Od tłumacza: Strasznie przepraszam. Próbowałam wstawić rozdział wczoraj wieczorem, ale Doc Manager mi na to nie pozwalał.
Odpowiedzi na komentarze:
Crudeoil: Bardzo się cieszę, że Ci się podoba. Co do wspomnień to po części będzie wyjaśnione za kilka rozdziałów (numer 7 z tego co pamiętam). Mam nadzieję, że ten rozdział też Ci się spodoba.
3 czerwca
Był ładny, letni wieczór w Upper Flagley, małej częściowo czarodziejskiej wiosce w Yorkshire. Młody mężczyzna siedział w barze Znicz i Kuguchar. Był przystojny, o ciemnych, niezbyt czystych włosach sięgających kołnierzyka i jasnych oczach. Zwykle chętnie się śmiał, ale tego dnia jego czarujący uśmiech zastąpił grymas niezadowolenia.
Syriusz Black nie miał dobrego humoru. Siedział sam, opuszczony przez przyjaciół. Cóż, nie była to ich dobrowolna decyzja, ale to wcale nie ułatwiało sprawy. Nie cierpiał wojny za to, że odebrała mu życie. Miał dwadzieścia jeden lat. Powinien zajmować się głównie odwiedzaniem przyjaciół, piciem w sobotnie wieczory i wkurzaniem się na robotę za przeszkadzanie mu w życiu prywatnym. Ale nie mógł.
W życiu Syriusza wojna spaczyła wszystko, każdą rozmowę z przyjaciółmi, każdy spacer przez nieco zbyt spokojną wioskę, każdą chwilę, którą spędził przy biurku w Biurze Aurorów w Ministerstwie wypełniając odpowiednie rubryczki i słuchając jak inni nowo zatrudnieni aurorzy rozwodzą się nad tym, jak to zmieniają świat. Obserwowanie tych potulnych ludzi, którzy uważali, że jeśli tylko skończą wymaganą papierkową robotę, jeśli tylko będą trzymać się protokołu to wszyscy Śmierciożercy zostaną wyłapani, doprowadzało go do szaleństwa. Wszystkich miał za przekonanych o własnym znaczeniu głupców.
Syriusz wiedział, że Śmierciożercy byli znacznie potężniejsi niż twierdziło Ministerstwo i że zaginieni ludzie pewnie zginęli z ich rąk. Stracił już więcej przyjaciół niż był w stanie policzyć. Pewnie, że zwykłych obywateli nie można było winić za niewychylanie się i trzymanie się z daleka. Nic by nie pomogło, gdyby ludzie bali się jeszcze bardziej niż teraz. Ale aurorzy... oni powinni się martwić. Powinni walczyć, polować, tropić Voldemorta i w końcu go zabić. Tylko szef Syriusza, Alastor Moody nie bał się przyznać, jak było naprawdę, co niestety nie zmieniło sytuacji w Ministerstwie. Zbyt wielu wysoko postawionych urzędników nie wierzyło w zagrożenie albo siedziało Śmierciożercom w kieszeni.
Bez Zakonu Feniksa Syriusz już dawno by zwariował. Tu przynajmniej coś się działo. Moody i Dumbledore dowodzili Zakonem i mogli się pochwalić dość dużą ilością sukcesów. Mimo to przegrywali. Wojna wbiła się klinem w środek grupy przyjaciół Syriusza, jego rodziny z wyboru.
James, który przez tyle lat był dla niego jak brat, ukrywał się i mógł opuszczać dom tylko na spotkania Zakonu. Remus, który przez większość czasu miał dość ciężko, dostał od Dumbledore'a zadanie i dniem i nocą siedział po uszy w książkach. Był jeszcze Peter, ale on z kolei miał chorą matkę i to z nią spędzał większość czasu. Syriusz zastanawiał się czy to nie była tylko wymówka. Glizdogon bał się walki. Odepchnął od siebie tę haniebną myśl. „Jesteś po prostu zgorzkniały i samotny", powiedział sobie. Nie pomagało, że Syriuszowi wiadomość o chorobie własnej matki sprawiłaby... cóż, radość.
Pozbawiony przyjaciół Syriusz coraz częściej myślał o swoim bracie - palancie. Ze wszystkich przygnębiających rzeczy, które przydarzyły mu się podczas tej wojny, zobaczenie własnego brata w szeregach Śmierciożerców było chyba najgorszą. Syriusz wychylił haust z prawie pustej szklanki ognistej whisky. No i co z tego, że brat, z którym nie rozmawiał od ukończenia Hogwartu poszedł w ślady przodków? No i co z tego, że jego przyjaciele byli zajęci? W głębi serca wiedział, że nie miał się na co skarżyć. W gruncie rzeczy najzwyczajniej się nad sobą użalał.
Wkurzało go, że jako auror musiał każdego dnia iść do pracy i podążać prowadzącymi donikąd tropami, podczas gdy ludzie tacy jak Remus brali udział w misjach zwiadowczych Zakonu i walczyli ze Śmierciożercami. A to wszystko bez wypełniania dziesięciostronicowego raportu z uwzględnieniem każdej wykorzystanej klątwy, a także tych, których użyto przeciwko nim. „Powinniśmy się zamienić", pomyślał Syriusz „Lunatyk kocha papierkową robotę". Wychylił pozostałość szklanki.
Znudzony do granic wytrzymałości, zabębnił palcami w blat baru. Zwykle znalazłby sobie jakąś ładną dziewczynę, by spędzić z nią wieczór. Spojrzał na zegarek. Dochodziła dopiero siódma trzydzieści. Zdumiewało go jak wolno płynął czas, kiedy piło się w samotności. Może wszystkie ładne dziewczyny siedziały jeszcze w domach szykując się do wyjścia na miasto? Miał nadzieję, że się pospieszą. Bardzo potrzebował rozrywki.
Pusta szklanka Syriusza zwróciła uwagę barmana.
- Jeszcze raz, Black?
Syriusz przytaknął i popchnął szklankę w jego stronę.
- Spokojna noc, Wilfrydzie? - spytał. Barman rozejrzał się.
- Jak na razie. Ale nie martw się. Jestem pewien, że jakaś panienka zaraz się pojawi i dotrzyma ci towarzystwa.
Syriusz zignorował go.
- A gdzie twój przyjaciel? - spytał Wilfryd, patrząc wymownie na pusty stołek obok Syriusza.
- Zajęty. - burknął chłopak.
- Szkoda. - odparł barman. - Lubię go. On przynajmniej ma maniery.
Syriusz znów coś odburknął. Wilfryd nalał Starej Ognistej Whisky Ogdena do szklanki Syriusza, który zauważył, że zawartości butelki miało starczyć już tylko na jedną dolewkę. Czy nie była pełna, kiedy przyszedł? Drzwi do pubu otworzyły się przerywając mu próbę wyliczenia, ile już wypił tego wieczora. Biorąc pod uwagę ból jaki próba ta spowodowała w jego zamglonym umyśle, chyba i tak nie chciał wiedzieć.
W progu stała dziewczyna, a lampa uliczna przed gospodą oświetlała jej dziko kręcone włosy. Nowoprzybyła była ubrana inaczej niż dziewczęta, które zwykle przychodziły do Znicza, a o których Remus mawiał „za dużo perfum, a za mało materiału". Opis ten pasował Syriuszowi do gustu, ale zmiana też mu pasowała. Nieznajoma nosiła jasne dżinsy, buty na płaskim obcasie i wełniany sweter o tak luźnych oczkach, że Syriusz mógł dostrzec czarny t-shirt, który miała pod spodem. Przyglądała się wieczornym klientom, a kiedy zauważyła Syriusza drgnęła, a jej brwi uniosły się nieznacznie.
- Mówiłem. - powiedział zadowolony z siebie Wilfryd. Nowoprzybyła, nie zwracając na niego uwagi przysiadła przy barze obok Syriusza.
- Co ci podać, kochanie? - spytał jak na sumiennego barmana przystało Wilfryd.
- Ognistą. - odparła ona, a potem dodała z uśmiechem. - Podwójną.
- Już się robi. - powiedział barman, z hałasem stawiając szklankę na ladzie. Napotkał spojrzenie Syriusza i skinął głową w stronę dziewczyny. „Maniery!" przekazał bezgłośnie. Syriusz tylko pokręcił głową i pociągnął łyk.
- Cztery sykle. - poinformował Wilfryd, wylewając do jej szklanki resztę trunku, z którym Syriusz tak usilnie się zmagał. Dziewczyna zapłaciła mu i Wilfryd odszedł, by odłożyć pieniądze do kasy.
Syriusz przyjrzał jej się kątem oka. W życiu nie widział jej na oczy. Wyglądała na jego rówieśnicę, ale zupełnie jej nie poznawał. Miała angielski akcent... musiała chodzić do Hogwartu. Żałował, że nie było z nim Remusa. Lunatyk, dzięki swojej denerwująco niezawodnej pamięci, pamiętał wszystkich, co przydawało się w sytuacjach takich jak ta, ale było straszliwie upokarzające, kiedy przychodziło do wspominania momentów, w których Syriusz zachował się jak dupek.
Nagle znów się rozzłościł. Był zły, że został sam. Nie mówiąc już o tym, że pewnie wyglądał teraz jak żałosny alkoholik siedzący samotnie w barze, porządnie zalany mimo wczesnej pory. Gdzie tego wieczoru podziała się jego pewność siebie? Tuż obok siedziała ładna czarownica, a on nie miał pojęcia co powiedzieć. Niezwykłe.
Poderwał wiele wcześniej sobie nieznanych dziewczyn, ale zwykle coś o nich wiedział albo miał do pomocy magiczną pamięć Lunatyka. Pamiętał ich rodzeństwo, wiedział, gdzie pracują albo z kim przyjaźniły się w Hogwarcie. Chyba, że były zza granicy, ale wtedy wystarczyło je spytać skąd dokładnie. Proste. Dotarło do niego, że Lunatyk był idealnym skrzydłowym. Ale ta czarownica? Brzmiała jak mieszkanka Londynu, wyglądała na jego rówieśniczkę. Co miał powiedzieć? „Często tu przychodzisz?" Skrzywił się na samą myśl. Musiała zauważyć, że na nią patrzył, bo spytała:
- Mogę ci w czymś pomóc? - uśmiechała się szeroko.
- Um... pijesz moją whisky. - burknął. „Kretyn", pomyślał. „Kompletny kretyn."
- Twoją whisky? - wyglądała na zdumioną. Potem rozpromieniła się, ujmując butelkę Starej Ognistej Whisky Ogdena, która dalej stała na barze, a jej oczy zalśniły. - Naprawdę? Ty jesteś Ogden? Zawsze wyobrażałam go sobie jako starca, no i cóż... trupa. Ta whisky jest na rynku od stuleci. Nieźle wyglądasz.
Teraz to on był zdumiony, bo wyciągnęła do niego rękę i powiedziała:
- Jestem Hermiona. Miło pana poznać, panie Ogden, robi pan świetny trunek.
Najwyraźniej ta dziewczyna lubiła kretynów, niezwykły łut szczęścia. Całkowicie otumaniony Syriusz podał jej rękę.
- Syriusz. - przedstawił się, w końcu odzyskując głos. - Chodziło mi o to, że zamierzałem skończyć tę butelkę. Zdążyłem się już do niej przywiązać, a ty wypiłaś wszystko co zostało.
- W takim razie strasznie przepraszam. - powiedziała, z powagą napotykając jego spojrzenie. Roześmiał się.
- Przeprosiny przyjęte. - powiedział, próbując naśladować jej ton, co mu się nie udało. Ona także się roześmiała i to prawdziwym śmiechem, a nie kokieteryjnym chichotem jakim zwykle dziewczyny reagowały na obecność Syriusza.
W międzyczasie Wilfryd na powrót znalazł się nieopodal nich i zajął się odkładaniem szklanek na miejsce. Lubił podpatrywać, jak Black podrywał dziewczęta. W wykonaniu chłopaka wydawało się to takie proste. Chociaż, jak stwierdzał barman, to pewnie nic trudnego, jeśli się było młodym, przystojnym i bogatym.
- Nie znam cię, prawda? - Spytał Syriusz z uniesioną brwią, jednocześnie wyciągając papierosa i zapalając go. Hermiona wydawała się zaskoczona.
- Um... nie. Nie wydaje mi się. Ja... hmm, nie przychodzę tu zbyt często.
Syriusz uśmiechnął się szelmowsko, kiedy użyła tego sformułowania.
- Powinnaś. - oświadczył pewnie. - Jesteśmy odlotowi.
- My? - spytała, popatrując na puste miejsce po jego drugiej stronie.
- Ta. - odparł - Ja i mój kumpel Lunatyk często tu przychodzimy. Jedzenie jest świetne, a ten tam Wilfryd - wskazał na barmana. - to skarb.
- Lunatyk? – spytała, a potem znów uśmiechając się szeroko. - Ciekawe imię. Gwiazda i księżyc, jak romantycznie.
Syriusz po raz kolejny się roześmiał. Merlinie, niezła była.
- Nie mów tego przy nim.
- Och nie! To nieodwzajemniona miłość? Ty biedactwo. - na tym etapie głos jej drżał z ledwo skrywanego rozbawienia.
Syriusz przyjrzał jej się. Wydawało się, że świetnie wiedziała co powiedzieć, by go rozbawić. Inne samotne kobiety myślały, że żeby zwrócić jego uwagę najlepiej udawać skromność czy bycie pod wrażeniem, albo być śmiałą i seksowną. Ale ona... zachowywała się jak stara przyjaciółka. Kim była ta niesamowita kobieta przysłana tu by poprawić mu humor?
Dziewczyna znów się zaśmiała, odrzuciwszy przy tym głowę do tyłu.
- Twoja mina... - musiała wziąć jego milczenie za oznakę obrazy, bo próbowała nad sobą zapanować. - Żartuję. - powiedziała, parskając krótkim śmiechem.
I nim zdołał cokolwiek na to poradzić, on też się śmiał. Trochę histerycznie, ale za to naprawdę się śmiał. Ależ to była ulga. Czuł się jakby nie robił tego całe tygodnie. Jego wcześniejszy zły humor wyparował. Ta dziewczyna była jak dobry eliksir na kaca, sprawiała, że czuł się lekko i zdumiewająco radośnie.
Zarówno Wilfryd jak i pozostali klienci obserwowali ich bacznie.
- Mam nadzieję, że nie palisz w moim pubie niczego mocniejszego od papierosów, Black. – zawołał barman. Klienci wykazali rozbawienie, a to spowodowało, że Hermiona znów parsknęła śmiechem. Kiedy wreszcie się uspokoili, a Hermiona skończyła swojego drinka, Syriusz odezwał się, nonszalancko wzruszając ramionami:
- Chcesz się stąd wynieść? - próbował zachować pozory spokoju, jakby to nie było nic takiego, ale w głębi serca czuł zdenerwowanie. Zdenerwowanie? Na gacie Merlina, coś komicznego.
- Pewnie. - powiedziała. Syriusz wyszczerzył zęby. Merlin i jego liczna bielizna mogła iść się powiesić.
- Baw się dobrze, Black! – zawołał za nimi Wilfryd, kiedy wychodzili z pubu i mrugnął do Syriusza.
- Mieszkam w Londynie. Może chciałabyś... - powiedział Syriusz na ulicy.
- Ja też. - odparła Hermiona. - Ale jest jeszcze wcześnie. Może sprawdzimy co się dzieje na mieście?
- Pewnie. - zgodził się. - Masz jakieś pomysły?
- Nie bardzo. Niezbyt często wychodzę z domu. Co się robi w środowy wieczór w starym mieście Londynie?
- Cóż... - Syriusz był a kropce. Co on robił w Londynie? Polował na panienki? Upijał się z Lunatykiem w Dziurawym Kotle? A potem go olśniło. Przypomniał sobie pewien wieczór spędzony zeszłego lata z mugolką. Podał Hermionie rękę i mrugnął. - To niespodzianka.
Ujęła jego dłoń i deportowali się, by pojawić się z powrotem w cieniu ogromnego drzewa. Za plecami mieli most Waterloo, po lewej stronie Tamizę, a przed nimi rozciągał się rozświetlony Londyn, którego odbicie lśniło w leniwie płynącej rzece.
Syriusza zemdliło. Aportowanie się z żołądkiem pełnym whisky nie było dobrym pomysłem. Oddychając głęboko, oparł się na szerokim pniu drzewa, by odzyskać równowagę. Musiał powstrzymywać się przez zwymiotowaniem na oczach swojej towarzyszki.
- Dobrze się czujesz? - spytała cicho.
- Ta. - odparł, prostując się ponownie i przełykając ślinę jakby od tego zależało jego życie. Tak bardzo nie chciał się przed nią ośmieszyć, że samą siłą woli wygrał batalię z odruchem wymiotnym. - Świetnie. - odparł, szczerząc się raz jeszcze. - A ty?
- W porządku. - powiedziała Hermiona, odwracając się do niego plecami i siadając na ławce z widokiem na rzekę. - Więc to robisz w Londynie? Siedzisz nad rzeką i podziwiasz widoki?
- Niezbyt często. - zastanawiał się, co chodziło jej po głowie. Nagle stała się poważna i oschła, a kiedy tak patrzyła na brudną rzekę wydawała się czymś zmartwiona.
- Knuta za twoje myśli? - zaproponował, wyciągając papierosa i sadowiąc się na oparciu ławki, tak że siedzieli obok siebie, ale patrzyli w różne strony. Zapalił i zaciągnął się, a potem spojrzał na nią. Wyglądała na zbyt zamyśloną, by jego słowa do niej dotarły. Szturchnął ją łokciem. - Dalej tu jesteś?
Podskoczyła.
- Przepraszam. Ja, cóż... odpłynęłam na chwilę. - kiedy znów odwracała się w stronę rzeki, spojrzenie dalej miała nieprzytomne.
- O czym tak myślałaś, że aż... odpłynęłaś?
- O moim planie. - mruknęła. „Brzmi złowieszczo", pomyślał Syriusz.
- Twoim planie czego?
Ale ona znów się zamyśliła. Syriusz rozejrzał się. Gwarna ulica, szmer rzeki, odgłosy ludzi udających się do baru kawałek dalej, to wszystko wydawało się takie zwyczajne. Co tak rozpraszało tę dziewczynę? Może żałowała, że tu z nim przyszła? Może zastanawiała się jak grzecznie go spławić? Jego ledwo odzyskana pewność siebie znów wyparowała. Przez chwilę żałował, że nie była jedną z pustych dziewczyn jakie zwykle zabierał do domu. One nigdy nie wymagały, by wysilał swój przyćmiony alkoholem mózg szukając tematów do rozmowy albo zastanawiając się o czym myślały. Zazwyczaj chichotały i paplały tak dużo, że całował je, żeby się zamknęły.
Spróbował innej taktyki.
- To czym się zajmujesz? Nie mówiłaś.
- Zajmuję? - odparła pytaniem, odwracając się by na niego spojrzeć. Zmarszczyła brwi.
- No tak. Wiesz, jak zarabiasz? Gdzie pracujesz? - dodał.
- A, tak. Ja... cóż, właśnie zmieniam pracę. - odparła. Dalej wydawała się przebywać bardzo daleko, ale przynajmniej z nim rozmawiała.
- Więc jak spędzasz czas? - parł dalej, zastanawiając się, ile czasu minęło, odkąd musiał się tak starać, by przykuć czyjąś uwagę.
- Prowadzę prywatne badania. - odparła i nagle całe jej zamyślenie zniknęło i patrzyła prosto na niego, uśmiechając się jakby ostatnie dziesięć niezręcznych minut wcale nie miało miejsca. Wrażenie było takie jakby nagle się włączyła.
Syriusz był oszołomiony. Ile dokładnie wypił? Nic to. Nie chciał zaglądać darowanemu testralowi w zęby teraz, kiedy była przytomna i znów się uśmiechała, więc spytał:
- Naprawdę? Badania jakiego rodzaju?
- Och, wiesz. - odparła lekko. - Takie i owe. Właściwie - kontynuowała poważniej, ale dalej z uśmiechem. - Ostatnio zajmowałam się głównie moim planem zniszczenia Voldemorta.
Czegokolwiek Syriusz się spodziewał, to na pewno nie tego. Zakrztusił się dymem, parsknął. Kiedy spojrzał na nią załzawionymi oczami, znów marszczyła brwi.
- To niezdrowe, wiesz? - odezwała się, wskazując na papierosa. No chyba, cholera, żartowała.
- Tak samo jak planowanie śmierci Voldemorta. - wycharczał, gapiąc się na nią.
- Touche. - zachichotała pod nosem.
- Nie, naprawdę. - powiedział. - Żartujesz?
- Oczywiście, że nie. - odparła z kamienną twarzą. Patrzyła mu prosto w oczy.
Westchnął. Oczywiście, że była zbyt cudowna by mogła być prawdziwa. Zabawna, inteligentna i ze świetną figurą. Wbił w nią wzrok, myśląc jakie to było niesprawiedliwe, że udawała przy nim normalną, dość interesującą dziewczynę, z którą łatwo się dogadać. Nie przeszkadzała jej kretyńska odpowiedź, co mogło się okazać zbawienne w jego przypadku i nie nadskakiwała mu z powodu jego wyglądu, pieniędzy, czy też obu na raz. Taka obiecująca znajomość i co? Okazało się, że dziewczyna była kompletnie świrnięta. Co za tupet.
- A jak, na Merlina, zamierzasz przeprowadzić ten wielki plan? - spytał zjadliwie. O takich rzeczach nie powinno się żartować, ale tak naprawdę wściekał się przez nadzieję, która załomotała mu w piersi. - Mała dziewczynka nie pokona Voldemorta. - warknął jadowicie. - Wiesz w ogóle co sugerujesz?
Wyglądała na urażoną. Spuściła głowę. Oddychała płytko, całkiem jakby się bała. Syriusz kopnął się w myślach. Tym razem przesadził z kretynizmem, nawet jak na jej standardy. Teraz to już całkowicie zaprzepaścił swoje szanse. Znów na nią zerknął. Naprawdę wyglądała na przerażoną. Czy był aż taki straszny? A może uznała go za takiego dupka, że nie chciała już na niego patrzeć? A tak w ogóle, to co z tego, że była trochę niezrównoważona? Przynajmniej jej szaleństwo objawiało się w ekscytujący sposób. Może mógłby przeprosić? „Cóż", pomyślał ponuro, „zawsze musi być ten pierwszy raz".
Wyrzucił papierosa i usiadł obok niej na ławce. Nie spojrzała na niego. Dalej siedziała ze wzrokiem wbitym w ziemię i bawiła się swoimi dłońmi. Położył rękę na jej kolanie. Nie odsunęła się, co uznał za dobry znak.
- Hermiono - powiedział łagodnie, swoim najbardziej pojednawczym tonem. Umiejętność ta wyciągnęła go z niezliczonych niefortunnych sytuacji. - Przepraszam. Nie powinienem był tak na ciebie naskakiwać.
Nie poruszyła się. Ścisnął jej kolano i przysunął się trochę bliżej.
- Hermiono? - szepnął.
Odwróciła się raptownie i ich twarze znalazły się centymetry od siebie. Dziewczyna zamarła, patrząc mu w oczy. Pochylił się i... Hermiona zniknęła z ławki. Stała kilka metrów od niego, cały czas się w niego wpatrując. Jej nagły ruch sprawił, że stracił równowagę i gdyby nie podparł się tą ręką, która jeszcze przed chwilą spoczywała na jej kolanie, padłby na twarz.
- Syriuszu? – odezwała się tak cicho, że szmer rzeki i odgłosy płynące z ulicy prawie ją zagłuszyły. Postąpiła krok do przodu i teraz stała przed nim. W ręku trzymała kawałek pergaminu. Wziął go od niej.
- Przepraszam. - powiedziała z delikatnym uśmiechem. Wyciągnęła rękę i poklepała go po głowie. A potem odwróciła się na pięcie i zniknęła z trzaśnięciem.
- Co. Do. Cholery? – zaklął głośno Syriusz. Czy ona naprawdę poklepała go po głowie? Co do diabła? Jak pieprzonego psa? „Pasowało", pomyślał, „ale i tak...". Ta dziewczyna była szurnięta! Stworzyła plan pokonania Voldemorta? Chyba robiła sobie żarty! Więc dlaczego tak się obraziła, kiedy uznał to za śmieszne? Czy udawała trudną do zdobycia? Grała odważną, by słynny Syriusz Black wziął ja na serio? Skrzywił się na myśl o swoim ważniactwie. „Oczywiście, że nie, ty głupku. Gdyby tak było po prostu by cię pocałowała."
W głowie mu wirowało, kiedy rozwijał pergamin i czytał nazwę i adres hotelu w Londynie, a także pospiesznie dodane post scriptum.
Przepraszam, że jestem trochę dziwna. Wytłumaczę następnym razem.
Trochę? Niedopowiedzenie stulecia. Następnym razem? Ta, jasne. Klnąc pod nosem i zadowolony, że whisky już wywietrzała mu z głowy, deportował się do domu.
Hermiona aportowała się prosto do pokoju hotelowego. Było późno, a wiedziała, że obsługa na recepcji zmieniała się o dziesiątej, więc nikt nie zauważy, że nie przeszła przez lobby.
Oddychała ciężko. Co do diabła? Czy kompletnie oszalała? Znajdź Syriusza, przekonaj go do siebie, powiedz mu, że przybyłaś z przyszłości i że masz plan zabicia Voldemorta. Czy to była takie trudne? Nie: znajdź Syriusza, flirtuj z nim, a kiedy spyta, czy chcesz iść z nim do domu zachowuj się jak wariatka, zwódź go aż spróbuje cię pocałować, a potem zniknij!
Już nigdy się do niej nie odezwie. Co ona narobiła? Wtedy, w pubie w Upper Flagley myślała, że jeśli spotka się z Syriuszem sam na sam, da radę wyjaśnić mu, dlaczego się tu znalazła i jaki miała plan. Ale najwyraźniej się oszukiwała.
Po pierwsze był pijany, co jej nie zaskoczyło, ale trochę przeszkodziło. Po drugie, był w oczywisty sposób samotny. Po trzecie, ona również była samotna, a zobaczenie znajomej, choć znacznie młodszej twarzy, sprawiło, że wpadła w euforię.
Ciężko odczuła ostatnie trzy tygodnie odosobnienia. Nie znała tu ani żywej duszy, a zobaczenie Syriusza żywego i zdrowego po pięciu latach od śmierci przypominało cud. Nie mogła uwierzyć jak lekko i beztrosko wyglądał, kiedy śmiali się razem w Zniczu i Kugucharze. Marzyła, by Harry mógł go takim zobaczyć, choć smuciło ją porównywanie go z mężczyzną, którego znała. Tym mrocznym i smutnym człowiekiem, który przejawiał tylko przebłyski tego młodzieńczego ducha.
A teraz pewnie uważał ją za wariatkę, która bawiła się z nim tylko po to by stchórzyć w ostatnim momencie. Pomyślała o tamtym momencie, gdy siedzieli nad rzeką. Jak prawie dostała ataku paniki próbując wydusić z siebie słowa: „Jestem z przyszłości, pójdziesz do Azkabanu na dwanaście lat, Lily i James zginą." Jezu, jak można było wpleść coś takiego do konwersacji? A kiedy wreszcie zdobyła się na odwagę, by wyjawić, że wiedziała, jak powstrzymać Voldemorta, Syriusz pomyślał, że była jakąś idiotką ze skłonnościami samobójczymi.
Czy się z nią skontaktuje? Czy właśnie wszystko zaprzepaściła? Dumbledore jej nie uwierzył, Syriusz wziął ją za wariatkę. Nie mogła liczyć na żadnego z dwóch ludzi, w których pokładała nadzieję. Jakże głupia była, myśląc, że wszystko ułoży się po jej myśli. To było po prostu śmieszne. W jej głowie rozległ się głos, który uderzająco przypominał głos Rona: „Tu nie pomogą ci notatki i planowanie, kochanie".
Ron. Och, jakże za nim tęskniła. Płakała, a było to coś czego nie robiła, odkąd przybyła do 1981 roku. A może powinna po prostu wrócić do domu? Jeszcze niczego nie zmieniła. Dumbledore pewnie rozpozna ją, kiedy pójdzie do Hogwartu, ale co mógłby zrobić? Zanim spotkają się w 1994, Syriusz z pewnością zapomni o jakieś kobiecie, z którą kiedyś pił. Wątpiła też, by połączył fakty. Dwanaście lat z dementorami na pewno wymaże takie błahostki z jego umysłu. Myśl, że mogłaby pozwolić, by wydarzyły się te wszystkie okropieństwa była nie do zniesienia i sprawiała, że zbierało jej się na wymioty.
Czy istniała szansa, że Dumbledore użyje jej wspomnień, kiedy zorientuje się co się dzieje ze Strażnikiem Tajemnicy? Nawet jeśli nie zostanie przekonany do Nocy Duchów mógłby przynajmniej pomóc Syriuszowi, a to pomogłoby Harry'emu. Teraz Dumbledore wiedział już o horkruksach, więc może da radę je znaleźć i zniszczyć. Ale nie zdawał sobie sprawy z istnienia pierścienia, a zbyt niebezpiecznie byłoby mu powiedzieć. „Oto co muszę zrobić", pomyślała Hermiona, „znajdę pierścień. Wtedy Dumbledore nie zachoruje podczas naszego szóstego roku i będzie dalej żył by walczyć z Voldemortem, jeśli nadejdzie taka potrzeba." To że znów miała plan uspokoiło ją. Znajdzie pierścień, zniszczy go, a potem wróci do domu.
