5 czerwca

Szanowny Profesorze Dumbledore,

Nie udało mi się przekonać ani Pana, ani mojego drugiego kontaktu, ale wkrótce będzie Pan miał dość dowodów, by mi uwierzyć. Proszę, niech Pan wykorzysta informacje, które Panu przekazałam by naprawić tę sytuację.

Będę tu jeszcze przez tydzień, a potem odejdę. Jeśli zmieni Pan zdanie drugi kontakt wie, gdzie mnie znaleźć.

Z nadzieją,

H.G.

Little Hangleton było dziwną wioską. Po każdej stronie krótkiej i wąskiej głównej ulicy stało może po pięć sklepów, takich jakie każdy spodziewa się zobaczyć w małych miasteczkach, piekarnia, pracownia krawca, coś co kiedyś było warsztatem kowalskim, ale teraz zajmowało się sprzedażą sprzętu komputerowego, sklep rzeźnika, spożywczak, obowiązkowa gospoda, ale także mała księgarnia. Na końcu ulicy znajdowała się szkoła, a za nią, w połowie wzgórza przycupnął kościółek z przylegającym cmentarzem ukrytym w cieniu starego cisu.

Hermiona aportowała się z pyknięciem po drugiej stronie miasteczka. Cieszył ją mocny wiosenny deszcz, który pomagał ukryć migotanie jej zakamuflowanej postaci, bo zamierzała utrzymać swoją obecność w sekrecie. Rozglądając się po miasteczku pomyślała, że było dość niezwykłe. Najpierw przyszło jej do głowy określenie 'ponadczasowe', ale to zakładało przytulność... bardziej pasowało 'zapomniane', jakby mieszkańców nie interesowało to co nowe lub inne. Gdyby Hermiona nie znała daty i miała ocenić ją po wyglądzie wyblakłych fasad i przestarzałych znakach, powiedziałaby, że znalazła się gdzieś w latach sześćdziesiątych.

Odwróciwszy się plecami do wąskiej uliczki, ruszyła dróżką wiodącą pomiędzy dwoma rzędami wysokich żywopłotów w dół zbocza, oddalając się od miasteczka. Według mapy tędy szło się do Chaty Gauntów i Pierścienia Marvolo Gaunta. Pierścienia, który tak dawno temu należał do Cadmusa Paverella. Pierścienia, który za wszelką cenę musiała trzymać z daleka od Dumbledore'a.

Dumbledore już był panem Czarnej Różdżki i całkiem niedługo James Potter pokaże mu Pelerynę Niewidkę, a on poprosi o możliwość pożyczenia jej. Gdyby dowiedział się, że Kamień Wskrzeszenia także znajdował się na wyciągnięcie ręki... Cóż, Hermiona wolała nie myśleć o konsekwencjach. Dyrektor powiedział, że nie czuł się godny zjednoczenia wszystkich Insygniów. Co więc by się stało, gdyby wręczyć mu je nim dojdzie do takiego wniosku? Całkowicie by oszalał, czy tylko podjął niesamowicie złe decyzje? Zaniedbałby obecne obowiązki czy zapragnął władzy nad światem? Zadrżała. Dumbledore, który zboczył ze ścieżki dobra to nie coś co świat dałby radę wytrzymać.

Hermiona skręciła z głównej drogi i po dziesięciu minutach trafiła na ścieżkę dla kóz, która wiodła brzegiem starego koryta rzecznego, wijąc się pomiędzy głazami i krzewami w stronę gęstego zagajnika na dnie doliny. Przeszła na drugą stronę i wkroczyła do lasku, by podejść do starego domu Gauntów od tyłu.

Na dom z pewnością nałożono potężne zaklęcia ochronne, może nawet nie tylko na dom, ale też okolicę. Kryjąc się pomiędzy krzakami za przewróconym drzewem, Hermiona wyciągnęła różdżkę z wewnętrznej kieszeni płaszcza i rozejrzała się, by sprawdzić, czy była sama. Rzuciła dwa zaklęcia, jedno po drugim. Za pierwszym, homenum revelio, pośpieszyła tarcza. Nie była pewna jaką reakcję wywoła użycie magii na walącym się domostwie, więc wolała zapewnić sobie bezpieczeństwo.

Niepotrzebnie się martwiła, bo nic się nie stało. Jej zaklęcie wykazało, że w środku nikogo nie było, więc podkradła się bliżej i zajrzała przez brudne okno, które wychodziło na las. W środku panował chaos oświetlony tylko światłem słonecznym wpadającym przez dziury w dachu powstałe, kiedy nadgryzione zębem czasu dachówki zapadły się. Hermiona zdecydowała, że już dość rozpoznania jak na jedno popołudnie i cofnęła się z powrotem pod ochronę drzew. Nie zamierzała zabierać pierścienia z jego kryjówki. Lepiej by było wrócić po zapadnięciu zmroku, by uniknąć mugolskich świadków.

Pierwotny plan zakładał przyniesienie pozostałych horkruksów do Chaty Gauntów i zniszczenie ich wszystkich za jednym razem. Harry nie potrafił jej nic powiedzieć o klątwach strzegących pierścienia oprócz tego, że nawet Dumbledore nie potrafił ich przełamać. A to było bardzo niepokojące. Jeśli zamierzała zdobyć pierścień bez zwracania uwagi na to, że go zniszczyła, co zyskało na znaczeniu, kiedy postanowiła wracać przed Nocą Duchów, musiała znaleźć sposób na wyciągnięcie go. Pomyślała o poczerniałej ręce Dumbledore'a... Może gdyby znalazła informacje na temat rany, mogłaby się przygotować na to czemu miała stawić czoła. Myśląc o tej dalece nieatrakcyjnej perspektywie, obróciła się na pięcie i deportowała się do Londynu.

Hermiona pojawiła się w zaułku naprzeciwko hotelu. Przeszła przez ulicę i wdrapała się po schodach wiodących do kutych złotem drzwi wejściowych. Kiedy szła po grubym dywanie w stronę wind, usłyszała jak ktoś woła:

- Przepraszam, Panno Granger? – był to młody mężczyzna z recepcji. Zalała ją fala strachu. Karta kredytowa! Czy odkryli, że nie była prawdziwa? Nie miała pojęcia jak. Hermiona była bardzo skrupulatna w swoim przestępstwie. Poczucie winy musiało odbić się na jej twarzy, kiedy obróciła się do niego, bo concierge wyraźnie się zmieszał. - Nie chciałem cię przestraszyć, moja droga. Chodzi tylko o to, że mam tu dla ciebie wiadomość.

Jej strach zamienił się w zdumienie. Kto mógłby zostawić dla niej wiadomość na recepcji? Zarówno Dumbledore jak i Syriusz przysłaliby sowę do jej pokoju, a przecież nie rozmawiała z nikim innym.

- Wiadomość? – zdziwiła się. - Od kogo?

Podchodząc do kontuaru zdała sobie sprawę, że tego pracownika jeszcze nie znała. Był młody, miał dwadzieścia kilka lat, jasne włosy związane w koński ogon i mały srebrny kolczyk w uchu. Pochylił się w jej stronę z uśmiechem.

- Prawdę mówiąc, kochanie, to wiadomość od chłopaka. - uśmiechnął się jeszcze szerzej, ukazując śnieżnobiałe zęby. - Diabelnie przystojnego chłopaka.

- Naprawdę? - odparła Hermiona, lekko się uśmiechając.

- Tak, nie podał swojego imienia, ale zostawił to. - podał jej zwinięty zwój pergaminu. - Powiedział, że to dla pięknej panny Granger i że pani będzie wiedziała od kogo to.

Hermiona rozprostowała pergamin i przeczytała.

Droga Hermiono,

Czuję się dotknięty tym, że nie oczekujesz niecierpliwie na mojego puchacza. Biedak preferuje punktualne odpowiedzi, wiesz?

Sprawiłoby mi przyjemność, gdybyś ponownie zajęła mi czas swoim szalonym planem. Masz może ochotę na drinka dziś wieczorem? Spotkaj się ze mną o ósmej w hotelowej recepcji, jeśli masz ochotę.

Twój,

Pan Ogden

Hermiona parsknęła nerwowym śmiechem złożyła wiadomość, mamrocząc pod nosem 'Pewny siebie skurczybyk'. Concierge zaśmiał się.

- Kochaniutka, jeśli ty do niego nie zadzwonisz, ja to zrobię.

Hermiona zachichotała. Dlaczego cała obsługa w tym hotelu nie mogła być tak przyjazna jak ten gość?

- Powiem mu, że ma inne opcje. - oparła, mrugając. Zrobiło jej się lżej na sercu. Najwyraźniej nie popsuła pierwszego podejścia tak jak myślała.

To było to. Jej druga szansa.

W swoim pokoju Hermiona znalazła wspomnianego w liście ciemnoszarego puchacza o figlarnych oczach. Siedział na oparciu kanapy i wyglądał na znudzonego do granic możliwości. (Czy ptak w ogóle mógł wyglądać na znudzonego?) Odwiązała list od jego nóżki. Rozwinąwszy ją, ujrzała wiadomość podobną do tamtej z recepcji, chociaż nie zawierającą upomnień na temat sowiej etykiety. Szczerze się zdziwiła, że Syriusz tak się wysilał by się z nią skontaktować. Była przekonana, że zrobiła tragiczne pierwsze wrażenie.

Użyła pióra będącego na wyposażeniu pokoju hotelowego by na odwrocie listu wyskrobać odpowiedź.

Panie Ogden,

Bardzo chętnie zabawię Pana moim szaleństwem. Widzimy się o ósmej.

P.S. Zrobiłeś wrażenie na chłopaku z recepcji. Chyba jest rozczarowany, że postanowiłam przyjąć twoje zaproszenie.

Kiedy zwijała swoją odpowiedź i przywiązywała ją do nogi puchacza poczuła ukłucie winy. Co ona wyrabiała flirtując z Syriuszem? Przybyła tu z misją, a nie po to by zachowywać się jak uczennica. Zdała sobie jednak sprawę, że to właściwie nie miało znaczenia. Kiedy Syriusz pozna prawdziwy powód jej obecności będzie miał znacznie ważniejsze rzeczy na głowie niż flirtowanie z nią.

Zaniosła puchacza do drzwi balkonowych i otworzyła je na oścież. Westchnęła, kiedy ptak wystartował z jej ramienia. Złe wrażenie czy nie, miło było się rozerwać.

O ósmej wieczorem Hermiona wyszła z windy na parterze i rozejrzała się dookoła. W lustrze naprzeciwko siebie dostrzegła odbicie Syriusza. Opierał się na ladzie w recepcji, zajęty rozmową z pracownikiem, który wcześniej dostarczył jego wiadomość. Syriusz uniósł wzrok, kiedy drzwi windy się zamykały i w lustrze napotkał spojrzenie Hermiony a na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

- Cóż, Mark, miło było cię poznać. - powiedział do concierge'a, sięgając przez ladę, by poklepać go po ramieniu. - Ale moja dziewczyna właśnie przyszła.

Podchodząc do Syriusza Hermiona usłyszała jak Mark mruczy pod nosem 'Szczęściara'.

- Dziękuję, że dotrzymałeś mu towarzystwa. - powiedziała. - Wiesz, chłopcy i ich koncentracja.

- Przyjemność po mojej stronie. – zachichotał Mark. - Miłego wieczoru.

Kiedy Syriusz i ona szli w stronę hotelowego baru, mężczyzna odwrócił się i puścił oko do concierge'a. W odpowiedzi Mark gestem nakazał im zmykać.

Syriusz otworzył szerokie szklane drzwi oddzielające bar od lobby i przepuścił Hermionę przodem. Gdy go mijała, szepnęła:

- Jesteś okropny!

- Naprawdę? - odparł z udawanym przerażeniem. - Wydawało mi się, że radzę sobie całkiem nieźle.

Hermiona wywróciła oczami. Przynajmniej nie chodziło tylko o nią, Syriusz flirtował ze wszystkimi.

- To co dzisiaj pijemy? - spytał, kiedy dotarli do baru. - Nie znam się na mugolskich alkoholach. - przyznał, krzywiąc się lekko.

Hermionę zdziwiło jego zwyczajne zachowanie. Wydawało jej się, że będzie wściekły, bo przy ostatnim spotkaniu zachowywała się jak wariatka, ale on wydawał się jakby o tym zapomnieć. Albo to ignorować.

- Och, um... – mruknęła. - Mają normalną whisky, która jednak nie dorasta do pięt pańskiej, panie Ogden. Wolę wino.

- Kiedy wejdziesz między wrony, co nie? - przytaknął Syriusz.

- Tak, kiedy wejdziesz między wrony. - uśmiechnęła się Hermiona.

- Lepiej ty zamów. W tych mugolskich miejscach zawsze myli mi się złoto. - powiedział, wyciągając portfel. Podał jej banknot. - To wystarczy?

Hermiona zakrztusiła się

- Um, tak... Syriuszu, to jest sto funtów! - syknęła. - Wino kosztuje cztery funty pięćdziesiąt centów za kieliszek. Albo dwadzieścia funtów za butelkę.

- Skąd miałem to wiedzieć? – spytał, wyglądając na nieco podminowanego. - Mówiłem, że coś pomylę. Pieprzone kawałki papieru. Jak mugole dają sobie z nimi radę? - mruknął przerzucając gruby plik banknotów w swoim portfelu. W końcu wyciągnął dziesięć funtów i podał Hermionie. - Lepiej?

- Tak. - odparła, oddając mu stówę.

- Wiesz, - odezwał się Syriusz poważnie. - jeszcze nigdy nie spotkałem laski, która by się skarżyła, że dałem jej za dużo złota.

- To się nie zmieniło. - odparła Hermiona. - To kawałki papieru, pamiętasz? - wyszczerzył zęby, najwyraźniej zadowolony z takiego obrotu spraw.

Hermiona zamówiła dwa kieliszki czerwonego wina, a potem otworzyła torebkę, by znaleźć dwie pięćdziesięcio-centówki na jej dnie. Kiedy barman wydał jej resztę, zatrzymała banknot jednofuntowy, a Syriuszowi dała monety.

- O, tak jest znacznie lepiej. - powiedział, przyglądając się spłaszczonym brzegom monet.

- Jak to właściwie możliwe, że masz tyle mugolskich pieniędzy? - Spytała Hermiona, przygryzając wargę, kiedy wymknęło jej się to niegrzeczne pytanie. Syriusz jednak wcale się tym nie przejął.

- Bo dżentelmen jest zawsze przygotowany. - powiedział jakby to był oczywiste, a brzmiał przy tym jak prawdziwy paniczyk czystej krwi.

Hermiona, która właśnie upiła pierwszy łyk ze swojego kieliszka, zakrztusiła się odrobinę.

- Przygotowany na co? - spytała, ignorując to jak Syriusz nazwał się dżentelmenem, choć średnio się z tym zgadzała. - Czyżbyś się bał, że znajdziemy się w sytuacji, gdzie jedynym wyjściem będzie kupienie domu?

- Jakiś rok temu wymieniłem trochę złota na mugolską walutę i po prostu trzymam ją w tym portfelu. – Syriusz wzruszył ramionami. - Zwykle nie zabieram go ze sobą, chyba że idę gdzieś, gdzie może się przydać, a to niezbyt często.

- Czyli wtedy, gdy zapraszasz gdzieś niczego się nie spodziewające mugolskie dziewczyny. - powiedziała Hermiona lekceważąco. - Nic dziwnego, że ulegają twoim zalotom, kiedy tylko zauważą, że nosisz w portfelu równowartość rocznych zarobków przeciętnego Brytyjczyka. - wywróciła oczami.

- Naprawdę? Pieprzony James. - mruknął Syriusz, potrząsając głową. - To mój najlepszy przyjaciel. Razem poszliśmy do Gringotta, żeby wymienić pieniądze. Założę się, że świetnie wiedział, że to za dużo. Pewnie dalej się z tego śmieje. Dupek. Pamiętam, że się wtedy zastanawiałem jak mugole w ogóle funkcjonują, skoro potrzebują tyle złota, by przeżyć.

Na tym etapie Hermiona śmiała się na całego.

– Wy czarodzieje czystej krwi. - udało jej się wykrztusić. - Jesteście beznadziejni.

- Ale mniejsza o to. Więc, panno Hermiono, obiecała mnie pani rozbawić swoim szaleństwem, a na razie cały czas śmieje się pani ze mnie. Chciałbym się odwzajemnić.

Hermiona zawahała się. Na moment udało jej się zapomnieć, dlaczego tak naprawdę siedziała tu z tym facetem. Zatraciła się w zjednywaniu go do siebie i cieszeniu się jego obecnością. Wydawało jej się to nieco dziwne. Syriusz zawsze był mrukliwy i nieprzewidywalny, ale miewał też dobre dni i wtedy zawsze dobrze się dogadywali. Sporo ich łączyło, a on zawsze lubił słuchać jej teorii i wchodzić z nią w dyskusje. Zgadywała, że Syriusz przed Azkabanem był właśnie tym Syriuszem z dobrych dni. „Cóż", pomyślała, „będzie prościej, jeśli uda nam się dogadać".

- Znajdziemy sobie stolik? - zaproponowała.

- Pewnie. – Syriusz upił kolejny łyk wina, a potem rozejrzał się po sali w poszukiwaniu pustego stolika. - Niezłe, choć nie tak dobre jak to robione przez skrzaty. - powiedział, wskazując na swój kieliszek.

- Dlatego je lubię. - powiedziała Hermiona, dość bez sensu. Zaczynała czuć napływającą obezwładniającą panikę, tę samą, która odebrała jej głos nad Tamizą.

Syriusz poprowadził ją do stolika z daleka od pozostałych klientów, postawił kieliszek i odsunął dla niej krzesło, zanim sam usiadł. Trochę ją to zdziwiło zanim dotarło do niej, że nie powinno. Czarodzieje czystej krwi, szczególnie członkowie Szlachetnego i Starożytnego Rodu Blacków, zostali nauczeni jak się powinno zachowywać, a bycie wydziedziczonym nie miało nic wspólnego z manierami.

- Nie wiem, gdzie zacząć. Muszę coś wyznać. - wydusiła patrząc w swój kieliszek. Podniosła wzrok, by napotkać jego spojrzenie. - Syriusz tylko na nią patrzył, czekając na kontynuację. - Jeśli chodzi o powód, dla którego tu jestem to nie byłam z tobą całkowicie szczera.

- Hermiono, nie tylko ty nie powiedziałaś całej prawdy. - przeszkodził jej Syriusz. Nagle przycichł i spoważniał. Pochylił się w jej stronę. - Wczoraj skontaktował się ze mną Dumbledore. Mówił o czarownicy imieniem Hermiona Granger, która spotkała się z nim i powiedziała, że wie, jak pokonać Voldemorta. I że potrzebuje do jego wykonania pomocy niejakiego Syriusza Blacka. Nie zastanowiło cię, skąd znam twoje nazwisko?

- Um... - mózg jej się zaciął. Dumbledore mu powiedział... więc czemu Syriusz chciał się z nią spotkać?... Czy Dumbledore nie ostrzegał go, że ma się trzymać z daleka?... Czy w takim razie jej uwierzył?... W co oni pogrywali?... Czy próbowali przyłapać ją na kłamstwie?... Ale w takim razie czemu Syriusz jej o tym powiedział?... Nie rozumiała... Chyba, że Dumbledore naprawdę jej uwierzył... Albo Syriusz powiedział jej o czymś o czym nie powinien... Ale dlaczego Dumbledore się z nią nie spotkał? Czemu pozwolił jej myśleć, że jej nie wierzył?

- Um, Hermiono... czy to prawda? – mężczyzna mówił łagodnie, prawie prosząco. - Znasz sposób na powstrzymanie Voldemorta?

- Tak - szepnęła Hermiona.

- Tak? - prawie krzyknął Syriusz, a potem ściszył głos. - I... jesteś z przyszłości?

- Tak. - potwierdziła. Miała problem z wykrztuszenie czegokolwiek innego. Przerażało ją jego szczęście, bo wiedziała, że kiedy tylko mu powie co będą musieli zrobić i czym groziło niepowodzenie, Syriusz poczuje tę samą panikę co ona.

- A ja myślałem, że Dumbledore wreszcie stracił piątą klepkę. - zaśmiał się chłopak.

- Chwila moment, - wtrąciła Hermiona. - jeśli myślałaś, że Dumbledore oszalał to czemu chciałeś się ze mną spotkać?

- Nie mogłem przestać się łudzić, że to prawda. No weź... plan powstrzymania Voldemorta? Ministerstwo pracuje nad tym od dziesięciu lat!

- Więc Dumbledore mi wierzy? - spytała.

- Cóż, wydawał się dość przekonany, kiedy mi o tobie opowiadał. – odparł Syriusz. Na jego twarzy ukazało się zdumienie. - Jak ci się w ogóle udało go przekonać do tak nieprawdopodobnej historii?

- Nie wiedziałam, że mi się udało. Spotkałam się z nim trzy tygodnie temu, powiedziałam mu kim jestem i podałam podstawowe założenia mojego planu, ale wcale nie wydawał się przekonany. Dałam mu trochę swoich wspomnień z Hogwartu, ale naprawdę sądziłam, że wziął mnie za wariatkę. Od tego czasu się ze mną nie kontaktował. Sądzisz, że nie wierzy, że mi się uda? Może po prostu chce to zrobić na swój własny sposób? Dlaczego on zawsze jest taki tajemniczy? - skończyła, sfrustrowana.

Syriusz wydawał się zszokowany jej wybuchem. Odchylił się do tyłu na krześle i uniósł brwi.

- Um... Nie wiem, co nie? Zawsze mówił zagadkami, z tego co pamiętam. Jeśli chodzi o całą resztę. Nie mam pojęcia, przepraszam. - pochylił się w jej stronę. - Więc... jak się tu dostałaś?

- Zmodyfikowałam Zmieniacz Czasu. - wyjaśniła Hermiona.

- Co?! Własnoręcznie? - krzyknął, jakby to było całkiem nieprawdopodobne.

- Trzy lata mi zajęło doprowadzenie tego do perfekcji. - przytaknęła Hermiona.

- Ale to niemożliwe! Gdyby tak się dało, świat nie miałby żadnych problemów! – Syriusz nie wyglądał na przekonanego.

- Trudne, ale nie niemożliwe, bo bym tu nie siedziała, prawda? - prychnęła. Czuła się odrobinę urażona jego insynuacją, że nie potrafiła czegoś takiego osiągnąć, a jeśli mogła to pewnie każdy w przyszłości miał taki Zmieniacz Czasu do własnego użytku. To, że Flamel stworzył Kamień Filozoficzny nie znaczyło, że dało się go kupić w każdym sklepie.

- Przepraszam. To po prostu dużo do przyswojenia. - odparł Syriusz. - Więc, skąd pochodzisz? Znasz mnie w przyszłości? Dlatego mnie potrzebujesz? - Urwał, a zmarszczka zmartwienia pojawiła się pomiędzy jego brwiami. - O Merlinie... Ja nie... Nie jestem twoim ojcem ani nic, prawda?

Hermiona zachichotała, zaskakując samą siebie. Syriusz był przerażony.

- Nie, ale jesteś ojcem chrzestnym mojego najlepszego przyjaciela. – mężczyzna uniósł brwi. Widziała, jak łączy fakty.

- Twoim najlepszym przyjacielem jest Harry? Harry Potter?

- Tak. - przytaknęła. - Byliśmy na jednym roku w Hogwarcie. Oboje w Gryffindorze.

- Ekstra! - powiedział Syriusz, szeroko się uśmiechając. - Więc na pewno świetnie znasz Jamesa, Lily i mnie! Chociaż. - liczył w myślach. - Fuj... bylibyśmy tacy starzy... Ile ty masz lat?

- Dwadzieścia jeden. - powiedziała cicho. - Wyruszyłam w 2001 roku.

- Merlinie! - zawołał. - Mielibyśmy po czterdzieści jeden lat!

- Um... Hermiona chciała mu przeszkodzić, powiedzieć, że nigdy nie poznała rodziców Harry'ego, że jego, Syriusza znała tylko dwa lata, że on będzie żył jeszcze tylko piętnaście lat, ale on cały czas mówił. 'Jaki był Harry?... Czy Syriusz był jego ulubioną osobą na świecie?... Czy Harry był dobrym graczem w Quidditcha? ... Czy on, Syriusz, dalej miał swoje włosy?' A ona tylko tam siedziała, całkowicie oszołomiona i przerażona tym jak on zareaguje, kiedy o wszystkim się dowie.

Nagle strumień pytań się urwał.

- Um... Hermiono? - znów mówił łagodnie. - Jest coś jeszcze, prawda? Dlaczego tu jesteś? Voldemort jest samodzielnym władcą wszechświata? Coś się stało Harry'emu?

- Nie, tylko... - urwała. Wzięła głęboki oddech i napotkała spojrzenie Syriusza.

- Co? - dopytywał się. - O co chodzi?

Wypuściła powietrze.

- Okay, powinnam zacząć od początku. – „Po prostu to zrób", podpowiedział jej rozum, „po prostu to powiedz". - Proroctwo, które wypowiedziała Trelawney...

- To o chłopcu urodzonym pod koniec lipca? - przerwał Syriusz.

- Tak. - potwierdziła Hermiona, przytakując pospiesznie. - Riddle, z jakiegoś powodu, którego nigdy nie poznamy, zdecydował, że to Harry.

- Riddle? - Syriusz nie rozumiał.

- Tom Riddle to prawdziwe imię Voldemorta, tak go teraz nazywamy. To pomysł Harry'ego, dzięki temu nie czujemy takiego strachu.

- Genialne. Też powinniśmy tak zrobić. - powiedział Syriusz. - Skończyć tę głupotę z Sam-Wiesz-Kim.

- Nigdy tego nie rozumiałam. - powiedziała w zadumie Hermiona. - Znaczy, zwyczajni ludzie może, ale Ministerstwo? Zawsze wydawało mi się to dziwne, że oni tak bardzo się boją.

- No jasne. - zgodził się. - Jak mówiłem, głupota.

- Mniejsza. – powiedziała, wracając do poprzedniego tematu. - Przepowiednia była prawdziwa. Przeznaczeniem Harry'ego było zniszczenie Riddle'a na zawsze. Kiedy mieliśmy siedemnaście lat, ja, on i nasz przyjaciel Ron udaliśmy się na misję, którą zlecił nam Dumbledore. Bo widzisz on nie żyje, ale wrócę do tego. To była misja zabicia Riddle'a. Żeby całkowicie go zniszczyć. Rok zajęło nam znalezienie tego czego potrzebowaliśmy, przez cały czas ścigali nas Śmierciożercy, ale udało nam się zrobić wszystko co trzeba. Ostatecznie Harry zatriumfował. Pokonał Riddle'a w walce jeden na jeden i Riddle już nie wrócił.

- Harry go zabił?! Mały Harry? - spytał Syriusz, a jego twarz była bardzo blada.

- Cóż - Hermiona odrobinę się uśmiechnęła. - Wtedy nie był taki mały, ale tak. Zabił go na oczach setek ludzi. W moich czasach jest bohaterem. Ma nawet własną kartę dołączoną do Czekoladowych Żab. - dodała, żeby przerażenie zniknęło z twarzy Syriusza.

- Huh. - powiedział z uśmiechem, który nie sięgnął jego oczu. - A ja, James i Lily? Byliśmy tam? - spytał cicho. A potem dodał, zmarszczywszy czoło. - Chociaż nie wyobrażam sobie Lily stojącej z boku, podczas gdy jej chłopczyk walczy z Voldemortem. Sama skopałby mu tyłek, żeby nie pozwolić Harry'emu się z nim zmierzyć.

Hermiona znów poczuła narastającą panikę. „No dalej!" powiedział głos w jej głowie. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Jak mogła mu powiedzieć przy tylu ludziach? To nie było sprawiedliwe... będzie wściekły, cholernie wściekły, kiedy powie mu o Pettigrewie. Nie chciała robić sceny.

- Właściwie, Syriuszu... Może lepiej chodźmy do mojego pokoju? To długa historia i szczerze powiedziawszy, niezbyt przyjemna.

- No to chodźmy. - powiedział niecierpliwie. - Chcę to mieć za sobą.

Jednym haustem wychylił swój prawie pełen kieliszek. Hermiona patrzyła na to ze zdumieniem. Chyba był bardziej zdenerwowany niż się wydawało. Wytarł usta rękawem, odkaszlnął.

- Ciekawe... Nie jest aż takie dobre, kiedy wypijesz wszystko na raz. – mruknął. Hermiona potrząsnęła głową i wstała.

- Ja po prostu dokończę na górze.

- Nie wiedziałem, że tak można. - Syriusz uśmiechnął się z żalem.

Kiedy dotarli do pokoju, rozejrzał się, najwyraźniej pod wrażeniem.

- Nieźle tu na górze, co?

- Aha. - potwierdziła Hermiona. Nie wiedziała czemu chciał rozmawiać o wystroju, kiedy ona miała zaserwować mu najgorsze wieści w jego życiu.

Syriusz opadł na sofę i wyciągnął przez siebie długie nogi, opierając je na stoliku do kawy i krzyżując w kostkach. Dłonie splótł i założył za głowę. I tak siedział rozparty jak modelowy przykład odprężonego człowieka. Zdradzały go jednak oczy, które śledziły każdy jej ruch. Starała się zachować spokój. Odstawiła kieliszek na skraj stolika i usiadła w fotelu naprzeciwko mężczyzny.

- Syriuszu. – odezwała się. - Chciałam cię tylko ostrzec, że to co powiem ci się nie spodoba. Musisz też pamiętać, że żadna z tych rzeczy nie będzie miała miejsca. Zmienimy to wszystko. Znaczy, ja zmienię. Ty też, jeśli zgodzisz się pomóc.


Godzinę i kolejną butelkę wina później, Syriusz stał na balkonie pokoju hotelowego Hermiony z papierosem w jednej dłoni i zdjęciem w drugiej. Na fotografii widniała Hermiona. Wyglądała bardzo młodo, ale to z pewnością była ona, nie dało się pomylić tych włosów. Stała pomiędzy dwoma chłopcami. Jeden był wysoki, miał piegi i płomiennorude włosy, a drugi... cóż drugi wyglądał zupełnie jak James. Był niższy od rudzielca, ale wyższy od Hermiony i tak niesamowicie podobny do Jamesa takiego jakim Syriusz pamiętał go z piątego roku... Miał oczy innego koloru i okulary innego kształtu, ale poza tym stanowił lustrzane odbicie swojego ojca.

Ale choć niezwykłe, to nie to sprawiło, że dłoń Syriusza drżała, gdy zaciągał się papierosem, tylko on sam. Na zdjęciu Syriusz stał za Harrym, z ręką na jego ramieniu. Wyglądał na takiego wymizerowanego, takiego starego... takiego smutnego. Nie mówiąc już o tym jaki był chudy i słaby. Własne udręczone oczy patrzyły na niego z fotografii. Obok niego stał Remus. Też miał zmarszczki, posiwiał i marszczył brwi w znajomy sposób, co jak wiedział Syriusz, oznaczało, że czymś się martwił. „Przynajmniej Lunatyk wygląda zdrowo", pomyślał.

To dziwaczne zdjęcie niepokoiło go. Co musiało się wydarzyć, że wyglądał tak... martwo? Hermiona opowiedziała mu wszystko. Riddle zabił Lily i Jamesa. Syriusz zbladł na samą myśl. Gdzie popełnili błąd? Harry okazał się zgubą Riddle'a, który jednak nie umarł, bo horkruksy, które stworzył przed atakiem na Potterów, utrzymały go przy życiu. Harry trafił do jej siostry mugolki, bo tam chroniła go krew matki. Hermiona i jej dwaj przyjaciele zdobyli wszystkie horkruksy, a Harry stawił czoło Voldemortowi i pokonał go. Ale tylu ludzi zginęło zanim udało się to osiągnąć. A w tym i on. Zabity w Ministerstwie, gdzie próbował uratować Harry'ego, zaledwie miesiące po zrobieniu zdjęcia.

Hermiona poprosiła go o pomoc. Jak mógłby odmówić? Życie Lily i Jamesa było zagrożone. Zrobiłby wszystko, by ich chronić. Większość informacji przełknął bez problemu. Podróż w czasie, nie ma problemu. Uratowanie przyjaciół, no pewnie. Zniszczenie duszy Voldemorta, tym zamierzał się cieszyć. Przygoda w towarzystwie interesującej kobiety, cóż to tylko wisienka na torcie. Nie, żadną z tych rzeczy się nie martwił, żadna z nich nie sprawiała, że pił duszkiem Ognistą Whisky. Było coś o czym mu nie powiedziała. Hermiona twierdziła, że zdjęcie zrobiono w 1995 roku, więc miał zaledwie trzydzieści sześć lat. A mimo to wyglądał jak pusta skorupa... smutny... pokonany. Te oczy wcale nie przypominały jego oczu, były obojętne. Puste. Hermiona powiedziała, że zdjęcie pochodziło z dnia, kiedy wrócili do Hogwartu i że był smutny, bo musiał pożegnać się z Harrym. To potrafił zrozumieć, ale coś mu mówiło, że to nie była cała prawda.

Usłyszał jak ktoś rusza się za jego plecami i odwrócił się by zobaczyć Hermionę stojącą w progu. W ręku miała filiżankę herbaty i wyglądała na przygnębioną.

- Po prostu mi powiedz. - wymamrotał, patrząc na panoramę przed nimi. Nie odezwała się. Odwrócił się do niej i napotkał jej spojrzenie. - Proszę, po prostu to zrób.

- Nie chcę żebyś się bał. - powiedziała, a jej głos był tylko odrobinę głośniejszy od szeptu.

- Hermiono. - odezwał się. - Wyglądam jakby wyssano mi duszę. Aż tak źle nie jest, prawda?

- Nie... nie całkiem. Syriuszu... - przełknęła. - Syriuszu, wszyscy myśleli, że to ty. Zaklęcie... Strażnik Tajemnicy... wszyscy myśleli, że to ty. Jesteś najlepszym przyjacielem Jamesa, ale to nie ty. Przekonałeś ich, żeby zamiast ciebie wybrali Petera. Perfekcyjny blef, tak to nazwałeś. Ale to on był szpiegiem i on ich wydał. Wytropiłeś Petera... ale on krzyknął, że to ty byłeś Strażnikiem. Ministerstwo... zaatakowałeś go, zamknęli cię w Azkabanie.

Syriusz drgnął.

- Ile czasu? - warknął. - Ile czasu minęło zanim Dumbledore powiedział im prawdę? Ile czasu minęło zanim złapali tego zdradzieckiego szczura!

Gniew wypełniał go jak lawa rozchodząca się z jego brzucha do kończyn i paląca go od środka. Nigdy nie czuł niczego podobnego.

- Po tym wszystkim co James dla niego zrobił! Dziesięć cholernych lat przyjaźni! Dwulicowy sukinsyn, ZABIJĘ GO! - ręce mu się trzęsły, kiedy wciągał powietrze. - Nie mogę w to uwierzyć, do cholery! Hermiono! Ile tam siedziałem? Proszę powiedz, że go dopadłem. Ja albo Lunatyk.

- Umarł, ale Syriuszu... Dumbledore nie wiedział. On też myślał, że to ty byłeś Strażnikiem. Nie urządzili ci procesu. Po prostu cię zamknęli.

- Na jak długo?! - wrzasnął na nią. - Ile musiałem czekać zanim zabiłem tego szczurowatego sukinsyna? – „James", pomyślał rozpaczliwie Syriusz, „Peter, ty cholerny tchórzu".

- Dwanaście lat. - Hermiona powiedziała to tak cicho, że ledwo ją usłyszał przez ruch uliczny w dole. Twarz miała bladą, oczy szeroko otwarte. Wiedział, że zachowywał się jak szaleniec, ale coś w nim pękło... Glizdogon. A oni mu współczuli, pomagali mu... James przekonał Syriusza, że powinni dać mu szansę, a on tak im się odpłacał. Jak mógł? – Syriuszu, James i Lily są bezpieczni. Będziemy ich chronić.

- To nic nie zmienia! - warknął.

- Wiem, Syriuszu. Ale to - wskazała na niego - ten gniew... Dlatego myślą, że to ty. Oszalałeś, kiedy się dowiedziałeś, co zrobił i tak bardzo się starałeś go zabić. Musisz się opanować. Nie pomożesz Jamesowi, jeśli oślepi cię wściekłość.

Syriusz oddychał głęboko, próbując powstrzymać wrzący w nim gniew. Palącą nienawiść, która krążyła w jego żyłach. Wreszcie, z pięściami zaciśniętymi tak mocno, że prawie połamały mu się palce, zdołał spytać głosem tak spokojnym, że aż sam się zdziwił:

- Byłem szalony? Przez pobyt tam? - wiedział co się działo z ludźmi, którzy zbyt wiele czasu spędzili z dementorami. - Dlatego tak wyglądałem?

Nie mógł poruszyć tematu Petera, bo znowu zacząłby krzyczeć.

- Uciekłeś w psiej postaci. To tak udało ci się przetrwać i zachować zdrowie psychiczne. Z tego co wiem dużo czasu spędziłeś jako pies. W tej postaci dementorzy mieli na ciebie mniejszy wpływ.

Syriusz stał bez ruchu, zmrożony strachem wywołanym przez jej słowa. Gniew wrzał mu pod skórą, choć udało mu się zachować kamienną twarz. Zauważył, że papieros wypalił się w jego zaciśniętej pięści. Kiedy wyrzucał niedopałek poczuł, że dłoń i ramię miał zdrętwiałe.

- No tak. - powiedział tym samym spokojnym tonem. - To ja idę załatwić tę sprawę z Peterem. Skontaktuję się z tobą w sprawie tych horkruksów. - udało mu się ją wyminąć, zanim zareagowała.

- Nie Syriuszu! - złapała go za ramię. - Daj mi jeszcze dziesięć minut. Obiecuję, że potem możesz zabić Petera. Ale na razie go potrzebujemy. Proszę! Musisz zrozumieć mój pomysł... mój plan bez niego nie zadziała. Jeśli teraz go powstrzymasz, Lily i James będą w jeszcze większym niebezpieczeństwie. Teraz przynajmniej wiemy, kiedy nastąpi atak.

Cholera... miała rację. Musiał się zgodzić. Dalej chciał wyjść i przekląć Pettigrewa na wszelkie sposoby, ale, jak powiedziała to mogło tylko pogorszyć sytuację Lily i Jamesa. I Harry'ego. Opadł na kanapę. Dalej był wstrząśnięty. Glizdogon szpiegiem? Doprowadził do śmierci Lily i Jamesa? Jamesa, tego faceta, który wspierał go przez całe życie? Nic dziwnego, że jego wewnętrznym zwierzęciem był szczur. Zdrada bolała bardziej niż koncept, że James i Lily zostali zamordowani. To jeszcze się nie wydarzyło i dla niego było całkowicie nierealne, ale Glizdogon już szpiegował, skradał się...

- W porządku. Mów. - powiedział gniewnie, zakładając ręce na piersi i wlepiając w nią wściekłe spojrzenie.

- Wiem, że Voldemort będzie sam na ścieżce w ogrodzie Potterów w Noc Duchów. Wiem, gdzie są wszystkie horkruksy. Wiem, jak je zniszczyć.

- Już mówiłaś. - przytaknął raptownie Syriusz.

- Noc Duchów to jedyny moment, kiedy mogę być całkowicie pewna, gdzie będzie przebywał Voldemort i że będzie sam. Jeśli Pettigrew nie zdradzi Potterów, nie będę wiedziała, gdzie będzie Riddle. Chociaż Zakon ma szpiegów nie wiemy czy Voldemort kiedykolwiek będzie sam, bez Śmierciożerców. Jeśli Peter nie zostanie Strażnikiem wszystko się zmieni i to może na gorsze.

Na jego wściekły wzrok odpowiedziała takim samym aż Syriusz wcisnął się trochę głębiej pomiędzy poduszki. Ta kobieta była nieco straszna, kiedy tak stała z dłońmi na biodrach i ściągniętymi brwiami. W tym jak zaciskała usta trochę przypominała mu profesor McGonagall.

- Rozumiesz? - kontynuowała. - Mam pięć miesięcy na znalezienie wszystkich horkruksów i pozbycie się ich. Jeśli chcesz pomóc, bardzo byś się przydał. A potem zaskoczę Riddle'a w Dolinie Godryka i zabiję go. Harry zajrzał do jego umysłu. Voldemort szedł drogą wiodącą do domu Potterów wczesnym wieczorem. Wystarczy, że schowam się, dobrze wyceluję i będzie martwy. - urwała, jakby czekając aż to co powiedziała wsiąknie.

- Ale jeśli dziś zabijesz Petera nie będziemy wiedzieli, kiedy Riddle zaatakuje. Ani gdzie będzie. Lily i James może i przeżyją, ale rządy Voldemorta będą trwały. Nie rozumiesz? - mocno szturchnęła go w pierś. - Pracuję nad tym od trzech lat, od dnia, kiedy Harry go zabił. Całe życie patrzyłam na upadek moich przyjaciół, jak ich torturowano, jak tracili zmysły ze strachu. Jeśli to zrobimy, jeśli będziemy trzymać się planu... za pięć miesięcy będzie po wszystkim. Żadnego więcej strachu. Żadnej straty.

Syriusz milczał w bezruchu. Gniew powoli w nim przygasał, a zastępowało go coś zimnego i twardego. Strach, zorientował się. Nie tylko strach przed wzięciem na siebie takiego wyzwania i tego co się stanie, jeśli zawali, ale też strach przed czarownicą, która stała przed nim. Nie pamiętał, kiedy ostatnio czuł coś takiego, szczególnie w odniesieniu do czegoś czego jeszcze nie zrobił.

Hermionie wydawało się, że minęły całe godziny, kiedy tak stała i patrzyła jak myślał, czekając na jego decyzję. Nie mogła go winić za to, że chciał zabić Pettigrewa. Szczur przecież na to zasłużył. Wiedziała jednak, że to był jedyny sposób, by uzyskać całkowitą pewność. Najlepsza szansa na pozbycie się obrzydliwej istoty jaką stał się Tom Riddle.

Syriusz poruszył się. Sięgnął za pazuchę kurtki i wyciągnął różdżkę. Hermiona dobyła swojej. Mogła go oszołomić, gdyby zaszła taka potrzeba. Ale on tylko wskazał na pustą flaszkę Ognistej stojącą na stole przed nim i wymamrotał coś pod nosem. Butelka zaczęła sama napełniać się z powrotem. Kiedy całkowicie wypełnił ją bursztynowy płyn, mężczyzna wziął ją i wychylił pokaźny łyk. Spojrzał na Hermionę i podał jej butelkę. Na jego twarzy pojawiło się zdumienie, kiedy zorientował się, że celowała w niego różdżką.

- Serio? - spytał unosząc brwi. Na ustach błąkał mu się ledwo zauważalny uśmiech. - Nie znoszę myśli, że ten podły zdrajca biega sobie wolno i nie podoba mi się całe to ryzyko. Ale nie jestem głupcem.

Hermiona opuściła różdżkę i przyjęła butelkę. Upiła łyk i oddała mu whisky. Pociągając kolejny haust, poklepał kanapę obok siebie. Usiadła i ponownie wzięła od niego flaszkę. Długo tak siedzieli podając sobie alkohol. Syriusz odpalał jednego papierosa od drugiego, a jako popielniczki używał pustej butelki po winie. Żadne z nich się nie odezwało. Nawet gdyby potrafili ułożyć zdanie, co by powiedzieli?