiele więcej wyzwań. Granger podniosła się na łokciach, szeroko ziewnęła i spojrzała przed siebie, na drugą stronę rzeki. Była ciekawa, w jakie miejsce się przenieśli, chciała wiedzieć, co ich czeka – poznać historię tego miejsca, ludzi, możliwości, wszystko. Była szlamą, pochodziła z rodziny niemagicznej więc była pewna, że poradziłaby sobie wszędzie. Obawiała się jedynie o Rona, który nie przywykł do samodzielności i odpowiedzialności za samego siebie.
— Najwyższy czas ruszać — powiedziała cicho i chcąc, nie chcąc musiała się podnieść z wygodnej, zielonej trawy. — No już, leniwce, wstawać! Czas ruszać dalej.
— Jeszcze pięć minut, proszę — rudzielec wyszeptał błagalnie, ale dziewczyna nie dawała za wygraną. Z całej siły szarpnęła swojego ukochanego za ramię tak mocno, że chłopak syknął i otworzył szeroko oczy.
— Jesteś bezlitosna, Hermiono. Przed chwilą sama powiedziałaś, że Voldemort nas nie szuka — odezwał się Harry. Granger przeniosła wzrok na okularnika i uniosła wysoko brew.
— Naprawdę, Harry? Przed chwilą? — Prychnęła. — Leżycie już tutaj ponad godzinę!
— My, wszyscy. Ty też leżałaś. Nie narzekałaś. Przynajmniej ja nie słyszałem, a ty Harry? Narzekała? — Ron zdążył się podnieść. Jego głos pełen ironii i poirytowania wyraźnie miał na celu zezłościć dziewczynę.
— Koniec już. Trzeba iść. Nie przeżyjemy sami w lesie, bez żadnej magii. — Potter uśmiechnął się przepraszająco do przyjaciela i ruszył pierwszy.
Wbrew pozorom przejście na drugi brzeg okazało się dużo trudniejsze, niż wyglądało. Rzeka gdzieniegdzie była płytka, a w innych miejscach można było zanurzyć się po sam pas, wystarczyło źle postawić nogę. Na szczęście prąd nie był silny i bez większego wysiłku cała trójka po kilkunastu minutach stała po drugiej stronie. Hermiona rozejrzała się szybko analizując sytuację. Słońce utrzymywało się wysoko na niebie, więc do zmroku pozostało jeszcze trochę godzin. Wiatr wiał z północy i był zadziwiająco lekki, kojący i delikatny. Świeżo udeptana ziemia prowadziła w głąb lasu, po zachodniej stronie.
— Wydaje mi się, że za momencik dotrzemy do ludzi — powiedziała cicho. Nie spojrzała na żadnego z nich, po prostu ruszyła we wskazanym przez siebie kierunku, na zachód. Miała nadzieję, że rzeczywiście niedługo dojdą do jakieś wioski, gdzie na spokojnie odpoczną i zjedzą, a potem będą mogli zająć się ich prawdziwym problemem – Voldemortem.
— Wiesz, Hermiono, mimo wszystko cię podziwiam. — Ron zrównał się z dziewczyną i dotknął jej dłoni. Nie odsunęła się, nie zmroziła go wzrokiem ani nie warknęła pod nosem, więc wykorzystał to i splótł ich palce, z przyjemnością wchłaniając ciepło bijące od niej.
— Niby czemu, Ron? — spytała beznamiętnie. Harry szedł za nimi, wpatrując się w swoje stopy. W takich chwilach cholernie brakowało mu Ginny, która objęłaby go ramieniem, schowała jego głowę w swoich piersiach i razem z nim trwała w pełnej zrozumienia ciszy.
— Bo zabiłaś swojego ojca tylko po to, żeby uratować tyłek całemu światu. I Harry'emu, oczywiście — powiedział powoli z wyrzutem, jakby to było oczywiste. Hermiona zmarszczyła brwi i wzięła głęboki oddech. Na samo wspomnienie ojca jej serce przeszywały miliony sztyletów. Dawała radę żyć z tym przez ostatnie miesiące, da radę i teraz.
Nie odpowiedziała. Każde słowa zdawały się być teraz nieodpowiednie. Bo co mogła powiedzieć na pochwałę, którą otrzymała od swojego faceta? Tak, dziękuję, cieszę się, że spodobał ci się mój pomysł zabijania własnego ojca? Pokręciła głową. Nie była idiotką. Ani psychopatką, żeby cieszyć się z decyzji, jaką podjęła.
— Słyszycie? — Po półgodzinnej wędrówce odezwał się Potter. Rzeczywiście, było słychać stłumione odgłosy muzyki i głośnych krzyków. — Myślę, że to już naprawdę niedaleko. Trafimy chyba na imprezę.
— Świetnie. Tym bardziej musimy spiąć tyłki i się pospieszyć, nie sądzicie? — Hermiona pociągnęła za sobą Weasley'a, wcześniej upewniwszy się, że Wybraniec idzie za nimi. Nie chciała pokazywać po sobie, jak bardzo chciałaby dotrzeć już do cywilizacji, jako takiej, bo ciągle nie miała pojęcia, gdzie ich wysłała.
Mark siedział w karocy obok dwójki nieznajomych, których postanowił ślepo przygarnąć pod swoje skrzydła. Naprzeciwko siedziała jego piękna, aczkolwiek naiwna żona i jej córka. Z początku nie wiedział, co skłoniło go do przyjęcia tych ludzi, nie zapytał ich nawet o imiona, ale później uzmysłowił sobie, że dzięki nim może wiele osiągnąć. O wiele więcej, niż chciał.
Mężczyzna wyglądał na wysoko urodzonego szlachcica. Był młody i przystojny. Jego narzeczona również nie grzeszyła urodą. Gdyby Mark nie zachwycał się pięknem Bonnie mógłby zakochać się w nieznajomej w mgnieniu oka. Przyciągała tajemniczością, iskierką szaleństwa i oddania w oczach i przepięknym, czarującym i uwodzicielskim uśmiechem. Jego mózg pracował w tej chwili na najwyższych obrotach. Musiał dopracować swój plan na nowo – w końcu co nieco się pozmieniało. Właśnie otwierał usta, żeby zapytać ich o imiona, kiedy królowa uprzedziła go i spytała z wysoko uniesioną brodą:
— Nie przedstawialiście się jeszcze. Jak się nazywacie?
— Ja jestem Tom. Tom Riddle, wasza wysokość. Moja ukochana to Bellatrix Black. — Voldemort uśmiechnął się delikatnie i subtelnie skłonił głowę w stronę Bonnie. Kobieta pokiwała powoli głową, a Freya fuknęła głośno i spojrzała przez szybę. Czarny Pan i Bellatrix zostali już poinstruowani, żeby nie zwracać uwagi na Freyę, jej humory bywały przerażająco męczące, szczególnie dla nieznajomych.
— Nawet wasze nazwiska są szlacheckie. — Król uśmiechnął się szeroko i potarł dłonie. — Z jakiego stanu byliście tam, ze swojego świata?
— Ja, mój panie, jestem córką najbogatszego arystokraty w hrabstwie, mój ukochany natomiast to książę, drugi w kolejności do brytyjskiego tronu — odpowiedziała Bellatrix cicho. Czuła, jak Voldemort zaciska swoje palce na jej kruchej dłoni, ale nie przejęła się tym. Z całej siły starała się przyodziać maskę oddania i spokoju, co Riddle skrupulatnie jej uniemożliwiał co jakiś czas. Kazał jej siedzieć cicho, ale w tym świecie nie był nikim więcej, jak zwykłym człowiekiem.
Była nieposłuszna? Nigdy! Oddałaby życie za niego bez wahania, ale przeraziła się, kiedy bez pardonu potraktował ją jak… jak zawsze. Jak sługę. Toczyła wewnątrz siebie walkę – walkę o to, co było kiedy mieli swoją magię a o to, co może uzyskać w nowym świecie. Może udałoby się jej w końcu stanąć na ślubnym kobiercu z mężczyzną, którego kochała całym sercem? Mimowolnie uśmiechnęła się i przepraszająco spojrzała na swojego pana. Była głupia, jeśli sądziła, że może wykazać ciut więcej nieposłuszeństwa, niż do tej pory. I tak jej ukochany zdawał się wiele wytrzymać. Musiał zacisnąć zęby, żeby zrobić dobre wrażenie na tych przygłupich ludziach.
— Świetnie, świetnie. — Mark musnął lekko dłoń panny Black, jakby niechcący. — Mogę was spokojnie przedstawić jako Nobilów. — Skłonił głowę w stronę Voldemorta. — Ty, rzecz jasna, Nobil królewskiego pochodzenia. Royal może być tylko jedna, a ty, niestety, jesteś obcy. Wybacz mi sztampowe określenie, Tom.
— Przeprosiny przyjęte, wasza wysokość — Riddle powiedział cicho i uśmiechnął się.
— Jesteśmy już niedaleko. — Bonnie uchyliła zasłonkę przy swoim oknie. Bellatrix automatycznie spojrzała w tamtą stronę i westchnęła pełna podziwu.
Wjeżdżali na królewski dziedziniec. Nigdy nie pomyślałaby nawet, że zamki mogły być tak… monumentalne i tak piękne! Posiadłość zdawała się być niewyobrażalnie wielka, wręcz monstrualna. Marmurowe ściany w delikatny sposób odbijały słoneczne promienie. Granitowa ścieżka prowadziła wprost na ogromne, piękne schody. Po środku stała duża fontanna, z której woda zdawała się lecieć złota, z powodu odbijającego się od ścian słońca. Bellatrix nie wiedziała nawet, że ma uchylone usta dopóki Voldemort nie dotknął ich opuszkami palców.
Przymknęła powieki i niepewnie poprawiła opadające na twarz loki. Odnosiła wrażenie, że tutaj mogłaby osiągnąć wiele więcej, niż może mieć przy boku swojego mistrza. I to ją zaczynało wyjadać od środka, przerażać. Wtuliła się w ramię Riddle'a, jakby chciała upewnić się, że to, co mówił tym ludziom jest rzeczywiście prawdą. Chciała przez chwilę swojego narzeczonego, nie swojego pana.
— Służba zaprowadzi was do waszego pokoju, dobrze? Panno Black, znajdziesz wszystkie potrzebne rzeczy do przygotowania się na bankiet z okazji święta Bilachawi. Pan również, panie Riddle — powiedział z szerokim uśmiechem Mark i kiwnął ręką w stronę mężczyzny stojącego przy schodach. Bellatrix bała się, że nie ustoi o własnych siłach, piękno tego miejsca wręcz wgniatało ją w ziemię. Król powtórzył służącemu to samo, co powiedział im i bez żadnego słowa więcej odszedł w swoją stronę razem z Bonnie.
Ani Voldemort, ani Bellatrix nie zorientowali się, kiedy Freya zniknęła.
— Państwo pozwolą. — Służący skłonił nisko głowę i wolnym krokiem ruszył w stronę zamku, jakby wiedział, że nie tylko panna Black, ale i Tom chcą wchłaniać wszechogarniające piękno zamku i ogrodów otaczających królewską posiadłość.
Złota Trójca szła już dobre dziesięć minut, kiedy przed nimi, jakby spod ziemi wyrosło troje ludzi. Hermiona gwałtownie zatrzymała się, ciągnąc za sobą zdezorientowanego Rona. Harry lekko uderzył w nią i zachwiał się, w porę opierając się o drzewo. Trójka nieznajomych wpatrywała się uważnie w nich. Wyglądali na nie więcej jak osiemnaście lat, a mimo to dziewczyny trzymały w dłoniach łuk, a chłopak wyciągał w ich stronę przerażająco błyszczący miecz. Weasley instynktownie stanął pół kroku za Granger, obejmując ją ramieniem, Potter natomiast stanął ramię w ramię z przyjaciółką i mierzył się teraz spojrzeniem z nieznajomym chłopakiem.
— Dobra, dosyć! — Hermiona pokręciła głową i uniosła dłonie do góry, tym samym pokazując nieznajomym, że nie jest uzbrojona.
— Kim jesteście? Nie znam was. — Odezwała się blondynka. Wbrew pozorom jej głos był silny i stanowczy, bo wyglądała na niegroźną, zagubioną nastolatkę. Sukienka, w którą była ubrana w śmieszny sposób kontrastowała z łukiem, który mocno trzymała w dłoni. Podobnie do drugiej dziewczyny, nieco wyższej od blondynki, ale również oficjalnie ubranej z takim samym, ręcznie robionym łukiem.
— Bo my nie jesteśmy stąd — odezwał się Ron. Hermiona wzięła głęboki oddech i kątem oka spojrzała na rudego. Czasami naprawdę zastanawiała się, czy chłopakowi ghul nie wyżarł mózgu, kiedy ten spał.
— Jesteśmy z innego świata — dodała. Chłopak uniósł brew, a dziewczyny wzruszyły tylko ramionami. — To długa historia.
— Mamy czas — chłopak powiedział powoli. Przyglądał się z zaciekawieniem Hermionie, jakby Granger miała coś, co rzeczywiście przykuwało uwagę. Mimowolnie zarumieniła się.
— No dobrze. Jestem Hermiona. Po lewej stoi Harry, a po prawej Ronald.
— Ron – poprawił Weasley.
— Ron. Jesteśmy ze świata magii, w którym trwa wojna. Było ogromne prawdopodobieństwo, że przegramy więc rzuciłam zaklęcie, które przeniosło nas do świata pozbawionego magii, gdzie nasz wróg będzie miał równe szanse, co my.
— I on, ten wróg wasz jest tutaj? Jest niebezpieczny? — Tym razem głos zabrała druga z dziewczyn, o kasztanowych włosach i przenikliwym spojrzeniu zielonych oczu.
— Cynthia, proszę cię, jak mamy się czegoś dowiedzieć, skoro ty już zaczynasz? — Nieznajomy spojrzał na Cynthię i wywrócił oczami. — Wybaczcie. Może chodźmy w inne miejsce, gdzie strażnicy nas nie znajdą? Nie chcemy kłopotów.
— I przy okazji, jestem Alyssa, to jest Jonah, a Cynthię już znacie. — Blondynka uśmiechnęła się lekko. Złota Trójca odwzajemniła uśmiech i każdy z nich skłonił lekko głową w stronę nowo poznanych osób. Jonah schował miecz do pochwy i znacząco uniósł kącik ust w górę.
— Tędy. — Cynthia rozejrzała się i kiedy upewniła się, że nie ma nikogo oprócz nich ruszyła w lewo, w sam środek ogromnych krzaków.
Nie musieli daleko iść, wystarczyło przebić się przez gęste gąszcze.
— Zawsze łazicie takimi drogami? – Hermiona spytała z lekkim wyrzutem w głosie. Wolała sprawdzone drogi, nie przypadkowe, niepoznane jeszcze ścieżki. Tubylcy zaśmiali się krótko i głośno. Dopiero po chwili zorientowali się, że Granger pyta poważnie.
— No tak, nie jesteście stąd. Nie znacie naszego świata. — Jonah wziął głęboki oddech i usiadł na pieńku. – Opowiedzcie mi waszą historię, a my opowiemy wam naszą.
Harry skinął głową, cały czas obserwując nowych. Kątem oka spojrzał na Rona, który z delikatnie uchylonymi wargami patrzył na obie dziewczyny. Idiota, jego kobieta idzie obok niego, a ten zaczyna się ślinić na widok nowych panienek. Potter cieszył się, że jego przyjaciółka zainteresowana jest opowieścią Jonaha i swoją, a nie Ronem-kretynem.
Sam był ciekaw, czego się dowiedzą.
