Od tłumacza: Strasznie przepraszam, za opóźnienie, nawet nie wiecie jak mi głupio.
6 czerwca
Syriusz budził się powoli. Miał wrażenie, że głowę wypchano mu watą cukrową, chociaż może wata stalowa (1) była lepszym określeniem. Każda myśl zdawała się pełznąć w ślimaczym tempie sprawiając mu ból, a potem znikać bez śladu. Było mu niesamowicie niewygodnie, nie czuł lewego ramienia i nie pamiętał, jak się poruszać. Suchość w ustach sprawiała, że czuł grudki na języku, który wydawał się dwukrotnie większy. Wrażenie było takie jakby armia gnomów przeszła po nim w skarpetkach.
Syriusz z bólem uniósł jedną powiekę czując pod nią piasek. Światło oślepiało, sprawiając mu taki ból jakby świat dźgał go w gałkę oczną czymś bardzo ostrym. Na powrót zamknął oczy. „Znacznie lepiej", pomyślał. Kurczowo zaciskając powieki, żeby uniknąć nagłego wystawienia na okrutne światło, przetoczył się na drugi bok i spróbował uwolnić uwięzione ramię. Było tak zdrętwiałe, że równie dobrze mógłby go w ogóle nie mieć.
Przetoczył się jeszcze odrobinę i przeżył chwilę przerażenia, kiedy to na czym leżał nagle spod niego uciekło. Wylądował na twardej podłodze, po drodze uderzając ramieniem o jakiś tępy kant. Zderzenie sprawiło, że w jego głowie rozległo się okropne grzechotanie i pobrzękiwanie, które prawie rozsadziło mu łeb. Chwilę później jego głowa rąbnęła jeszcze w coś twardego co się odturlało. Jęknął, leżąc na podłodze. „Co to było, do cholery?" Uderzenie sprawiło, że głowa zaczęła go boleć dwukrotnie bardziej.
Znów uchylił powieki i natychmiast je zmrużył, bo uderzyła go jasność. Tuż obok jego twarzy leżał powód bólu, butelka wina, którą ktoś, zapewne on, używał jako popielniczkę. Zapach sprawił, że przewróciło mu się w żołądku. Stłumił mdłości, jednocześnie czując ukłucie bólu w ramieniu. Spod ledwo uchylonych powiek spojrzał w górę rozpoznając kanapę, z której spadł i stolik do kawy, który zaatakował go po drodze.
Więc znajdował się w salonie pokoju hotelowego Hermiony. Wcześniej nawet nie przyszło mu do głowy zastanowić się, gdzie był. Nagle przypomniała mu się poprzednia noc. Voldemort... mieli zabić Voldemorta! Usiadł raptownie i natychmiast tego pożałował. Świat wirował dookoła niego i Syriusz pospiesznie z powrotem zamknął oczy. „Lepiej", pomyślał, „ściany nie mogą się ruszać, jeśli ich nie widzę".
Po omacku poszukał poduszek i powoli oparł się na nich, zmuszając się do zajęcia pozycji siedzącej. Głowa opadła mu do tyłu i Syriusz spróbował odzyskać czucie w ramieniu. Zdawało mu się, że od góry do dołu wbijają się w nie setki szpilek i igieł, zadając maleńkie rany kłute, podobne potężnemu łomotaniu koło jego skroni. Poruszył ramionami, na powrót przeżywając ból po podłym ataku stolika. Teraz głowa mu pulsowała, całkiem jakby pracowała w niej jakaś maszyneria albo gobliny z Gringotta z brzękadłami. „Woda", pomyślał, „woda mi pomoże". I, niby za dotknięciem różdżki, usłyszał jej szum. „Woda w łazience", zorientował się. Brzmiała niebiańsko. Podźwignął się na nogi i zataczając się ruszył w stronę wspaniałego, obiecującego dźwięku.
Stopy miał tak ciężkie, że dotarcie na miejsce zajęło mu całe wieki. Spojrzał w dół i zobaczył, że dalej miał na sobie buty. Dżinsy też. Ale już nie koszulę. Jego otumaniony umysł nawet nie chciał brać się za ten problem. Nie bez wody. Miał wrażenie, że tylko wody potrzebował do życia. Wreszcie dowlókł się do łazienki i mocno chwycił się framugi, by nie upaść. Tam nagrodził go widok dziewczęcej pupy. Hermiona pochylała się nad umywalką trzymając się jej obiema rękami i piła prosto z kranu.
- Wielkie umysły. - zarzęził Syriusz, choć przez to ból gardła przeszedł jego najśmielsze oczekiwania. Nie podnosząc się Hermiona spojrzała na niego wściekle spod ramienia.
- Posuń się. - mruknął. Hermiona odsunęła usta od kranu i podłożyła pod niego złożone dłonie. Napełniwszy je, ochlapała wodą twarz. Chwyciła ręcznik z wieszaka i energicznie się wytarła. Kiedy się spod niego wyłaniała dalej patrzyła na niego wilkiem.
- Okropne, Syriuszu Blacku, okropne.
Obróciła się na pięcie i wyszła z łazienki. W chwile później usłyszał jęk materaca sprężynowego i westchnienie. Z wdzięcznością skorzystał ze swojej kolei. Pił, póki nie poczuł, że woda zaczyna mu wychodzić uszami, a jego mózg pływa, a potem wyprostował się. Nagle dotarło do niego jaką kombinację stanowi zapach papierosów, whisky i niemytego ciała.
Z sypialni dobiegał go odgłos chrapania. Nie sądził, by Hermionie przeszkadzało, że weźmie prysznic. Gdy czekał aż woda się zagrzeje, spojrzał w lustro. Przekrwione oczy, pod nimi cienie, wyraz twarzy jak u Śmierci. To co poprzedniego popołudnia było tylko kilkugodzinnym zarostem teraz przypominało bardziej... spojrzał na zegarek, dochodziła jedenasta czterdzieści pięć... zarost jednodniowy. Na szczęście zaraz lustro zaparowało i nie musiał już dłużej na siebie patrzeć. Zzuł buty i zrzucił resztę ciuchów, by doznać olbrzymiej ulgi jaką dla skacowanego człowieka stanowi gorący prysznic.
- Stworek! - zawołała Walburga Black przypinając kapelusz do włosów.
TRZASK.
- Tak, moja pani? Skrzat domowy zgiął się w ukłonie tak niskim, że brzeg czarnej ścierki do naczyń, w którą był ubrany sięgnął dywanu.
- Czy wszystko już przygotowane? Goście zjawią za dziesięć minut.
- Tak, moja pani. To właśnie przyszło do pani. - powiedział skrzat, kładąc na szafce złożony bilecik. - Doręczyła to sowa panny Belli.
- Świetnie, zajmij się herbatą. Ze słabej herbaty biorą się słabe serca.
- Tak, moja pani.
TRZASK.
Walburga przeczytała karteczkę zostawioną przez Stworka. Powrót Bellatrix z Francji opóźnił się, wic tym miesiącu nie pojawi się na uroczystym podwieczorku (2).
- Stworku.
TRZASK.
- Tak, moja pani?
- Bellatrix dzisiaj nie przyjdzie. Będzie nas tylko dziesięć.
- Tak, moja pani.
TRZASK.
Walburga nie potrafiła powstrzymać ulgi z powodu RSVP (3) Bellatrix, chociaż dziewczyna, córka jej brata Cygnusa, od zawsze lśniła niczym perła w koronie rodziny. Była piękna, inteligentna i zdeterminowana, by osiągnąć niezwykłe rzeczy w imię Rodu Blacków.
Bellatrix próbowała wynagrodzić ojcu to, że jej obrzydliwa siostra uciekła z tym szlamą. Wyszła za Rudolfusa Lastrange'a, człowieka piętnaście lat od siebie starszego i ze wspaniałym rodowodem i obiecała ojcu, że urodzi mu tylu czystych, dumnych wnuków ilu tylko będzie mogła. Od tego czasu Cygnus jeszcze bardzie promieniał z dumy, ale dotychczas nie pojawił się ani jeden mały Lestrange. Ani nawet dziewczynka.
Zaledwie kilka miesięcy po ślubie, Bellatrix uległa fascynacji Czarnym Panem i poświęcała mu coraz więcej czasu trenując jego popleczników w sztuce pojedynkowania. Wierzyła, że jeśli pomoże Mrocznemu Lordowi osiągnąć całkowitą potęgę żadna rodzina nie będzie musiała znosić takiego wstydu jak jej własna. Plugastwo takie jak ten Tonks zostanie unicestwione.
Walburga uważała, że śmierć Cygnusa, która miała miejsce osiemnaście miesięcy wcześniej zachwiała Bellatrix, która przez ostatni rok robiła się coraz bardziej i bardziej szalona. Zdaniem Walburgi przyczyną tego wszystkiego było przekonanie Bellatrix, że zawiodła swojego ojca. Żadnych dzieci, żadnej zemsty na siostrze poprzez wypełnianie celów Czarnego Pana.
Walburga i jej mąż popierali go przez ostatnią dekadę, przekazując spore sumy złota na jego kampanię. Czarodzieje nie powinni musieć się ukrywać przez głupimi mugolami. Ha! Jakby ich opinie cokolwiek znaczyły, jakby było się czego bać! I żaden szanujący się czarodziej nie powinien się z nimi zadawać, lub też co gorsza rozmnażać. Uważała za haniebne to, że mugole w jakikolwiek sposób wpływali na społeczeństwo czarodziejów. Nie mówiąc już o tym, że elementy mugolskiej kultury przenikały do ich własnej na bardzo niepokojące sposoby. Obietnica społeczeństwa powracającego do starych obyczajów, wzrost znaczenia rodziny i rodowodu i całkowitego odrzucenia niemagicznego świata to właśnie polityka, którą chętnie popierała.
Jednakże w ostatnich latach zorientowała się, że Czarny Pan dążył do swego celu w coraz bardziej odrażający sposób. Prawdziwi czarodzieje czystej krwi nie torturowali mugoli. Po co? Równie dobrze można by torturować psa. Kiedy coś było zbyt głupie by myśleć, nie ma po co odwlekać jego śmierci. A chociaż mugole nie należeli do zbyt sympatycznych istot i właściwie tylko zajmowali miejsce, to liczebnie znacznie przerastali czarodziejów. Czy Czarny Pan naprawdę chciał zniszczyć ich wszystkich?
Tych myśli Walburga nigdy nie ujęłaby w słowa w obecności Bellatrix. Można było popierać polityka nie zgadzając się ze wszystkimi jego przekonaniami, ale z Bellatrix Walburga wolałaby się nie kłócić. Młodsza kobieta uważała, że szlamy i mugole w końcu nauczą się, że to ich własna wina, że zasługują na rozpacz i cierpienie za to, że się urodzili i chętnie dzieliła się tymi przekonaniami. Zdaniem Walburgi nie było żadnej godności w tym jak wyrzucała z siebie swoje opinie, a jej reakcje na możliwy sprzeciw nie pasowały do damy na eleganckim podwieczorku. Dlatego cieszyła się, że Bella miała się dziś nie pojawić. Ostatnio wojna przeniknęła do każdego aspektu ich życia i bez wątpienia jej temat miał zostać poruszony podczas rozmowy, a Walburga nie miała ochoty na kolejną tyradę bratanicy na temat wspaniałości Czarnego Pana.
Nie chodziło tylko o politykę, ale i o sprawy osobiste, a Bellatrix nigdy by tego nie zrozumiała. Walburga potrafiła wskazać moment swojego rozczarowania całą tą wojną. To było pewnej nocy prawie dwa lata temu. Bellatrix przybyła na Grimmauld Place, by poinformować Walburgę i Oriona, że ich syn zaginął. Regulus nie pojawił się na ostatnim spotkaniu i Czarny Pan uważał, że porzucił szeregi Śmierciożerców. Walburga dalej pamiętała jak ścisnęło jej się serce, kiedy usłyszała te słowa. Wiedziała, że nikt nie mógł tak po prostu odejść od Śmierciożerców.
- Równie dobrze mógłby już nie żyć. - wydusił wtedy Orion.
Walburga spędziła cały następny miesiąc w strachu, że każde pukanie do drzwi przyniesie jej wiadomości, potwierdzenie, że jej mały Regulus odszedł. Jej odważny synek. Ten, który zajął miejsce Zdrajcy Krwi, kiedy ten ją upokorzył. Ten, który pokazał się czarodziejskiemu społeczeństwu jako ostatnia nadzieja rodu Blacków, chociaż nigdy nie czuł się w świetle reflektorów tak dobrze jak jego niepoprawny brat. Spełnił swój obowiązek. Zrobił to co Bella i jej szwagier Lucjusz kazali mu zrobić by chronić czarodziei czystej krwi przed skażeniem szlamem. W głębi serca Regulus postępował tak jak myślał, że powinien. Spełniał obowiązek utrzymania rodu Blacków żywego, silnego i toujours pur. Próbowanie wymagało od niego wielkiej odwagi.
Regulus był jej odważnym chłopczykiem, ale Walburga zawsze wiedziała, że to jej drugi syn był tym silnym. Tym, który walczył o to w co wierzył. Zawsze zbyt inteligentny, zbyt szybki i zbyt łatwowierny. Niecierpliwy głupiec. Był po prostu zbyt gryfoński. Mijało już sześć lat, odkąd odszedł. Potwierdzenie śmierci Regulusa nigdy nie nadeszło, ale Walburga wiedziała, że nie żył. Żałowała, że w ogóle wziął w tym wszystkim udział i nienawidziła tych, którzy byli za to odpowiedzialni. Ale chociaż miała wątpliwości co do wojny, z nikim się jeszcze nimi nie podzieliła. Udawanie zapewniało jej bezpieczeństwo.
Jej mąż zmarł dwa miesiące po tym jak Bellatrix przyniosła wieści o Regulusie. Chociaż nigdy tego nie przyznał, Walburga wiedziała, że zabiła go strata obu synów. Ona, matka, miała problem z poradzeniem sobie ze zdradą Zdrajcy Krwi, ale Oriona to zdruzgotało. Jej ojciec, Pollux także kochał chłopców, ale to ojciec Oriona, Arcturus polegał na nich w kwestii przedłużenia swojego rodu. Orion włożył dużo energii w wychowanie swojego dziedzica i do momentu, kiedy chłopiec trafił do Gryffindoru był z niego dumny. Ignorował hałaśliwe zachowanie, twierdził, że dzieciak był zbyt inteligentny jak na swoich nauczycieli i guwernantki i chwalił jego rozum i umiejętności. Kiedy Zdrajca chodził do szkoły, a do domu spływały skargi, informacje o jego niegodnym zachowaniu i niefortunnych przyjaźniach, Orion zniechęcał się coraz bardziej, ale wahał się czy należało porzucić całą swoją ciężką pracę i zacząć od nowa z mniej utalentowanym, nieśmiałym drugim synem.
Sześć lat temu, kiedy jego dziedzic opuścił Grimmauld Place wrzeszcząc, że wstydzi się nazwiska Black i wszystkiego co się z nim wiązało, Orion pogodził się z tym co nieuniknione i zaczął przygotowywać Regulusa do zajęcia jego miejsca. Ale Regulus nie potrafił chęciami nadrobić swojego naturalnego braku pewności siebie. Bez względu na to jak się starał, nigdy nie udało mu się dorównać bratu.
Orion od dawna był słabego zdrowia. Właściwie to od dnia, kiedy klątwa, którą chciał chronić jedną z części biblioteki nie poszła po jego myśli. Ponieważ odmówił powiedzenia uzdrowicielom co dokładnie robił, nie mogli mu skutecznie pomóc. Efekty zaklęcia pojawiały się co kilka tygodni, a pod koniec cierpiał z ich powodu prawie każdego dnia. Nic dziwnego, że kiedy Bellatrix powiedziała mu, że jego ostatnia nadzieja umarła klątwa w końcu go pokonała.
Walburga usłyszała pukanie do drzwi dwa piętra niżej i trzask, z którym Stworek aportował się, by je otworzyć. To musieli być pierwsi goście. Ostatni raz przyjrzawszy się w lustrze Walburga ruszyła do salonu, by ich powitać.
- Moim zdaniem - powiedziała teściowa Walburgi, kiedy Stworek podawał herbatę. - dziewczęta w dzisiejszych czasach powinny szybciej decydować się na zamążpójście. Ty jesteś szczęśliwa, prawda, Narcyzo?
- Jestem, ciociu Melaniu. Nawet bardzo. - tak naprawdę Melania nie była ciotką Narcyzy, lecz jej kuzynką drugiego stopnia, ale Blackowie mieli w zwyczaju mówić „ciociu" lub „wujku" do wszystkich starszych krewnych, którzy nie byli ich dziadkami. Chodziło nie tyle o ułatwienie zapamiętania tytułów, ale zacieśnienie więzów rodzinnych.
- Sądzę, że to właśnie te głupie romantyczne wymysły, którymi młode damy wypełniają sobie głowy są powodem rozrzedzenia krwi, z którym się borykamy.
- Święta prawda. - rozległ się drżący głos ciotki Cassiopei., która uderzyła laską w stół by zwrócić uwagę Stworka. - Tylko kuzyni!
Ciotka Cassiopeia była nie tylko całkowicie ślepa, ale też kompletnie szalona. „Może to po niej Bella to odziedziczyła", zastanowiła się Walburga.
„W tym miesiącu podwieczorek się udał", stwierdziła. To znaczy do momentu, gdy jej teściowa poruszyła temat czystości krwi. Zebrane panie, chociaż były oczywiście damami z dobrych domów, miały odmienne zdania. Zgadzały się, jednakże w tym, że wojna powinna się skończyć i dlatego stale się spotykały, nawet w czasach, kiedy czarodziejski świat był tak podzielony. Kobiety miały powiązania z oboma stronami barykady i wszystkie żyły w strachu, że kogoś stracą, czy to męża, brata, czy też dziecko.
Augusta Longbottom bała się o swojego syna i synową, którzy byli aurorami i nie to żeby o tym wspominała w mieszanym gronie, członkami stowarzyszenia Dumbledore'a.
Siostry Crouch, obie stare panny patrzące wilkiem na Melanię za jej wcześniejszy komentarz o małżeństwach, miały wysoko postawionego w Ministerstwie brata, który niestrudzenie walczył z reżimem Śmierciożerców. Jego przepełniała ambicja, a je duma z jego poczynań.
Mąż, syn i wnuk pani Burke byli zafascynowani Czarnym Panem i bardzo dumni ze swojego oddania jego sprawie.
Narcyza Malfoy zmieniła się od narodzin swojego kochanego dziecka. Zawsze w ciszy wspierała męża i nigdy nie przeszkadzało jej jego zaangażowanie w bycie Śmierciożercą, ale teraz... Cóż, teraz spała obok Draco i z różdżką w ręku.
Lukrecja Prewett, szwagierka Walburgi, a siostra Oriona, bała się o swojego męża. Zdrajcy zawsze jako pierwsi trafiali na cel, a on trzy lata wcześniej odwrócił się od rodziny i zadeklarował swoje oddanie sprawie czystej krwi. Brat go za to znienawidził. Lukrecja, która była żoną Ignatiusa od 46 lat, przetrwała już wiele scysji pomiędzy ich rodzinami, ale w obliczu nadchodzącej wojny i tak szerokiej przepaści musiała wybrać którąś ze stron. Obserwowanie jak bracia i pozostali Prewettowie się od niego odcięli, bolało. Lukrecja i Ignatius nie mieli własnych dzieci, ale zawsze chętnie spędzali czas z jego bratankami, szczególnie kiedy ci byli jeszcze mali. Natomiast bratanica może i wyszła za zdrajcę krwi, ale jej dzieci były czyste. Sześciu zdrowych chłopców dobrze wpłynęłoby na pulę genetyczną. Lukrecja wiedziała, że jej mąż cierpiał nie znając ich. Jedno nosiło nawet jego imię, bo urodziło się zanim Ignatius okazał swoje przywiązanie do Czarnego Pana.
Cassiopei to wszystko oczywiście nie obchodziło, jeśli tylko nie musiała rozmawiać ze szlamami. Tak samo Melanii. 'Wyjdź za czarodzieja czystej krwi i ródź mu dzieci, to twoje zadanie jako wartościowej kobiety.'
Żona bratanka Melani, Anita MacMillan miała inne podejście. Jej matka była półkrwi i Anita szczerze kochała swoją mugolską babcię. Nie mogła zrozumieć, dlaczego ludzie stawali po stronie Czarnego Pana, więc picie herbaty z daleką rodziną męża było dla niej stresujące. Siedziała cicho obok Narcyzy, ich synkowie byli w podobnym wieku i lubiły rozmawiać o macierzyństwie i chwalić się swoimi maleństwami. Anita dużą część życia spędziła pod kloszem i nie potrafiła pojąć, jak strach mógł popchnąć dobrych czarodziei w stronę zła. Wiedziała o zaangażowaniu Lucjusza i o tym, jak to przerażało Narcyzę, a to starczało by zdała sobie sprawę, że sprawy źle się miały. Narcyza była jej przyjaciółką i bała się o nią.
(1) Cotton wool vs steel wool (ang.) – dokładnie wata i wata stalowa, ale żeby zachować grę słów polegającą na powtarzaniu słowa wool postanowiłam zmienić zwykłą watę na watę cukrową, która wygląda podobnie, a do tego oddaje poczucie lepkości
(2) High tea (ang.) – wieczorny posiłek składający się z chleba, warzyw, sera i czasem mięsa; w bogatszych kręgach także ziemniaki, placki, ciasta i herbatników. Klasy wyższe postrzegały je bardziej jako wydarzenie towarzyskie; w Polsce nie mamy dokładnego odpowiednika, więc musiałam się zadowolić nieoddającym do końca znaczenia podwieczorkiem
(3) répondez s'il vous plaît (fr.)- dosłownie: proszę odpowiedzieć; potwierdzenie przybycia
