Nowy rozdział całkiem szybko. Może dlatego ,że akurat mam na to wenę. Nie wiem. Co do ostrzeżeń, jest tylko powiedziane że Harry został zbity a kości zmiażdżone. Więc nie wiem czy to się zalicza do drastycznych scen.
Lećmy z tym.
myśli
Pierwszy
Emocje zgubnym doradcą
Krwawił. Bał się otworzyć oczu. Wiedział ,że będzie musiał się kiedyś zmierzyć z tym co właśnie się stało. Nie liczył ile godzin już tak leżał na zimnej posadzce. Jednak zimno wyjątkowo koiło rany. Rany na duszy. Zacisnął powieki i pociągnął nosem. Płakał. Będąc szczerym nie pamiętał kiedy ostatnio to się wydarzyło. Zawsze był twardym i jednocześnie wrażliwym dzieckiem. Z powodu odrodzenia Voldemorta wzięli go za szaleńca. Gdy tylko zakończył 4 klasę oraz turniej magiczny wszyscy się odcięli. Rozumiał ,że poprzez powrót czarnoksiężnika wszyscy stali się bardziej ostrożni. A przynajmniej ci ,którzy mu uwierzyli. Więc dlaczego nawet przyjaciele traktowali go z dozą odrazy? Męczyło go poczucie samotności wśród narastających problemów. W Hogwarcie zawsze miał Hermionę i Rona, którzy zawsze mu pomagali. Ale poza jego murami zostawał sam, zdany tylko na siebie. Nic nie dały prośby o pomoc dyrektora. Może gdyby ktoś tu był przy nim, zniósł by to jakoś? Ale niestety gdy prosił o jakąś pomoc dla siebie nigdy jej nie otrzymał. Zawsze był sam! Dlaczego więc wszyscy podawali się za jego przyjaciół ,kiedy akurat był potrzeby? Dlaczego nie byli przyjaciółmi gdy on ich potrzebował? Wziął głęboki oddech.
Na raz ,dwa ,trzy.
Otworzył oczy. Czuł się naprawdę bezsilny. Rękami pomógł sobie podnieść się do siadu. Najdelikatniej jak mógł zajrzał w stronę ran. Było kiepsko. Jednak to nie rany od pasa go bolały. Bolał go nadgarstek. Veron w przypływie wściekłości dosłownie zmiażdżył mu swoim ciężarem kości. Wizja przyszłości jako kaleki, oraz niemożność używania magii była dla niego przerażająca. Zastanawiacie się dlaczego został tak urządzony? Rano, Dudley tak dla poprawy humoru zaczął mu ubliżać. Zwykle to ignorował. Zwykle. Były jego urodziny. Ale mimo to starał się ignorować to co kuzyn mówił. Jednak gdy obraził Hogwart, nie wytrzymał. Hogwart był jedynym miejscem w którym Harry poczuł namiastkę miłości i ciepła. Wtedy właśnie chłopiec rzekł mu ,że Dudley nigdy nawet nie postawi swojej brudnej stopy w murach Hogwartu bo jest zbyt upośledzoną świnią by tam przebywać. Oczywiście grubasek posłał jeszcze więcej obelg ,które on już totalnie zbagatelizował. Jednak to co stało się potem, przerosło jego najgorsze obawy. Dudley poskarżył się ojcu, a w konsekwencji ten postanowił dać mu nauczkę i sprawić ,że nawet ta szkoła dla dziwaków nie będzie chciała go widzieć. To by tłumaczyło jego stan. Niestety nie miał żadnych eliksirów czy maści. Nie miał nawet żadnych bandaży czy plastrów! Całe szczęście był w stanie jednak wstać. Musiał uciec. Chodź na dzień czy dwa odpocząć od krewnych. Albo na zawsze. Od wszystkich. Nawet od jego drogich przyjaciół. Czuł się jak tresowane zwierzątko z którym każdy robił co chciał. Załkał cicho by nie zwrócić uwagi wujostwa. Równie cicho wyszedł z swojego pokoju, uprzednio wypuszczając Hedwigę. Nie brał niczego, prócz różdżki ,okularów i tego co miał na sobie. Musiał zacząć wszystko od nowa. Albo zakończyć tą niedolę raz na zawsze. Pośpiesznym krokiem zakładając na głowę kaptur i upewniając się ,że nikt go nie śledzi odszedł z Privet Drive 4. Patrzył beznamiętnie na przechodzących ludzi. Nie wiedział dokąd się kierować, ale było mu to obojętne.
Byle dalej. Byle nigdy nie widzieć tych fałszywych twarzy. Tom twierdzi ,że to mugoli należy tępić i to oni są złem tego świata. Myli się. Mugole i czarodzieje są tak samo gówno warci. Nic ich nie obchodzą uczucia innych ludzi, będąc wiecznie zapatrzeni w własne potrzeby i własne marzenia. Dbając o własne bezpieczeństwo i nie patrząc jak dana sytuacja wygląda ze strony innych.
Nie zorientował się kiedy nogi go poniosły na stację pociągów. Chciał odejść, więc miał teraz ku temu najlepszą okazję. Pociąg pasażerski stał przed nim otworem niczym brama do raju. Brak mu tylko biletu, ale zlekceważył to. Niepewnie pokierował się w stronę otwartych drzwi, jakby rozmyślając jeszcze za i przeciw. Mógł tego żałować do końca życia. Ale z drugiej strony kogo on obchodził? Oczywiście drugi argument wygrał i Harry już znajdował się w maszynie. Cicho i niepewnie chodził szukając pustego przedziału. Nie chciał by ludzie zauważyli ,że jest ranny. Cudem było idąc tu nikt tego nie dostrzegł. Gdy w końcu znalazł taki usiadł przy oknie. Lewa dłoń dotknęła z lubością bordowej skóry siedzenia jakby była przepustką ku wolności. Zielone oczy natomiast omiatały scenerię, póki co nieruchomą. Chwilę potem rozległ się gwizd a pociąg z ociężałością wyruszył w trasę. Nawet nie wiedział kiedy zmroczył go sen.
Obudził się wieczorem, wciąż jadąc tym samym pociągiem. A dokładniej obudziło go gwałtowne hamowanie pociągu. Zaspane oczy rozejrzały się wokół. Peron wyglądał na zaniedbany a noc i stare pomarańczowe lampy nie dodawały mu sympatii. Uczucia bezpieczeństwa też nie. Wysiadł jednak i pierwsze co poczuł to fala zimnego powietrza. A w pobliżu ani żywej duszy. Pociąg zdawał się już odjeżdżać. Był nieco zdziwiony ,że nie został wygonionym za jazdę bez biletu. Ale cóż. Jego szczęście. Gdy jednak chłodne powietrze ostudziło jego zapał, zrozumiał ,że tak właściwie nie ma gdzie się udać ani co ze sobą zrobić. Był w obcym mieście. Ba, był w obcym mieście i nie wiedział w jakim. Jęknął i powłóczył się w stronę słabo oświetlonych ulic. Nie był to najlepszy pomysł ale peron wyglądał na dużo bardziej niebezpieczny niż ulice. Gdy opuścił już peron zdziwiło go brak jadących aut po ulicach. Albo chodziarz tych stojących. Normalnie zawsze jakieś auto czy dwa będzie jechać po drodze a na chodnikach będą stać te zaparkowane. Tu nie było żadnego. Mimo tego ruszył wzdłuż ulicy by znaleźć jakieś bezpieczniejsze miejsce i namyśleć się co zrobić dalej. Nie może wrócić do Dursley'ów. Wolał umrzeć na bruku niż znów być taktowanym jak chodząca epidemia. Liście wysokich drzew szumiały cicho. Co jakiś czas było słychać pociąg jadący po torach ale poza tym nic. Najprawdopodobniej albo był na przedmieściach gdzie nie było prawie nikogo albo po prostu całe miasto było opuszczone. Co dziwne większość domów nie wyglądała na aż tak zaniedbane. Bardziej jakby ktoś opuścił je na krótki moment. Pokręcił głową na taki tok myśli.
Nie powinienem rozmyślać teraz o historii tego nawiedzonego miejsca tylko co powinienem zrobić. Wiele bym dał by stać się jednym z tych liści na drzewie albo tym śpiącym rudym kotem na plocie. Nie miał bym wtedy tylu zmartwień a jednym moim problemem było by to czy pies sąsiadów ma duże zębiska.
Oczywiście myśląc o psach wspomniał mu się Syriusz. Był ciekawy co teraz robi, czy jest bezpieczny. Wiatr uderzył w otwartą furtkę, która zaskrzypiała w odpowiedzi. Podskoczył zaskoczony.
To tylko furtka. Polakierowane metalowe pręty uderzające w inne pod wpływem wiatru. To normalne.
Myślał starając się siebie uspokoić. Starał się jednak być odważnym. W końcu nie takie rzeczy już mu się trafiały. I jakiś skrzyp furtki na pewno go nie położy na kolana. Maszerował tak jeszcze chwilę, gdy znalazł całkiem dogodny kąt do noclegu. Ślepy zaułek ,który osłaniany przez duże kontenery ze śmieciami. O ile nie było za nimi jakiś zwłok czy meneli to właśnie ten zaułek wydawał się najbardziej bezpieczny. Przecisnął się pomiędzy nimi. Było pusto.
