Kolejny rozdział. Postaram się je umieszczać co 8 dni. Ten może będzie nieco straszny, ale dla mnie nie jest w ogóle. Cóż, jakbyście wyłapali jakieś błędy to pisać, poprawię. Mam nadzieję że nikogo nie brzydzi jedzenie spleśniałego chleba?
myśli
Drugi
Za dobro odpłaca się złem
Noc jednak nie była dla niego łaskawą. Zmęczony chłopak próbował zasnąć na wiele sposobów ale nawet gdy mu się udało, budził się po chwili zbolały. Stres w nowym miejscu i ranny nadgarstek robiły swoje. Spytacie dlaczego nie poszedł z tym do lekarza? Przecież ta dłoń puszcza zaklęcia, nie będzie mógł czarować jeśli jej nie wyleczy! Ale o to mu właśnie chodziło. Nie będąc zdatnym pełnić rolę zbawiciela magiczny świat odpuści a on w końcu zacznie decydować o swoim życiu. Zdrową dłonią przetarł oczy przypatrując się świtowi. Była to pora pełna nadziei i chęci do zmian. Chęci do życia. Taką też nadzieję dała Harremu. Podniósł się ostrożnie, i niczym szpieg wyjrzał na ulicę. Wydawało się ,że tylko paru ludzi wyszło na ulicę o tak wczesnej porze. Podniosło go to na duchu, jeśli tu byli ludzie oznacza to ,że miasto nie było nawiedzone. Wyszedł spokojnie i przystanął na chodniku. Jeśli chciał przeżyć musiał jakoś się zorganizować. Potrzebował coś zjeść i wypić, oraz dowiedzieć się gdzie dokładnie jest. Potem może pomyśli co zrobić z nadgarstkiem. Wypadało by znaleźć też jakąś pracę, w końcu nie posiadał żadnych pieniędzy. Nogi zaczęły go kierować w stronę dworca. W końcu jak miał dowiedzieć się gdzie przebywa to właśnie tam. Po drodze przypatrywał się ludziom, nie wyglądali na szczodrych i hojnych, raczej tryskali swoją nieufnością i skąpstwem. Podejrzewał ,że nie miał co liczyć na pomoc od nich. Zresztą nie chciał jej od nikogo. Chciał sobie sam poradzić i udowodnić ,że jest coś wart, dla samego siebie. Mijał ulice ,które przeszedł w nocy, aż w końcu dotarł na dworzec. Rano, oblany młodymi promieniami wyglądał dużo bardziej życzliwie niż nocą. Podszedł do jednej z tablic informacyjnych. Nie kojarzył w ogóle tego miasta ani jego okolic. Wyglądało ,że od Privet Drive 4 jest bardzo daleko. Nie smuciło go to jednak. Jedną sprawę miał z głowy. Rozejrzał się po dworcu namyślając co teraz powinien zrobić. Przyglądał się ptakom, walczącym o jakiś stary chleb. Chleb. Niczym ostatni bezdomny rzucił się w jego kierunku, łapiąc go i przeganiając ptaki. Nie wyglądał dobrze, był cały brudny a z boku zaczęła porastać pleść. Mimo wszystko, zjadł go. Nie wiedział czy się po nim nie pochoruje, ale co miał zrobić? Głód częściowo ustąpił. Przez cały dzień chodził dalej szukając sobie czegoś pomocnego. Czy to jedzenia i wody, czy jakiegoś bezpieczniejszego noclegu. Zaczęło się ściemniać więc musiał czym prędzej znaleźć takowy. Szedł jakąś pustą ulicą, rozglądając się za jakimś ,,przytulnym" zaułkiem. Po chwili znalazł nawet przyjemnie wyglądający. Skrył się w nim szybko jednak sen nie nadszedł. Czuł ,że zaraz coś się stanie. Nasłuchiwał uważnie ciszy, i obserwował ulicę. W zdrowej ręce trzymał różdżkę. Bądź co bądź czymś bronić się musiał. Bal się tylko czy czarowanie inną dłonią nie wyjdzie jeszcze przeciw niemu. Wyglądało ,że w pobliżu nie ma żywej duszy, ale uczucie niepokoju zostało. Nieco uspokojony, oparł się ufnie w ścianę dychając ciężko. Ledwo zmrużył powieki a usłyszał ciężkie dyszenie. Znów stał na baczność, wsłuchując się. Dyszenie stało się głośniejsze. Przygotował się na najgorsze, ale jedyne co dosłyszał to upadek czegoś ciężkiego. Najwyraźniej ciała. Wyszedł z zaułka szybko i rozejrzał się. Na ziemi parę metrów od niego leżał mężczyzna najwidoczniej ranny. Jak to Harry, podbiegł szybko do niego. Jego ręce złapały za ramiona nieznajomego i potrząsł. Kiedy spotkał się z brakiem reakcji powiedział.
-Proszę pana! Czy nic panu nie jest? Czy pan mnie słyszy? – powiedział nie przestając potrząsać mężczyzną. Ten jednak dyszał głośniej, i chrząknął.
-Muszę…. Muszę…. – powiedział cichy niski głos. Był ledwo słyszalny, nasączony desperacją.
-Tak? Nie słyszę.. Oczywiście w takich chwilach nie wiem gdzie jest szpital… -ostanie mruknął do siebie wyraźnie mając do siebie pretensje. Co dziwne mężczyzna ani razu nie otworzył oczu, mając je mocno zaciśnięte.
-Muszę… Chłopcze, do domu. Szybko. Muszę inhalatory.. Chłopcze. – wydobył się niski głos. Miał go zaprowadzić do jego domu? Szybkim aczkolwiek delikatnym ruchem podniósł się z facetem biorąc jego rękę na ramię, tak by ten się nie przewrócił. Mógł się teraz uważniej przyjrzeć jego twarzy. Brązowe włosy opadały na nią w nieładzie. Oczy obramowane ciemnymi rzęsami trwały zaciśnięte. A do tego dochodziła to bladość, jakby był chory na anemię.
-Którędy mam iść? – zapytał cicho, a facet wreszcie otworzył oczy dysząc jeszcze bardziej ociężale, tak jakby się dusił. Nogi zaczęły ciągnąc go w tylko sobie znanym kierunku a Harry nie mając zbytniego wyboru szedł z nim podtrzymując go. Facet mimo wszystko szedł dość szybko, jednak potykał się o byle co. Szli w milczeniu, Harry sądził ,że najwyraźniej mężczyźnie sprawiało to trudność. Gdy zaczęli iść dróżką wiodącą przez pola Harry zaniepokoił się. Nie wyglądało to dobrze. Szedł z obcym sobie facetem, najwyraźniej mogącym lada chwila skonać, i do tego jeszcze on sam nie miał zbyt wielu sił. Mógł ktoś ich napaść i pozabijać. Doszli tą dróżką, ulicy z kilkoma jednoosobowymi domami. Harry myślał ,że wejdą do któregoś z nich, jednak facet prowadził go do tego najbardziej zaniedbanego, wyglądającego na opuszczony. To go zdziwiło. Dlaczego facet, wyglądający na zadbanego i zamożnego, mieszka w domu który wygląda jakby wiatrak na baterie mógł go zawalić?
-Klucze… w kieszeni. – odezwał się niski głos gdy weszli na ganek tego domu.
On chyba nie myślał, że obmacam mu kieszenie?..
Mimo to poszukał kluczy, a gdy je znalazł, prędko otworzył drzwi. Położył mężczyznę na kanapie, znajdującej się w pierwszym pokoju. Wszystko było pokryte grubą warstwą kurzu, na dodatek cały dom wygadał jakby przeszło przez niego tornado z śmieciarką na czele. Mężczyzna poprosił go o kubek wody, co też Harry zamierzał zrobić. Uczucie niepokoju jednak narastało. Szedł po skrzypiącej podłodze do kuchni. Gdy dotarł zajrzał do szafek w poszukiwaniu jakiegoś naczynia. Większość było potłuczona i tak skurzona ,że zwykłe przeźroczyste szklanki wyglądały na szare kubki. Zabrał tą najmniej potłuczoną i opłukał ją starannie, po czym nalał wody. Skierował swe kroki z powrotem do pokoju, trzymając szklankę. Jednak to co zobaczył sprawiło ,że ta szklanka spadla z jego rąk, tucząc się w drobny mak. Faceta nie było. Co więcej kurz na kanapie na której go położył był nie naruszony. Tak jakby nikt jej nie dotykał. Tak jakby to się nie zdarzyło. Cofnął się odruchowo. Nie było śladu po facecie. Nie było śladu po jego butach na podłodze która też była skurzona. Były tylko jego. Podszedł do drzwi wyjściowych chcąc je otworzyć. Jednak te były zamknięte. Otwierał je! Nie zamykał ich! Szarpnął je mocniej, ale jedyną odpowiedzią było skrzepnięcie podłogi gdzieś w pobliżu. Odwrócił się tuląc się plecami do drzwi. Nawet nie zauważył jak jego tętno przyśpieszyło o oczy były jak spodki. Wziął do dłoni swój magiczny patyk i podszedł do jednego z okien. Starał się je otworzyć, jednak spróchniałe ramy, trzymały mocno. Cofnął się, a jego rękę coś mocno chwyciło. Pociągnął ją do siebie odruchowo, ale ręki nic nie trzymało, co więcej nadal czuł jakby coś ją mocno trzymało. Wypuścił patyk z rąk. Próbował jakoś te niewidzialne palce zdjąć z siebie, ale wtedy jakaś niewidzialna siła rzuciła nim o ścianę. Uderzył mocno głową o posadzkę. Ostatnie co widział to twarz mężczyzny tym razem nie umęczonego dusznościami. Zaczęła go ogarniać ciemność, z powodu uderzenia. Poczuł jeszcze jak coś wbija się boleśnie w jego szyję.
