Od tłumacza: Cześć, to znowu ja. Wbrew temu co można by sądzić, biorąc pod uwagę ponad trzyletnią przerwę w publikacji tego tłumaczenia, wciąż żyję. Co więcej, od momentu kiedy opublikowałam pierwszy rozdział przeszłam przez trzy lata studiów ze specjalizacją tłumaczeniową, więc przy odrobinie szczęścia jestem lepsza niż ostatnio.
Większość blogów, które czytam zamknęła się na czas wakacji, co bardzo mnie smuci, więc postanowiłam, że sama zrobię zupełnie co innego i własnie w wakacje zacznę znów wstawiać to tłumaczenie. Zamierzam publikować jeden rozdział tygodniowo, w niedzielny wieczór, żeby choć trochę umilić wam początek tygodnia (mam nadzieję?). Powinno mi się udać, bo z tłumaczeniem dotarłam już do 43 rozdziału, więc mam zapas.
Dziękuję za wspaniałe komentarze i obiecuję, że tym razem nie zniknę i doprowadzę tę opowieść do końca. Miłej zabawy.
14 maja 1981
Hermiona zdjęła Zaklęcie Kameleona i pociągnęła bagaże do wylotu uliczki, gdzie zatrzymała się i rozejrzała. Ulica prawie się nie zmieniła, mieściły się przy niej sklepy z płytami, restauracje fast-food i butiki. Oko dziewczyny przykuł różowy, fluorescencyjny znak ogłaszający: „Odtwarzacze kaset – najnowszy model, zobacz w środku!", który znajdował się na witrynie sklepu ze sprzętem elektronicznym po drugiej stronie ulicy.
Zdeterminowani mugole śpieszyli gdzieś w porannej rutynie sprawili, że Hermiona zerknęła na swój strój. „Przynajmniej dobrze dopasowałam ubrania", pomyślała. Serce dalej biło jej jak szalone i miała nadzieję, że jej zatroskana mina zostanie odebrana jako wyraz twarzy kogoś kto po prostu nie chce być w drodze do pracy, a nie nerwowego podróżnika w czasie.
Zmieniając zdanie na temat ciągnięcia bagażu po zatłoczonym chodniku otworzyła górną walizkę i wyciągnęła torebkę. Pospiesznie zmniejszyła walizki i włożyła je do środka. Tak przygotowana opuściła uliczkę.
Dziwiło ją to, że pasowała tu jak ulał. Nikt nie zwracał na nią uwagi, gdy pochłonął ją prąd właścicieli teczek i pijaczy kawy. Ale cóż, Londyńczycy nigdy nie byli znani z życzliwości. Przystanęła, mijając kiosk z gazetami gdzie nagłówki biły ją po oczach z drucianych stojaków: „PAPIEŻ POSTRZELONY!... Mehmet Ali Agca… Katolicy rządni krwi." Zrozumiała, że to ostateczny dowód na to, że znalazła się w odpowiednim czasie i ruszyła dalej.
Znajdowała się w pobliżu Dziurawego Kotła, ale to nie tam zmierzała. Zasadniczą częścią jej planu było pozostanie niezauważoną przez czarodziejski świat. Przyspieszywszy minęła obskurny, mały pub i skręciła za róg, poruszając się szybko pomiędzy ludźmi uzbrojonymi w ponure miny dnia powszedniego. Minęła cztery budynki i znalazła się przed hotelem, wspaniałym, starym budynkiem, o drzwiach wykończonych złotem, do których prowadziły szerokie stopnie. Szła dalej, póki nie dotarła do budki telefonicznej, która stała tu też w jej czasie. Wyglądała prawie tak samo, może oprócz tego, że teraz była mniej pokryta graffiti. Hermiona wyciągnęła notatki z organizera.
Numer telefoniczny hotelu nie zmienił się od rewitalizacji budynku we wczesnych latach siedemdziesiątych. Wykręciwszy go, zapytała o pokój na dwie noce tłumacząc, że jej lot został odwołany w ostatniej chwili. Snobistyczny głos po drugiej stronie przełączył ją na tryb oczekiwania. Wysłuchała kilku taktów elektronicznej wersji Dancing Queen zanim zapytano ją czy apartament będzie wystarczający, ponieważ jako jedyny był dostępny.
Hermiona podziękowała zarozumiałemu recepcjoniście i zaznaczyła, że jej kierowca zapewnia, iż zaraz będą na miejscu. Odwiesiła słuchawkę, wyciągnęła swój bagaż z torebki i powiększyła go. Odczekała dziesięć minut ściśnięta w budce telefonicznej razem z pełnej wielkości walizkami i dopiero potem, wydostawszy się z trudem, przeszła przez jezdnię i przystanęła tam ze swymi rzeczami w oczekiwaniu na concierge'a.
- Proszę pani! – zaniepokojony, jasnowłosy młodzieniec ubrany w białą koszulę i czarną liberię podbiegł do niej przerażony, gdy tylko zorientował się, że tam stała. - Bardzo przepraszam, że musiała pani czekać. Proszę do środka, a ja zaniosę walizki.
Lobby hotelu było spektakularne; grube dywany pod nogami, lśniące marmurowe blaty, wykwintne, oprawione w złoto lustra odbijające delikatne światło ogromnego żyrandola zwieszającego się z sufitu. Hermiona uśmiechnęła się w myślach. Tę misję zamierzała przeprowadzić w znacznie bardziej komfortowych warunkach niż poprzednią.
Po dotarciu do kontuaru uśmiechnęła się do recepcjonisty.
- W czym mogę pomóc? – spytał z wysoko uniesioną brodą, patrząc na nią znad swego imponującego nosa. Rozpoznała w nim tego samego zadufanego w sobie mężczyznę, z którym rozmawiała przez telefon. Chyba, że tutaj wszyscy brzmieli tak samo co, musiała przyznać, było możliwe. Ciemne loki miał zaczesane schludnie do tyłu i nosił idealny czarny garnitur. Z całą pewnością znajdował się wyżej w hotelowej hierarchii niż odziany w liberię nosiciel walizek i świetnie zdawał sobie z tego sprawę.
- Dzwoniłam z samochodu – oznajmiła, starając się naśladować manieryzm mężczyzny. – Macie dla mnie apartament?
Pogrzebała w swojej torebce w poszukiwaniu portfela.
- Jestem bardzo zmęczona, czy moglibyśmy załatwić to szybko? – poprosiła z nikłym uśmiechem, podając mu kartę kredytową.
- Oczywiście proszę pani – odparł, biorą od niej błyszczącą, srebrną kredytówkę. Teraz, gdy udowodniła, że nie jest tylko jakąś gęstowłosą bezdomną, mocno złagodził ton. Branża hotelarska uznawała każdego posiadacza karty kredytowej za ważnego członka społeczeństwa.
Gdy Hermiona wypełniała potrzebny do zameldowania druczek, który recepcjonista podał jej na niewielkiej podkładce, on włożył jej kartę do czytnika. Uśmiech dziewczyny nie zniknął, ale denerwowała się. Mugolska defraudacja to nic w porównaniu ze zmodyfikowanym Zmieniaczem Czasu, ale znalezienie innego wyjścia z tej sytuacji mogło być kłopotliwe. Rozbrzmiał ostry dźwięk przesuwania i trzaskania, gdy mężczyzna poruszył rączką maszynki po kalce maszynowej. Jej nerwy rozwiały się, gdy powiedział:
- Wszystko w porządku, proszę pani. Henry zaprowadzi panią do pokoju. – wskazał na zaniepokojonego portiera, którego spotkała na zewnątrz. Chłopak czekał przy windach z walizką w każdej ręce i jedną pod pachą.
- Dziękuję – odparła, oddając recepcjoniście podkładkę i odbierając swoją kartę.
Gdy już wysiedli z windy i wspięli się na kilka stopni, portier Henry otworzył drzwi jej apartamentu. Na rzecz swej wykreowanej reputacji musiała ukryć zadowolenie, ale pokój był uroczy. Kanapa, krzesła i stolik do kawy zostały ustawione w głównej części pomieszczenia, oddzielone od aneksu kuchennego pod ścianą niewielkim stołem. Dokładnie naprzeciwko wyjścia na korytarz znajdowały się szklane drzwi prowadzące na otoczony stalową barierką balkon z widokiem na miasto. Po drugiej stronie salonu mieściła się sypialnia z łóżkiem tak ogromnym, że Hermiona spokojnie mogłaby spać na nim w poprzek i przyległa łazienka.
Portier Henry ustawił jej bagaż przed szafą w sypialni i życzywszy jej miłego pobytu, pozostawił ją samą.
Poczuła nagłe ukłucie winy. To nie były wakacje, miała napięty grafik. Dziś był 14 maja. Zostało tylko 169 dni! Czekające ją zadanie zaczęło ją przytłaczać. Co jeśli zawiedzie? Co jeśli zmieni nie to co trzeba? Co jeśli wszystko pogorszy? Nie, powiedziała sobie zawzięcie, jeśli będzie tak myśleć na pewno sobie nie poradzi. 169 dni to bardzo dużo czasu bez Rona, Harry'ego i Ginny, ale to dla ich dobra. Dla większego dobra nawet.
Najtrudniejszą częścią miało być patrzenie jak ludzie umierają. Dlatego postanowiła przybyć w maju. Większość śmierci w Zakonie miało miejsce w zeszłym roku, a nie mogła ryzykować utrzymywania przy życiu tych, którym nie było to pisane. Nie, jej misja miała na celu zabójstwo, a nie ratunek. Z tą jakże niemiłą myślą postanowiła się przejść by oczyścić umysł. Chwyciwszy torebkę i klucz do pokoju, opuściła hotel.
Wędrując ulicami Londynu lat osiemdziesiątych, złapała się na myśleniu o Syriuszu Blacku. Musiała go odnaleźć, bo bez jego pomocy wykonanie jej planu mogło być o wiele trudniejsze. Miała nadzieję, że uda jej się go przekonać, chociaż dalej nie była pewna jak zrobić to najlepiej. Nieznajoma kobieta wyrzucająca z siebie, że przybyła z przyszłości to nie osoba, której większość ludzi zaofiarowałaby pomoc. Chyba, że w dotarciu do najbliższego szpitala psychiatrycznego.
Gdy rozejrzała się dookoła zrozumiała, czemu przyszedł jej na myśl. Wszyscy młodzi mężczyźni na ulicy wyglądali podobnie. Pełni nonszalancji, o zmierzwionych włosach, ubrani w skórzane kurtki i buty i palący papierosy. Nie to żeby Syriusz z przyszłości w jakikolwiek sposób ich przypominał, ale na wszystkich zdjęciach, które widziała u Harry'ego taki właśnie się wydawał. Skóra i długie włosy.
Uśmiechnęła się ironicznie. Właśnie tak chciałby być zapamiętany Syriusz jakiego znała.
16 maja
Dwa dni po swoim przybyciu Hermiona wędrowała wzdłuż głównej ulicy Hogsmeade. Dziwnie się tu czuła. Nie odwiedzała miasteczka zbyt często od czasu wojny i dalej przypominało jej tamtą noc, ostatnią noc walki. Pora roku się zgadzała, dziewczynę otaczały te same zapachy i dźwięki, chociaż gromki śmiech rozbrzmiewający z wnętrza Trzech Mioteł, gdy je mijała z pewnością pomagał rozgonić wspomnienie tamtego wieczoru. Przyspieszyła, zauważywszy, że niebo skrywa się już za wzgórzami. Nie mogła się doczekać, by mieć tę rozmowę za sobą.
Idąc ścieżką wiodącą do Hogwartu raz po raz powtarzała w myślach wcześniej ułożoną przemowę, by upewnić się, że o niczym nie zapomni. Gdy dotarła do bramy zapukała w nią jak poradził jej Dumbledore w liście. Czekała, próbując oczyścić umysł poprzez spychanie wspomnień, które miała nadzieję ukryć najgłębiej jak się dało.
Po dziesięciu minutach pełnego skupienia, głos Albusa Dumbledore'a przestraszył ją.
- Panna Granger jak rozumiem?
Stał tam, po drugiej stronie dalej zamkniętej na klucz bramy i wyglądał tak samo jak zawsze. Długa, srebrna broda i włosy poruszane delikatnie wieczornym wiatrem, błękitne szaty w małe, srebrzyste księżyce, pasujący kapelusz na głowie.
- Witam, profesorze – powiedziała szybko – miło mi, um… poznać pana… i proszę mówić mi Hermiona.
- Dobrze, Hermiono. Rozumiesz, mam nadzieję, że w obecnych czasach unikam wpuszczania na teren mojej szkoły nieznanych czarownic i czarodziejów.
- Oczywiście – odparła Hermiona. Zastanawiała się czemu w takim razie ją zaprosił, jeśli nie zamierzał pozwolić jej wejść. Wysłała mu sowę z prośbą o spotkanie, ale to on zasugerował, by przybyła do Hogwartu.
- Może zamiast tego zgodziłabyś się towarzyszyć mi do pubu w wiosce?
- Um... pewnie – powiedziała, nieco podirytowana. Czemu od razu nie zaproponował by spotkali się w pubie? … czyżby celowo próbował ją zdenerwować?
Przestępując przez bramę jakby jej w ogóle nie było Dumbledore spojrzał na dziewczynę.
- Czyżbym cię uraził, moja droga?
- Nie profesorze, po prostu… nie, nic – zakończyła, nieco zakłopotana. Zdziwiło ją, że jej dawny dyrektor traktował ją jakby była niebezpieczną nieznajomą. Ale była głupia nie spodziewając się tego.
- Świetnie – Dumbledore uśmiechnął się i pogwizdując cicho prowadził ją z powrotem do Hogsmeade.
Gdy wędrowali w stronę wioski, temperatura spadała szybko w miarę jak niebo ciemniało. Nawet w maju szkockie wyżyny nie słynęły z łagodnych wieczorów. Główna Ulica zdążyła już opustoszeć. Było już po dziewiątej, ale w Trzech Miotłach dalej tłoczyli się klienci. Dźwięk śmiechów i głosów przyciągnął Hermionę i jej towarzysza do wejścia.
Małe okienko witrażowe zostało zasłonięte od środka. Gdy Dumbledore wyciągał rękę do klamki, drzwi otwarły się z impetem i mężczyzna o brudnych, rudawych włosach, noszący długi płaszcz wycofał się przez nie, ścigany przez wściekły, damski głos:
- Znasz zasady Fletcher! Ile razy mam ci powtarzać? Przychodzisz do mojego pubu wydawać pieniądze, a nie sprzedawać swoje towary!
- O-oczywiście, oczywiście, Rosie. Przepraszam! – wydukał Fletcher, dalej się cofając i nie zdając sobie sprawy, że ktoś go obserwuje.
Broda Dumbledore'a drgała, a Hermiona musiała się odwrócić, by ukryć uśmiech gdy tylko rozpoznała w mężczyźnie otrzymującym reprymendę młodego Mundungusa.
- I nie nazywaj mnie ROSIE! – dobiegł ich głos jeszcze bardziej zdenerwowanej kobiety.
Mamrocząc coś o nadwrażliwych kobietach i nie krzywdzeniu nikogo, Mundungus Fletcher obrócił się i dostrzegł Dumbledore'a.
- Bry, profesorze. Jak się pan ma tego wieczora? – spytał tonem, jaki z pewnością uważał za pełen niewinności.
- Wspaniale Mundungusie, dziękuję że zapytałeś. Powinieneś już się zbierać. Na twoim miejscu nie chciałbym podpaść Rosmercie.
- Ma pan rację, profesorze, ma pan rację. - zgodził się Mundungus, przytakując nieuważnie. Zerknąwszy przez ramię na drzwi pubu obrócił się na pięcie i zniknął z trzaskiem.
Dumbledore zaśmiał się krótko, ponownie otworzył drzwi i szarmanckim gestem zaprosił Hermionę do środka.
Wkroczyła do ciepłego, zadymionego pomieszczenia i od razu zauważyła jak niewiele się tu zmieniło przez dwadzieścia ostatnich lat. Lśniący, drewniany bar, rzędy butelek za nim, obrazki na ścianach, nawet klienci, wszystko wyglądało tak samo. To znajome otoczenie w pewien sposób ją uspokoiło.
Przyglądając się otoczeniu dalej skupiała się na swoich wspomnieniach, pewna, że Dumbledore użyje przeciw niej legimencji, gdy tylko zdradzi mu swoją prawdziwą tożsamość.
Dumbledore zamówił dla nich napoje i ze spokojem poprowadził ją pomiędzy stolikami przez zatłoczony pub. Kilku klientów powitało go nim dotarł na miejsce, ale do Hermiony nie odezwał się nikt. Gdy usiedli Dumbledore nachylił się do niej i powiedział konspiracyjnym szeptem:
- Gdyby ktoś pytał, spotkaliśmy się tu, po raz kolejny, w sprawie wolnego etatu nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią.
- Och, um… oczywiście – odparła Hermiona, myśląc że nie mógł wymyślić lepszej przykrywki. Biorąc pod uwagę jej wiek, idealnie nadawała się do tej roli. Z pewnością dysponowała odpowiednią wiedzą i doświadczeniem by przekonywująco odpowiedzieć na pytania.
- Więc, dlaczego tak naprawdę zdecydowałaś się ze mną skontaktować?
- Cóż, jak już panu powiedziałam, nazywam się Hermiona Granger – rozpoczęła. - Profesorze, jestem mugolakiem. Dorastałam na Kensington w Londynie. Moi rodzice są dentystami, a ja urodziłam się 19 września 1979 roku.
Nerwowo przygryzła wargę czekając na odpowiedź. W rozmowie z Dumbledorem bezpośredniość była najlepszym sposobem, ale dziewczyna bała się, że zostanie uznana za szaloną.
- Ponieważ wyglądasz na nieco starszą od niemowlaka – odezwał się Dumbledore z rozwagą – zakładam, że chcesz poinformować mnie, iż cofnęłaś się w czasie?
Wyraz jego twarzy nie mówił jej nic, lecz spojrzenie przesuwało się po jej twarzy.
- Tak – powiedziała po prostu Hermiona, patrząc mu prosto w oczy i przywołując wszystkie wspomnienia o Hogwarcie, Harrym, Ronie, ucztach powitalnych z Dumbledorem stojącym na podwyższeniu przed stołami domów. Przez chwilę utrzymywał kontakt wzrokowy, potem spuścił oczy.
- Ach… Rosmerta – powiedział z uśmiechem. – dziękuję bardzo.
Podczas gdy jej pub niewiele się zmienił odkąd Hermiona ostatnio tu była, to sama właścicielka z całą pewnością tak. Czy raczej miała się zmienić. Hermiona uśmiechnęła się na myśl o tym jak zareagowałby Ron na widok tej młodszej o dwadzieścia lat Rosmerty.
- Proszę, profesorze. Grzany miód z korzeniami. Popracowałam trochę nad recepturą staruszka i chciałabym usłyszeć pańską opinię – odezwała się słodko, z szerokim uśmiechem.
- Oczywiście, moja droga. Więc podoba ci się prowadzenie tego lokalu? – dopytywał się Dumbledore, a jego oczy świeciły.
- O tak! – odpowiedziała – Jest cudowny! - cały czas się uśmiechając zwróciła się w stronę Hermiony. – Proszę, oto twój rum porzeczkowy, panienko. Mam nadzieję, że będzie smakował.
I zniknęła z delikatnym skinieniem głowy.
- Jej interes kwitnie – powiedziała Hermiona swobodnym tonem. – W 2001 roku Trzy Miotły dalej są najpopularniejszym pubem w Hogsmeade.
- Jest świetna w tym co robi. - Dumbledore przytaknął. – Więc, jak udało ci się dokonać tego niesamowitego wyczynu, Hermiono? Z tego co wiem nie można przenosić się więcej niż dzień wstecz. Skąd wzięłaś tę niezwykłą technologię?
- Um... - mruknęła Hermiona. Była nieco zmieszana tym niecodziennym powrotem do tematu i tym, że ton dyrektora sugerował wiarę. Wiedziała, że Dumbledore lubił ufać ludziom, ale to graniczyło z szaleństwem. - Zmodyfikowałam zmieniacz czasu. To bardzo nielegalne, proszę pana. Naprawdę nie chcę wchodzić w szczegóły. Boję się, że da to panu powód by mnie aresztować. - Dumbledore wyglądał na zdziwionego jej odpowiedzią. Ciągnęła dalej. - Chciałam się z panem spotkać profesorze, ponieważ potrzebuję pańskiej pomocy. Wiem jak pokonać Voldemorta.
Twarz dyrektora była spokojna, ale wpatrywał się w nią tak uważnie, że miała wrażenie, iż zagląda w głąb jej duszy Nie odwróciła wzroku.
- Stworzył horkruksy. Do tego momentu, jak sądzę, cztery. A ja wiem, gdzie są.
- Naprawdę? – spytał dyrektor, unosząc srebrną brew. Teraz już nie brzmiał jak osoba przekonana, ale jak ktoś kto... się z nią bawił. – Po cóż miałabyś wziąć na siebie taką misję? Czy w twoim czasie dalej jest potężny?
- Nie – odpowiedziała Hermiona – Mój najlepszy przyjaciel, Harry, pokonał go w 1998 roku. Pomagałam mu i stąd znam położenie wszystkich horkruksów. Ale tylu ludzi zginęło... tyle żyć zostało zniszczonych... Mogę to zmienić. Z pana pomocą.
Dumbledore wreszcie zerwał kontakt wzrokowy i przez pewien czas cicho sączył swój miód. Potem na powrót przygwoździł ją spojrzeniem niebieskich oczu.
- Możesz to udowodnić? Rozumiesz oczywiście moje obiekcje. To niemądre zaufać komuś w takich czasach.
- Tak, profesorze. – zaczęła grzebać w swojej torbie, po to by wyciągnąć z niej fiolkę z kłębowiskiem mglistych wspomnień. - To pomoże.
Podała mu ją nad stołem, a Dumbledore wziął flakonik i schował do kieszeni szaty, nawet się mu nie przyjrzawszy.
- Znakomicie, Hermiono. Dziękuję. - dopił swój miód po czym odsunął krzesło od stołu. A potem nagle uderzony myślą spytał: - Ten Harry, o którym wspomniałaś?
- Tak, proszę pana. To Harry Potter, syn Lily i Jamesa. Przepowiednia się wypełniła.
Dumbledore wyglądał na przygnębionego.
- Profesorze, jest jeszcze jedna osoba, która bardzo ułatwiłaby tę misję. Zastanawiałam się, czy mógłby mi pan powiedzieć gdzie znajdę Syriusza Blacka?
Dumbledore tylko się zaśmiał.
- Oczywiście, że nie, moja droga. Nie mogę podać miejsca pobytu Aurora komuś kogo nie znam, szczególnie jeśli ta osoba wierzy, że przeniosła się w czasie. - wstał posyłając jej przenikliwie spojrzenie. – Skontaktuję się z tobą, jeśli wspomnienia potwierdzą twoją opowieść, ale robi się późno, a ja jestem zapracowanym człowiekiem. Dziękuję za poświęcony mi czas.
Obrócił się i odszedł, pozostawiając za sobą niezadowoloną, ale niezbyt zdziwioną Hermionę.
oOo
Po tej dezorientującej i w pewien sposób rozczarowującej rozmowie z Dumbledorem, Hermiona skupiła się na następnym punkcie planu. Ponieważ Dumbledore nie zamierzał powiedzieć jej gdzie znaleźć Syriusza (nie to żeby go za to winiła) znalazła się w trudnej sytuacji. Potrzebowała go, czy raczej jego rodziny by dorwać się do Medalionu Slytherina, Czary Hufflepuff i Dziennika Riddle'a. Poza tym był odważny i utalentowany, co stanowiłoby wielką pomoc podczas tej niebezpiecznej misji. O ile udałoby jej się przekonać go, że nie była szalona.
Z opowiadań, które snuł razem z Remusem, gdy przebywali na Grimmauld Place w lecie przed piątym rokiem, wiedziała że w celu uniknięcia kawalerskiej kuchni, jaka czekała na nich we własnych domach, mieli w zwyczaju większość wieczorów spędzać w czarodziejskich pubach na terenie całego kraju. Podobno na samym początku małżeństwa Lily odmówiła im więcej niż trzech posiłków tygodniowo w rezydencji Potterów, ponieważ pobyt nigdy nie kończył się na kolacji. Jeden dzień zamieniał się w kolejny, aż dwaj mężczyźni prawie tam mieszkali. Hermiona uśmiechnęła się na wspomnienie tego jak chichotali ze swoich min, gdy ciężarna Lily ustanowiła prawo: „Zgadzałam się na jednego męża, nie trzech! W moim salonie nie będą zalegali śpiący mężczyźni!"
W ten sposób Remus i Syriusz, a zapewne także Pettigrew (choć nigdy o nim nie wspominali, nie wiedziała czy dlatego, że go tam nie było czy też w związku z bólem po jego zdradzie) przez cztery dni w tygodniu musieli sami zatroszczyć się o przyzwoite jedzenie. Najlepiej w miejscu serwującym Ognistą Whisky i gdzie można znaleźć się w miłym towarzystwie.
Życie Hermiony przybrało ustalony schemat. Znała większość miejsc, gdzie wieczorami mógł przebywać Syriusz. W czasie dnia pozostawała w swoim pokoju hotelowym, często ćwicząc oklumencję w nadziei, że jeśli Dumbledore się z nią skontaktuje uda jej się zatrzymać dla siebie istnienie Pierścienia Marvolo Gaunta. Potem, gdy przebywanie w pokoju, bez względu na to jak ślicznym, stawało się nie do zniesienia, spacerowała po mugolskim Londynie. Było to dziwnie odprężające, wszyscy ci ludzie przepychający się nawzajem, dźwięki klaksonów i zapach wyczerpania. Prawie udawało jej się zapomnieć, że znajdowała się dwadzieścia lat w przeszłości i za pięć miesięcy miała stawić czoło Voldemortowi.
Za każdym razem gdy myślała o tym przerażającym wydarzeniu majaczącym na horyzoncie, jej serce zaczynało walić dziko, a brzuch zaciskał się niczym po zjedzeniu czegoś okropnego i musiała walczyć o każdy oddech. Ale potem wspominała Harry'ego, który codziennie zakładał maskę odwagi, mimo gnębiącego go poczucia winy. O Ginny, cierpiącej razem z nim, bo Harry zdawał się pozbawiony wszelkich emocji, wyczerpany ciągłymi naciskami, by cieszyć się z tego, że ocalił świat. O George'u w jego alkoholowym zamroczeniu. O pani Weasley, odciętej od świata i wpatrzonej w przestrzeń. O Ronie próbującym trzymać rodzinę razem, podczas gdy jego własna, radosna osobowość powoli zanikała. Te obrazy wypełniały jej umysł i przypominali jej się ludzie, którzy zostaną ocaleni. Zbyt wiele żyć by dało je się policzyć. I wtedy znowu mogła oddychać. Musiało jej się udać.
Następnie, każdego wieczoru wracała do hotelu, by przygotować się do wyśledzenia Syriusza. Aportowała się od czarodziejskiego miasta do czarodziejskiego miasta i sprawdzała puby w poszukiwaniu czarnowłosego Huncwota. Gdy wracała z tych, jak na razie, jałowych wycieczek kładła się do łóżka i próbowała oczyścić umysł. To nie Horkruksy, nie niechęć Dumbledore'a do zaufania jej (po dwóch tygodniach dalej nie miała od niego wiadomości), nawet nie niepokój, że nigdy nie znajdzie Syriusza, powstrzymywał ją przed satysfakcjonującymi ćwiczeniami oklumencji.
To Ron. Wspaniały i nieco niemożliwy Ron. Myślała o jego uśmiechniętej twarzy, o tym jak razem z Harrym zaśmiewał się do zachrypnięcia, w szczęśliwszych czasach w Hogwarcie. Tęskniła za nim straszliwie, ale warto było spędzić trochę czasu bez niego. Przygnębionego, zestresowanego Rona, jakiego znała przez ostatnie trzy lata, powoli zastępował w jej pamięci jego odpowiednik z czasów szkolnych, wesołek, odrobinę niepewny, ale lojalny przyjaciel. Byłoby cudownie wrócić do świata gdzie on i Harry dalej się śmiali, gdzie dorastali bez ciągłego strachu przed Voldemortem.
Hermiona wiedziała, że zmieniając przeszłość może nawet nie zaprzyjaźnić się z chłopcami, co dopiero zakochać się w Ronie, czy też sprawić, że on zakocha się w niej. Bez groźby Voldemorta zostanie pewnie zakochaną w książkach, trzymającą się zasad kujonką jaką była, gdy po raz pierwszy przybyła do Hogwartu. Ale to, że wróci do świata gdzie wcale nie przyjaźnili się w szkole wcale nie znaczyło, że nie będzie mogła poznać ich w wieku lat dwudziestu. Większość przyjaźni na całe życie zawiera się właśnie wtedy, a nie w szkole. Tak przynajmniej mawiała jej mama, chociaż możliwe, że próbowała w ten sposób pocieszyć swoją samotną córkę.
Jak postanowiła, za każdym razem gdy ta skomplikowana lawina reakcji próbowała przyćmić jej umysł powtarzała sobie, czekaj i zobacz. Jeśli tylko Weasleyowie i Harry będą szczęśliwi, postąpiła właściwie. Oczywiście nie przybyła tu tylko dla nich, ale dla wszystkich przyjaciół i rodzin, które stracili. Dla dzieci, które nigdy nie poznałyby swoich rodziców. Dla rodziców, którzy nigdy nie widzieliby jak dorastają ich pociechy. Dla rodzeństw, które utraciły się na zawsze.
Hermiona musiała też poradzić sobie z problemem zakwaterowania. Dwa dni po zameldowaniu się, rano, przedstawiła menadżerowi swoją historię.
Po rozwodzie jej matka opuściła Wielką Brytanię i przeprowadziła się do Ameryki, gdzie Hermiona mieszkała przez ostatnie dwa lata w Nowym Jorku. Jej ojciec był biznesmanem w Hong Kongu. Hermiona przyjechała do Wielkiej Brytanii odwiedzić przyjaciół z czasów szkolnych, a gdy odwołano jej lot stwierdziła, że to znak.
Opowiedziała menadżerowi jak bardzo tęskniła za Anglią w Nowym Jorku i że postanowiła do końca roku zrobić sobie przerwę w studiach, by cieszyć się powrotem do ojczyzny. Z początku menadżer wydawał się zaskoczony, że chce mieszkać w hotelu. Jaki student mógłby sobie na coś takiego pozwolić? Ale zapewniła go, że karta kredytowa, której użyła meldując się jest opłacana przez jej ojca i że dla niego cena za pokój hotelowy na pół roku to kwestia tygodniowej pensji.
Karta visa podłączona do konta fałszywego pana Grangera miała pokaźny limit, a Hermiona była jej sygnatariuszem. Adres pocztowy należał do prywatnej skrzynki na głównej wyspie Hong Hong. Na to wszystko składały się łatwe do sprawdzenia fakty, w razie gdyby obsługa hotelowa miała jakieś podejrzenia. Przygotowała to wszystko zanim odeszła. Więcej nielegalnych poczynań, ale znowu, to było nic w porównaniu z czarodziejskimi zakazami bawienia się czasem.
By popełnić przestępstwo pożyczyła od Harry'ego Pelerynę Niewidkę i zaczaiła się przy fili banku położonej w małej wiosce. Przy filli, w której w momencie zamknięcia były tylko dwie kasjerki. Oszołomiła jedną, a na drugiej użyła Imperiusa. Otyła właścicielka trwałej została zmuszona do utworzenia konta datującego aż do 1978 roku, przelania na nie sporej sumy i wydania karty kredytowej, której Hermiona obecnie używała. Hermiona transmutowała kartę, zastępując logo tym używanym w latach osiemdziesiątych i zmieniając datę ważności. Gdyby ktoś zauważył, że można jej było używać do stycznia 2002 roku, mógłby powstać alarm.
Nauczyła się całkiem nieźle transmutować mugolskie artykuły niezbędne każdemu podróżnikowi. Oprócz visy i prawa jazdy, które twierdziło, że urodziła się w 1959 roku, miała też paszport z pieczątką sprzed dwóch lat, kiedy opuszczała Wielką Brytanię, odnotowanymi wakacjami w Hong Kongu z zeszłych Świąt i jej przybyciem do Londyny przez Gatwick sześć tygodni temu. Może jeśli to wszystko poszłoby tragicznie źle, mogłaby się utrzymać ze sprzedawania dokumentów ludziom szukającym azylu? To by pasowało do jej nowej, kryminalnej osobowości.
Hermiona nie wiedziała już ile razy dziękowała w myślach za brak komputerów we wczesnych latach osiemdziesiątych. Miała poczucie winy za to co postrzegała jako odrobinę tylko lepsze od kradzieży pieniędzy z banku, ale powtarzała sobie, że większość ludzi przyznałaby, że jej misja była warta o wiele więcej niż kilka tysięcy funtów. Pomagało, że pieniądze miały znacznie większą wartość w 1981 roku niż dwadzieścia lat później.
Menadżer hotelu wydawał się usatysfakcjonowany jej opowieścią. Jak mógłby odmówić przyjęcia małej fortuny? Od czasu do czasu przyjmowali gości na dłuższy czas, a ta dziewczyna wydawała się miła, cicha i dobrze wychowana. Hermiona ucieszyła się, że zaakceptował jej opowieść. Naprawdę nie chciała używać magii na mugolu.
