Od tłumacza: Strasznie przepraszam za tę dwutygodniową przerwę. Niestety nie mogłam w żaden sposób jej zapobiec bo podczas wakacji na wsi zawiódł mnie internet i nie miałam dostępu do serwisu. Dlatego wstawiam dziś nie jeden, ale trzy rozdziały. Oto drugi z nich. Miłego czytania.


16 czerwca

- To będzie już wszystko na dziś. - powiedział Dumbledore ze swojego miejsca u szczytu stołu, patrząc na członków Zakonu zgromadzonych w piwnicy Świńskiego Łba. Zaszurały odsuwane krzesła. - Alastorze, czy mogę cię prosić na słówko? - zawołał dyrektor do podstarzałego aurora, który opierając się na lasce udzielał reprymendy dwóm ciemnowłosym chłopakom. Obaj mieli spuszczone głowy, jakby przytłoczył ich wstyd.

Jednakże kiedy Alastor Moody zerknął na Dumbledore'a wyszli z roli (bo to oczywiście była rola). Natychmiast unieśli głowy i spojrzeli na siebie, usilnie walcząc o zachowanie powagi, podczas gdy tak naprawdę bardzo chcieli się roześmiać.

- Wy dwaj! Sio! - warknął Moody, rzucając im wściekłe spojrzenie. Ustawił się pewniej na swojej nowej nodze, upewniając się, że zachowa równowagę, a potem przeniósł na nią ciężar ciała. Następnie chwycił laskę niczym miecz i rąbnął nią Pottera i Blacka nim zdążyli uciec. - Pieprzone dzieciaki. - mruknął wściekle, kiedy Potter zamknął za sobą drzwi, pozostawiając go sam na sam z Dumbledorem.

- Ktoś z twoim doświadczeniem musi wiedzieć, że dopóty będą próbowali cię zdenerwować, dopóki będziesz dawał się denerwować. - powiedział Dumbledore, a jego broda zadrgała.

- Czasem mam ochotę walnąć ich zbyt mądrymi głowami o siebie. - warknął sfrustrowany Moody.

- Wszyscy ją mamy. - zgodził się dyrektor. - Ale są na tyle przydatni, że wolę odsunąć ten moment na tak długo jak to możliwe.

Moody prawie się uśmiechnął.

- Ci idioci pewnie pomyśleliby, że to komiczne. - mruknął. Dumbledore zignorował to, ale pomyślał, że to bardzo możliwe.

- Alastorze, - odezwał się. - nawiązałem obiecującą znajomość.

- Ach tak? W jakim sensie obiecującą?

- Moja nowa znajoma ma informacje o słabościach Voldemorta. - stwierdził Dumbledore, a na poznaczonej bliznami Moody'ego odmalowało się zainteresowanie.

- To Voldemort ma słabości?

- Najwyraźniej.

- Jesteś pewien, że nie podstawili jej Śmierciożercy? - spytał ostrożnie Moody, pocierając zarośnięty podbródek. - Jakie miała dowody?

W odpowiedzi Dumbledore wyciągnął z wewnętrznej kieszeni szaty mały szklany flakonik.

- Takie, Alastorze. - powiedział, podając go Moody'emu. Podszedł do starej szafki w kącie piwnicy i otworzył górną szufladę. Wyciągnął z niej płytką kamienną misę, którą postawił na stole. - Na początku te fragmenty nie będą zbyt jasne, ale zapewniam, że pod koniec wszystko zrozumiesz.

Moody przytaknął i odkorkował flakonik, wlewając jego zawartość do misy. Wspomnienie powoli kręciło się w misie, to wyostrzając się, to blaknąc.

- Za tobą, Alastorze. - powiedział Dumbledore, zapraszając go ruchem ręki. Moody pochylił się do przodu i pogrążył się we wspomnieniach. Dumbledore natychmiast podążył za nim.

Kiedy Moody złapał równowagę w nowym otoczeniu, rozpoznał wokół siebie Wielką Salę w Hogwarcie. Wszędzie było pełno uczniów, a sam Moody stał w kolejce dzieci patrzących na chłopca siedzącego na stołku przed resztą szkoły.

- SLYTHERIN! - wrzasnęła tiara na jego głowie. Stół na lewo od Moody'ego zawył radośnie.

- Granger, Hermiona. - odczytała Minerwa McGonagall z długiej rolki pergaminu. Następna dziewczynka w kolejce obok Moody'ego raźno podeszła do stołka. Usiadła i natychmiast wcisnęła kapelusz na głowę. Wyglądała na bardzo podekscytowaną.

- GRYFFINDOR! - zawołała tiara. Dziewczynka zeskoczyła ze stołka i ruszyła w stronę wiwatującego stołu po prawej stronie sali.

- Greengrass, Daphne. - zawołała Minerwa i Wielka Sama zniknęła, a złote świecie i aplauz zmieniły się w...

Zieleń. Tylko Moody mógł dostrzec, kiedy przed jego oczami pojawiła się nowa scena. Zieleń z każdej strony. Kiedy jego otoczenie się wyostrzyło, zorientował się, że znalazł się w drzewie. Nie na drzewie, ale w nim, ponieważ we wspomnieniu nie miał ciała. Sosnowa, a może jodłowa, gałązka wystawała mu z brzucha. Podążył wzrokiem wzdłuż niej i zobaczył świeczki i ozdóbki świąteczne widzące na jej końcu. Wtedy zrozumiał. Siedział w choince. Powietrze pachniało sosną, czymś gęstym i słodkim, a także dymem. Słyszał głosy, znajome głosy.

- A cóż by innego, jak nie Syriusz Black, moja kochana? Chyba już słyszałaś co się stało w szkole w Noc Duchów? - powiedział męski głos, którego Moody nie mógł do końca rozpoznać.

- Słyszałam jakieś pogłoski. - odparł żeński głos, który musiał znać. Kto to był?

- Rozgadałeś o tym wszystkim w pubie, Hagridzie? - Ten głos rozpoznał. Minerwa McGonagall często mówiła z takim wyrzutem. Nagle zorientował się do kogo należał pierwszy żeński głos. Rosmerta. Musieli być w Trzech Miotłach, w Święta Bożego Narodzenia. Ale dlaczego siedział w choince?

Rozejrzał się i zobaczył Dumbledore'a, który stał obok niego, także nadziany na gałąź i z głową przechyloną w stronę głosów. Moody wyjrzał zza choinki i wypatrzył ją. Ta sama dziewczynka, Granger, którą przydzielano w poprzedniej wizji. Wyglądała na starszą, ale tylko odrobinę. Siedziała z rudowłosym chłopcem przy stole wciśniętym pomiędzy choinkę, a okno pubu i także słuchała uważnie.

- Myśli pan, ministrze, że Black wciąż jest w okolicy? - spytała Rosmerta.

„Ministrze?" Moody palił się z ciekawości. Głos należał do mężczyzny. Racja, Bagnold nie była już najmłodsza, ale nie słyszał o żadnym poważnym kandydacie na jej następcę. Próbował wychylić się dość, by dostrzec jego twarz, ale poza zasięgiem wzroku dziewczynki wszystko było niewyraźne. Rozmowa nadal trwała.

- Nie zapominajmy jednak - powiedział minister - że są tutaj, aby nas wszystkich chronić przed czymś o wiele gorszym... Dobrze wiemy, na co stać tego Blacka...

- Ja tam wciąż nie mogę w to uwierzyć. - powiedziała Rosmerta. - Syriusz Black to chyba ostatnia z osób, które bym posądziła o przejście na stronę Ciemności... Przecież pamiętam go, jak był chłopcem, uczył się tu, w Hogwarcie. Gdyby mi wtedy ktoś powiedział, co z niego wyrośnie, uznałabym, że wypił za dużo miodu.

Co tu się działo? Black zmienił strony? To była cenna informacja, zdał sobie sprawę Moody. A jednak to nim wstrząsnęło. Pewnie, że dzieciak był wrzodem na tyłku, ale też był oddanym aurorem i wszyscy wiedzieli, że nienawidził swojej dość paskudnej rodziny.

- Tak w istocie było, i trudno się dziwić - mówił minister. - Potter ufał Blackowi jak nikomu innemu. I ufał mu nadal po ukończeniu szkoły. Black był wciąż jego najlepszym przyjacielem, kiedy James ożenił się z Lily. Był ojcem chrzestnym Harry'ego. Oczywiście Harry nie ma o tym pojęcia. Łatwo sobie wyobrazić, jak by się poczuł, gdyby się dowiedział.

- Bo Black w końcu przyłączył się do Sami-Wiecie-Kogo?

- Gorzej, moja kochana... - powiedział minister. - Mało kto wie, iż Potterowie zdawali sobie sprawę z tego, że Sami-Wiecie-Kto na nich dybie Dumbledore, który niestrudzenie działał przeciw Sami-Wiecie-Komu, miał wielu użytecznych szpiegów. Jeden z nich ostrzegł w porę Jamesa i Lily. Doradzał im, żeby się gdzieś ukryli. No ale wiadomo, że przed Sami-Wiecie-Kim niełatwo się ukryć. Dumbledore powiedział im, że największą szansą obrony będzie dla nich Zaklęcie Fideliusa.

- Jak ono działa? - spytała Rosmerta.

Moody był zdumiony. Dlaczego dzieciak Potterów miałby cierpieć, gdyby dowiedział się, że jego ojciec chrzestny jest zdrajcą? Chłopak miał ledwo rok, nie mógł zdawać sobie sprawy z sytuacji. Kiedy to miało miejsce? W zeszłe Święta? Jeszcze wcześniej? Nie wcześniej, bo wtedy Potterowie nie mieli jeszcze dziecka. Ta dziewczynka, Granger musiała być ich koleżanką ze szkoły, ale... nie, to nie pasowało. Mówili, że Black już skończył szkołę.

Nowy głos wyjaśniał jak działało Zaklęcie Fideliusa, ale Moody prawie go nie słuchał, bo myślał usilnie... „Mało kto wie, że Potterowie zdawali sobie sprawę"? Nie, coś tu nie grało, czas się nie zgadzał. Potterowie dalej zdawali sobie sprawę, a James niecałe pół godziny wcześniej był na zebraniu Zakonu. Coś nie pasowało... „To przyszłość", zdał sobie nagle sprawę, „to inny minister i nie da się przewidzieć, ile lat ma Harry." To było jakieś szaleństwo. Black zmieniający strony? Nigdy by w to nie uwierzył. I jeśli jego podejrzenia miały się sprawdzić to Black zrobił coś więcej niż tylko zmienił strony.

- A James Potter uparł się, żeby jego Strażnikiem Tajemnicy był Black? - powiedziała Rosmerta.

- Niestety. - potwierdził minister. - A potem, w zaledwie tydzień po rzuceniu Zaklęcia Fideliusa...

- Black ich zdradził?

- Tak, zrobił to. - odparł minister, a jego głos przycichł. W tym samym momencie choinka dookoła Moody'ego rozmyła się ponownie, ale tylko na chwilę, po której wszystko powróciło do poprzedniego stanu. Minister mówił dalej, a może ponownie.

- Pettigrew umarł śmiercią bohatera. Naoczni świadkowie... mugole, rzecz jasna, później wymazaliśmy im to z pamięci... opowiedzieli nam, jak Pettigrew osaczył Blacka Mówili, że się rozpłakał. „Lily i James... Syriuszu! Jak mogłeś!", tak mu powiedział i sięgnął po różdżkę. No i Black był szybszy. Rozwalił tego Pettigrew na kawałeczki...

Potterowie nie żyli? Black doprowadził do ich śmierci? To nie była prawda... to nie mogła być prawda.

Świat znów się rozmył i nastała ciemność, a potem przed oczami Moody'ego utworzyła się kolejna wizja. Ciemny pokój z brudną, drewnianą podłogą. Moody rozejrzał się. Zabite deskami okna, połamane meble, James Potter... nie, to było niemożliwe. Obok stała Granger wyglądająca tak samo jak w pubie, a rudowłosy chłopiec leżał na łożu z baldachimem. Czy to był Harry? Wyglądał na jakieś dwanaście, trzynaście lat. Skąd Dumbledore wziął te wspomnienia? Czy w ogóle powinien nazywać je „wspomnieniami" skoro będą miały miejsce dopiero za dziesięć lat?

W pokoju było też trzech mężczyzn. Jeden leżał pod brudną, podrapaną ścianą niczym kupa czarnych szat. Moody nie widział jego twarzy. Inny, o tłustych, splątanych włosach sięgający za ramiona i ubrany w strój więźnia Azkabanu kucał nad trzecim mężczyzną. Moody ze zdumieniem rozpoznał starszą twarz Remusa Lupina. Lupin wstał, a więzień odsunął się.

- Dziękuję ci, Harry. - powiedział Lupin.

A więc miał rację, to naprawdę był dzieciak Potterów. Jak Dumbledore wszedł w posiadanie wspomnień o rzeczach, które się jeszcze nie wydarzyły?

- Ale to nie oznacza, że już panu nie uwierzyłem. - warknął Potter.

I wtedy odezwał się więzień.

- Więc nadszedł czas, żeby przedstawić ci dowód. - odwrócił się do rudego. - Chłopcze, daj mi Petera. No już.

„Rudy" jak nazwał go Moody, przycisnął trzymanego w rękach szczura do piersi. Zapewne uważał więźnia za szaleńca.

- Odwal się. - mruknął. - Chcesz mi powiedzieć, że uciekłeś z Azkabanu tylko po to, żeby dorwać Parszywka. To znaczy... - zerknął na pozostałe dzieciaki. - No dobra, załóżmy, że ten Pettigrew mógł się zamienić w szczura... Są miliony szczurów... skąd on wiedział, którego szukać, jeśli tak długo był zamknięty w Azkabanie?

Myśleli, że Pettigrew był animagiem?

- Wiesz co, Syriuszu? To całkiem rozsądne pytanie. - powiedział Lupin. - Jak się dowiedziałeś, gdzie on jest?

Syriuszu?" Tym szkieletem był Black? Uciekł z Azkabanu? Jakim cudem?

Black wyciągnął coś zza pazuchy swojej podartej, brudnej szaty i Moody podszedł bliżej, by się temu przyjrzeć. Jego oczom ukazało się zdjęcie rodziny Weasleyów, a pośród nich stał ten sam rusy chłopiec, który teraz leżał na łóżku. Więc należał do klanu Weasleyów, to wyjaśniało kolor włosów. Na zdjęciu na ramieniu chłopca siedział szczur, ten sam szczur, którego dzieciak teraz ściskał kurczowo w dłoniach. Moody właśnie czytał artykuł pod zdjęciem, kiedy przeniknęła go ręka Lupina sięgająca po wycinek.

- Mój Boże - westchnął Lupin. - Przednia łapa...

- Co z nią? - spytał Weasley wojowniczym tonem.

- Brakuje jednego pazura. - rzekł Black.

- Oczywiście. - wydyszał Lupin - To takie proste... takie pomysłowe... Sam sobie odciął?

- Zanim się przemienił. Kiedy go osaczyłem, ryknął na całą ulicę, że zdradziłem Lily i Jamesa. A potem, zanim zdążyłem rzucić zaklęcie, wypalił z różdżki, którą trzymał za plecami. Pozabijał wszystkich w promieniu dwudziestu stóp... i umknął do ścieku razem z innymi szczurami...

- Słyszałeś o tym, Ron? Słyszałeś, że z całego Petera znaleziono tylko jeden palec?

Scena rozmazała się odrobinę, a kiedy obraz znów się wyostrzył Lupin dalej mówił.

- Jest jeden sposób, żeby udowodnić, co naprawdę się wydarzyło. Ron - spojrzał na Weasleya - daj mi tego szczura.

- A co zamierza pan z nim zrobić, jak go panu dam? - spytał Weasley.

- Zmuszę go do ujawnienia, kim jest. Jeśli jest naprawdę szczurem, nic mu się nie stanie. - Lupin wziął szczura od Weasleya.

- Gotów jesteś Syriuszu? - Spytał Lupin, a szczur wił się w jego dłoni. Black podszedł, w ręku miał różdżkę.

- Razem?

- Razem - Lupin policzył do trzech, a potem białoniebieskie światło błysnęło z ich różdżek trafiając w szczura, który zaczął rosnąć i rosnąć zdumiewająco szybko aż stał się niskim, drżącym mężczyzną.

- Cześć, Peter. Kupa lat. - Moody spojrzał na Lupina dziwnie. Brzmiał prawie jakby się cieszył na widok tego żałośnie słabego, brudnego czarodzieja.

Moody znał Pettigrewa, ale nie na tyle by mieć całkowitą pewność, że to właśnie on. Nawet Blacka nie poznał, a widywał go codziennie w pracy. Ale kiedy mężczyzna się odezwał, Moody rozpoznał w nim Pettigrewa.

- S-syriusz... R-remus... Moi przyjaciele... moi starzy przyjaciele...

- Ucięliśmy sobie małą pogawędkę, Peter, na temat tego co się stało w noc, kiedy zginęli Lily i James. Mogłeś nie usłyszeć najlepszych momentów, kiedy miotałeś się po łóżku, piszcząc przeraźliwie...

- Remusie - odezwał się błagalnie Pettigrew - chyba mu nie wierzysz, co? Próbował mnie zabić.

- Tak mówiono. Chciałbym z tobą wyjaśnić parę drobnych spraw, Peter...

- Chce mnie zabić... po raz drugi!

Wspomnienie znów się zamazało, ale kiedy wróciła ostrość, byli w tym samym miejscu, chociaż wszelkie pozory spokoju Lupina i Blacka wyparowały. Trzymali Pettigrewa za ramiona i przyciskali do podłogi.

- Sprzedałeś Lily i Jamesa Voldemortowi! Zaprzeczysz temu? - wrzasnął Black.

- Syriuszu, Syriuszu, co mogłem na to poradzić? - Pettigrew zalał się łzami. - Czarny Pan... ty nie masz pojęcia... miał broń, której nie potrafisz sobie nawet wyobrazić... Bałem się, Syriuszu, nigdy nie byłem tak odważny jak ty, Remus czy James. Nie chciałem tego... Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać zmusił mnie...

- NIE KŁAM! - ryknął Black. - PRZEKAZYWAŁEŚ MU INFORMACJE PRZEZ ROK, ZANIM LILY I JAMES ZGINĘLI! BYŁEŚ JEGO SZPIEGIEM!

- On... on wszędzie zwyciężał...wszyscy mu ulegali! Co by to dało, gdybym ja mu nie odmówił? - zaskomlał Pettigrew.

- A co miało dać zwycięstwo nad najpotężniejszym czarnoksiężnikiem świata? Miało ocalić życie niewinnych ludzi, Peter!

- Nic nie rozumiesz! Przecież on by mnie zabił!

- WIĘC POWINIENEŚ UMRZEĆ! LEPIEJ UMRZEĆ NIŻ ZDRADZIĆ SWOICH PRZYJACIÓŁ! MY BYŚMY TO SAMO ZROBILI DLA CIEBIE! - Black wyglądał jakby miał zaraz wybuchnąć.

A potem odezwał się Remus, a jego głos był śmiertelnie spokojny:

- Trzeba było pomyśleć, że jeśli nie zabije cię Voldemort, to zginiesz z naszych rąk. Żegnaj, Peter.

Zatęchły pokój rozmył się w znany Moody'emu sposób. Teraz znaleźli się w Hogwarcie, najprawdopodobniej w klasie od Zaklęć. Zobaczył troje dzieciaków zgromadzonych dookoła butelki czegoś co wyglądało jak ocet. Wyglądali znacznie starzej, szczególnie Weasley, który był teraz o wiele wyższy od pozostałych. Odbywali intensywną szeptaną dyskusję. Potter mówił, a pozostali pochylali się ku niemu, by lepiej słyszeć. Moody przysunął się do nich.

- ...a pamiętnik został zniszczony, więc Dumbledore podejrzewa, że zostały już tylko cztery horkruksy. Powiedział, że mogę z nim pójść, kiedy znajdzie pierwszy z nich. Jeden to Czara Hufflepuff, no i jest jeszcze medalion. W ostatniej kolejności będziemy musieli zająć się wężem, bo on cały czas trzyma go przy sobie, ale jest jeszcze jeden o którym nie wiemy. To może być coś co należało do Gryffindora albo Ravenclaw.

Pozostałe dzieciaki słuchały z ustami otwartymi ze zdumienia, ale zanim powiedziano coś jeszcze, zanim Moody zrozumiał o czym rozmawiali, świat znów zawirował.

Chociaż wiedział, że to tylko wspomnienie, Moody wyciągnął niematerialną różdżkę, by bronić swojego niematerialnego ciała. Dokoła rozbrzmiewały krzyki, w każdą stronę latały zaklęcia, nieomylne znaki bitwy. Gdzie byli? Hogwart... znowu Wielka Sala. A to co działo się wokół niego nie było zwykłą potyczką. Setki ludzi biegało, uchylało się, rzucało zaklęcia, a potem nagle czyjś głos zawołał:

- Protego!

- On żyje! - poniosło się echem dookoła niego, powtarzane szeptem i krzykiem, a potem tłum umilkł zupełnie i zamarł. Dopiero wtedy Moody dojrzał Voldemorta stojącego w pełnej krasie na środku sali. Tłum patrzył z przerażeniem.

- Niech nikt nie próbuje mi pomagać! - to wołał Potter z drugiego końca sali. Znów wyglądał starzej, ale ciężko było ocenić, ile czasu minęło. Chłopiec, czy raczej młody mężczyzna, był brudny, krwawił, włosy miał potargane i dawno nie przycinane, ubrania podarte i nadpalone. Wyglądał jakby walczył od wielu dni.

Voldemort powiedział coś czego Moody nie usłyszał. Mimowolnie ruszył do przodu. Chciał wszystko usłyszeć, zobaczyć chłopca, który miał dość odwagi, by stanąć twarzą w twarz z Voldemortem. I to nie tak po prostu, ale stanąć uśmiechając się, bo to właśnie robił, jednocześnie mówiąc coś, kiedy obchodzili się z Voldemortem. Ale Moody postąpił krok w ich stronę, ktoś chwycił go za ramię. Aż podskoczył i obrócił się na pięcie. Instynkt podpowiadał by walczył, całkiem jakby sam był częścią bitwy, ale ręka należała do Dumbledore'a.

- Poczekaj Alastorze. - powiedział. - Zaraz się skończy.

I rzeczywiście. Obchodzili się nawzajem obrzucając się zniewagami, a potem nagle przestali. Chłopiec Potterów próbował Voldemorta do czegoś przekonać. Obaj trzymali różdżki wycelowane w serce tego drugiego i nagle dwa głosy zagrzmiały w tym samym momencie.

- Avada Kedavra!

- Expelliarmus!

Buchnęła czerwień i zieleń, a potem złoto, a kiedy światło rozproszyło się chłopiec Potterów uniósł rękę, w której trzymał dwie różdżki. Ciało Voldemorta upadło bezwładnie na ziemię. Zginął. Zginął z ręki siedemnastoletniego chłopca. „Gdzie popełnili błąd?" pomyślał Moody, kiedy salę wypełniły krzyki i gratulacje, a obraz zamazał się. Chaotyczne świętowanie rozmyło się dookoła nich zastąpione przez scenę całkowicie różną.

Znaleźli się z Dumbledorem w małym, cichym gabinecie. W środku była tylko siedząca przy biurku Granger. Trzymała w rękach zegarek kieszonkowy i patrzyła w przestrzeń, najwyraźniej robiąc sobie przerwę od papierkowej roboty przed sobą. Moody zerknął jej przez ramię i dostrzegł, że to wcale nie był zegarek, ale mała klepsydra wypełniona czerwonawym, metalicznym piaskiem. Wiedział co to było, co to musiało być, chociaż Zmieniacze Czasu występowały zazwyczaj w mniejszym rozmiarze, wypełniał je biały piasek, a robiono je ze złota, a nie brązu. Przyjrzał się pozostałym rzeczom na biurku. Gazeta, kilka książek i notatników złożonych na stertę, a na jej szczycie spisana ręcznie lista.

Horkruksy

Pamiętnik Riddle'a - Dwór Malfoyów - zniszczony w czerwcu 1993 - przez Harry'ego Pottera
Medalion Slytherina - Grimmauld Place 12 - zniszczony w grudniu 1997 - przez Rona Weasleya
Czara Hufflepuff - Skarbiec Lestrange'ów w banku Gringotta - zniszczony 1 maja 1998 - przez Hermionę Granger
Diadem Ravenclaw - Pokój Życzeń - zniszczony 2 maja 1998 - przez Vincenta Crabbe'a (przypadek)
Nagini - zniszczony 2 maja 1998 - przez Neville'a Longbottoma
Voldemort - zniszczony 2 maja 1998 - przez Harry'ego Pottera

Tabela i te daty zafascynowały Moody'ego. Spojrzał na Proroka Codziennego leżącego obok niej i zobaczył datę na górze strony. Piątek, 27 kwietnia 2001.

Nagle poczuł, że coś ciągnie go do tyłu i uporządkowany gabinet zniknął mu z oczu. Lądując z powrotem w teraźniejszości wziął głęboki wdech. Podłoga piwnicy była pocieszająco solidna pod jego stopami. W głowie mu wirowało. Te wspomnienia były z przyszłości!

- Pettigrew jest szpiegiem? - wyrwało mu się natychmiast. To było najważniejsze. Nic dziwnego, że Zakon przegrywał.

- Na to wygląda. - powiedział ponuro Dumbledore.

- Więc jaki jest plan? Nie możemy dać mu znać, że wiemy, ale musimy go jakoś powstrzymać. Nie mogę uwierzyć, że to małe grube beztalencie jest animagiem.

- Alastorze, musze cię poprosić żebyś poczekał z planowaniem jak rozprawić się z Pettigrew aż porozmawiamy z Hermioną. Powinna się tu zjawić lada chwila.

- Była w przyszłości, a teraz jest tutaj? Albusie, co tu się do diaska dzieje? Jeśli to prawda... cóż, wtedy moglibyśmy powstrzymać Voldemorta. Jednego nie rozumiem. Czym są horkruksy? Nigdy o nich nie słyszałam.


- Łapo, nie jesteś już w szkole! - powiedział Remus, którego ciągły śmiech Syriusza zaczynał denerwować. - Naprawdę? Termity? Co sobie myślałeś, brachu? Dziwię się, że Moody nie odstrzelił ci tyłka.

Remus naprawdę uwielbiał swoich przyjaciół, ale czasami czuł się jak przepracowany rodzic przekonując ich, by wzięli coś na poważnie, skupili się na zadaniu i ponad wszystko, nie wycinali dziecinnych żartów przerażającemu zastępcy przywódcy Zakonu i Szefowi Biura Aurorów, Alastorowi Moody'emu. Czasem Remus zastanawiał się, czy przypadkiem nie za bardzo lubią być karani.

Ramiona Syriusza trzęsły się, kiedy próbował odzyskać nad sobą kontrolę na tyle, by napić się Ognistej Whisky.

- A James ma szczęście, że nie było Lily, bo zrobiłaby to samo. - dodał Remus. To minimum kontroli, które Syriuszowi udało się odzyskać całkiem zniknęło. Po policzkach płynęły mu łzy.

- Lunatyku... bracie. - zarzęził. - Naprawdę nie spodziewaliśmy się, że będzie tak źle. Wziął głęboki wdech. - Hagrid powiedział, że zeżrą tylko wiąz. Myśleliśmy, że pójdzie tylko jego noga. Nie wiedzieliśmy, że połowa mebli też jest z wiązu.

Remus i Syriusz siedzieli w pubie Świński Łeb. James właśnie wyszedł by wrócić do Lily i dziecka. Odkąd zaczęli się ukrywać, on i Lily na zmianę chodzili na spotkania Zakonu. Syriusz i James nie widzieli się od miesiąca, więc przyszli przygotowani by stworzyć odrobinę zamieszania i tak nadrobić stracony czas. Remus ich nie miał im tego za złe, a kiedy Syriusz walił ręką w stół i wył ze śmiechu, on też miał ochotę się roześmiać.

- Rozluźnij się, Lunatyku, albo będę musiał zacząć jeść z kimś innym każdego wieczoru.

- Brzmisz jakby to była groźba. Nie przesadzaj, Łapo, wiesz, że mnie potrzebujesz.

- Do czego? Och, wiem. Potrzebne mi są twoje maniery.

Remus uniósł brew.

- Moje maniery? - Nie miał pojęcia o co Syriuszowi chodziło.

- No. Stary Wilfryd w Zniczu i Kugucharze żałował, że nie przyszedłeś, bo lubi twoje maniery.

- Wiesz, dlaczego mnie potrzebujesz. - zaśmiał się Remus. - Gdybym nie sprawiał, że wyglądasz lepiej, nigdy nie znalazłbyś sobie dziewczyny.

- Musisz wiedzieć, że przez ostatnie dwa tygodnie świetnie radziłem sobie sam. - Syriusz wzruszył ramionami.

- Naprawdę? Z kim? Zwyczajowe klony, jak sądzę? - Remus nie znosił tego jak Syriusz traktował kobiety.

- Nie. - powiedział Syriusz z dumą. - W sumie to jest zupełnie inna.

- O, tylko jedna? Jak się nazywa? - Remus wiedział, że przyjaciel nie będzie pamiętał. Lubił mu to po prostu udowadniać. Zastanawiał się, czy kiedyś poczucie winy zmusi Syriusza do traktowania kobiet jak ludzi, a nie zabawki.

- Nic ci do tego. - burknął Syriusz.

- Wiedziałem. - Remus uśmiechnął się do Syriusza, oczekując, że przyjaciel naburmuszy się jak zawsze, ale tamten nawet się nie sprzeciwił. Ku jeszcze większemu zdumieniu Remusa, całkowicie zmienił temat.

- Więc, co ci zlecił Dumbledore? - spytał Syriusz, z uporem ignorując pełen zadowolenia z siebie uśmiech Remusa.

- To samo co robiłem przez ostatnie tygodnie. Przygotowanie prawnicze. Zebranie informacji, dzięki którym po wojnie Śmierciożercy nie unikną kary. Wiesz to, Łapo. Rozmawialiśmy o tym na spotkaniu.

- Och... Racja. Chodziło mi o to jak ci idzie. Myślisz, że zbliżasz się już do końca?

Remus był szczerze zdumiony, Syriusz jeszcze nigdy nie pytał go jak mu idzie papierkowa robota. Równie dobrze mógłby spytać, jak Remusowi idzie esej z Historii Magii. Musiał bardzo chcieć uniknąć jakiegoś innego tematu. „Dziewczyna?" Zastanowił się Remus, chociaż to akurat było mało prawdopodobne.

- Um... tak. Jestem na dobrej drodze. Wszystko w porządku, Łapo? Nigdy cię to nie interesowało.

- Bzdura. Pytałem...

- Nie pytałeś. - przerwał mu Remus. - Co się dzieje?

- Nic takiego, Lunatyku. Nie przejmuj się. - wcześniejsza radość Syriusza nagle wyparowała. Wychylił do końca swoją Ognistą Whisky, chociaż minę miał przy tym nietęgą.

Przez jakiś czas siedzieli w ciszy. Remus dolał najpierw sobie, potem Syriuszowi, cały czas uważnie go obserwując. Syriusz zawsze miewał humory, których powodem były zazwyczaj ważne wydarzenia (cóż, ważne dla niego) i w większości przypadków Remus wiedział o co chodziło: przegrana w Quiddicha, list od matki, to na którego z nich Minerwa McGonagall była bardziej wściekła (obaj z Jamesem chcieli zgarnąć ten tytuł). Ale nigdy życie miłosne.

Kobiety z którymi zadawał się Syriusz spędzały z nim czas ze względu na złoto rodziny Blacków, albo dlatego, że dobrze wyglądał u ich boku. Średnio altruistyczne powody, więc nic dziwnego, że Syriusza nie obchodziło co robiły czy co o nim mówiły. Remus zasugerował, że gdyby Syriusz poszukał kogoś na więcej niż jedną noc, mógłby znaleźć dziewczynę, która chciała tego samego, ale Syriusz twierdził, że to za dużo zachodu. Prywatnie Remus myślał, że jego przyjaciel po prostu bał się zaczynać coś poważnego, bo uczucia go przerażały Więc jeśli Syriusz zamierzał zmienić temat rozmowy, to na pewno nie z powodu jakieś dziewczyny spotkanej w barze. Coś innego musiało go męczyć.

- Co się stało, Syriuszu? - spytał.

- Dobra. - prychnął Syriusz, a jego oczy zalśniły. - Jednej nocy jak byłem w Zniczu, pojawiła się jedna dziewczyna, ładna sztuka. Przyszła i usiadła obok mnie.

Remus uniósł brwi.

- Niezwykłe. - powiedział sarkastycznie.

- Chcesz żebym ci opowiedział, czy nie?

- Przepraszam, kontynuuj. - powiedział Remus.

- Nie była taka jak inne leski, które się tam zwykle spotyka. Ubrana jak mugolka, ale nie taka co się puszcza, ledwo czuć perfumy. Nigdy jej nie widziałem ani nikogo kto by ją przypominał. Myślałem, że może przyjechała zza granicy, ale nie, to Brytyjka.

- Nie masz najlepszej pamięci, brachu.

- Będziesz cicho? – humor Syriusza zdawał się poprawiać. - Więc siedzę sobie, całkowicie otumaniony, nie mogę wymyślić co powiedzieć...

Słuchając opowieści o dziwnej dziewczynie z pubu, Remus miał problem z powtrzymaniem się przed wywracaniem oczami. W swojej poprzedniej ocenie przecenił Syriusza i jego zły nastrój. Jednak chodziło o dziewczynę.

- A potem, uwierzysz, klepie mnie po głowie i deportuje się. Do tego momentu była super. Więc...nic już nie wiem. – Syriusz bezradnie wzruszył ramionami.

Tym razem Remus uległ chęci wywrócenia oczami.

- Naprawdę, Łapo? Zostałeś odrzucony, co w tym takiego strasznego? - teraz już się śmiał. - To się zdarza większości ludzi!

Syriusz wyglądał na zranionego.

- Poklepała mnie po głowie. Jak pieprzonego psa!

- Cóż... – zaczął znacząco Remus.

- Och, zamknij się.

- To wszystko? Poznałeś ładną czarownicę, która nie chciała iść z tobą do domu? Dlatego pytasz mnie o papierkową robotę?

Syriusz nie chciał napotkać jego spojrzenia.

- Tak... tak ciężko w to uwierzyć?

„Tak!" Pomyślał Remus. To nie mogło być wszystko. Znał Syriusza i nie potrafił uwierzyć, że coś tak zwyczajnego do tego stopnia nim wstrząsnęło. Czegoś mu nie mówił. Czy to w ogóle miało jakiś związek z tą dziewczyną, czy może to tylko blef?

- Więc spróbujesz znów się z nią spotkać?

- Nie wiem. - Syriusz wzruszył ramionami. - Może.

Remus tylko pokręcił głową i pociągnął kolejny łyk Ognistej. Zastanawiał się kim była ta kobieta. Nie mogła znać reputacji Syriusza, bo wtedy nie zagadałaby do niego, gdyby nie chciała iść z nim do domu. Rzadko zdarzało się, żeby Syriusza ktoś odrzucił, a on nigdy nie ukrywał swoich zamiarów, więc może po prostu Syriusz był bardziej ckliwy po pijaku niż przyznawał.

Zapadła cisza, kiedy obaj pogrążyli się w myślach. Remus rozważał plusy nadchodzącej misji zwiadowczej dla Zakonu. W czasie spotkania rozmawiali o zebraniu dość informacji na temat ważniejszych Śmierciożerców, by móc ich zgarnąć jednego po drugim. Ludzie Voldemorta robili to samo od roku i Dumbledore chciał odwrócić sytuację na swoją korzyść.

- Jak w Ministerstwie? - spytał Syriusza. - Wygląda na to, że Moody zakatowuje was na śmierć.

- Raczej nasze ręce. - mruknął Syriusz wyciągając przed siebie dłoń i prostując palce. - Nie pamiętam, kiedy ostatnio odwalałem tyle papierkowej roboty. Czuję się jak ty.

- Nie myl biurokracji ze słowem pisanym. - Remus machnął ręką, zaprzeczając, ale uśmiechnął się. Kochał książki i badania. Tak łatwe do kontrolowania, tak spokojne i dystyngowane, zupełnie nie jak jego nieszczęsna druga twarz.

- Przynajmniej tyle, że kilka dni temu dorwaliśmy Mulcibera. Podły sukinsyn, nie mogę się doczekać aż będzie wzywał mamusię, kiedy wsadzimy go do Azkabanu.

- Wiem. - odparł Remus. - Jego teczka jest prawie tak wysoka jak ja. Crouch go wsadzi bez żadnych pytań. Biorąc pod uwagę ilu ludzi zabił, pewnie nawet nie będzie miał procesu.

Syriusz mruknął coś na potwierdzenie.

- I tak na niego nie zasługuje.

W tym właśnie momencie otworzyły się drzwi na ulicę. Osoba w czarnym płaszczu sięgającym ziemi podeszła do baru, pochyliła się i wyszeptała coś do podstarzałego barmana, który ją przywitał. Aberforth przytaknął i wskazał na drzwi do piwnicy, gdzie mieściły się kwatery Zakonu. Osoba, kobieta jak zgadywał Remus po jej figurze, minęła ich stolik, a świeca stojąca obok prawie pustej butelki Ognistej Whisky oświetliła jej bladą twarz. Remus nie poznał jej, ale kiedy napotkał jej spojrzenie, przystanęła i odwróciła się do niego. Jej wzrok przebiegł po nim i utkwił w Syriuszu. „Jak zwykle", pomyślał.

- Hermiona? - odezwał się zdumiony Syriusz. - Co ty tu robisz?

Dziewczyna rozejrzała się po pustym pubie.

- Spotykam się z nim na dole. Przysłał mi wiadomość po tym jak wyszedłeś na spotkanie. - powiedziała cicho. Remus patrzył to na jedno to na drugie i zastanawiał się o co chodziło. Syriusz odchrząknął.

- Taa... to jest Remus. - powiedział do dziewczyny. - Lunatyku, to Hermiona.

Hermiona zdjęła kaptur, spod którego wysypały się gęste loki. Remus był pozytywnie zaskoczony. Bardzo ładna dziewczyna stała uśmiechając się do niego od ucha do ucha, jakby z żadnego spotkania nie cieszyła się tak bardzo jak z tego.

- Remus? Cudownie móc cię poznać! - wyciągnęła do niego rękę. - Syriusz tyle mi o tobie opowiadał.

Spojrzał na Syriusza w dobrym momencie, by zauważyć, jak przyjaciel potrząsa głową. „Co tu się działo?" A kiedy odwrócił się z powrotem do Hermiony i ujął jej wyciągniętą rękę, zauważył, jak dziewczyna wywraca oczami. Zdecydował, że odpłaci się Syriuszowi za te wszystkie sekrety i ucałował jej dłoń. Syriusz zakrztusił się swoją whisky. Dziewczyna dalej się uśmiechała.

- Nie wierz w to co mówi. - powiedział Remus.

- Och, był bardzo miły. Powiedział, że jesteś niesamowicie inteligentny. - powiedziała z entuzjazmem, kiedy puścił jej rękę. Spojrzała na Syriusza, który wpatrywał się w nich z szeroko otwartymi ustami. - Jak to szło, Syriuszu? A tak, mówił, że jesteś księżycem dla jego gwiazdy. Mniejsza - niecierpliwie zerknęła na drzwi. - Czekają na mnie tam na dole. Wspaniale było móc cię poznać, Remusie - powiedziała uśmiechnąwszy się do niego po raz kolejny. - Syriuszu, do zobaczenia jutro. - To powiedziawszy odwróciła się, zastukała w drzwi wiodące do piwnicy, powiedziała: - Głupol mazgaj śmieć obsuw. - i zniknęła schodząc w dół schodów.

- Jasna cholera, Lunatyku, powinieneś był zobaczyć swoją twarz! - śmiech Syriusza poniósł się echem po pubie. Remus spojrzał na niego.

- Co do...? - przerwał oszołomiony. - O co chodziło? Kim ona jest? Księżyc dla twojej gwiazdy? Łapo... co do cholery? - ale na tym etapie i on się śmiał

- Nigdy niczego takiego nie mówiłem, bracie. Obiecuję, to cała ona. Jest po prostu zbyt inteligentna dla własnego dobra. - Syriusz nie mógł złapać oddechu. - Już znała moje imię i jak wspomniałem, że mówię na ciebie Lunatyk, odparowała czymś takim. Serio, bracie, jest komiczna.

Remus musiał przyznać, że rzadko zdarzało się by ktoś dał radę sprawić, by Huncwot zaniemówił, a co dopiero ktoś obcy.

- Dlaczego była taka szczęśliwa ze spotkania ze mną? - spytał. - To też dla żartu?

- Nie, chciała cię poznać.

- Hmm - mruknął Remus.

- Ręce precz, Lunatyku. To nie ten typ.

Remusa zdumiało, że Syriusz w ogóle zdawał sobie sprawę z istnienia więcej niż jednego rodzaju dziewczyn, ale potem zrozumiał.

- To ona, prawda? Ta, która ci odmówiła? - to sprawiło, że Syriusz przestał się śmiać, a Remus z kolei poczuł ochotę by parsknąć śmiechem.

- Taa, pieprzona wariatka. A potem całujesz jej rękę jakby to był cholerny dziewiętnasty wiek i rozpływa się w zachwycie. Jak mówiłem, wariatka.

Remus walczył z szerokim uśmiechem, który jakoś nie chciał zniknąć z jego twarzy. Zirytowany Syriusz wychylił do końca swoją whisky.

- Biedny Łapcio. - zaśmiał się Remus. - Odrzucony! Po co ona się w ogóle spotyka z Dumbledorem?

- Skąd mam wiedzieć? I nie mów do mnie Łapcio.

Było coś takiego w jego tonie co sprawiło, że Remus zwątpił. Nie w to, że Syriusz nie chce być nazywany Łapciem, wiedział, że przyjaciel tego nienawidzi. Nie, Remus zwątpił w to, że Syriusz nic więcej nie wiedział. Najwyraźniej spotkał się z nią tamtego wieczora i zamierzał zrobić to ponownie, stąd „do zobaczenia jutro". Mimo tragicznego pierwszego spotkania wiedział o niej więcej niż mogłoby się wydawać. Był też pewien, że i o spotkaniu z Dumbledorem Syriusz wiedział więcej niż mówił. Zakładał jednak, że jeśli był w to zamieszany Dumbledore to Syriusz nie mógł wpakować się w nic zbyt strasznego.

„Chwila, jutro?"

- To jesteś jutro zajęty, Łapo? James mówił, że przyjdzie, na pewno sobie poradzi, ale... - Remus urwał.

Następnego wieczora przypadała pełnia, a od piątej klasy on i Syriusz spędzili osobno tylko cztery przemiany. Pierwszą była ta tuż po „Wypadku", kiedy Remus musiał zabronić Syriuszowi przyjścia, bo bał się, że wilk dosłownie go zeżre, i trzy inne, kiedy Syriusz wyjechał na szkolenie aurorów. Remus nie chciał być tak zależny on swoich przyjaciół, ale nie potrafił ukryć faktu, że z nimi pełnie przebiegały znacznie spokojniej. Bolało go też, że Syriusz nie powiedział, że umówił się na randkę i nie zamierzał przyjść. Ale nigdy by o tym nie wspomniał. Był w końcu dorosłym wilkołakiem.

- Pewnie, że nie, brachu. - odparł zdziwiony Syriusz. - Będę dokładnie na czas. Zaczynamy o 10:40, nie?

Remus uśmiechnął się z wdzięcznością, przytaknął i opróżnił swoją szklankę. Kto by się przejmował, że przez większość czasu byli niedojrzałymi dupkami? Każdy kumpel, który z własnej woli biegał z wilkołakiem i miał kalendarz księżycowy wyryty w pamięci, był kumplem wartym zatrzymania.